piątek, 5 czerwca 2026

Przeskakujemy z maja w czerwiec w nieco spokojniejszej formie

Przez ten miesieczny wyjazd, mam wrazenie, ze nie bylo kwietnia i calutki maj mylilam sie i mowilam wlasnie "kwiecien", "teraz, w kwietniu", itd. Caly czas musialam sobie przypominac, ze mamy juz maj. ;) A on i tak smignal mi zupelnie niezauwazenie. Wrocilam 6-ego, potem przyjecie urodzinowe Bi, inspekcja z szefem, poczatek kolejnej, dlugi weekend, kontynuacja zaczetej inspekcji i prosze, mamy czerwiec. Ktory zleci pewnie rownie szybko, bo w planach jest, tak jak w maju i kemping i wyjazdowa inspekcja...

Sobota, 30 maja, to oczywiscie odsypianie hotelowych nocy. Budzik nastawilam na 9, ale sama obudzilam sie wczesniej, tyle ze mialam lenia i lezalam az zadzwonil. Dzien przywital nas deszczem oraz 8 stopniami. Do tego niesamowita wichura, ktora sprawiala, ze temperatura odczuwalna wyniosla... 0. Tak, dobrze czytacie. ZERO! Praktycznie w czerwcu!!! :O Okazalo sie tez przy okazaji, ze w ciagu minionego tygodnia, malzonek zdazyl skrecic termostaty do 15 stopni, wiec chalupa sie wychlodzila, a ogrzewanie nie wlaczalo. Szybko je podkrecilam. ;) Taki dzien bylby odealny na zaszycie sie w domowych pieleszach, ale niestety, nie bylo mi dane. Najpierw jednak chwycilam za odkurzacz i mopa i ogarnelam podlogi na gorze, a Potworki swoje pokoje. Mamy juz koncowke wiosny, a nasz kot, pomimo ciaglego wyczesywania, gubi tyle klakow ze mozna oszalec. Wszedzie fruwaja czarne klaczki, niczym piorka, a dywanik w korytarzu u gory, na ktorym kot uwielbia spac, wygladal jak pokryty futrem. Najlepsze, ze to dziadostwo strasznie jest ciezko odkurzyc. Trzeba naprawde wyczesywac pod wlos, pasmo za pasmem. Odkurzanie oraz mycie podlog to jednak bylo przynajmniej zajecie domowe. Tego dnia niestety bylo ostateczne wydarzenie zwiazane ze zbiorka pieniedzy na badania nad leczeniem raka. Nie wiem czy pamietacie jak Nik niedawno sprzedawal ciasto? To byla jedna ze zbiorek pieniedzy, a teraz wszystkie zespoly oraz chetni przypadkowi ludzie, zjechali do sasiedniego miasteczka, zeby urzadzic "sztafete zycia". Ogolnie chodzilo o to, zeby przez caly dzien, od 8 rano do 23 wieczorem, caly czas ludzie chodzili naokolo wyznaczonej trasy. Wokol niej ustawione byly pojazdy z roznorakim jedzeniem i to chyba na nich byl glowny zarobek. :) W kazdym razie, grupa Kokusia oczywiscie chodzila, a ja, jak glupia, zapisalam sie jako opiekun. Na swoje usprawiedliwienie, wpisalam sie jeszcze bedac na miesiecznym wyjezdzie, a potem zapomnialam w ogole ze to juz w ten weekend. ;) Dobrze, ze znajac moje upodobanie do weekendowego spania, zapisalam sie od 13 do 15, ale widzac pogode za oknem, odechcialo mi sie jechac. Nik byl oczywiscie jednak caly podekscytowany i mial do mnie jakies pretensje, ze on chcial byc tam juz o 8! Kiedy przypomnialam, ze nic mi o tym nie powiedzial, burknal ze zapomnial ze to w ta sobote, co byloby logiczne, tyle ze bylo nieprawdziwe. Kiedy bowiem wiozlam go dzien wczesniej ze szkoly, przypomnialam mu ze maja sztefete kolejnego dnia. Czy syn wspomnial, ze chce jechac juz o 8? Ani slowka! A M. byl tego dnia w domu, wiec mogl go spokojnie zawiezc. Ale nie, lepiej strzelac jakies fochy do matki... :/ Tak czy siak, pojechalismy na 13 i szybko pozalowalam ze wydarzenia nie odwolano. Na szczescie, poranny deszcz przeszedl w mzawke od czasu do czasu, ale wichura urywala glowe i bylo potwornie zimno. Temperatura utknela na 8 stopniach i nie miala zamiaru podniesc sie ani o jote.

Nie pamietam z jakiej byli organizacji, ale jako dodatkowa atrakcja, przez chwile po torze jezdzily konie 

Sama nie planowalam marszu, ale szybko znalazlam sie na torze, bo chodzac bylo po prostu cieplej. ;) W dodatku, organizatorzy nie przewidzieli najwyrazniej ze na koniec maja beda potrzebowali cieplych napojow, wiec sprzedawali wode (z lodowki!) oraz lemoniade, ale ani kawy, ani herbaty nie mieli... :/ Nik oczywiscie nie zglaszal pretensji co do pogody. Ja mialam koszuke, polarowa bluze oraz grube ponczo. Moj syn zalozyl spodnie oraz bluze, ale takie najciensze, bez zadnego polarka w srodku. Rano w ogole chcial zalozyc krotkie spodenki, ale na szczesnie sam stwierdzil, ze moze byc mu zimno. Choc widzialam kilku takich delikwentow. Nik twierdzil ze jest mu cieplo i chodzil dziarsko wokol toru.

Na drugim planie, grupka wesolkow. Raz bylo ich wiecej, raz mniej, ale wszystkim dopisywaly humory. I tak, oni wszyscy sa w VIII klasie! :D

Za kazde okrazenie, ludzie mogli nawlec na sznurek koralik, a po zebraniu pieciu, czyli tyluz okrazeniach, robilo sie jedna mile (1.6 km). Ja nie bawilam sie w zadne koraliki, ale dzieciaki, nawet nastoletni chlopcy, jak najbardziej. ;)

Przy chodzeniu oraz zimnie, Mlodszy zglodnial. To "cos" to Mac&cheese (makaron z serem) w rozku na lody. Takie dziwaczne polaczenie, ale wsrod dzieciakow zrobilo furore :) 

Niestety, popelnilam strategiczny blad i skoro bylo zimno, to zalozylam kozaki zamiast adidasow. Te okazaly sie niezbyt wygodne do takiego lazenia. Pod koniec juz co chwila gdzies przysiadalam, bo choc nogi dawaly rade, to zaczely mnie bolec podeszwy stop. Wreszcie nadeszla upragniona 15, zgarnelam syna i wrocilismy do domu. Pojechalismy oczywiscie, bo trzeba bylo jechac do kosciola, ale cieszylam sie ze przed wyjsciem moge sie napic goracej kawy. Po powrocie Nik sie szybko przebral i zazadal zawiezienia spowrotem. W miedzyczasie w koncu sie rozpogodzilo, ale nadal pizdzilo jak w Kieleckim i temperatura podniosla sie ledwie do 12 stopni. Stopy nadal mi dokuczaly, wiec tylko odstawilam Kokusia i wrocilam bez zalu do domu. Mialam nadzieje odebrac go o 20, ale jego grupa planowala zostac na jakiejs ceremonii o 20:30, wiec wiedzialam ze pojade pewnie okolo 21. Pozniej jednak mnie wkurzyl, bo napisal, ze dwoch kolegow zostaje do 23 i on tez chce. Po krotkiej wymianie sms'ow, gdzie ja pisalam ze nie ma mowy, a on sie ze mna wyklocal, napisalam wkurzona zeby robil co chce. Po jakims czasie jednak nagle napisal, ze jednak wraca o 21. Moment pozniej dostalam kolejna wiadomosc - ze ceremonia sie przedluza i bedzie musial zostac dluzej. Odpisalam mu wiec zeby napisal mi kiedy mam po niego wyjechac. O 21:08 - dzwoni: gdzie ja jestem?! Bo on myslal, ze bede gdzies tam na niego czekac! Nosz, do cholery! Ta, zadzieram kiece i lece! Wypadlam z domu i... z przyzwyczajenia pojechalam w strone basenu, czyli przeciwna do tej, co powinnam! :D Syna jednak w koncu odebralam i na szczescie nadal krecilo sie tam sporo ludzi, a tata jednego z kolegow poczekal az dojade, za co bylam mu bardzo wdzieczna. I wreszcie moglam klapnac na kanapie bez cieglego zerkania na telefon. Ostatecznie przeszedl 11 mil, czyli 17.7 km. :)

W niedziele moglam znow pospac, z czego chetnie skorzystalam. Niestety, o 7:30 Oreo (Klakier :D) zaczela jazgot bo chciala wyjsc, wiec zwloklam sie z lozka, poczlapalam na dol, wypuscilam niesfornego kotecka i wrocilam do lozka. Glownie chcialam sie zagrzac, bo w nocy bylo 7 stopni, wiec w domu zrobilo sie lodowato i nad ranem slyszalam ze wlaczal sie piec. Spodziewalam sie, ze juz nie zasne, a jednak mi sie przysnelo. Budzik nastawilam na 9, ale obudzilam sie sama o 8:45 i tu juz nie zasnelam. Wstalam i jak to w domu, zaraz po sniadaniu i lekkim ogarnieciu musialam sie zabrac za robote. Kiedys oszaleje z ta moja rodzina, choc glownie z M., bo Potwory, choc sa coraz starsze, jednak nadal sie ucza patrzenia wokol siebie i zauwazania syfu. Pomalu idzie to do przodu, choc przyznaje ze Bi ma wzrok "wybiorczy", bo w swoim pokoju wiecznie robi jakies czystki, natomiast reszte domu ma w nosie. ;) Nik ma burdel na kolkach u siebie, ale czasem bez przypominania rozladuje zmywarke, a w sobote umyl podlogi w swoim pokoju, ale tez w sypialni rodzicow. Ale do brzegu. W poprzednim tygodniu wyjechalam w czwartek, potem bylismy na kempingu, a zaraz po nim nie bylo mnie reszte tygodnia w domu. Przyznaje, ze malzonek radzi sobie calkiem niezle beze mnie; nikt nie chodzi glodny i wszyscy zyja, ale chalupa cierpi na jego "gospodarzeniu". Kiedy po powrocie w koncu sie rozejrzalam, wszystko mi opadlo. Lazienka na dole usyfiona, zlew brudny, lustro zachlapane. Kuchenka tylko przetarta, cala w tlustych smugach i przypalonych kropkach. Mikrofala wola o pomste do nieba. I najwyrazniej nikomu poza mna, to nie przeszkadza! :( Mialam to ogarnac juz w sobote, ale po powrocie z chodzenia tak bolaly mnie stopy, ze odpuscilam. W sumie w niedziele (i poniedzialek) nadal je czulam, ale stwierdzilam, ze nie dam rady tego dluzej ignorowac... Wyszorowalam co trzeba, z czego najgorsza jest zawsze mikrofala. Nie dosc, ze wiekszosc z jej plam jest zaschnieta, trzeba odmaczac, czekac i pierdylion razy wycierac, to jeszcze nasza jest podwieszona, wiec ciezko siegnac do samego tylu. Jak juz skonczylam, to napisalam do taty, ze moze wpadac na kawe, z czego oczywiscie radosnie skorzystal. ;) Dziadek posiedzial jak zawsze ze 3 godzinki, a pozniej z M. poszlismy na spacer, gdzie po chwili dogonil nas Nik. Jak wychodzilismy, to gadal przez telefon z kolega, wiec tylko powiedzialam mu ze idziemy i nie przyszlo mi do glowy, ze bedzie chcial isc z nami. Najlepsze, ze poszlismy inna trasa niz zwykle, wiec lazil w kolko po sasiednim osiedlu, az w koncu przyszlo mu do glowy sprawdzic nasza lokalizacje. :D Tego dnia bylo cieplej niz dzien wczesniej, bo temperatura doszla do 20 stopni, ale na noc zaczela gwaltownie spadac, a do tego nadal mocno wialo, wiec szybko zamykalismy okna, bo robilo sie lodowato. Na wieczor trzeba bylo sie szykowac do roboty, ale przyznaje, ze po tych ciaglych wyjazdach, praca we wlasnym biurze to niczym wakacje. :D

Poniedzialek zaczal sie normalna ranna pobudka. W nocy bylo 8 stopni, wiec w domu tez bylo zimno jak cholera. Malzonek powtarza ze musimy sie cieszyc, ze nie ma upalow, z racji ze klima jest nadal nie naprawiona, ale ja dziekuje za takie temperatury w czerwcu. Jechalam normalnie do biura, wiec zaproponowalam Potworkom ze podwioze ich do szkol, z tym ze Bi musialaby wracac potem na piechote. Moze zostac na terenie szkoly do 17, a ja zwykle z pracy dojezdzam 15-20 minut pozniej. Niestety, w sobote zadarla z ojcem, reagujac na ochrzan strzelaniem morderczych min i mamrotaniem "madrosci" pod nosem, a M. jest osobnikiem bardzo zawzietym, wiec twierdzi ze nie moze w tej chwili na nia patrzec. Wiedzialam wiec, ze nie ma szans zeby odebral ja ze szkoly. ;) Panna pojechala wiec na rowerze, ale podrzucilam Kokusia i dobrze, bo panicz ma ostatnio obsesje na punkcie fryzury; rano nie mogl jej ulozyc, wiec umyl glowe. I byl gotow tak isc na autobus z mokrymi wlosami! Przypominam, ze o tej porze bylo jakies 9-10 stopni. :O W kazdym razie, odwiozlam syna do szkoly, a potem pojechalam do mojego cichego i spokojnego biura, w ktorym byly az... 2 osoby! :D Dzien mijal szybko, tym bardziej ze niespodziewanie musialam wyjsc wczesniej. Od 2-3 tygodni Bi babrze sie cos na nodze. Ona mowi ze zaczelo sie jak ugryzienie komara, z tym ze zrobilo sie duzo wieksze, czerwone naokolo, a w tej chwili wyglada jakby na srodku bylo wypelnione plynem lub ropa. No, wyglada paskudnie i choc na poczatku mowilismy jej zeby smarowala mascia na ugryzienia, to niestety, zupelnie nie pomagala. Juz na kempingu myslalam ze moze dobrze by bylo gdyby obejrzal to lekarz, ale potem wyjechalam, M. mial ta noge ogladac i oczywiscie... olal. "Bo jak mnie nie ma, to on nie ma na nic czasu." Taaa... Ale z Kokusiem w kosza to mial czas grac, zamiast spedzic 10 sekund spogladajac na lydke corki. Tak czy siak, jak w piatek wrocilam i sama popatrzylam, wiedzialam ze trzeba z tym pojsc do lekarza. Tyle ze zanim Bi wrocila bylo juz pozne popoludnie i kiedy przypomnialo mi sie o jej nodze, za pozno bylo zeby sie umawiac na wizyte. Zadzwonilam w poniedzialek rano i na szczescie wcisneli nas na 15 tego samego popoludnia. Panna nie musiala sie zwalniac ze szkoly, ale ja z pracy juz tak. Jeszcze sie zalamalam, bo po pierwsze, byly korki i balam sie ze nie dojade na czas na wizyte, a po drugie, u lekarza byl straszny tlok. Nasz pediatra ma osobna przychodnie dla dzieci chorych, bylam tam wielokrotnie z Kokusiem i serio, tylu dzieci jeszcze tam nie widzialam! Zwykle tylko wchodzilismy i zaraz bylismy brani do gabinetu, a teraz czekalysmy 25 minut. Kurcze, jest juz praktycznie lato, sezon grypowy za nami; skad tyle chorych dzieci?! Teraz boje sie, ze przyjechalysmy z czyms na nodze, a zarazic tam sie moglysmy czyms duzo paskudniejszym. :/ Tak jak przewidzialam, lekarka tez stwierdzila, ze cokolwiek bylo to na poczatku, teraz wdarlo sie tam zakazenie i przepisala antybiotyk. Odwiozlam panne do domu, chwile pogadalam z malzonkiem, ktory akurat wrocil z pracy, po czym pojechalam do apteki. Na szczescie antybiotyk byl juz gotowy, a nie jak czasem bywalo z Kokusiem, gdzie musialam wydzwaniac do lekarza i dopraszac sie recepty. Lek Bi dostala na 7 dni i 3 razy w tygodniu, wiec kolejna zalamka, bo oczywiscie ze kto bedzie tego pilnowal? No przeciez ja! :/ Ludzilam sie, ze panna (ktora dopytywala o lekarza od tygodnia) sama bedzie pamietac, ale gdzie. Juz pierwszego wieczora zapomniala. Ech... Wieczor minal juz w miare spokojnie. Pan od klimy wspominal wczesniej, ze moze przyjedzie w poniedzialek, ale... nie przyjechal. :/ Za to poszlismy z M. na spacer, gdzie ponownie dolaczyl do nas na rowerze Mlodszy. Ktory tez doprowadzal mnie do bialej goraczki, bo kurna, wraca do domu o 15. Trening ma o 18:45, wiec mnostwo czasu. A on nagle, o 17:30, zaczyna wymyslanie. Ze pojedzie do centrum. Za chwile, ze z kolega podjada do parku pograc w kosza. Mowie, ze gdzie, jak za godzine musi sie szykowac na basen. On zdazy. Taaa, juz to widze. Jeszcze do centrum moze by obrocil, ale ile on chce grac w kosza, 10 minut? W koncu strzelil focha, bo powiedzialam, ze kategorycznie nie i zeby z kolegami wymyslali takie cuda przynajmniej godzine wczesniej... Pozniej ojciec zawiozl go na trening, ja odebralam i dzien zlecial.

We wtorek pracowalam z domu, wiec moglam pospac tyci dluzej. Zwloklam sie tylko na czas zeby zawiezc Potworki (plus sasiadke) do szkol. Wrocilam do domu, zjadlam sniadanie, umylam sie i zasiadlam do roboty. Tego dnia w koncu bylo wyraznie cieplej, wiec rozlozylam na tarasie parasol i pracowalam z takiego przyjemnego stanowiska. :)

Z jednej strony mialam przylatujace do karmnika kolibry

Z drugiej zwierzyniec domowy 

Poniewaz kolega wyjechal natychmiast po naszej inspekcji, wiec wiadomo, ze mnie przypadlo w udziale napisanie wiekszosci raportu. Wczesniej pisalam tylko takie najprostsze rozdzialy, wiec teraz szlo mi jak po grudzie. Sporo mialam tez szukania, we wlasnych notatkach, w starszych raportach, protokolach, itd., bo co i rusz skrobalam sie po glowie, probujac domyslic sie, co napisac w tej sekcji, czy innej. Tuz przed 15 przyszla ze szkoly Bi, z sasiadka oraz jeszcze inna kolezanka. Tego dnia grupa lekkoatletyczna organizowala bankiet, w tym klubie, gdzie jestem czlonkiem. Niestety, mimo ze byl on w sumie zaraz po szkole i mogli przewiezc mlodziez autobusami, to jednak oglosili ze sportowcy musza sie tam dostac na wlasna reke. Dlatego wlasnie tego dnia wybralam prace z domu, zeby moc zawiezc Bi. Potem okazalo sie, ze tamte dwie dziewczyny nie mialy jak sie dostac na bankiet, bo ich rodzice byli w pracy, wiec zaproponowalam, ze je wezme. W koncu i tak tam jechalam. ;) Zawiozlam panny i wrocilam do chalupy. Tymczasem Nik mial zastepczego kierowce autobusu, ktory kompletnie pomylil trase. Patrzylam na jego lokalizacje i w ktoryms momencie jechali w zupelnie zlym kierunku i wyladowali w sasiedniej miejscowosci. :D Zamiast jechac 15 minut, jechali 40. :O Pracowalam grzecznie do konca mojej dniowki, a potem zdazylam szybko zjescobiad i zaraz ponownie wybywalam z chalupy. Bankiet lekkoatletyczny byl glownie dla mlodych sportowcow, ale na 17:15 zaproszono rodzicow na rozdanie nagrod i dyplomow. Tam okazalo sie, zgodnie z moimi przewidywaniami, ze brakowalo doslownie polowy dzieciakow, ktore podejrzewam ze nie mialy jak dojechac. No i dowiedzialam sie, ze cala grupa lekkoatletyczna liczy sobie 230 sportowcow! :O Tu naszla mnie tez refleksja, ze jednak te mniejsze zespoly, jak plywacki, fajniejsze sa wlasnie przez swoja kameralnosc. A wczesniej mi sie wydawalo, ze 30 dziewczyn to taaak duzo! :D Tam jednak trenerzy starali sie zeby kazda zawodniczka zostala za cos wyrozniona, zeby te najstarsze byly odpowiednio wynagrodzone i uhonorowane przed odejsciem ze szkoly, itd. Tutaj, przy takiej ilosci zawodnikow, trzeba bylo sie naprawde wykazac zeby byc zauwazonym.

Panna odbiera dyplom 

Zgodnie z moimi przewidywaniami, wszyscy dostali dyplomy, ale wyroznienia trafily do garstki (doslownie 10) zawodnikow, ktorzy przeszli do szczebla stanowego. Oprocz tego, jakies pojedyncze nagrody dla seniorow, ktorzy startowali przez wszystkie 4 lata i tyle. Reszta mogla tylko popatrzec i poklaskac. Troche smutne. ;) Po wszystkim zabralam panne do domu. Na szczescie nie wymyslala, ze chce jeszcze pogadac z kolezankami. Wspomniala tylko ze chcialaby w weekend przyjechac z nimi tam do klubu, bo okazalo sie, ze otworzyli juz plaze. Bylo po 18, wiec ledwie dojechalysmy do domu, a M. wzial moje auto i pojechali z Kokusiem na silownie/basen. Ja w tym czasie podlalam warzywnik i wstawilam pranie, a takze przyszykowalam sie na kolejny dzien w biurze. Po powrocie obaj chlopaki popedzili pod prysznice, a ja wygrzebalam z piwnicy moja swieczuszke i "bzyczek" na owady. Malzonek zrobil porzadki, wiec teraz nic nie moge tam znalezc. :D Wyszperalam je jednak w koncu i przysiadlam na frontowym ganku.

Nawet klimatycznie :) 

Poki co, noce nadal sa chlodne, wiec komary az tak nie dokuczaja, choc juz kilka ugryzien niewiadomo skad mam. Wystarczy sie przejsc po ogrodzie. ;)

Sroda to juz wczesniejsza pobudka i jazda do biura. Ponownie podwiozlam Kokusia do szkoly, a Bi wolala rower, zeby moc wrocic na nim potem domu. ;) W biurze cisza, spokoj i pustki. Poza mna slyszalam chyba w oddali jedna osobe. Sama zas kolejny dzien walczylam z motywacja do pisania raportu. I mocno ta walke przegrywalam. :D W koncu nadeszlo (czy tez wrocilo, bo mielismy juz troche pieknej pogody) lato, bylo 28 stopni, wiec wczesnym popoludniem wyszlam zeby zrobic pare koleczek wokol budynku. Dalej sie nie zapuszczam, bo centrum naszej stolycy to niezbyt bezpieczna okolica, a w dodatku, zaraz za rogiem mamy stacje kolejowa, gdzie kreci sie rozny "element". Na kazdym rogu budynku mamy jednak kamery, przy tym byl srodek dnia, wiec mialam jako takie poczucie bezpieczenstwa. Moze zludne, ale jednak. ;) Chodzac tak w kolko, dojrzalam faceta, ktory na chodniku, miedzy ulica a jakims plotem, uprawial... joge. :D W dodatku zaraz nad nim przechodzi autostrada, wiec powietrze tez nie jest tam zbyt czyste. A zaraz za naszym budynkiem jest malutenki skrawek trawy i nawet (marne, bo marne, ale zawsze) drzewko, wiec byloby mu duzo przyjemniej, no ale jak woli brudny chodnik... ;)

Zarosniety chwastami chodnik, ulica, brama, a nad nim autostrada. Po prostu wymarzone miejsce na joge :D

Niechetnie wrocilam do srodka, ale coz, trzeba bylo nadal walczyc z raportem. Zrobilam zreszta maly postep i mialam nadzieje, ze kolejnego dnia skoncze swoja czesc, przynajmniej dopoki kolega tego nie sprawdzi i nie zazada jakichs poprawek. ;) Dostalam tez wlasne konto, na ktore w czasie inspekcji, ludzie moga mi przesylac dokumenty. Teraz musze sie tego ustrojstwa nauczyc, hehe... W obecnych czasach wiekszosc firm rezygnuje z papieru i wiekszosc dokumentacji ma w wersji elektronicznej. Najczesciej oni maja zabezpieczenia, my mamy wlasne i potem nikt nikomu nic nie moze wgrac na USB. Takie konto ponoc zazwyczaj dziala, choc zdarza sie ze firmy maja taka ochrone systemow, ze nie da sie tego obejsc i musza wszystko drukowac. Problem w tym, ze dokumentacja medyczna to czesto sa tysiace stron i wez to drukuj... Po pracy, w tragicznych korkach, doturlalam sie do domu, gdzie wieczor spedzilam juz leniwie. Obiad, lody na tarasie i jedyne co musialam, to podlac warzywnik, bo po takim goracym dniu i bez zapowiadanego deszczu, roslinki wolaja o ratunek. 

"Klakier" spi i sni pewnie o zlapaniu kolibra :D

Jak to w srode, Nik nie pojechal na trening, wiec cala nasza czworka rozproszyla sie po domu i leniuchowala ile wlezie. ;) A pod wieczor, przez ogrod sasiadow naprzeciwko, pod samymi ich frontowymi drzwiami, przelazl... niedzwiedz! Jeden z wielkich samcow, ktory ma na ludzi wylane, bo M. wyszedl i zaczal krzyczec i klaskac, ale misiek nawet nie odwrocil glowy. Ja niestety tez wybieglam przed dom i probowalam pstryknac fotke, ale zaslanialy mi krzaki. Gdybym zostala w domu, to z okna w salonie mialabym duzo lepszy widok. ;)

W czwartek w Polsce swieto, ale u nas dzien jak codzien. Trzeba sie bylo zwlec z lozka, co nie bylo latwe, bo Oreo przylazla i mruczala ugniatajac mi pecherz. ;) Wyszykowalam sie i znow zabralam syna, zas corka pojechala do szkoly na rowerze. W porannych korkach doczolgalam sie do biura, w ktorym nie bylo... nikogo. :) Na szczescie dojechala jedna babka z zywnosci, a pozniej moja polska kolezanka, wiec mialam z kim pogadac. :) Lekko sie zirytowalam, bo na przyszly tydzien zarezerwowalam sobie auto. Forda wczesniej nie bralam, ani nigdy nie mialam, wiec chcialam go sobie obejrzec. Mamy teraz appke w kompie, gdzie mozemy zaklepywac samochody. U nas zwykle nie ma z tym problemow, a tu na kolejny tydzien nagle praktycznie wszystkie zarezerwowane! W kazdym razie, chcialam obejrzec sobie pojazd, ide do szafki z kluczykami, a ich nie ma! :/ Okazalo sie, ze kolega zarezerwowal auto (ale nim nie jezdzil, bo stalo nadal w garazu), wzial kluczyki, ale rezerwacje wklepal tylko w nasz stary kalendarz, do ktorego nie mam dostepu, zamiast w nowy system. Coz, obiecal ze je odstawi zanim bede musiala wziac auto, ale zobaczymy. ;) Tego dnia wreszcie udalo mi sie skonczyc raport, juhu! Patrzec juz na niego nie moglam i nawet nie chcialo mi sie przeczytac tego, co naklepalam, zanim wysle to do kolegi. ;) Po odhaczeniu dniowki, wrocilam do domu, gdzie juz rezydowala reszta rodziny.

Podczas poszkolnych biegow, Bi i jej kolezanki dojrzaly kacza mame, przy ktorej plynelo 26 kaczat. DWADZIESCIA SZESC!!! :O 

Malzonek nadal obolaly byl po silowni we wtorek, wiec stwierdzil ze nie jedzie i spytal Kokusia czy ten chce jechac na trening. Nie poznaje tego mojego meza, bo jeszcze niedawno wsciekal sie jak Potworki marudzily przed basenem, a teraz nagle pyta czy syn chce jechac. :O Mlodszy oczywiscie sam nie wie czego chce, bo najpierw odpowiada zebysmy mu powiedzieli czy ma jechac. Zaczelam sie smiac, ze ma okazje sie wywinac od treningu, a nas pyta? Pytam wiec ponownie, czy ON chce jechac? On nie bardzo chce, ale zebysmy my zdecydowali. Taka wymiana zdan trwala chwile, po czym stracilam cierpliwosc i oznajmilam, ze dobra, w takim razie nie jedzie. Oooo, ale wtedy nie bedzie mial zadnego sportu... Nie no, udusze kiedys! ;) No to ok, jedzie! Ooooo, ale on wroci o 20 i na nic juz czasu miec nie bedzie... Pisalam, ze udusze?! :D Ostatecznie nie pojechal, ale poszedl... pobiegac. Nie mam pojecia co moje dzieciaki maja ostatnio z bieganiem i ogolnie ze sportem, ale nie poznaje. :O

Piatek moglam zaczac tyci pozniej, bo pracowalam z domu. Z tej "okazji" zawiozlam do szkol oba Potworki. Ciesze sie, ze jeszcze chwila a beda wakacje, a potem oboje beda w tej samej szkole, 5 minut od domu. Rozwiozlam mlodziez i wrocilam do chalupy, gdzie ciagle ktos mi o cos zawracal tylek. Szef, jedna kolezanka, druga... Wlasciwie to z jedna sie umowilam kilka dni wczesniej, ze da mi znac kiedy bedzie dzwonic do firmy, gdzie mamy miec inspekcje w przyszlym tygodniu. Wiekszosc naszych inspekcji jest bowiem zapowiedziana i trzeba kilka dni wczesniej zadzwonic i uprzedzic. Troche to irytujace, bo i dodatkowy stres i kolejna strata czasu, ale mozna sie dowiedziec pozytecznych informacji logistycznyc, np. czy adres jest nadal aktualny i jak wyglada sytuacja z parkingiem. Tym razem jednak nie mialysmy szczescia bo najpierw odezwala sie automatyczna sekretarka z pierdylionem opcji, a kiedy w koncu odebrala administratorka, przekazala ze pani doktor (ktora mamy sprawdzac) akurat jest na telefonie i oddzwoni za kilkanascie minut. Okey. Minely dwie godziny i nie oddzwonila, wiec kolezanka ponowila probe. Po kolejnym odsluchaniu mechanizmu, odezwala sie ta sama osoba i na prosbe o przelaczeniu do lekarki, przelaczyla, ale wlaczyla sie automatyczna sekretarka. Tu jednak kolezanka juz zostawila szczegolowa wiadomosc, z ktorej jest agencji, kiedy przyjezdza na kontrole i ktore badania bedzie sprawdzac. Pozniej powiedziala mi, ze z naszej strony to wystarczy, bo dostala sie w koncu bezposrednio do pani doktor i zostawila jej wiadomosc na poczte glosowa. Teraz od niej bedzie zalezalo czy oddzwoni, czy zignoruje. Kolezanka smiala sie, ze czasem ludzie tak robia, majac nadzieje ze jak nie odbiora i nie oddzwonia, to sie nie pojawimy. No to sie moga zdziwic. :D Ostatecznie stwierdzila, ze jesli do konca dnia nikt sie nie odezwie, to moze w poniedzialek jeszcze raz sprobuje zadzwonic, ale tak czy siak, inspekcje zaczniemy zgodnie z planem. To byla pozyteczna czesc dnia, ale poza tym chcialam na spokojnie poczytac dokumentacje oraz przepisy na ta inspekcje, a takze na kolejna bo nie bede miala miedzy nimi czasu. Tymczasem inna dziewczyna zawracala mi gitare, bo chciala pogadac o inspekcji, ktora bedziemy robic w... polowie lipca! Serio kobieto?! Mam po drodze dwie inne, na tamta akurat powinnam miec troszke czasu na przygotowanie, a ona chce rozmawiac o niej ponad miesiac wczesniej?! A do kompletu mialam jeszcze szefa, ktory dopiero teraz skonczyl raport z inspekcji, ktora robilismy zaraz po moim powrocie ze szkolenia. Przeslal mi go do sprawdzenia, jakbym malo miala na glowie. :/ Coz, sprawdzilam i znalazlam kilka bledow, wiec na szczescie mialam dowod, ze faktycznie raport przeczytalam. ;) Wrocil z pracy M., troche wczesniej, bo w koncu mial przyjechac facet od naprawy klimatyzacji. Zaraz po nim dojechal Nik, z ktorego po prostu padlam ze smiechu. Okna mielismy pootwierane, wiec slyszalam zatrzymujacy sie autobus, a chwile pozniej chodnikiem przeszly dzieciaki z jego szkoly. Czekam az zadzwoni do drzwi, albo trzasna garazowe, a tu nic. Po kilku minutach zaczelam wygladac przez okna, zastanawiajac sie gdzie ten chlopak sie zaszyl, ze jeszcze nie dotarl pod drzwi. Nigdzie go nie widze, wiec sprawdzam jego lokalizacje, ktora jednak utknela na glownej drodze przy szkole. Pozniej widze autobus, ktory musi na naszym osiedlu zrobic koleczko i dopiero wyjechac. A moment pozniej - idzie Nik! Kiedy w koncu dotarl, pierwsze to pytam czy zasnal w autobusie?! No i mialam nosa, bo Mlodszy przyznal, ze upal dziala na niego usypiajaco. ;) Dobrze, ze przebudzil sie jeszcze na naszym osiedlu, bo jakby odjechal gdzies dalej, kierowca musialby go chyba ostawic do szkoly i dzwoniliby zeby go odebrac. Cos takiego kojarze z przepisow. ;) Niedlugo po Kokusiu dojechal na szczescie pan od klimy i zabral sie za robote. Niestety, musielismy wymienic caly kompresor, a jeszcze istnialo ryzyko ze nie da sie go dopasowac do systemu, albo z jakiegos powodu nie zadziala. Ja za to w kolko jezdzilam, bo najpier pojechalam po corke, ktora po szkole pobiegala z kolezankami, wrocilam i posiedzialam do konca dniowki nad praca, a pozniej czym predzej pojechalam na zakupy. Po nich podjechalysmy jeszcze na bubble tea, bo czemu by nie. ;)

Panna musiala pstryknac fote i wrzucic na Insta :D 

Kiedy wrocilysmy, na podjezdzie wyminelam sie z panem od klimy. Okazalo sie, ze udalo mu sie wszystko podlaczyc i hula az milo! :D Panna nie miala dosc i poszla jeszcze na rower. Ja za to po chwili jechalam po syna. W czasie, kiedy bylam na zakupach, przyjechala po niego mama kolegi i zabrala chlopakow na szkolny bal. Pozegnalny dla VIII klas.

Gromada pryszczatych nastolatkow :D

Dopiero co w zeszlym roku jechala Bi, a tu juz kolej Kokusia. Musialam chlopakow odebrac i odwiezc kolege, ale na szczescie impreza skonczyla sie wczesniej niz zimowa, gdzie przed nimi mialy tance klasy VII, wiec wszystko sie opoznilo. W kazdym razie, chlopaki przyznali ze dobrze sie bawili, choc chlopcy jednak chyba mniej przezywaja takie zabawy niz dziewczyny. ;) Odwiozlam kolege i w koncu moglam wrocic na dobre do domu.

Do poczytania!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz