Sobota, 15 maja, to oczywiscie dluzszy sen. Zaraz po 7 rano, Oreo zaczela lazenie i darcie malej mordki. Najpierw probowalam ja zignorowac, ale sie nie dalo. Poczlapalam na dol i otworzylam drzwi, na co kiciul z radoscia pobiegl do ogrodu. Wrocilam do lozka, spodziewajac sie, ze bedzie mi ciezko ponownie zasnac, musialam jednak byc bardzo zmeczona, bo odplynelam niemal natychmiast. Obudzil mnie budzik o 9, ale zamknelam oczy "na chwile", po czym zbudzilam o... 9:34. :D W tym momencie podparlam sie juz o zaglowek, bo stwierdzilam, ze inaczej przespie caly dzien. ;) Kiedy tak polezalam, probujac sie dobudzic, przydreptala Oreo, ktora musiala wpuscic Bi.
Pomiziala sie, pochlastala mnie ogonem po twarzy, przydrzemala na moim brzuchu, po czym stwierdzila, ze za duzo bylo czulosci i przeniosla sie w nogi lozka. ;) Kiedy w koncu wstalam, zjadlam sniadanie i sie umylam, zabralam sie za sprzatanie. Malzonek posprzatal na moj przyjazd, ale juz dawno zdazylo sie nabrudzic, tyle ze mialam zbyt zalatany tydzien zeby cos ogarnac. Teraz wiec chwycilam za odkurzacz oraz mopa, bo podlogi brudza sie oczywiscie najszybciej. W miedzyczasie Nik jojczal ze chce jechac z kolega na ryby. Nie bardzo mialam ochote go puscic, bo chcieli jechac nad rzeke i nie dosc ze lowic przy ktoryms zejsciu do wody w lesie, to jeszcze Mlodszy musial dojechac trasa rowerowa. Co prawda w weekend i przy pieknej pogodzie (mielismy 24 stopnie) kreci sie tam duzo ludzi, ale po pierwsze, zawsze moze trafic sie jakis swir, a po drugie, czesto przelaza tamtedy niedzwiedzie. Zreszta, obszar nad rzeka, w lesie, lub wzdluz pol kukurydzy, to tez miejsca gdzie misie lubia sie krecic. No ale nie chce byc moja matka, ktora trzymala mnie pod kloszem, a kiedy poszlam na studia to nagle zaczela miec pretensje, ze za malo wychodze i nie mam chlopaka. Wiem, ze Potworki chca robic to, co moga ich koledzy, a jakos ich rodzice maja silniejsze nerwy (albo mniejsza wyobraznie ;P). Staram sie wiec przekonywac M. (bo on ma jeszcze wieksze problemy z dawaniem dzieciakom swobody, niz ja) ze w granicach rozsadku, ale maja prawo na wymyslanie jakichs aktywnosci z kolegami. Chlopaki wiec ostatecznie pojechali i Nik wrocil 3 godziny pozniej, zadowolony jak prosie w deszcz, mimo ze nic nie zlowil. Mowil, ze raz pociagnelo mu wedke, ale kiedy wyciagnal haczyk, okazalo sie, ze ryba odgryzla robaka i odplynela. ;) Jak to ostatnio w sobote, pojechalismy do kosciola, a pozniej wzielam sie za ciasto z jablkami. W misce znalazlam szesc jablek, ktore lezaly tam chyba jeszcze sprzed mojego wyjazdu, bo byly cale skurczone i pomarszczone. Az dziwne, ze nie zgnily... Do zjedzenia sie juz zupelnie nie nadawaly, ale na ciasto jak najbardziej. A ze w niedziele zawsze wpada dziadek, to bylo jak znalazl.
W niedziele znow mozna bylo pospac, poza M., ktory oczywiscie pracowal. Nadeszla pierwsza w tym roku fala upalow. Mielismy 30 stopni i bezruch powietrza. Mimo otwartych wszystkich okien, w domu panowala straszna duchota, ale nie chcielismy wlaczac klimy, bo i filter nie wyczyszczony, ale przede wszystkim termostat (ktory mamy osobny do klimatyzacji i osobny do ogrzewania) cos nie laczy. W zeszlym roku zauwazylismy, ze caly "lata" i jak raz ustawilismy temperature, tak juz go nie dotykalismy, bo przy kazdej probie sie wylaczal, a z nim klima. Malzonek mial go na wiosne wymienic, bo wyglada, ze gdzies nie stykaja kabelki, ale jak widac mamy koniec maja, a nie wymienil. :/ Na szczescie w nocy nadal temperatura spada do kilkunastu stopni, a pogoda miala sie pod koniec tygodnia popsuc, wiec stwierdzilismy, ze wytrzymamy. Przyjechal oczywiscie dziadek, ktory posiedzial jak zwykle 3 godzinki, glownie narzekajac na koszenie trawy oraz pylki pokrywajace jego samochod. Z mojego taty na starosc robi sie pedant. Pucuje chalupe, trawe kosi chyba co 3 dni zeby Boze bron nie urosla dluzsza niz 3 cm. ;) A auto kupil sobie... czarne. Jak wyglada czarny samochod o tej porze roku (albo zima, kiedy drogi sypia sola) chyba nie musze pisac. Tata nie moze zdzierzyc. Kiedy ma wolne, splukuje je kilka razy dziennie. Taka syzyfowa robota, ale chyba przy okazji mu sie nudzi. :D Kiedy dziadek pojechal, poczekalismy az slonce przesunie sie poza dom i zabralismy sie za sadzenie warzyw. Szczerze, to mialam nadzieje, ze kiedy wroce z wyjazdu warzywnik bedzie juz przekopany i gotowy, ale malzonek stwierdzil, ze beze mnie na nic nie mial czasu. :D Dopiero teraz, wreszcie poszedl go przekopac, a wczesniej, po drodze z pracy, zajechal po sadzonki. Kupil przy okazji nie takie ogorki, bo zamiast takich do kiszenia, wzial salatkowe. Coz, bedziemy je zbierac kiedy beda nadal male i tez powinny wyjsc malosolne. ;) Kiedy malzonek skonczyl kopac, ja wzielam sie za sadzenie. Zaczelam zas od... klapniecia na laweczke przy warzywniku i kontemplacji jak to wszystko rozlozyc. Malzonek kupil bowiem po jednej wiecej kazdej sadzonce. Niby niewiele, ale juz zaburzylo mi porzadek.
A jak juz wydawalo mi sie, ze mam wszystko rozplanowane i konczylam sadzic, przyjechal ze sklepu Nik i... przywiozl nasiona. Pojechal spotkac sie z kolega i kupic slodycze (bo przeciez w domu nic nie ma :D), ale na przecenie znalazl nasiona i kupil. Musielismy wiec wcisnac jeszcze nasiona marchwi oraz kukurydzy. Ja za to szybko zamowilam koper bo M. go nie dostal, a Kokusiowi o nim nie wspomnialam, bo nie przyszlo mi nawet do glowy, ze bedzie patrzyl za nasionami! ;) W koncu nadszedl wieczor i musialam szykowac sie na jazde do biura, w ktorym nie bylo mnie ponad miesiac.
Poniedzialek zaczal sie wiec wczesnie; trzeba sie bylo zebrac i pedzic do pracy. Powiedzialam mlodziezy ze mam meeting wiec zeby ich zawiezc, musze wyjechac wczesniej. Sasiadka sie wykruszyla, ale Potworki stwierdzily ze jada. No to ok, choc oczywiscie wyjechalam kilka minut pozniej niz bym chciala. Do pracy jednak dojechalam w rozsadnym czasie i nawet udalo mi sie zaparzyc kawe i pogadac chwile z kolezanka, zanim musialam sie laczyc na rozmowe z szefem. Rozmowa byla w miare krotka, a pozniej juz zajmowalam sie innymi pierdolami, m.in. skonczeniem planu kosztorysu na wyjazd, ktory mialam zaczac w tym tygodniu. Rezerwacje zrobilam juz w piatek, ale teraz musialam podczepic podpisana przez szefa autoryzacje. Dopiero wtedy ludzie od podrozy to przejrzeli i doszukali ze hotel za jedna noc wzial $125, ale za kolejna podniosl sobie do... $211. :O Prawdopodobnie przez bliskosc dlugiego weekendu. Okazuje sie, ze choc osoby sprawdzajace sie o to doczepily, to chodzi tylko o biurokracje. Musialam wypisac i dac do podpisania szefowi formularz, ktory niestety nie dzialal. Wbilam dane osobowe, a reszta nie wchodzila i koniec. Moglam sobie klikac do wypeku, formularz brzeczal, a nic sie nie pojawialo. Napisalam do goscia, a on odpisuje zebym... wklepala dane. Pisze ponownie, ze probuje, ale nic sie nie pojawia. Wyslal mi kolejny raz ten sam formularz, ktory... ponownie nie dzialal! :D Odpisuje wiec, ze nadal nic nie moge zrobic. Facet laczy sie ze mna przez Teams, zebym pokazala mu jak klikam i nic nie moge wpisac. W koncu wysyla mi juz czesciowo wypelniony formularz. Nie wiem jak jemu udalo sie to wklepac, ale kurcze; pol godziny takiego bezsensu. Szef na szczescie zatwierdzil bez problemu i po chwili dostalam wiadomosc z dzialu podrozy, ze potwierdzaja moja rezerwacje. Napisalam jednak do kolegi, z ktorym mam jechac na inspekcje zeby potwierdzic dzien, a on odpisal ze nadal planuje zaczac w czwartek, ale zgubil legitymacje (z pracy), wiec nie moze jechac az nie wyrobi nowej. Ze swojej strony ucieszylam sie, ze moze nie bede musiala jechac juz w tym tygodniu, ale poki co, moglam tylko czekac i zaciskac kciuki. W pracy bylam tylko ja oraz druga nowa dziewczyna (i ktos od zywnosci), wiec mialysmy czas zeby kolejny raz obgadac wyjazd i szkolenia. :) Dzien zlecial zaskakujaco szybko i w popoludniowym korku doturlalam sie do domu. Poza typowym, domowym kieratem, przyszly zamowione dzien wczesniej nasiona kopru (uwielbiam Amazon!), wiec szybko pomaszerowalam go wysiac. Kokusia jakims cudem nie rozlozylo jakos strasznie, ale nadal byl lekko przytkany, wiec odpuscilismy mu basen. A pod wieczor poszlismy z malzonkiem na spacer po osiedlu. Staram sie nie stracic formy, ktora zlapalam w czasie wyjazdu, ale to chyba nieuniknione. Tam, nie dosc ze musialam przejsc na zajecia i posilki, to jeszcze codziennie zaliczalam dlugi marsz. W domu nie mam czesto czasu nawet na krotki spacerek... :(
We wtorek pracowalam z domu, wiec rano moglam zwlec sie pozniej, rozwiozlam dzieciaki po szkolach, po czym wrocilam do zwierzynca. Od poprzedniego dnia, mielismy ponad 30-stopniowe upaly i choc rano bylo calkiem przyjemnie, bardzo szybko zaczelo sie robic nie do wytrzymania. W domu panowala duchota, wiec pomyslalam, ze moge wziac laptoka na przednia werande. Niestety, byla dosc mocna bryza, ktora niosla tyle pylkow oraz kurzu, ze jak zaczelam kichac, to nie moglam przestac. :D Wreszcie skapitulowalam i przenioslam sie spowrotem do srodka. Poniewaz upal mial trwac jeszcze kolejnego dnia, stwierdzilam ze wlacze klime. Taaa... Kompresor dziala, powietrze dmucha, ale... cieple. :( Tak jak dwa lata temu ostrzegl nas chlop od klimatyzacji, gdzies jest wyciek i znow zabraklo gazu (freonu?). Znow trzeba go bedzie nabic, ale jak widac, starcza na gora dwa sezony... Poki co jednak, trzeba bylo zacisnac zeby i kisic sie we wlasnym potku. Fuuuj. :D W miedzyczasie dostalam telefon od szefa, zeby porozmawiac o wyjezdzie na inspekcje. Mialam jechac kolejnego dnia, ale okazuje sie, ze kolega nie zgubil odznaki, tylko mu ja ukradli. Z calym plecakiem, laptopem, paszportem do kompletu. W pociagu we Wloszech. :O Musieli zlozyc raport na policji i z tym raportem wyslac podanie o przyspieszone wydanie odznaki, ale nie wiedzieli jak szybko ona przyjdzie. Poczatek inspekcji stanal wiec pod znakiem zapytania. Myslalam ze juz sobie odpuszcza i przeloza poczatek na czas nieokreslony, ale okazalo sie ze szef uparl sie, ze mamy zaczac jak tylko kolega dostanie nowa odznake. Dla mnie oznaczalo to normalna prace, ale w ciaglej gotowosci. Co gorsza, spytalam czy jesli kolega dostanie odznake w czwartek, jest sens dla mnie jechac pod Boston zeby w piatek zaliczyc 4 godziny inspekcji (przed dlugim weekendem konczymy wczesniej) i wracac spowrotem. Odpowiedzial ze chce zebym zobaczyla jak najwiecej, wiec coz. Musialam spakowac walizke i wziac ja do pracy, na wypadek gdybym dostala maila, ze odznaka przyszla i zaczynamy kolejnego dnia. :/ Wrocil ze szkoly Nik, a potem z pracy M., obaj wkurzeni na brak klimy. Malzonek w ogole wymordowany upalem, bo jego budynek pracy jest tak stary, ze klimatyzacji w ogole nie maja. Wlaczaja tylko wiatraki pod sufitem i zwykle rozdaja zimna wode, ale narazie nie zaczeli, pewnie dlatego ze jest bardzo wczesnie w sezonie. Oczywiscie M. pogrzebal w termostacie, majac nadzieje ze to z nim cos nie tak, ale nic nie wskoral, a klima nadal puszczala powietrze o takiej samej temperaturze jak na zewnatrz. :) Mlodszy ostatnio wsciekl sie z jazda do centrum na rowerze. Jak raz mu pozwolilismy, to teraz bedzie jezdzil az mu sie znudzi. ;) Przez upaly, pozarlismy wszystkie lody, ktore kupilam w piatek, wiec Nik stwierdzil ze pojedzie kupic sobie kubelek lodow. Zaraz jak pojechal, Bi napisala zeby odebrac ja ze szkoly. Pojechalam po corke i po drodze patrzylam z niepokojem na ciemne chmury. Wrocilysmy do domu, a kilka minut po nas przyjechal Nik. Mial szczescie, bo zrobilo sie ciemno i wlasnie zaczelo kropic. Stwierdzilam, ze szybko jeszcze wyrzuce smieci i... to byl blad. :D Wyrzucilam i w tym momencie lunelo! Bylam w skladziku pod tarasem, ktory zbudowal M., wiec mialam schron i juz myslalam, ze bede tam siedziec az przestanie padac. Nie wiedzialam jednak jak dlugo moze to potrwac, wiec zaryzykowalam bieg do domu. Dobrze, ze przez garaz, wiec tylko troche mnie zlalo po glowie i ramionach. :D I dobrze, ze nie zdecydowalam sie przeczekac, bo burza trwala prawie godzine, a w ktoryms momencie przeszedl... grad! Na szczescie wielkosci mniej wiecej grochu, wiec nie wyrzadzil szkod, ale sensacja byla. ;) Poniewaz pogoda zrobila sie taka sobie (nawet po przejsciu burzy, pozniej w oddali jeszcze pare razy grzmialo), a Nik dalej mial troche przytkany nos, wiec znow nie pojechal na basen. Poniewaz istnialo ryzyko, ze bede musiala kolejnego dnia prosto z pracy zasuwac do Bostonu, wiec spakowalam walizke, choc kosmetyki musialam zostawic na kolejny dzien... Poniewaz nie wiedzialam czy bede w domu podczas pakowania na kemping, wiec wyjelam tez przyczepowa posciel oraz przygotowalam swoje ciuchy, zeby M. wrzucil je do przyczepy kiedy zacznie pakowanie. Oczywiscie malzonek utyskiwal, ale kurcze, zawsze sie nabiegam pakujac zarcie a on potem ma pretensje jak czegos zapomne, to teraz niech zobaczy jak to fajnie. ;)
W srode rano musialam dopakowac kosmetyki i sprawdzic czy na pewno wszystko mam, wiec nie wiozlam Potworkow do szkol.
Nik pomaszerowal na autobus, a Bi z kolezanka zdecydowaly sie jechac na rowerach. Mam nadzieje, ze wreszcie zaczna regularne pedalowanie, bo narazie tej wiosny pojechaly rowerami moze ze 3 razy.
Mlodszy jechal na luzie, bo tego dnia jego szkolna "druzyna" (klasy sa tak pogrupowane; juz kiedys pisalam) jechala na wycieczke do... high school. Niby na "dzien otwarty", ale serio, wiekszosc tych dzieciakow byla tam juz wielokrotnie, przy roznych okazjach, wiec nie widze sensu. No ale niby opowiadali im wiecej o przedmiotach (ktore i tak musieli wybrac kilka miesiecy temu) oraz zajeciach dodatkowych, a mlodziez oczywiscie cieszyla sie z braku lekcji, wiec niech im bedzie. ;) Ja dopakowalam co trzeba i ruszylam do pracy. Niestety, na autostradzie wczesniej zdarzyl sie wypadek (mowili w radiu) i zrobil sie taki korek, iz trasa, ktora powinnam pokonac w niecale 20 minut, zajela mi godzine i kwadrans. :O Dzien mijal spokojnie, az dostalam wiadomosc, ktorej sie obawialam - koledze dostarczyli nowa odznake. :/ Z jakiegos powodu zdecydowal sie zaczac inspekcje w piatek a nie czwartek, wiec chociaz tyle... Musialam tylko zadzwonic do hotelu i zawiadomic, ze zamelduje sie kolejnego dnia. Mam jednak obawy, ze bede jezdzic na wariata w te i spowrotem, a potem sie okaze, ze firma bedzie zamknieta, albo bedzie brakowalo polowy zarzadu, bo to dzien przed dlugim weekendem. :/ W tej firmie mamy bowiem instrukcje, zeby nie ostrzegac przed inspekcja, wiec roznie moze byc. Po pracy wrocilam do domu, cieszac sie oczywiscie z kolejnej nocy we wlasnym lozku, ale nadal utyskujac na koniecznosc jazdy do hotelu kolejnego dnia. To byl ostatni dzien upalow. Po poludniu przeszedl deszcz, lekki, ale skutecznie schlodzil powietrze. Poszlam pozniej do warzywnika, zeby nalozyc klatki na sadzonki pomidorow. Jak zwykle, przesadzone do gruntu, rosna jak szalone. Niestety, sadzonek mam 7, a klatek tylko 4. Trzeba bedzie dokupic, albo jak rok temu, ratowac sie tyczkami. Po powrocie do domu, niestety, na bluzce znalazlam... kleszcza. :O Dobrze, ze bluzke mialam biala, to od razu bylo go widac. Musialam sie o cos obetrzec na ogrodzie i prosze. Kilka dni temu jakis lazil sobie po siatce w drzwiach tarasowych. Tu podejrzewam, ze przyjechal na kocie, a kiedy wchodzila przez klapke, go stracila. Ale kurcze, to jedna z najgorszych rzeczy o tej porze roku. Normalnie caly czas czlowiek sie z panika oglada. Najgorzej, ze Maya jest brazowa, wiec na niej latwo to robactwo dojrzec, ale na czarnym kocie - nie ma mowy.
No nic, wieczor minal spokojnie, bo choc Mlodszy mial jechac na trening, to... zasnal i nie moglam go dobudzic. Mruczal cos nieprzytomnie i choc odmykal jedno oko, to kompletnie nie kojarzyl co sie dzieje. Zostawilam go, bo pomyslalam ze moze, poza przeziebieniem, cos go mocniej rozklada. Kiedy jednak w koncu wstal, twierdzil ze czuje sie dobrze, wiec nie wiem co go tak zmoglo w srodku dnia...
Poniewaz wiedzialam juz ze bede musiala jechac pod Boston, wiec w czwartek zostalam w domu. Na szczescie szef zatwierdzil to bez problemu. Musialam przygotowac sie na inspekcje, ale tez mialam sporo do zorganizowania na dlugi weekenu. Malzonek musial sam spakowac wiekszosc rzeczy, ale chcialam mu choc troche ulatwic zadanie. Swoje ciuchy przygotowalam, ale zostala jeszcze posciel, reczniki, jakies kosmetyki, lekarstwa, ubrania mlodziezy... O ile dla Potworkow juz od zeszlego roku zostawiam listy z ciuchami do spakowania, o tyle spiwory nadal schowane byly w piwnicy, a poduszki upchniete na zime do plastikowego pojemnika. Powyciagalam wiec to wszystko, ale przyczepa byla nie rozlozona, wiec i tak nie mialam jak czegokolwiek spakowac. Zrobilam tez jeszcze szybko pranie, bo potrzebne byly rzeczy na kemping, ale ja potrzebowalam tez ciuchow juz na kolejny tydzien, a po kempingu zawsze jest gora brudow. W miedzyczasie postalam tez chwile z kawa na tarasie, ale nie dane bylo mi posiedziec i podelektowac sie zielenia, bo co co chwila kropilo. Probowalam podejrzec kolibry przy karmniku, ale jak zwykle sa za szybkie dla mojego aparatu. ;)
Poniewaz jechalam tylko na jedna noc, wiec przelozylam potrzebne ciuchy oraz kosmetyki do torby, zeby nie ciagac calej walizki. W koncu przyszla pora zeby wyruszyc z domu. Do biura mialam oczywiscie po drodze korki, ale nie takie jak dzien wczesniej. Snulam sie noga za noga, ale przynajmniej posuwalam sie do przodu. ;) Balam sie co bedzie sie dzialo dalej, ale okazalo sie, ze do hotelu mialam tylko godzine jazdy i obylo sie bez korkow. Na sam koniec oczywiscie pobladzilam, bo autostrada tak dziwnie sie rozjezdzala, ze wydawalo sie, ze aby z niej zjechac musze jechac w prawo, a okazalo sie, ze powinnam byla pojechac lewym odgalezieniem, ktore najwyrazniej prowadzilo do zjazdu w przeciwnym kierunku. No nic, musialam po prostu zawrocic na najblizszym skrzyzowaniu. ;) Hotel byl z tej samej sieci jak ten z New Jersey z marca, wiec troche sie go obawialam, ale na szczescie okazal sie duzo lepszy. Pokoje odremontowane i przestronne, otwarta recepcja (tam byla za szyba z tylko dziurkami do rozmowy) i wyglada na to, ze maja normalne sniadanie. O tym ostatnim bede mogla cos napisac dopiero jutro. ;) Dla mnie najwazniejsze, ze w pokoju mam ekspres do kawy!
Choc widzialam tez kawe przy recepcji, wiec tutaj ogolnie jej chyba nie skapia. ;) Zla jestem strasznie, ze zmuszona bylam tu przyjechac, ale moge sobie wyobrazic jacy wsciekli beda ludzie w firmie, ktora bedziemy sprawdzac. Nie dosc, ze w piatek, to jeszcze przed dlugim weekendem! Na pewno sporo ludzi pobralo wolne, albo planowalo sie urwac wczesniej, nikomu raczej nie chce sie myslec o robocie, a tu kontrola! :O
Posta skoncze juz dzis, bo jesli wszystko pojdzie zgodnie z planem, jutro o tej porze bede grzala dupke gdzies przy ognisku. Chyba ze bedzie padalo, bo niestety, ale pogoda postanowila sie zbiesic i ma byc nie tylko deszczowo, ale tez zimno - ledwie 14 stopni! Widaj przygodo! :D
Dla moich hamerykanckich czytelniczek: fajnego dlugiego weekendu! Mam nadzieje, ze u Was pogoda bedzie lepsza niz u mnie! :)







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz