Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

piątek, 15 marca 2024

Po zmianie czasu

Sobota, 9 marca, dla mnie i Potworkow jak zwykle zaczela sie nieco pozniej. No dobra, "nieco" to moze zle slowo. Pasuje do Bi, ktora wstala gdzies o 8. Ja zbudzilam sie o 8:30, ale potem przysnelam i ponownie obudzilam o... 9:26. Za to panicz Nik spal do... 10. ;) W koncu jednak cala nasza trojka zwlokla sie z lozek, zjadla sniadanie, a ja z Bi doprowadzilysmy sie tez nieco do stanu uzywalnosci. Panna bowiem umowila sie tego dnia z kolezanka. Zaplanowaly przejazdzke, poniewaz nasze osiedle polozone jest zaraz obok szlaku rowerowego. Troche powatpiewalam w sens tego przedsiewziecia patrzac na prognozy, ktore niestety sie spelnily. Bylo pochmurno i chlodno - tylko 6 stopni i do tego mocno wialo. Pytalam panne czy na pewno chca w taka pogode jezdzic na rowerach, a potem bezskutecznie namawialam na cieplejsza odziez. Pojechaly na jakies 45 minut, a kiedy wrocily Bi miala dlonie az sine z zimna, choc twierdzila, ze poza nimi bylo jej cieplo. Jakos ciezko mi w to uwierzyc... Reszte czasu spedzily juz u Starszej w pokoju. Zrobily sobie rozgrzewajace herbatki, a ja potem przynioslam im tace z przekaskami. Kolezanka spedzila u nas prawie 3 godziny, a Nik w tym czasie gral na konsoli w lozku. ;) Malzonek po pracy pojechal do Polakowa, wiec przyjechal dosc pozno. Poniewaz on nie za bardzo lubi jak kreca nam sie po domu obce dzieciaki, to nawet dobrze sie zlozylo, bo akurat po chwili po corke przyjechal tata. Po jej odjezdzie akurat zjedlismy obiad (poza Bi, ktora po przekaskach skonsumowanych z kolezanka, nie byla glodna) i zaraz trzeba sie bylo szykowac do kosciola. W miedzyczasie zaczelo padac i zrobilo sie naprawde paskudnie, wiec nie bardzo sie chcialo, ale po pierwsze M. mial w niedziele ponownie pracowac, a po drugie, przestawialismy w nocy czas i jak sobie pomyslalam, ze mam sie zerwac "bladym switem" zeby jechac na msze, to stwierdzilam ze nie ma mowy; jedziemy w sobote. ;) Kiedy wrocilismy, zostal juz tylko relaks oraz kolacja, a po niej dalsza czesc relaksu. ;)

Jak napisalam, w nocy przestawialismy czas na letni. Rano moglismy wiec niby pospac dluzej, ale jednak krocej. ;) Choc obudzilam sie o 9 nowego czasu, to i tak dzien uciekal niemozliwie szybko. Dzieciarnia domagala sie oczywiscie porannego filmu, co stalo sie weekendowa tradycja. ;) Ostatnio Bi wspomniala, ze nie obejrzeli przeciez reszty filmow z serii Gwiezdnych Wojen. Poniewaz najstarsze 3 filmy srednio ich "porwaly", wiec myslalam, ze dadza sobie spokoj, ale jednak chca obejrzec wszystkie. No to wypozyczylam kolejna (a chronologicznie pierwsza ;p) czesc. Trzeba przyznac, ze tym razem wykazali faktyczne zainteresowanie, bo i film nowszy, wiec lepiej zrobiony, no i fabula znacznie ciekawsza dla mlodszych widzow. Akurat jak film sie skonczyl, przyjechal moj tata. Potrzebowal zeby mu ustawic Whatsappa na nowym telefonie. Prosta sprawa? Taaa... Poniewaz sprawil sobie swojego pierwszego iPhona, potrzebowal tez Apple ID, a to okazalo sie karkolomnym przedsiewzieciem, bo mial dwa rozne adresy e-mail, nie pamietal hasel, a to laczylo sie oczywiscie z weryfikacjami w telefonie, w mailu, a w dodatku dodatkowymi, poniewaz robilam mu to z pomoca mojego laptopa, ktorego jego sprzety oczywiscie nie rozpoznawaly i zamiast odpowiednich kodow dostawal powiadomienia, ze musi potwierdzic, ze on to "on" i tym podobne. Zajelo nam to prawie godzine. :O A i tak pozniej tata do mnie zadzwonil, twierdzac, ze u niego na Whatsappie mozna dzwonic, ale nie da sie wyslac smsa. A przeciez wszystko sprawdzilam i dzialalo jak trzeba. :/ Powiedzialam tacie, zeby teraz zostal juz przy Srajfonach, bo w nich wystarczy Apple ID i wszystko sie szybko i bezproblemowo przenosi. ;) Dziadzio jak zwykle zostal nakarmiony, ale niestety musialam go "pogonic" nieco wczesniej, bo jechalam z Potworkami na lyzwy. Kilka dni temu sprawdzilam, ze w te niedziele nasze ulubione lodowisko ma publiczna jazde ostatni raz w sezonie. Poniewaz w tym roku bylismy tam "zawrotne" trzy razy, stwierdzilam, ze moze trzeba pojechac i godnie pozegnac lyzwy. ;) A ze ostatnio Bi sie raczej nudzila, to zaproponowalam, ze mozemy wziac jej kolezanke, a Kokusiowi kolege, zeby bylo sprawiedliwie. Mama kolegi od razu odpisala, ze to super pomysl, a kolezanki, ze niestety ma ona juz plany. Bi przypomniala sobie jednak o innej kumpelce, ktora umie jezdzic na lyzwach, a ja szczesliwie mialam numer jej mamy i okazalo sie, ze moze jechac. Co wiecej, mama napisala, ze sama ja przywiezie, co akurat srednio bylo mi na reke, bo choc oszczedzalo mi jazdy autem po nia na na drugi koniec naszej miejscowosci, to jednak ja tez chcialam pojezdzic na lyzwach, a tak czulam sie zobowiazana zeby pogadac z kobitka. W ogole okazalo sie, ze ten wyjazd na lyzwy z kolegami nie do konca poszedl tak jak powinien, no ale tak bywa kiedy czlowiek musi zorganizowac samego siebie, ale ma jeszcze do czynienia z innymi. ;) Zaczelo sie od kolegi Kokusia. Pojechalismy po niego, a tu kawaler nie ma o niczym pojecia. :O Mamy, z ktora dzien wczesniej wszystko uzgadnialam, nie bylo, tata tez o niczym nie wie... Na szczescie nie oponowal kiedy syn oswiadczyl, ze chce jechac. Mama odpisala po chwili, ze przeprasza, bo H. dzien wczesniej byl na nocowanku u kolegi, a tego dnia rano zapomniala mu powiedziec. Raju... Mlody chwycil lyzwy, ale ze dogladal go tylko ojciec, to nie wzial ani czapki, ani rekawiczek... ;) Z kolezanka Bi i jej mama mielismy sie spotkac juz na lodowisku i choc przez te zawirowania troche sie spoznilismy co do umowionej pory, to dojechalismy akurat w tym samym czasie. Dzieciaki popedzily jezdzic, a na lodowisku byly tym razem spore luzy. Zdziwilam sie, bo myslalam ze sporo ludzi bedzie chcialo skorzystac z ostatniego dnia, ale jednak nie. Dodatkowo, tego dnia nie czyscili lodu w polowie, dzieki czemu, mimo ze dojechalismy pozniej niz przewidzialam, dzieciaki skorzystaly z jazdy na maksa. Jak zwykle kiedy mam okazje obserwowac dziewczyny i chlopcow, w badz co badz podobnym wieku, stwierdzam, ze to jednak dwa rozne swiaty. Panny jezdzily spokojnie, nawijajac.

Mlode damy
 

Chlopaki najpierw jezdzili dziko, kto szybciej. Potem grali w berka, co oczywiscie tez laczylo sie z wariacka jazda.

Oni nawet normalnie usiasc na lawce nie potrafia ;)
 

Na koniec chwycili po tym czerwonym "chodziku" i zaczeli odstawiac jakies zderzenia i przepychanki. Cale szczescie, ze bylo pustawo, wiec nikomu szczegolnie nie przeszkadzali. ;)

Na filmiku udalo mi sie cala czworke ujac w jednym kadrze. Jak widac, dziewczyny sobie jada, a chlopaki urzadzaja gonitwe :D
 

Ja pojezdzilam tylko jakies pol godziny, bo najpierw pogadalam z tamta mama, a pozniej zeszlam z lodu jakies 10 minut przed koncem zeby znow z nia posiedziec. Szkoda mi jej bylo, bo od nich jedzie sie tam prawie pol godziny, wiec jechala taki kawal zeby siedziec i sie nudzic. ;) Kiedy jazda sie skonczyla, a dzieciaki przebraly, zaczelam sie zegnac, ale kobita spytala czy moze Bi mialaby ochote jechac z nimi na jakies lody, a ona potem odwiezie ja do domu. Starsza oczywiscie chetna, a ja zapewnilam, ze wysle jej nasz adres, ale ze jakby cos, to chetnie po nia przyjade. One wiec odjechaly, a ja zabralam chlopakow i wyruszylismy. Po drodze tamta mama zadzwonila, ale tak przerywalo a chlopaki z tylu halasowali, ze zrozumialam tylko, ze chce zabrac dziewczyny gdzies do restauracji. Zgodzilam sie, myslac, ze pewnie nie znalazla w poblizu otwartej lodziarni, wiec stwierdzila ze zabierze je gdzies na frytki czy cos. Zajechalam z chlopakami po zimne napoje, bo juz wczesniej Nik mi jeczal, wiec napisalam do mamy kolegi czy wolno mu w ogole pic cos takiego. Zgodzila sie, wiec zatrzymalismy i kupilam im napoje, a sobie kawe. Odwiezlismy kolege, wrocilismy do chalupy i zastanawialam sie kiedy dojedzie Bi. Chcialam zagonic pod prysznic Kokusia i sama sie wykapac, ale ze napisalam wczesniej do tamtej kobity ze moge po Starsza przyjechac, to nie chcialam zeby mi napisala jak bede pod prysznicem, albo z mokrymi wlosami. Czekamy i czekamy, az w koncu przyszlo mi do glowy zeby napisac do tamtej mamy, a potem Bi czy juz wracaja. Zero odzewu. Po jakims czasie zadzwonilam do corki, myslac ze moze nie slyszala smsa, ale po kilku dzwonkach wlaczyla sie poczta glosowa. Zylka zaczela mi pulsowac, bo caly sens w posiadaniu przez panne telefonu, jest zeby byl z nia kontakt. Tymczasem ona wiecznie wylacza w nim glos i nie ma jak sie do niej dodzwonic. To juz nie pierwszy raz. Po chwili zadzwonilam do tamtej mamy, ale tu rowniez nie doczekalam sie odpowiedzi. Przyznaje ze zaczelam sie juz solidnie niepokoic, bo bylo grubo po 18, M. wyrzucal mi ze puszczam dziecko z niemal obca osoba, ze moze mieli jakis wypadek, itd. Zeby sie czyms zajac, pomoglam sie Kokusiowi wykapac, a potem podjelam kolejna probe dodzwonienia sie do kogos. Znow bez rezultatu, ale po chwili wreszcie oddzwonila tamta mama. Przeprosilam ze wydzwaniam, ale zaczelam sie troche niepokoic. Okazalo sie, ze ona pojechala z nimi normalnie do restauracji, ze koncza juz jesc, jeszcze moze wezma deser i odwioza Bi za jakas godzine. No i ok, ale chwile pozniej panna zaczela mi wysylac smsy, ze chce juz do domu, ze czuje sie niezrecznie, ze czy moge po nia przyjechac, itd. O matko... Napisalam wiec do tej mamy, ze przyjade po Bi, to wtedy beda mogly sobie z corka posiedziec do woli. Odpisala, ze ok i podala nazwe restauracji. Tu przyznaje, ze popelnilam blad, bo nie sprawdzilam dokladnie gdzie ona jest. Kiedy wczesniej rozmawialam w aucie, wydawalo mi sie, ze mowila i centrum handlowym zaraz obok mojej pracy. Pojechalam tam wiec, jezdze w kolko, ale takiej restauracji tam nie ma. W tym czasie Bi wysyla mi smsa za smsem gdzie jestem, ze ona teskni i chce juz do domu. W koncu sprawdzilam w google i okazalo sie, ze ta restauracja jest w... sasiednim miescie! :O Zadzwonilam do Bi ze juz jade, a ona mowi, ze oni czekaja na mnie przed budynkiem! Zadzwonilam z kolei do tamtej mamy i zaproponowalam zeby spotkac sie gdzies po drodze, bo nie jestem pewna jak szybko dojade, a nie chce zeby tam stali. W koncu spotkalismy sie pod szkola dziewczyn i okazalo sie, ze na tym obiedzie byla cala jej rodzina, to znaczy jeszcze maz oraz druga corka. Podziekowalam, przeprosilam za te ceregiele i chcialam oddac kase za obiad Bi, ale zapewniali ze milo im bylo ja ugoscic. Tymczasem panna wsiadla do auta i sie... rozplakala. Mowila, ze nie tego oczekiwala, ze myslala ze pojada na lody, a potem moze do nich do domu na chwile, a tymczasem pojechali do nich po tate i siostre i potem prosto do restauracji. Ze ona ich tak dobrze nie zna i czula sie bardzo dziwnie, ze zaluje ze w ogole pojechala i ze zmarnowala caly wieczor. :O Troche mi bylo jej szkoda, a troche mam nadzieje, ze to dla niej dobra nauczka ze nie zawsze takie wyjscia z kolezankami beda udane. Z drugiej strony to wlasciwie nie jej wina, bo tamta mama mowila przeciez tylko o lodach i ja sama myslalam, ze za gora godzine Starsza odwiezie. Nawet kiedy wspomniala cos o restauracji, nie przyszlo mi do glowy, ze beda tam siedziec cala reszte dnia. Gdybym wiedziala, od razu przeprosilabym, ze moze innym razem dziewczyny spotkaja sie na jakies wyjscie. Chociaz wtedy pewnie Bi mialaby do mnie pretensje, ze nie pozwolilam jej jechac z kolezanka. :D

Poniedzialek zaczal sie oczywiscie brutalnie, choc czlowiek wypoczety byl po weekendzie, wiec dal rade obudzic sie w miare bez problemu. Niestety, juz bylo tak pieknie i jasno, a teraz znow wstajemy przed wschodem slonca, wiec choc nie jest zupelnie ciemno, to jednak ledwie szaro... Poczatek marca rozpiescil nas pogoda, ale tego dnia zima postanowila pokazac nam, ze nie powiedziala jeszcze ostatniego slowa. Nie bylo wielkiego mrozu, bo tylko -1, ale za to wiatr wial wrecz huraganowy i odczuwalna byla oznaczona jako -8, a w dodatku proszyl snieg. Wichura byla niemozliwa - wiatr lomotal oknami i przyginal drzewa do ziemi. Pomijajac juz sam fakt, ze przenikal na wskros, balam sie, ze Bi jakas galaz spadnie na glowe na przystanku, bo przeciez u nas wszedzie naokolo rosna dorodne drzewa. Podjechalysmy wiec pod przystanek autem, co jest raczej komiczne, skoro mamy do niego moze 200m. ;) Okazalo sie dodatkowo, ze ledwie podjechalysmy, a przyjechal autobus, wiec w sumie Bi mogla pojsc pieszo, ale z tymi autobusami nigdy nie wiadomo. Wrocilam do chalupy i odetchnelam z ulga widzac ze Nik je juz sniadanie. Kiedy go bowiem budzilam przed wyjsciem, przewrocil sie tylko na drugi bok, jeczac "jeszcze 5 minut". :D Zawolalam, ze nie ma czasu na dolegiwanie, bo musze wyjsc z Bi, ale potem pobieglam i nie bylam pewna czy wstal, czy zasnal spowrotem. Na szczescie to pierwsze. Zanim Mlodszy wyszykowal sie i oboje zjedlismy sniadanie, wiatr zdawal sie troche odpuszczac. Nadal mocno wialo, ale juz nie tak porywiscie. Szybko okazalo sie, ze tylko mi sie wydawalo i nadal szalenczo pizdzilo, ale na szczescie autobus Nika przyjechal jak tylko doszlismy na przystanek, wiec nie musielismy tam sterczec. Wrocilam do domu, poskladalam pranie, rozladowalam zmywarke, nakarmilam Oreo i podlalam kwiatki. Potem moglam wypic kawke i pojechalam do pracy. Tam oczywiscie cisza. Miala byc kolezanka, ktora wrocila w koncu z Chin, ale napisala, ze zmienily jej sie plany. Siedzialam wiec sama te pare godzin. Zreszta, taka sie "towarzyska" zrobilam, ze gdyby nie ta niewiadoma z wyplatami i powrotem, bardzo dobrze siedzialoby mi sie w samotnosci. ;) Po pracy musialam jeszcze zajechac na poczte nadac przesylke, bo trafila sie taka nieco wieksza i nie bylam pewna ile znaczkow na nia nakleic. Okazalo sie, ze wystarczyly 3. ;) Potem juz do domu, na obiad. Nik nie mogl wcisnac swojej porcji, ale za to uparl sie, zeby pojsc chwile porzucac do kosza. Namawial tez mnie, ale przy wichurze i raptem 5 stopniach, kompletnie nie mialam ochoty. Poszedl wiec sam, choc tez obawialam sie, ze oberwie jakas galezia. ;)

Przyfilowany przez okno ;)
 

Chwile posiedzielismy, a pozniej reszta jechala na trening, M. mruczac ponuro, ze ma nadzieje, ze tym razem nikt sie nie zes*a do basenu. :D Oni pojechali, a ja poogarnialam to i owo, przygotowalam sniadaniowki oraz ubrania Kokusia na kolejny dzien. Spakowalam tez jego narciarskie rzeczy, bo kolejnego dnia mial byc kolejny (ostatni) wypad. Ponownie zagroska bylo, jak mamy sie ubrac, bo na popoludnie zapowiadali 14 stopni, ech...

Wtorek zaczelam jak zwykle z Bi. Wyszykowalysmy sie i wyszlysmy na przystanek. Nie wialo juz az tak jak dzien wczesniej, ale nadal dosc mocno, a ze mielismy 2 stopnie, to odczuwalna temperatura byla sporo nizsza. Na szczescie autobus znow podjechal juz o 7:21, wiec panna ledwie doszla na przystanek i mogla wsiadac. Wrocilam do domu, gdzie Nik kompletnie mnie zaskoczyl, bo sam z siebie wstal. Zwykle w dzien nart budze go nieco pozniej, nie mowiac juz ze zmienilismy czas, wiec wstaje sie duzo ciezej, a tu taka niespodzianka. Mielismy farta, bo przez okno widac przystanek i okazalo sie, ze tego dnia autobus Kokusia spoznil sie prawie 20 minut. Podjechal akurat kiedy wychodzilismy z domu. Tyle ze nam jazda zajela jakis kwadrans, a autobus zajezdza na kilka osiedli, wiec pewnie do szkoly jechal jeszcze pol godziny. Odstawilam Kokusia i jego sprzet, zajechalam do biblioteki oddac ksiazke i plyty, po czym moglam wrocic do chalupy. W domu jak to w domu, nudy nie bylo. Tu przetrzec, tam pozbierac, wstawic pranie i przelozyc potem do suszarki... Zawsze cos sie znajdzie. :) Ani sie obejrzalam, a trzeba bylo pedzic do szkoly. Akurat wyjezdzajac na ulice, wpadlam na Bi wracajaca po lekcjach, choc poza szybkim powitaniem nie bylo czasu na pogaduszki. Dojechalam do placowki edukacyjnej Kokusia i zameldowalam sie u faceta, ktory jest jednym z glownych opiekunow. Nauczycielka, ktora zwykle to prowadzila, niestety tego dnia nie mogla jechac. Nie ma sie co dziwic, skoro zamiast sie zamknac w miesiacu, to klub ciagnal sie przez niemal 2.5. :O Juz ostatnio brakowalo sporej grupy dzieciakow, a tym razem jeszcze wiekszej. Pomalu zaczynaja sie wiosenne sesje w roznorakich sportach, wiec widocznie rodzice uznali ze lepiej wyslac ich na treningi, niz narty przy sloncu i kilkunastu stopniach. ;) Nie mowiac o tym, ze sezon grypowy tez ma sie dobrze i czesc mlodziezy pewnie byla chora. Poniewaz tamtej nauczycielki nie bylo, wiec zostalam poproszona zebym pojechala school busem, a opiekun jechal autokarem. Nie protestowalam, bo w ten sposob mialam do pilnowania "tylko" 15 dzieciakow, zamiast 40. A i tak w sumie kierowca reagowal szybciej niz ja, bo widzial co oni wyprawiaja w lusterku wstecznym. Ja musialabym jechac caly czas odwrocona i na nich patrzec. Z sensacji tego wyjazdu, chlopiec akurat z mojego autobusu dostal krwotoku z nosa i lecialo mu prawie cala droge. Dobrze, ze kierowca mial chusteczki, bo ja mialam przy sobie raptem 3, a ten gagatek przemoczyl prawie cale pudelko. :O Cale szczescie, ze w koncu samo ustalo. Na miejscu juz luzik. Dzieciaki wiedza co i jak, wiec ruszyly do wypozyczalni i schroniska, a potem na lekcje i stok. Zgodnie z prognozami, bylo niemozliwie cieplo, a w dodatku po zmianie czasu jasno praktycznie do czasu wyjazdu, wiec nie bylo co liczyc, ze po zmroku temperatura spadnie. :/ Przezornie podszewke z kurtki zostawilam w domu, a Nik mial bluze, ktora po kolacji i tak zostawil i jezdzil w samej koszulce na dlugi rekaw.

Zegnamy narty, najprawdopodobniej juz do kolejnego sezonu
 

Warunki byly oczywiscie nieciekawe, bo przy stojakach na narty bloto (smierdzace lajnem, serio!), a na stoku mokry snieg, pozbijany w klejace kopy. Miejscami na szlakach snieg stopnial niemal do trawy. Po pierwszym zjezdzie Nik marudzil na wyciagu, ze nie da sie jezdzic, ze narty same hamuja, itd. Musialam przyznac mu racje. W dodatku nadal mocno wialo, a wiatr wial w gore stoku. Doslownie czulam jak przez niego zwalniam. Jestem ciezsza, wiec sila rozpedu dawalam rade pojechac dalej, ale mniejszy i lzejszy Nik co chwila musial odpychac sie kilkami lub posuwac niczym na lyzwach.

Widoczki ze szczytu, a jak wialo mozna poznac po moich wlosach
 

Pojechalismy raz na szlak z mini skoczniami, ale ze jest on zielony (najprostszy), wiec bardzo duzo jest tam praktycznie plaskich miejsc, wiec na tym razie sie skonczylo. Wiekszosc czasu zostalismy na jednym z czarnych (najtrudniejszych), bo po pierwsze, biegl on caly czas w dol, wiec nie bylo odpychania kijkami, a po drugie, z racji ze jezdzilo nim mniej ludzi, to snieg nie byl az tak wyjezdzony.

Wybaczcie jakosc - Nik akurat wyhamowuje przy mnie po zjezdzie najwezsza czescia szlaku
 

Zjechalismy na kolacje, gdzie okazalo sie, ze kolega Kokusia nie ma kasy, wiec zaplacilam za niego. Najlepszy byl moj syn, ktory juz jadl bo bylismy tam wczesniej, ale poszed sprawdzic czemu kumpla tak dlugo nie ma po czym przyszedl i oznajmil, ze H. nie ma na karcie kasy (rodzice moga dzieciakom nabic srodki na karte podarunkowa) i ze "musisz kupic mu kolacje". Ha! Mialam ochote powiedziec, ze nic nie musze, ale nie bede taka, szczegolnie ze to nie jakies przypadkowe dziecko, tylko najlepszy kolega Kokusia od przedszkola. Po zjedzeniu poszlismy jeszcze na stok, ale kumpel Mlodszego znow poszedl oddac sprzet po jednym zjezdzie. Byla 18:50, wiec zastanawialismy sie z Nikiem co robic, ale ostatecznie stwierdzilismy ze to ostatni raz, wiec zjedziemy jeszcze raz. I dobrze sie stalo, bo i tak nie bylismy ostatni w schronisku. ;) Ogolnie, to ucieszylam sie, ze wreeeszcie koniec tego koszmarnie przeciagnietego klubu, a tego dnia szczegolnie. Cos mi siadlo na zoladku i juz jedzac kolacje czulam, ze zupelnie nie mam apetytu, mimo ze wczesniej jadlam prawie 5 godzin wczesniej. Na sile wcisnelam to, co kupilam, ale potem czulam caly czas taki ciezar w brzuchu. Niby mnie nie mdlilo, ale takie uczucie jakby chcialo mi sie odbic, a nie moglo. Bleee... Te dwa ostatnie zjazdy wykonalam glownie dla Kokusia, ale bez entuzjazmu, a w drodze powtornej modlilam sie tylko zeby nie zrobilo mi sie niedobrze w trzesacym sie, rzucajacym autobusie. ;) Na szczescie obylo sie bez takich przygod, ale do konca dnia nic juz nie jadlam. A kiedy my z Kokusiem pocilismy sie na stoku, M. z Bi tez nie proznowali. Kiedy panna ostatnio chciala jechac na przejazdzke rowerowa z kolezanka, malzonek wspomnial, ze zauwazyl iz tylne kolo w jej rowerze dziwnie sie rusza, jakby bylo obluzowane. Ostatecznie Bi pojechala na moim, a pare dni pozniej M. sprawdzil co sie z nim dzieje. Niby cos tam dokrecil, ale stwierdzil ze nie do konca ufa tej domoroslej naprawie. W dodatku Bi tego roweru nie znosila i narzekala, ze przerzutki dziwnie sie zmienia. Ostatnio na kempingach zawsze brala moj, chyba ze jechalismy gdzies w czworke. Majac na uwadze, ze za rok z hakiem przejdzie do high school, dokad najprosciej i najszybciej bedzie przejechac na rowerze, M. stwierdzil, ze moze czas zainwestowac w leprzy sprzet dla niej. Kokusiowi kupilismy rower z bardzo wysokiej polki (szczegolnie dla takiego malolata), bo on jezdzi duzo oraz intensywnie i zajezdzal jeden za drugim. Dla Bi dotychczas kupowalismy duzo tansze i uzywane, bo ona jezdzila wlasciwie tylko na kempingach. Teraz jednak malzonek wzial ja na rundke po okolicznych sklepach rowerowych, zeby popatrzyla, przymierzyla i potencjalnie wybrala. Akurat jechalismy z Kokusiem wyciagiem, kiedy dostalam zdjecie od M. Panna wybrala sobie rower i miejmy nadzieje ze posluzy jej on dobrych kilka lat, tym bardziej, ze jest strasznie duzy; kola ma wieksze od mojego.

Nowa fura
 

W nocy spalam fatalnie, mimo ze zoladek z grubsza odpuscil. Nie wiem co to jest, ze za kazdym razem po nartach nie moge spac. Jasne, ze czlowiek jest troche polamany, ale lezac w lozku przeciez tego nie czuje. ;) W srode rano oczywiscie nie moglam sie dobudzic, a jeszcze kot przylazl sie przywitac, caly mruczacy, cieplutki i puchaty. ;) W koncu sie zwloklam, wyszykowalam i wyszlysmy z Bi. Jej autobus przyjechal troszke pozniej, ale bez tragedii. Polecialam do domu, bo wczesniej budzilam Kokusia i on tez ledwie byl w stanie otworzyc oczy, wiec nie bylam pewna, czy wstal. Na szczescie tak. Wyszykowalismy sie z kolei z nim i pomaszerowalismy na jego przystanek. Jednego z normalnie czekajacych tam chlopcow nie bylo, wiec dzien wczesniej (kiedy nie zjawil sie na nartach) nie mial jednak chyba innych zajec, tylko byl chory. ;) Po odjezdzie Mlodszego, wrocilam jak zwykle do chalupy, poskladalam pranie, wstawilam zmywarke, itd., po czym pojechalam do pracy. Tam jak zwykle az "za" cicho, wiec posiedzialam, ogarnelam jakies drobiazgi i wrocilam do chalupy. Tego dnia spodziewalam sie raportow semestralnych Potworkow, ale ku mojemu zaskoczeniu, przyszedl tylko Kokusia. Nie wiem jak oni to robia, bo trymestr konczy sie tego samego dnia w calej miejscowosci, a ostatnio tez przyszly w rozne dni, tylko wtedy pierwszy byl Bi. :) W kazdym razie, poki co na raporcie nie ma sie zbytnio (bo troche trzeba ;P) do czego przyczepic.


 Podejrzewam, ze jak zwykle nic tu nie bedzie widac - a jednak. Zalezy od kompa. Na moim domowym, wszystko zamazane, ale na telefonie i laptoku z pracy, spokojnie mozna sie doczytac ;)

Z wiekszosci zagadnien (bo u niego to sa nadal oceny bardziej opisowe) ma M (meets), czyli material opanowany. Tak jak w poprzednim trymestrze, trzy E (exceeds) oznaczajace ze przekracza material swojej klasy, ma ze... sztuki. Artysta zostanie, czy co? :D Troche sie podciagnal i N (near) ma tylko z trzech zagadnien, dwa z pisania i jedno z nauk socjalnych. Przedmioty te uczy ta sama nauczycielka, z ktora Mlodszy srednio sie polubil, co pewnie tez ma wplyw na oceny. Chociaz Nik sam tez przyznal, ze nie chce mu sie szukac zrodel i potem na ich temat pisac, a do tego nie pasuja mu wypracowania. Zalamac sie mozna, bo oni nie maja nawet typowych wypracowan na temat literatury, tylko rodzaj tekstu, do ktorego tematyke sami sobie wybieraja. Czasem mialabym ochote przeniesc Nika na jakis czas do szkoly w Polsce, zeby sobie porownal i zobaczyl jak ta hamerykancka szkola go rozpuscila. ;) Poki co zaserowowalam mu pogadanke, ze nie obchodzi mnie ze nie przepada za nauczycielka, ani ze szukanie zrodel to nuda, ma sie starac zdobywac jak najwiecej punktow z kazdego przedmiotu. A z pisania juz najwyzsza pora zeby pamietac o kropkach na koncu zdania, no luuudzie! :O Co do samych nauczycieli, to roznice w podejsciu widac np. na podstawie ich nauczycielki z zespolu. Poprzednia poszla na macierzynski i przyjeli inna na zastepstwo. Poprzednia zawsze dawala Nikowi N za znajomosc nut, a w komentarzu na koncu raportu pisala ze cwiczenia wplywaja na poziom gry. Nowa nauczycielka za znajomosc nut dala mu juz M, a w komentarzu napisala, ze to przyjemnosc Nika uczyc i ze ma swietne brzmienie trabki. Zupelnie inny wydzwiek. ;) Tego dnia rano mielismy tylko 1 stopien, ale po poludniu zrobilo sie az 16. Bi wyslala mi wiadomosc z autobusu, z pytaniem czy z sasiadka moga tylko pozanosic plecaki do domow i pojechac na rowery. Wiadomo, ze nowy sprzet trzeba dokladnie przetestowac. ;) Odpisalam, ze jasne, bo dlaczego nie, przy tak pieknej pogodzie. Kiedy wrocilam do domu jeszcze ich nie bylo, ani Nika, ktory najwyrazniej zazdrosny, jezdzil sam po osiedlu. W koncu wszystkie dzieciaki zameldowaly sie spowrotem, ale po obiedzie wyszly pograc w kosza.

Fajnie by bylo gdyby czesciej tak razem grali
 

Nie za dlugo, bo Nik jest przewrazliwiony w stosunku do siostry. Ze mna gra bez problemu, choc ja wiadomo, jestem z nim ostrozna, bo zdaje sobie sprawe z roznicy wagowej. Ze swoim kumplem przepychaja sie, uprawiaja zapasy i tluka po glowach. I jest w porzadku. A tu chwile pogral z Bi, gdzie to on odpychal ja, a ona twardo stala, nie mogl sie przebic przez jej obrone, wiec wycedzil ze go popycha, a to (cytuje) "inna klasa wagowa" i nie bedzie z nia gral. :D Mam nadzieje, ze to kwestia okolo dwoch lat i moze w koncu zrownaja sie wzrostem i Nik przestanie byc taki niedotykalski, bo jest tylko w kontaktach z Bi. ;) Byla sroda, wiec mieli isc na basen, ale Nik po grze z siostra byl bez humoru, a potem M. ucial sobie drzemke na kanapie i tez stwierdzil, ze mu sie nie chce jechac. Nie bylo rowniez protestu ze strony Starszej, wiec ostatecznie zostali w domu.

Czwartek zaczal sie jak dzien poprzedni. Rano mielismy 2 stopnie, ale po poludniu temperatura miala dojsc do 19 (doszla do 21 :O), wiec oba Potworki uparly sie, ze chca zalozyc krotkie spodenki. ;) Coz, juz jadac na narty widzialam sporo dzieciakow w szortach (przed szusowaniem zalozyli dlugie ;P), wiec wiedzialam, ze to nie tylko oni. ;) Autobus Bi przyjechal ponownie bardzo szybko, wiec na szczescie praktycznie nie musiala stac na przystanku z golymi nogami. ;) Dzien wczesniej Nik buszowal prawie do 23, wiec rano ciezko mu sie bylo oczywiscie dobudzic, ale trudno. Ostrzegalam. ;) Wstal w koncu, wyszykowal sie i pomaszerowalismy na przystanek, gdzie okazalo sie, ze na czworo dzieci, tylko jedno mialo dlugie spodnie. :D Po odjezdzie Kokusia, wrocilam do chalupy i zajelam sie porzadkami. Podlogi na gorze prosily sie juz o odkurzenie i umycie, a dodatkowo milion drobiazgow prosilo o ogarniecie. Jak to w domu. ;) Mimo, ze dekoracje bozonarodzeniowe dawno juz pochowalam, ale zostawilam takie typowo zimowe. Poniewaz jednak za dwa tygodnie Wielkanoc, wiec schowalam w koncu ostatnie balwanki, a wyciagnelam zajaczki. ;) Powiesilam tez wieniec udajacy bazie w ksztalcie krolika nad kominkiem, a na drzwiach sztuczna forsycje.

Wiosenne drzwi
 

Mam nadzieje, ze te cieple dni pomoga i prawdziwa tez zakwitnie przed Swietami i bede mogla postawic ja na stole i obwiesic jajeczkami. Tego dnia przyszedl raport Bi i podobnie jak u Kokusia, w zasadzie nie ma co sie czepiac. No, poza matematyka. ;)

Smiesznie, bo wiekszosc tego raportu to cyfry (od 1 do 3, jedynka oznaczajace ze uczen zawsze spelnia oczekiwania, a trojka, ze robi to rzadko; Bi ma same 1, poza dwiema 2 z matmy oczywiscie) okreslajace zachowanie, zaangazowanie, odpowiedzialnosc za nauke i umiejetnosc pracy w grupie, przyznawane przez kazdego nauczyciela
 

U Starszej przynajmniej sa normalne oceny, wiec latwiej okreslic jak sie uczy. Na 10 przedmiotow, z osmiu otrzymala najwyzszy stopien, czyli A. W porownaniu z pierwszym trymestrem, z nauk scislych spadla z A na B, ale za to z hiszpanskiego podciagnela sie z B na A, czyli w sumie na jedno wyszlo. ;) Tylko ta matma kuleje, bo ma za nia ledwie C. Miejmy nadzieje, ze w przyszlym roku przeniosa ja jednak na zwykla matematyke i ocena przestanie straszyc i psuc srednia. ;) Dzien zlecial migusiem i Bi wrocila ze szkoly, a niedlugo po niej przyjechaly chlopaki. Malzonek i dzieciaki zjedli, po czym stwierdzilismy, ze trzeba skorzysta z tego "lata" w marcu i poszlismy na spacer. To znaczy, ja i M. szlismy, a dzieciaki jechaly na rowerach. Ciekawe jak szybko Bi minie ten entuzjazm do jazdy, ale poki co dobrze, ze trwa, bo w nowiutkim rowerze hamulce i przerzutki musza sie jeszcze podocierac. Po powrocie Nik jak zwykle chcial pograc w kosza i moment z nim pogralam, ale potem poszlam do "okrutnego obowiazku", czyli zbierania psich kupsztali. Niestety, zima nie robimy tego zbyt regularnie, wiec teraz ulubione miejsca "fizjologiczne" siersciucha wygladaja tragicznie. Sporo pozbieralam, ale sporo nadal zostalo, wiec czeka mnie jeszcze kilka takich porywajacych sesji. ;) Przy okazji rozejrzalam sie tez po ogrodzie, ktory po zimie wyglada oczywiscie lyso i mizernie. Pietruszka w warzywniku rosnie juz az milo. Truskawki tez przezyly zime, ale za to padla jedna z mlodych forsycji, ktore posadzilam rok temu. :( Ciekawe czy dwie male piwonie, ktore wyrosly niespodziewanie w poprzednim sezonie, znow puszcza pedy? Na kwitniecie oczywiscie nie licze; to dopiero za rok albo i dwa... Oczywiscie na ogrodzie pojawiaja sie pierwsze krokusy (mam jakas pozna odmiane chyba), a reszta kwiatow coraz smielej kielkuje. Na najblizsze dni nie zapowiadaja nawet przymrozkow, wiec wszystko bedzie roslo jak glupie. ;)

W koncu dotarlismy do piatku. Niestety, nie dosc ze czlowiek zmeczony rannym wstawaniem przez caly tydzien, to jeszcze dzien zaczal sie pochmurno, wiec w sypialni mialam niemal zupelnie ciemno. Oj ciezko sie wstawalo... Z Bi jak przez caly tydzien (jakies swieto normalnie), autobus przyjechal w miare o czasie. Wrocilam do domu, gdzie wczesniej obudzilam juz Kokusia. Ten jednak zaskoczyl mnie negatywnie, bo na dzien dobry oznajmil ze boli go gardlo, a i nos mial slyszalnie przytkany. Dopiero co w zeszlym tygodniu nie byl w szkole w srode i znowu cos?! Pytanie tylko czy faktycznie cos go bierze, czy to jakas alergia. Niby niewiele jeszcze roslin kwitnie, ale moj tata jak popracuje w ogrodzie, szczegolnie jak musi grzebac w jakichs chaszczach, to kolejnego dnia tez kicha i lzawia mu oczy. A przez ostatnie dwa dni, Nik wiekszosc popoludni spedzal na dworze... W kazdym razie Mlodszy czul sie ogolnie niezle, wiec dalam mu lekarstwo i wyslalam do szkoly. Tego dnia obchodzili w niej dzien Sw. Patryka i wszyscy mieli sie ubrac na zielono. Niestety, rozproszylo mnie zaskoczenie tym jego kolejnym przeziebieniem i zapomnialam pstryknac zdjecie. ;) Kiedy Mlodszy pojechal, wypilam szybko kawe i pojechalam na zakupy. To juz prawie tradycja, ale wracajac zajechalam do biblioteki, oddac ksiazki i wypozyczyc plyty na weekend. Po powrocie rozpakowac to wszystko i moglam zaczac jak zwykle ogarniac to i owo w chalupie. Po pochmutnym ranku, w ciagu dnia zaczelo wychodzic slonce, dzieki czemu temperatura znow podniosla sie do 17 stopni, ale po poludniu znow sie zachmurzylo i spadala na leb na szyje. Taki dziwny dzien, a ja nie moglam opanowac ziewania, wiec i cisnienie wariowalo. Ani sie obejrzalam, a wrocila ze szkoly Bi. Chlopaki przyjechaly troche pozniej niz zwykle, bo zajechali jeszcze po pizze. Niestety, Nik nie wygladal ani troche lepiej. Dobrze, ze tym razem trafilo na weekend, wiec moze podkuruje sie do poniedzialku. Dobrze by bylo zeby poszedl do szkoly, bo mam z jego wychowawczynia wywiadowke, a na wiosne to dzieciaki je prowadza. Pozostaje poczekac i zobaczyc...

Do poczytania!

4 komentarze:

  1. Widzę, że u Was sezon sportów zimowych też się kończy. Nasze lodowisko zamknęli na początku tygodnia, ale nie zdążyliśmy pojechać.

    O matko. To wyjście Bi z koleżanką faktycznie średnio udane. Przy takiej informacji, podobnie jak Ty, byłabym pewna lodów i do domu. Skoro chciała zabrać Bi na rodzinny obiad, powinna Ci dokładnie powiedzieć, jak to będzie wyglądało...

    Początek marca, a opisy ze stoku narciarskiego, jakby był już kwiecień, albo i dalej. Dobrze jednak, że udało się zamknąć narty i ogólnie jesteście zadowoleni. My na nartach nigdy nie jeździliśmy, dzieciaki jeszcze mają czas się nauczyć, ale my już raczej nie.

    Piękny ten rower Bi :) Nas czeka zmiana roweru Jasia, zobaczymy jaki sobie wybierze...

    Gratulacje dla dzieciaków za oceny!!! Ale widzę, że nie tylko u nas sympatie i antypatie nauczycieli mają na nie wpływ... A tyle pięknie mówią, na temat tego, że oceniają tylko umiejętności ucznia...

    U nas pyli brzoza i olsza, a do tego grzyby w ziemi są cały czas, więc nasi też co chwilę chodzą z przytkanymi nosami. Ach ta alergia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokladnie. Gdyby ta kobita od razu powiedziala, ze chce wziac Bi na obiad, ale po drodze zgarnac jeszcze meza i mlodsze dziecko, od razu powiedzialabym ze moze innym razem sie dziewczyny spotkaja...
      Ciesze sie, ze te narty jednak doprowadzili do konca, choc w ktoryms momencie myslalam, ze lepiej zeby dali nam jakies karnety do wykorzystania kiedy indziej, bo klub trwal o 1.5 miesiaca duzej niz powinien, wiec to juz lekkie przegiecie. ;)
      Niestety, nauczyciele to tez ludzie. Chociaz mnie dziwi ta antypatia do Nika, bo ogolnie to jest dziecko uczynne i przyjacielskie. Podejrzewam, ze musial na poczatku roku za duzo wariowac z ulubionym kolega...
      U nas sama nie wiem co pyli, ale chwilowo Kokusiowi znikly wszelkie dolegliwosci, wiec moze wtedy to bylo jednak przeziebienie...

      Usuń
  2. Ha, przechodzicie z zimowych w letnie sporty niemal bezszmerowo. Narty i lyzwy zamieniacie na rower i koszykowke, bez zatrzymania. Bo wiosna juz nadeszla! A Bi powinna jednak miec wlaczony dzwonek telefoniczny, kiedy chcecie sie z nia porozumiec.. W koncu do TEGO sluzy telefon. Eeech, te dzieci...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, bo od kilku lat wlasciwie nie ma przejsciowej pogody. Z kilku stopni nagle robi sie dwadziescia pare i od razu przechodzimy w lato. :D

      Usuń