Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

piątek, 22 marca 2024

W miare spokojny tydzien

Sobota, 16 marca, zaczela sie oczywiscie pozniej, tym razem rowniez dla M. Malzonek w koooncu wzial dzien wolny. ;) Gwoli wyjasnienia, u nich w robocie istnieje zarzadzenie, ze kazdy musi miec wolne 4 dni w miesiacu. Tyle, ze nie musi brac jednego dnia wolnego w tygodniu, a moze np. wziac wszystkie na poczatku lub koncu. Wazne zeby byly to przynajmniej 4 dni. W marcu wypada Wielkanoc, wiec juz wskocza jakies dni wolne, choc w firmie M. nie moga sie zdecydowac czy pozwolic ludziom pracowac w Wielki Piatek czy Sobote. Malzonek wolalby piatek, a potem dwa dni wolne, ale powiedzieli im, ze sklaniaja sie raczej ku pracujacej sobocie. Zupelnie bez sensu, bo mieliby piatek wolny, do pracy w sobote i potem znow wolne w niedziele. Dlatego M. zaklada, ze zrobi sobie cale trzy dni wolne na Swieta, ale musial wziac jeszcze jeden wolny dzien. Padlo na ta sobote, bo pracowal tak naprawde bez przerwy od naszej rodzinnej grypy w polowie lutego i byl zwyczajnie wyrabany. :O Oczywiscie, przyzwyczajony do wstawania nad ranem, spal kiepsko i zbudzil sie o stalej porze. Udalo mu sie w koncu zasnac ponownie, ale dlugo to nie potrwalo i wstal zaraz po 6. Ja i dzieciaki oczywiscie powylegiwalismy sie duzo dluzej. ;) Kiedy wstalam, kawa w zaparzaczu byla juz zrobiona, bo M. lubi czasem uzyc starego i nastawic caly dzbanek "ambrozji". ;) Fajnie byloby spedzic jeden wolny dzien M. jakos relaksujaco, ale niestety. Kolejnego mial pracowac, wiec oczywiscie chcial zaliczyc msze. A ze do Swiat zostaly dwa tygodnie, wiec stwierdzilimy, ze fajnie byloby pojechac do spowiedzi, zeby nie pchac sie na ostatnia chwile w niekonczace sie kolejki. Ranek byl wiec w miare spokojny, pozniej M. z Bi pojechali po sushi na obiad i niedlugo potem wyruszylismy z domu. Musze przyznac, ze choc spodziewalam sie ostrego protestu ze strony Potworkow, bo przeciez oni nawet na msze nie lubia jezdzic, a tu doszla jeszcze spowiedz, to jednak pojechali z lekkim tylko przewracaniem oczami. ;) Poniewaz i ja i malzonek wolimy spowiadac sie po polsku, pojechalismy do polskiego kosciola w sasiednim miescie, gdzie spowiadaja w obu jezykach. Mielismy pecha, bo ksieza byli w dwoch konfesjonalach i po wejsciu pomyslalam, ze dobra nasza, bo przy zadnym nie bylo jakiejs dlugiej kolejki, ot, kilka osob. Nie wiem jednak o czym ci ludzie tam gadali, bo kazda osoba siedziala w konfesjonale wiecznosc i to w obu! :O Normalnie, po dwoch osobach wyciagnelam telefon, wlaczylam stoper i zaczelam odmierzac. Wiekszosc siedziala tam okolo 4 minut. Zaraz przed nami byla kobieta, ktora spedzila tam ponad 6!!! Kiedy wyszla, rzucilam jej mordercze spojrzenie. I nie, to nie tak ze ksiadz sobie gadal bez opamietania, bo z naszej czworki kazde wyspowiadalo sie w dwie minuty, a mnie ksiadz tez zdazyl opowiedziec o sensie postu oraz Wielkiej Nocy. Tamci ludzie wiec musieli sie wdawac w jakies pogawedki... Moim zdaniem to swinstwo, kiedy widza ze za nimi jest kolejka. :/ Przez takich idiotow, przyjechalismy tam o 15:20, przed nami byly raptem cztery osoby, a skonczylismy tuz przed 16. Powstal dylemat, co z msza. Zwykle jezdzilismy do spowiedzi, a potem zjezdzalismy do innego kosciola, ktory ma sobotnia msze o 16. W tym ze spowiedzia bowiem, jest ona dopiero o 16:30. Nie bardzo chcialo nam sie czekac ponad pol godziny, za to zeby pojechac do drugiego, M. stwierdzil, ze spoznimy sie, bo "to jakies 10 minut". Zrobilam wielkie oczy, bo do przejechania bylo doslownie kilka przecznic i nie powinno zajac dluzej niz 2-3 minuty, chyba ze utknie sie na kazdych swiatlach, w zawrotnej ilosci... trzech. :D Alternatywa bylo wrocic do naszego miasteczka, gdzie w jednym kosciele tez jest msza o 16:30, ale tam musielibysmy czekac przynajmniej 15 minut na jej rozpoczecie. Ostatecznie udalo mi sie przekonac M., zeby podjechac do tego pobliskiego kosciola, bo nawet jak przyjedziemy w czasie pierwszego hymnu, to przeciez nic sie nie stanie. Mialam racje (oczywiscie :D), bo droga zajela nam 3 minuty i weszlismy do kosciola kiedy wszyscy nadal spiewali. Po mszy podeszlismy jeszcze do polskiego sklepu, bo M. nabral ochoty na golabki. To jedno z tych dan, ktorego nie robimy sami, bo zadnemu z nas nie chce sie przy tym stac. ;) W koncu dojechalismy do domu, gdzie przy asyscie Kokusia (wlasciwie to zrobil wiecej niz ja), szybko ukrecilam i wstawilam chlebek bananowy, bo w koncu mialam kilka przejrzalych, a kolejnego dnia mial oczywiscie wpasc moj tata. Kiedy ciasto sie pieklo, polecialam wziac prysznic, a potem juz byl zwyczajny wieczorny relaks.

Piekarczyk
 

W niedziele M. juz pracowal, wiec wstal nad ranem. I dobrze sie stalo, bo Oreo znow wieczorem przepadla. A wlasciwie to przybiegla na wolanie, ale pokrecila sie po tarasie, zignorowala uchylone drzwi i sobie poszla. Dopiero pan ja nad ranem wpuscil. :) Potworki oraz ja sie wyspalismy, a po obudzeniu, dzien dzieciaki zaczely tradycyjnie od filmu. Obejrzeli kolejna (II) czesc Gwiezdnych Wojen i bardzo sie zdziwili ze Anakin z dzieciaka zrobil sie doroslym facetem. Oni chyba liczyli na jeszcze kilka odcinkow z zabawnym chlopczykiem. ;) Film zdazyl sie skonczyc zanim przyjechal moj tata, jak zwykle z formularzami do wypelnenia i potrzeba kolejnych instruktazy co do obslugi telefonu. ;) Okazalo sie tez, ze nic nie mowil, a w tygodniu niespodziewanie i w tajemnicy, kupil nowe auto i przyjechal pochwalic sie fura. :O Starego Suzuki wymienil na nowszego Nissana i musze przyznac, ze auto jest bardzo ladne. Malzonek dopytuje czy moze mam ochote wymienic moje na cos takiego, ale lubie moja "krowe", a poza tym jest splacona, wiec nie ma potrzeby. ;) Tata oczywiscie zostal nakarmiony, obejrzelismy wspolnie skoki narciarskie, a potem poszlismy podziwiac jego nowy woz. Ja posiedzialam na wszystkich miejscach i zajrzalam do bagaznika, a M., jak to chlop, musial sprawdzic nawet silnik. :D Kiedy tata pojechal, bylo juz w sumie pozne popoludnie, wiec pozostalo zabrac sie za lekkie ogarniecie gospodarstwa. Malzonek gotowal pomidorowa, ja rozladowalam zmywarke, wstawilam pranie i zagonilam Nika do kapieli.

Wyglupy ;)
 

Tym razem wyjatkowo chcial sie chwile pobawic w wodzie, co nie zdarzylo mu sie juz od dawna. Poza tym, jak to po weekendzie, trzeba bylo wyciagnac plecaki, sniadaniowki i szykowac wszystko na kolejny tydzien. 

Aha. Nik przez caly weekend mial wyraznie przytkany nos, ale gardlo przestalo go bolec i wykazywal swoj normalny poziom energii. Nie wiem skad on tak lapie takie mini przeziebienia co tydzien, ale mam nadzieje, ze kiedys w koncu nabierze odpornosci, bo zwariowac mozna...

Poniedzialek zaczal sie jak zwykle. Wstac z Bi, spakowac jej lunch, wyszykowac sie i marsz, ona na przystanek, a ja na chodnik przy wjezdzie. ;) Wczesniej obudzilam Kokusia, ale zastanawialam sie czy faktyczynie wstanie, czy zasnie spowrotem, bowiem w poprzedni wieczor twierdzil ze nie moze zasnac i krecil sie jeszcze o 23:20, kiedy sama sie kladlam. Kiedy Bi odjechala, wrocilam do domu i na szczescie znalazlam Nika w kuchni, jedzacego sniadanie. ;) Kiedy on odjechal, moglam wrocic do chalupy juz na pare godzin. Wstawilam zmywarke, pranie, ktore potem przelozylam do suszarki, nakarmilam kota, przewietrzylam sypialnie i mialam tez czas na spokojna kawe. Poniewaz M. ugotowal pomidorowa, wiec mnie pozostalo tylko dogotowac makaron i obiad mialam gotowy. Tego dnia nie jechalam do roboty, bo Nik konczyl lekcje juz o 12:30. Mieli je skrocone z okazji popoludniowych wywiadowek w jego szkole. Z tej okazji przykleilam sobie znow paznokcie, bo sporo zostalo mi ich jeszcze w pudelku, a w czasie wywiadowki nauczycielki podaja ci kartki z testami dzieciakow, jakimis pracami lub ulotki informacyjne, wiec patrza na dlonie. Moje paznokcie sa jakie sa, wiec moge jedynie sztucznie je upiekszyc. ;)

Jeden odpadl dwie godziny pozniej, ale przykleilam go spowrotem i siedzi do dzis. Za to z reszty zdazyly juz odpasc 4 :D
 

Ranek minal mi wiec ekspresowo i ani sie obejrzalam, a musialam jechac po syna. Po "poznej" wiosnie w zeszlym tygodniu, w tym pogoda przypomniala sobie, ze nadal mamy marzec. Bylo ledwie 7 stopni i potwornie wialo. Stanie pod szkola, w oczekiwaniu na wyjscie mlodziezy bylo mocno nieprzyjemne. Nik w koncu wyszedl i wrocilismy do domku. Tam czas na zjedzenie zupy, chwilke posiedziec i znow musielismy wyjezdzac na jego wywiadowke.

W oczekiwaniu. Moze nie wyglada, ale to jest korytarz miedzy klasami. ;) Nad Nikiem jest napis "team elm", bo od zeszlego roku druzyny (grupy klas) maja nazwy drzew. Mlodszy jest w druzynie "wiazu"
 

Te wiosenne to dla mnie taki pic na wode fotomontaz, bo dziecko jest obecne i to ono wlasciwie przewodzi calemu spotkaniu. Mlodszy przygotowal prezentacje, ale swoim zwyczajem kiedy nie ma na cos ochoty, zrobil to na odwal - odpieprz. Napisal o tym z czego jest dumny i nad czym musi popracowac, ale opisal tylko matematyke oraz jezyk angielski, zupelnie pomijajac reszte przedmiotow. A na kazdym slajdzie napisal... jedno zdanie. Zadnego rozpisywania, zadnych podpunktow. Caly Nik. :D Juz od momentu odebrania go ze szkoly jeczal, ze nie chce jechac na te wywiadowke. Wiem, ze Kokusia stresuja takie wystapienia (w zerowce schowal sie pod lawke i rozplakal), ale uwazam to dobre cwiczenie, bo roznorakich ustnych prezentacji maja w szkole sporo, a poza tym ja chcialam tam byc. Po tylu latach doswiadczenia wiem, ze duzo z tej wiosennej wywiadowki nie wyniose, bo dziecko wiadomo, powie to, na co ma ochote, ale za to wazne jest zeby nauczyciele widzieli, ze rodzic sie interesuje i mu zalezy. Pozyteczna wiadomoscia bylo, ze w gimnazjum nadal planuja zatrzymac Nika na zaawansowanej matematyce. W przeciwienstwie do Bi jednak, u niego nauczycielka nie zglasza zadnych problemow z opanowaniem materialu. Starsza juz w zeszlym roku zostawala lekko w tyle, a w tym to sie jeszcze poglebilo. Pomyslec, ze jeszcze kilka lat temu myslalam, ze to ona jest bardziej umyslem scislym, a Mlodszy humanistycznym. :D W kazdym razie, jak w zeszlym roku kontaktowalam sie z nauczycielka Bi, pytajac czy jest pewna, ze panna powinna kontynuowac zaawansowana matematyke, tak co do Nika nie mam zadnych zastrzezen. Oczywiscie moze sie okazac w przyszlym roku, ze poziom gimnazjum juz go przerosnie, ale nie bede sie martwic na zapas. ;) Dodatkowo, dostalam ulotke z zaproszeniem na spotkanie zapoznawcze dla rodzicow przyszlych gimnazjalistow w kwietniu. Poniewaz jednak zaliczylam je juz rok temu, mysle ze pojade tylko jesli Nik bedzie chcial mi towarzyszyc. Spotkanie niby dla rodzicow, ale pamietam z zeszlego roku, ze polowa i tak przyjechala z dziecmi. Jesli Mlodszy nie bedzie chcial (a bedzie mial wlasna wycieczke informacyjna z klasa, wiec nie musi), to ja tez sobie odpuszcze. Tym samym zakonczylismy ere marcowych wywiadowek, bo okazuje sie, ze w middle school oraz high school ich nie ma. Tak naprawde, to zakonczylismy ere takich "normalnych" wywiadowek, bo te listopadowe w szkole Bi, wygladaly jak teraz u Kokusia, czyli wlasciwie prowadzi je dziecko, opowiadajac czego sie uczy na kazdym z przedmiotow i jakie ma cele na nadchodzacy rok szkolny. Jak wyzej, dla mnie to takie bezsensowne pitu-pitu, ale czuje sie w obowiazku zeby byc obecna... ;)

Wracamy do domu z praca pt. "smocze oko"
 

Po wywiadowce niestety nie bylo nam dane szybko wrocic do domu, bowiem szkolni cwaniacy zorganizowali w tym tygodniu kiermasz ksiazek, ktory oczywiscie otworzono specjalnie na czas wywiadowek. Wiadomo, przyjezdzaja rodzice z portfelami. ;) Nik rzecz jasna koniecznie chcial wstapic, a jak juz weszlismy, to nie ma bata zeby czegos nie kupic. Mimo, ze nadal nie zarabiam, to jednak nie mam serca odmowic dziecku ksiazek... Ostatecznie wybral sobie trzy, ale na szczescie niezbyt drogie i udalo nam sie zamknac w $20. Wrocilismy do domu, gdzie byla juz Bi, a nawet M. zdazyl dojechac. Popoludnie uplynelo juz spokojnie, dla mnie na rozladowywaniu zmywarki, skladaniu wczesniejszego prania, ogarnianiu kuchni, itd. Reszta miala jechac na basen, ale jak zwykle przy skroconych lekcjach, Nik zaprotestowal, ze chce sie cieszyc dluzszym dniem. Poza tym nadal od czasu do czasu wracala mu chrypka, wiec sama zastanawialam sie, czy powinien sie moczyc. A ze Bi przeszedl poczatkowy zapal i tez nie domagala sie zeby jechac, wiec sobie odpuscili. Cos ostatnio czesciej nie jezdza niz jezdza. ;) Wieczor oznaczal wiec relaks na calego, dla wszystkich. Aha. Smieszna sytuacja ze zwierzyncem. Oreo dostaje mokre zarcie rano i wieczorem. Tyle, ze to jest wybredne stworzenie, nie wszystkie smaki jej pasuja, a nawet te, ktore zwykle zjada, czasem powacha i zostawia. Zwykle dokancza troche pozniej, ale bywa ze stoja pol dnia az zamieniaja sie w przyschniete ohydztwo, ktore w koncu wyrzucam. Tego dnia troche dziubnela, ale sporo zostawila. Nie zwrocilam wiekszej uwagi, myslac ze moze potem dokonczy. Poszlam na gore, ale po chwili slysze na dole halas, walenie, stukanie. Kilka sekund zeszlo mi zeby zrozumiec, ze to kocia miska tak stuka. Tyle, ze kot nigdy tak glosno ta miseczka nie szura! Polecialam na dol i oczywiscie - Oreo lezy spokojnie na swojej wiezy, za to z jadalni (gdzie sa kocie miski) przybiega Maya, oblizujac sie z zadowoleniem! :O Wyzarla reszte kociego jedzenia, choc dla niej to bylo na pol kesa. Pogonilam ja za kare na jej poslanie, choc tak naprawde chcialo mi sie smiac. To nie koniec. Wieczorem wyciagam z lodowki puszke zeby dac kotu reszte karmy, a tu kto mi sie placze pod nogami?! Nie, nie Oreo, tylko Maya, ktora oblizuje sie, merda ogonem i siedzi, wyraznie czekajac na wyzerke! Czyli teraz musze pamietac, ze jesli kot nie zje za pierwszym podejsciem, to musze albo stawiac jej miseczke na szafke, albo blokowac wejscie do jadalni. Cyrk normalnie. :D

Wtorek, czyli pierwszy dzien kalendarzowej wiosny, przywital nas temperatura -1, przy mocnym wietrze, wiec odczuwalna wynosila -6. :D Kiedy wyszlam z Bi, mialam na sobie koszulke, sweter i jeszcze zimowa kurtke, a bylo mi chlodno. Zalozylam kaptur na glowe, bo wialo straszliwie, a Bi oczywiscie tylko w grubszej bluzie, choc w sumie przechodzila tak cala zime i praktycznie nie chorowala, wiec sie nie odzywam. ;) Na szczescie jej autobus przyjechal w miare szybko. Z ulga wrocilam do domu, ale niestety za chwile trzeba bylo wychodzic z Kokusiem. Tutaj spotkala nas niespodzianka, bo akurat zeszlismy schodami przed domem na podjazd, a na przystanek podjechal autobus. Nik puscil sie biegiem, ale zawolalam go, ze i tak nie zdazy. Autobus robil petle przez druga polowe osiedla, a my ruszylismy w przeciwnym kierunku, na kolejny przystanek. Tam dotarlo do mnie, ze powinna byc na nim corka sasiadki, ale pewnie tez nie spodziewaly sie go tak wczesnie. Napisalam do niej, ale autobus podjechal, a sasiadka nie dotarla. Na szczescie pozniej napisala, ze dziekuje za wiadomosc i ze udalo im sie go zlapac kiedy juz wyjezdzal z osiedla. Po odjezdzie syna, wrocilam do domu, gdzie ponownie spedzilam calkiem spokojny ranek, ogarniajac chalupe. Nik znow mial skrocone lekcje, wiec nawet gdyby mi sie chcialo, to nie bardzo byl sens jechac do pracy. Bardzo szybko wybila godzina 12 i czas byl jechac po syna. Tym razem po powrocie mial spokojne, dlugie popoludnie. Malzonek na popoludnie zaplanowal steki zeby wyprobowac nowy grill kupiony na kempingi, ktory czeka na okazje juz pare miesiecy. Dzieciaki nie mogly jednak byc glodne do godziny 16 zanim ojciec ogarnie nowy sprzet. Szczegolnie Nik, z ktorym dojechalismy juz przed 13. Stwierdzilam, ze najprosciej i najszybciej bedzie jesli zrobia sobie domowe pizze. Nik zrobil wiec swoja, a kiedy dojechala o 15 Bi, ona rowniez przygotowala dla siebie. Dojechal M., ale stwierdzil, ze za zimno na grilowanie i steki zrobil w... air fryerze. ;) We wtorki trening na basenie jest troche pozniej i ani dzieciaki ani malzonek nie lubia na niego jezdzic, wiec z gory wiedzielismy, ze mamy kolejny spokojny wieczor. Bi chciala za to podjechac do biblioteki.

Starsza przeglada polki z nowosciami dla nastolatkow
 

Pojechalysmy, panna spedzila ponad pol godziny przeszukujac regaly, a ja zwiedzilam cala gorna czesc przybytku. A po powrocie do domu, wieczor minal juz czesciowo na relaksie, a czesciowo na szykowaniu sie na kolejny dzien.

Sroda zaczela sie pochmurnie, ale dzieki temu temperatury utrzymaly sie lekko na plusie, nie bylo wiec az tak nieprzyjemnie jak dzien wczesniej. Na popoludnie zapowiadali przelotny deszcz, ale poznym rankiem niespodziewanie wyszlo troche slonca, co pomoglo osiagnac 10 stopni. Rano jak zwykle wyszlam najpierw z Bi, a potem z Kokusiem. Panicz w koncu zakonczyl labe i jechal do szkoly na caly dzien. :) Tym razem zadnych przebojow z autobusami nie bylo. Oba dojechaly mniej wiecej o normalnym czasie. Wrocilam do domu i zajelam sie typowym ogarnianiem. Zastanawialam sie czy jechac do pracy, ale ostatecznie pojechalam. A tam, dla odmiany, podnioslo mi sie cisnienie. Zapomnialam, ze mamy wiosne, a to oznacza wyslanie dorocznego raportu do agencji rzadowej, z lista przeprowadzonych testow, pacjentow (tu akurat nic nowego), wynikow, itd. Zwykle zajmowala sie tym dziewczyna, ktora odeszla kiedy zaczely sie jaja, a teraz najwyrazniej przejal to szef. Cale szczescie, bo pamietam jak tamta babka sie meczyla z programem, ktory byl kompletnie nieprzyjazny dla uzytkownika, ale szefunio i tak mnie zirytowal, bo wyslal maila do mnie i jednego chlopa (ktory jest na bezrobociu, wiec dziwie sie ze w ogole chcialo mu sie odpowiadac), zeby przeslac mu tabelke z dodanymi najnowszymi wynikami. Taaa, najlepiej niech mu wszyscy wszystko podadza na tacy, zeby nie musial nic sam poszukac. Dodatkowo, ta tabelke miala tamta dziewczyna i nikomu jej nie przeslala. Ostatecznie musialam poszukac wynikow i zeskanowac szefowi dokumenty zeby mogl je dodac do odpowiedniego formularza. Mialam ochote napisac, ze bede sie bawic w szukanie i skanowanie dokumentow jak zacznie mi placic, ale zacisnelam zeby, bo i tak ostatnie kilka miesiecy rowno sie obijam. Z drugiej strony, jaka placa (czyli zadna), taka praca, tak? :D A poniewaz irytacja, jak klopoty, lubi isc w parze, wiec doszla mi kolejna zagrozdka do rozwiklania. Wlasciwie to dotyczyla mojego taty, ale wiadomo ze jak staruszek ma problemy, to ja zawsze musze byc w to wmieszana. ;) Zaczelo sie niewinnie. Tata napisal, ze dostal maila z bezrobocia, ze wydaje mu sie, ze to jakas bzdura, ale zebym spojrzala. No to popatrzylam, ale okazalo sie ze to oficjalne pismo, zawiadamiajace o przesluchaniu (telefonicznym) w sprawie odwolania, z zaznaczeniem, ze chca omowic czy tata faktycznie co tydzien szukal rzetelnie pracy. Zdenerwowalam sie (choc w sumie to nie moja sprawa, ale czlowiek sie przejmuje), bo tata tak naprawde pracy nie szuka, a ze wymagane sa podpunkty z poszukiwania, to wpisuje tam informacje z czapy. Dotychczas nikt tego nie sprawdzal i sie nie czepial, ale kto wie, moze znalazl sie ktos nadgorliwy? Pechowo jednak, przesluchanie wyznaczono na termin, kiedy bedzie w Polsce. W dokumencie instrukcja jak zarejstrowac sie na przesluchanie internetowo lub telefonicznie, ale nic o tym, jak poprosic o zmiane daty. Szukajac jednak czegokolwiek, rzucilo mi sie w oczy, ze to tata jest zaznaczony jako osoba odwolujaca sie. Zapalila mi sie zarowka i zaczelam szukac, ale strona bezrobocia to jest kilkanascie zakladek, kazda z rozwijajaca sie rolka opcji. Sporo czasu mi zajelo zeby doszukac sie odpowiedniego miejsca. Na szczescie kazda otwarta "sprawa" ma przypisany numerek i po nim w koncu odnalazlam co to za odwolanie. Wyobrazcie sobie, ze faktycznie tata je zlozyl (to znaczy ja zlozylam za niego) w listopadzie 2022!!! Wtedy akurat zmienili zasady cotygodniowego logowania sie na strone i zaczeli wymagac raportu z poszukiwania pracy. Za pierwszym razem, nie pamietajac ze urzedy stanowe to straszni sluzbisci, tata nie wbil zadnego szukania, a w wyjasnieniu napisal, ze jego praca co zime wysyla ludzi na bezrobocie i ze ma wpisany definitywny powrot do roboty w kwietniu. I kilka dni pozniej dostal zawiadomienie, ze nie przysluguje mu zasilek, bo nie spelnil warunkow. :O Od decyzji mozna sie bylo odwolac, co tez zrobilismy. Ostatnia wiadomosc od nich, mowila ze zostanie wyznaczona data przesluchania. I koniec, cisza. Az w ktoryms momencie tata mial do mnie pretensje, ze pewnie cos zle zrobilam, moze cos przegapilam i na pewno mozna bylo to zalatwic inaczej. Pewnie, samemu nie zna sie jezyka na tyle zeby to ogarnac, czlowiek pomaga, to potem jeszcze obrywa. :/// W kazdym razie, jak widac, nic nie przegapilam, tylko system dziala w taaaakim tempie, ze zajelo im rok i 4 miesiace zeby wyznaczyc przesluchanie w tej sprawie! :O Pozostal problem nieobecnosci taty. Ma tutaj trzy opcje i sam musi zdecydowac ktora bedzie dla niego najlepsza. Pierwsza to zignorowac wiadomosc (ktora zreszta poszla do spamu), nie zglosic sie i udawac greka. Nie wiadomo jednak czy nie przysla mu za pare dni normalnego listu. Druga opcja to zadzwonic i powiedziec, ze w tym terminie wyjezdza. Tata nie bardzo ma ochote, bo niby ma szukac pracy, ale przeciez na bezrobociu nie jest sie uwiazanym i mozna wyjezdzac. No a trzecia, to odebrac telefon w Polsce, tylko musialby przed wyjazdem wykupic roaming. Na szczescie tu juz zrobi co bedzie chcial i nie moze miec do mnie pretensji. ;) Po pracy wrocilam do domu, gdzie zdazyla juz dojechac reszta. Obiad, chwile posiedziec i dzieciaki z M. jechali na trening. Tym razem nie bylo wymowek. ;) Po powrocie oczywiscie zostal czas na kolacje, jakies czytanie i do lozek. A wieczorem - niespodzianka. Zapalam lampe na tarasie zeby widziec czy kot nie dobija sie do drzwi, a pod swiatlo widze, ze pada... snieg. Tak proszy w sumie, ale jednak snieg. Popadalo caly wieczor, ale na tyle delikatnie, ze nic nie osiadlo, bo grunt byl raczej cieply. Dopiero w nocy temperatury stopniowo spadaly az doszly do -4. Taki to poczatek kalendarzowej wiosny mamy. ;)

W czwartek rano od razu widac bylo, ze porzadnie wieje, wiec temperatura odczuwalna wynosila -10. Brrrr... Poradzilam Bi zeby pod swoja gruba bluze zalozyla jeszcze taka zwykla zamiast tylko t-shirtu. Oczywiscie panna popatrzyla na termometr, sprawdzila co pokazuje telefon, po czym oznajmila ze nie potrzeba jej dodatkowej warstwy. Machnelam reka, bo juz dawno przestalam wyklocac sie z nia o cieplejsze ubrania. ;) Miala zreszta szczescie, bo autobus podjechal praktycznie w momencie kiedy doszla na przystanek. Wrocilam do chalupy, gdzie Nik jadl juz sniadanie i za chwile wychodzilismy (ja ponownie). Kawaler przynajmniej bez protestu przyjal kurtke zamiast bluzy, a nawet naciagnal na glowe kaptur. Jego autobus rowniez podjechal bardzo szybko i moglam wrocic do cieplutkiej chalupy. Tego dnia nie planowalam jechac do roboty, choc kontrolnie sprawdzilam maile czy szef jeszcze czegos nie potrzebowal. Na szczescie nie. Zabralam sie za odkurzanie i mycie podlog, rozladowalam zmywarke, wstawilam pranie... Kiedy odkurzalam kot najpierw schowal sie w dolnej lazience, ale kiedy tam doszlam, uciekl na gore. Znalazlam ja pozniej spiaca na moim miejscu. ;)

Glowe sobie bezczelnie ulozyla na mojej poduszce! :D
 

Przegladalam tez oferty pracy. Niestety, nie ma tego duzo, nic dokladnie pod moje kwalifikacje i zwykle daleko od domu, ale wyznaczylam sobie zadanie, zeby codziennie siasc i sprawdzac czy cos sie nie pojawi... Za dlugo juz trwa to przeciaganie w pracy, wiec czas wysylac CV nawet w nie do konca pasujace mi miejsca. W koncu do domu dojechala Bi, a wkrotce potem chlopaki. Po obiedzie ponownie byl czas na posiedzenie i obgadanie minionego dnia, a potem reszta jechala na trening. A po ich powrocie kolacja i koniec dnia.

Piatek zaczal sie podobna temperatura co czwartek, bo -5. Na szczescie tego dnia wiatr byl spokojniejszy, wiec odczuwalna byla podobna. Za to autobus Bi zrobil nam lekki numer. Jak zwykle o 7:15 zaczelysmy sie zbierac do wyjscia. Panna zawsze "ma czas" i ubiera sie pomalu i metodycznie, szuka telefonu bo nie pamieta gdzie go zostawila... Zazwyczaj jednak spokojnie dochodzi na przystanek i musi jeszcze poczekac, czesto nawet dlugo. Nie wiem jednak czy w tym tygodniu nie jezdzil jakis nowy kierowca, bo caly tydzien Bi docierala na przystanek praktycznie na styk. A w piatek dopiero szlysmy podjazdem na chodnik, kiedy autobus podjezdzal. Bi sie zawahala, a ja zawolalam ze jak cos to zlapie go jak zrobi on petle. Przy przystanku stalo juz jednak auto, ktorym rodzice podwoza chlopca z dalszej czesci osiedla, a kierowca (ktory zawsze widzi te samochody z dowozonymi dzieciakami) jedzie sobie dalej! Rodzic z auta zatrabil i wtedy dopiero autobus sie zatrzymal i zabral dzieciaka. Bi byla juz wtedy kawalek na chodniku, wiec zawolalam zeby biegla to zdazy, ale odkrzyknela, ze nie chce jej sie biegac i zlapie go pozniej. No, skoro tak woli... Napisalam szybko sms'a do sasiadki, bo ona tez zawsze podwozi corke, ale tego dnia jej jeszcze nie bylo. Po chwili autobus podjechal od drugiej strony i zabral Bi, a sasiadka dopiero dojezdzala. Zdazyla w ostatniej sekundzie, choc i tak musiala zatrabic zeby zwrocic na siebie uwage kierowcy. No nic, najwazniejsze, ze ostatecznie wszystkie dzieciaki z naszego przystanku zostaly zabrane i odjechaly sie edukowac. ;) Bi zreszta mowila, ze tego dnia maja apel i wszystkie lekcje skrocone z tej okazji, wiec tej "edukacji" i tak bedzie mniej niz normalnie. ;) W domu Nik jadl juz sniadanie i po chwili wychodzilismy na jego autobus. Ten na szczescie przyjechal normalnie, bez zadnych sensacji. Jesli pamietacie, Mlodszy mial w poniedzialek i wtorek skrocone lekcje. Zamiast potem zrobic chociaz pelne trzy dni nauki, to w piatek mieli final turnieju... zbijanego. :D W ich szkole (u Bi tez) klasy laczone sa w zespoly/druzyny (po 4 klasy) i najpierw kazda rozgrywala turniej miedzy soba. Potem wygrane klasy mialy "mecze" polfinalowe, a w piatek odbyl sie final miedzy dwiema najlepszymi. I fajnie, ale nie mogli go zrobic w ktorys z pelnych tygodni? ;) Tak czy owak, po odjezdzie Kokusia wrocilam do chalupy, przewietrzylam, wstawilam pranie i trzeba bylo ruszac na zakupy. Malzonek pisal, ze zastanawia sie nad wczesniejszym wyjsciem, wiec spodziewalam sie ze moze byc juz w domu kiedy wroce, ale ostatecznie zostal w robocie. Mialam wiec kolejnych kilka godzin tylko ze zwierzyncem. Znowu wstawic zmywarke, jakies pranie... I przegladanie ofert pracy, ech... :/ W koncu dotarla Bi, a chlopaki zajechali jeszcze po pizze na obiad, ale na szczescie nie zeszlo im za dlugo. W nocy mialo zaczac padac i popoludnie zrobilo sie pochmurne i ponure. Bylo cieplej niz poprzedniego dnia, bo 6 stopni, ale to tez jest temperatura, ktora nie powala. Fajnie byloby zaszyc sie juz w chalupie i cieszyc weekendem, ale niestety. Tego dnia szkola Bi wystawiala sztuke i choc poczatkowo nawet przez mysl mi nie przeszlo zeby na nia jechac, to dwa tygodnie wczesniej panna zaczela prosic zebym ja zabrala. Kilka jej kolezanek bralo udzial w wystepie, a reszta chciala przyjechac jako widzowie. Sztuke wystawiali w piatek i w sobote i wolalam ta druga, ale znow, Starsza koniecznie chciala jechac w piatek, bo wtedy mialy jechac jej kolezanki. Ostatecznie na widowni nie wpadla na nikogo znajomego... ;) Nik nie byl zbyt zaintersowany, a M. to juz wiadomo, wiec padlo na mnie. Planowalam odstawic Bi do szkoly i gdzies pojechac, ale okazalo sie, ze dzieciaki musialy byc pod opieka doroslych. W sumie logiczne... Nie mialam wiec wyjscia tylko obejrzec wystep. Nigdy nie przepadalam za teatrem, a to okazalo sie czyms jeszcze gorszym - musicalem! :O Ogolnie cale przedstawienie ("Newsies") oparte bylo dosc luzno na prawdziwych wydarzeniach ze strajku dzieciakow sprzedajacych gazety na ulicy Nowego Jorku pod koniec XIX wieku. Historia jest wiec calkiem ciekawa, no ale wole sobie o niej przeczytac w Wikipedii niz sluchac spiewania. Musze jednak oddac dzieciakom sprawiedliwosc, ze caly show przygotowany byl z pompa i co do najmniejszego szczegolu. Nikt sie nie pomylil (przynajmniej rozpoznawalnie), nie zajaknal, nikt nie potknal na scenie. A calosc trwala 1.5 godziny, zas aktorami byly 12-14 latki. Tu nalezaly im sie wieeelkie brawa. Tylko to ciagle spiewanie i tance... :D

Jak widac, tanczymy i spiewamy ;)
 

Przezylam jednak, a Bi sie bardzo spodobalo. Stwierdzila nawet, ze moze w przyszlym roku tez zapisze sie do kolka teatralnego, choc woli byc ktoryms z pobocznych aktorow, ktorzy maja do wypowiedzenia 1-2 zdania. :D Aha. Zanim zaczelo sie przedstawienie, przed zaslonieta kurtyna przygrywalo kilkoro dzieciakow z orkiestry, w tym najlepsza kolezanka Bi, a nasza sasiadka. Mialam pecha, bo zaraz w rzedzie przed nami siedziala jej mama, ktora skorzystala z okazji i w czasie przerwy spytala czy nie zabralabym jej corki do domu, bo zostawila mlodsza sama w domu, a jej maz jest w delegacji. Zawsze znajdzie sie jakis powod. :D No ale i tak tam siedzialam, a potem mialam wrocic do chalupy, wiec sie zgodzilam. Przedstawienie zaczynalo sie dopiero o 19, wiec doliczajac przerwe, do domu dojechalysmy tuz przed 21. Malzonek juz sie polozyl, Nik juz siedzial w lozku, a nam tez pozostalo sie umyc i przyszykowac do spania. Cale szczescie, ze byl to piatek. ;)

Milego weekendu!

9 komentarzy:

  1. Nie wyobrażam sobie pracy w takim systemie jak ma M. Dla mnie 8 dni wolnego, które przypadają we wszystkie weekendy miesiąca, to minimum odpoczynku.

    O której macie wywiadówki, że z tej okazji skracają lekcje? U nas te zawsze są normalnie, a wywiadówki mamy zazwyczaj o 17 i 18. Swoją drogą, dla mnie te wywiadówki w drugim semestrze też są u nas bez sensu, bo to samo w kilku podpunktach panie mogłyby napisać w wiadomości.

    Mi jako szefowi wstyd byłoby prosić o pomoc ludzi, którym od miesięcy nie płacę i nie wiem kiedy zapłacę...

    Wiesz, już lepiej, że bezczelnie ułożyła głowę na poduszce niż cztery litery. Z dwóch rejonów ciała wolałabym to pierwsze :P

    Jasiu kiedyś oglądając film, stwierdził, że chciałby tak mieć autobus szkolny jak jest w Stanach. Ja znając Twoje opowieści, pomyślałam sobie, że bardzo podziękuję :P

    Widzę, że jesteś taką samą "miłośniczką" musicali jak ja ;P Nawet w telewizji ciężko mi je znieść.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie tak samo. Nie wyobrazam sobie pracowac nieraz non stop po 2-3 tygodnie...
      Tutaj wywiadowki sa zawsze indywidualne dla kazdej rodziny. Lekcje koncza sie (u Nika) o 13:15 i od 13:30 do okolo 17 sa co kwadrans dla kazdego, kto sie zapisal. Niektorzy nauczyciele maja tez zapisy na jeden lub dwa kwadranse rano, przed lekcjami. I tak przez dwa lub trzy dni.
      No dokladnie. Nie moglam sie nadziwic, ze mozna miec taki tupet. :/
      Heh, tez przyszlo mi to na mysl, ze lepsza glowa niz doopsko.
      Z autobusami to zalezy od kierowcow, od tego jak rozdziela dzieciaki po autobusach, a ostatnio maja ogolnie problem ze znalezieniem kierowcow. Przez pierwsze kilka lat kierowca na naszej trasie byla taka starsza pani i praktycznie nigdy nie bylo problemow. Ale jak ona odeszla na emeryture, to ciagle sa jakies jaja.
      Oj nie, ja nigdy nie lubilam piosenek w filmach czy bajkach, nawet Disney'a.

      Usuń
  2. No a ja podziwiam meza, ze wciaz tyle pracuje, zeby wyrabiac dodatkowe (wrecz nieludzkie!) godziny, a w efekcie niezly, wyzszy zarobek, bo przeciez teraz na nim jednym spoczywa utrzymanie domu, rodziny i 2 zwierzakow. Dzielnie daje chlop rade, bez szemrania. Zyjemy w ciekawych czasach, a kryzysy ekonomiczne maja nieublagalna cyklicznosc, nie ma zmiluj. Przy okazji sledzenia w mediach historii roznych businessow prowadzonych przez Trumpa - nasluchalam sie mase audycji polityczno-spolecznych, mowiacych, ze gospodarka USA zaczela sie walic JUZ od konca lat 1980-tych. Ha, to jakby od zawsze - dla nas, ktorzy znamy Ameryke taka, jaka dzis jest. Coz, duzo by tu mozna filozofowac, ale nie uzdrowi to swiatowej ekonomii. Ja juz nawet nie marze, ze nagle kiedys zrobi sie lepiej. Ja tylko marze, zeby juz duzo wiecej sie nie pogarszalo!
    Oreo pieknie spi na poduszce. Ona wie, ze poduszka sluzy do polozenia pod glowe!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heh, no nie wiem. Zwykle lazi po calym lozku i nie przejmuje sie gdzie siada tylkiem. ;)
      Dokladnie, "oby nie bylo gorzej" to teraz moja zyciowa dewiza. :/
      Wiesz, malzonek teraz powtarza, ze musi tak pracowac, zeby utrzymac nasza rodzine. Tyle, ze wczesniej tez tak harowal, mimo ze ja zarabialam i wlasciwie nie bylo to potrzebne. ;)

      Usuń
  3. 40 minut w kolejce do konfesjonału jeszcze da się przeżyć ;)
    Dawniej to po dwie godziny się stało (u nas) a kolejki aż na dwór wychodziły. Ehhh... Ja się jutro wybieram.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, jakby kolejka byla dluga, to nie dziwilabym sie ze musze tyle czekac. Juz nieraz sie ustalam. Ale kiedy widze przed soba 4 osoby, to raczej nie oczekuje stania przez 40 minut. ;)

      Usuń
  4. U Was nawet gdy nie ma treningów piłki, szkółki narciarskiej czy koszykówki, to ciągle coś się dzieje. Nie wiem czy potrafiłabym pracować tyle co Twój mąż (o tak nieludzkich godzinach!), czy pracować dla Twojego szefa bez zapłaty...
    Wasza Oreo jest urocza, uwielbiam takie łobuzujące koty, które później wypoczywają w najlepsze w łóżku :)
    Mnie ostatnie dni strasznie zmęczyły (diagnoza znajomego, załatwianie wszystkiego za niego, organizowana przeze mnie konferencja odbyła się w sobotę) i teraz nie dość, że dostałam okres, zatoki mi znowu dokuczają, to jeszcze syn choruje (gorączka wysoka i jeden dzień wymiotów).
    Kontynuując - wywiadówki to zło, wolałabym krótkie indywidualne rozmowy z nauczycielem - choćby przez Skype. Po drugie kocham musicale i nawet te dziecięce chętnie oglądam, więc nie nudziłabym się z Bi ;) A po trzecie: próbowaliście kiedyś gołąbków na szybko? Przykładowy przepis: https://aniagotuje.pl/przepis/golabki-bez-zawijania
    Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za życzenia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czemu mnie nie zalogowało - Leacathy- Kasia

      Usuń
    2. Ja mam wrazenie, ze w porownaniu z jeszcze rok czy dwa temu, to u nas teraz naprawde niewiele sie dzieje. ;)
      Oreo, odkad zaczelismy ja wypuszczac, w domu jest raczej spokojna. Dopiero jak w deszczowy dzien utknie w srodku, to dostaje glupawki z nadmiaru energii. :D
      Tutaj wywiadowki to wlasnie 15-minutowe spotkanie sam na sam z nauczycielem. Tyle, ze te wiosenne niestety "prowadzi" dziecko, co jak dla mnie mija sie z celem.
      O, dzieki! Musze wyprobowac te nietypowe golabki!

      Usuń