czwartek, 8 listopada 2018

Kiedy jakis post ma priotytet, robia sie powazne zaleglosci na blogu

Z racji, ze poprzedni tydzien uplynal mi na klepaniu polrocznego podsumowania Bi, mam do nadrobienia ponad tydzien. A dzialo sie, dzialo! ;)

Po pierwsze, odbylo sie w koncu Pasowanie na Ucznia w polskiej szkole. Wystepy okazaly sie naprawde udane. Szkoda tylko, ze scena byla oswietlona, a reszta sali ciemna, wiec moj telefon sie buntowal i nie ustawial ostrosci. :( Jakies tam foty na pamiatke jednak pstryknelam.

Najpierw wystepowali zerowkowicze. Musze przyznac, ze bardzo fajnie sie prezentowali w ciemnych spodniach/ spodniczkach oraz bialych koszulach. I chociaz po ustawieniu ich w rzadku, operatorzy dosc dlugo pracowali nad oswietleniem oraz naglosnieniem (czemu nie zrobili tego wczesniej???) i maluchy zdazyly sie znudzic i zaczac wiercic, to grzecznie staly na miejscach.

Czy nie fajne berbecie? ;)

Nik byl troche stremowany, patrzyl niesmialo, ale usmiechal sie leciutko, wiec chyba traumy nie bylo. Byla za to pretensja, bo wystepowaly tylko zerowki oraz pierwszaki. Ci ostatni mieli pozniej w klasach poczestunek, a zerowkowicze... nic. ;) Kokus uznal, ze to bardzo niesprawiedliwe i nie pocieszalo go zupelnie, ze za rok bedzie jego pasowanie, a wtedy i on bedzie mial mala imprezke. ;)

W kazdym razie zerowki wyrecytowaly wierszyk, zaspiewaly piosenke, widownia gromko zaklaskala i przyszla pora na "gwiazdy", czyli Pierwszakow. ;)
Psioczylam na dwa warkoczyki ze wstazeczkami, ale musze przyznac, ze dziewczynki w identycznych fyzurkach, jednakowych szkolnych spodniczkach i bialo - czerwonym kwiatku we wlosach oraz chlopcy z czerwonymi wstazkami pod szyja, wygladali bardzo fajnie jako grupa. Wiele mam zaczesalo corkom wlosy w eleganckie warkocze dobierane albo klosy. Coz, dla mnie o 7 rano i w biegu, nawet te zwykle dwa warkocze to bylo czasowe wyzwanie. :D

Bi z dwiema ulubionymi kolezankami

Pierwszaki zatanczyly poloneza i o dziwo nikt sie nie potknal, nikt na siebie nie wpadl i nikt sie nie pomylil. Caly taniec wyszedl bezblednie. :) Pechowo klasa Bi wchodzila na scene jako ostatnia, a jeszcze u nich jest o 6 wiecej dziewczynek niz chlopcow i te 3 pary dziewuszek dali na sam koniec. Bi wyladowala w ostatniej parze, a pozniej jej klasa stala w ostatnim szeregu, wiec w tancu "migala" mi tylko od czasu do czasu, a podczas reszty wystepow nie widzialam jej wcale, choc ona twierdzi, ze specjalnie stawala na palcach, zebym mogla ja dostrzec. ;) Szkoda, bo pomimo wczesniejszych nerwow, Bi calego poloneza przetanczyla z usmiechem na buzi. Ponownie zobaczylam ja dopiero podczas wlasciwego pasowania, bowiem starsze uczennice wyprowadzaly dzieci na srodek czworkami.

Wiem, slabo widac, ale wlasnie Bi z trzema kolezankami wychodzi na srodek

Niestety, w kluczowym momencie Bi zostala zaslonieta przez stojaca obok kolezanke, wiec pasowania corki nie widzialam, choc je slyszalam, bo pani dyrektor miala mikrofon. ;)

A tu wlasciwy moment. Niestety, glowa widoczna z brzegu to NIE glowa Bi, choc mozna sie pomylic :D

Wszystkie dzieciaki dostaly na pamiatke koszulki z logo szkoly i ustawily sie do grupowego zdjecia, po czym przeszly do klas na poczestunek.

Grupowe zdjecie to byl CHAOS :)

Pisalam, ze zglosilam sie, ze przyniose babeczki? Chyba pisalam... Do zadania podeszlam ambitnie i nie tylko, ze je przynioslam, ale tez i sama upieklam (a wiekszosc mam przyniosla "gotowce")! ;) Siegnelam po sprawdzony wielokrotnie przepis na babeczki bananowe z maslanka. Kiedy pieke je dla dzieciakow, wymieniam orzechy z przepisu (Potworki ich nie lubia) na czekoladowe kropelki. Balam sie, ze kiedy zalezy mi zeby wyszly, to beda zakalce, ale na szczescie sie udaly. ;) Poniewaz pieklam je na szkolna imprezke, poszlam o krok dalej i postanowilam udekorowac, co zwykle sobie odpuszczam. Kremy jednak kupilam gotowe. Az tak zaangazowana to nie jestem. ;) Nie posiadam tez profesjonalnego zestawu do dekoracji, ale na szczescie plastikowy woreczek z ucietym rogiem zalatwil sprawe. Zanim dopasowalam wielkosc otworu do gestosci kremu, kilka babeczek udekorowalam nieco krzywo, ale na szczescie posypka zdzialala cuda i wygladaly niemal jak kupne! ;)

Bardzo bylam z siebie dumna ;)

Nieskromnie dodam tez, ze byly hitem i dobrze, ze przynioslam ich o kilka wiecej niz liczba dzieci w klasie, bo niektore bez skrepowania siegaly po dwie. :D A Bi z duma biegala od kolezanki do kolezanki, chwalac sie, ze "To moja mama piekla te babeczki!".
Musze sie chyba bardziej udzielac w zyciu szkolnym, skoro mojemu dziecku tak sie to podoba. Zartuje. Nie za bardzo mnie to kreci. :D

To nie byl dla mnie koniec pieczenia na tamten weekend. Na niedziele zaprosilismy mojego tate na torta. Senior rodziny ma urodziny pod koniec pazdziernika, M. ostatniego dnia miesiaca, a ja na poczatku listopada. Poniewaz nie mamy tu rodziny, wiec zeby nie urzadzac mini-imprez 3 weekendy pod rzad, zawsze zapraszamy tate na tort w okolicach urodzin M., czyli mniej wiecej po srodku. :)
Lubie piec, ale zazwyczaj wybieram przepisy gdzie trzeba wrzucic wszystkie skladniki do miski, ewentualnie dwoch, wymieszac, przelac do formy i gotowe. ;) Nie pieke ciast przekladanych warstwami, bo jestem leniwa i zwyczajnie nie chce mi sie babrac pol dnia w kremach. A moj maz wiecznie wspomina tego ambasadora pieczonego regularnie przez swoja mame... :D
Jesli chodzi o pieczenie tortow, jestem w ogole kompletna amatorka. Pierwszy, ktory w zyciu upieklam, to byl torcik oreo na tegoroczne urodziny Bi. Tym razem wyszukalam inny, w miare latwy przepis. Niestety, nie znajac sie, a bojac eksperymentowac, trzymalam sie scisle przepisu. A ten nie mowil nic o nasaczaniu biszkoptow! I choc przelecialo mi to przez mysl, to kremy byly na tyle "mokre", ze pomyslalam, ze skoro nic nie jest napisane, to moze ciasto samo nimi przejdzie. Taaa... ;) Juz po fakcie i M. i tata wymadrzali sie, ze przeciez biszkopty zawsze sie nasacza. Hmmm... Tato w zyciu nie upiekl nawet kurczaka w piekarniku, a co dopiero ciasta, a M. jeden raz upiekl "tort", ktory okazal sie sernikiem na zimno. Ale kiedy trzeba komus dogadac, to sa najmadrzejsi. ;)
W kazdym razie kremy w moim torciku byly "serowe". Jeden, jasny, wyszedl tak pyszny, ze mialam ochote zjesc go lyzka, zamiast klasc na biszkopt. Drugi, z dodatkiem kakao juz mi az tak nie smakowal, choc tez byl niezly. Na przyszlosc musze chlapnac do niego czegos, co doda mu wyrazistosci.
I tu mam pytanie! Te z Was, ktore pieka wlasne torty (a wiem, ze jest Was tu wiele) - czym nasaczacie biszkopty i co dajecie do kremow, zeby nie byly mdle? Moja S.P. Babcia zawsze dawala wodke, ale ze planuje zrobic do tego torcika kolejne podejscie na urodziny Nika, to nie wiem czy wypada potem podac dzieciom takiego nasaczonego procentami ciacha? :D
Moj malzonek podpowiada, ze jego mama zawsze robila ciemny krem z alkoholem, a jasny kokosowy, ale na mysl o tym kokosie gula mi podeszla do gardla... Moj jasny krem wyszedl taki pyszny, a on chce mi go popsuc jakims kokosem, bo jego mamusia tak robila. Zdrada, normalnie zdrada... ;)

W kazdym razie, poza suchawym biszkoptem, torcik wyszedl bardzo smaczny. Nawet Bi zjadla kawalek ze smakiem. Nik za to wyzarl galaretke, a reszte rozdziubal widelczykiem i zostawil. Ale on jest strasznie wybredny jesli chodzi o slodycze, wiec nie ma co sie dziwic... ;)

Tort byl zarabisty i nikt nie przekona mnie, ze nie do konca! ;)

W zeszlym tygodniu, najwazniejszym (dla dzieci) chyba dniem, do ktorego Potworki odliczaly w kalendarzu, bylo Halloween. :) Wlasciwie to stwierdzam, ze Nik jest jeszcze na tyle maly, ze bez Bi raczej zapomnialby ze cos takiego istnieje. Gdybysmy nadal mieszkali w starym domu, Halloween by przyszlo i przeszlo, a on nawet by sie nie zorientowal. Bi to jednak juz inna para kaloszy. Orientuje sie w kalendarzu i jesli na cos czeka, to pilnuje tego, sprawdza i odlicza. A na Halloween zdecydowanie czekala. Caly miesiac. :)
W koncu nadeszlo. Z tej okazji nawet treningi druzyny plywackiej zostaly odwolane, bowiem wiadomo bylo, ze zjawi sie garstka dzieci, jezeli w ogole. ;) Lekcji plywania niestety nie odwolano, pojechalam wiec z Kokusiem, a po powrocie, juz w progu przywitala nas przebierajaca nozkami i podskakujaca Bi, dopytujac sie kiedy wreszcie idziemy po cukierki. Zaczelam pomagac Potworkom przebierac sie w stroje, a w miedzy czasie co chwila rozlegal sie dzwonek do drzwi. To potegowalo oczywiscie niecierpliwosc Bi oraz Nika, ktorzy po chwili juz biegali po prostu bez celu krzyczac, ze chca isc. I to zanim jeszcze wrzucili w siebie cukier, wiec wiecie... :D

Potwory ruszaja na lowy :D

No i ruszylismy. Mielismy wielkie szczescie, ze akurat tego dnia przyszlo ocieplenie. Mielismy 16 stopni, nie trzeba bylo sie wiec strasznie opatulac. Gdybym kazala Potworkom ubrac na wierzch kurtki, mysle, ze skonczyloby sie awantura i nie wiem, czy w ogole wyszlibysmy z domu. :D Kostium Bi (jednorozec) to jednoczesciowa, polarowa pizama, wiec wystarczyla jej pod spod bluzka. Nikowy stroj (transformers) to z kolei cieniutki poliester, ale z cieplejsza bluza pod spodem i czapka na glowie (bo wlosy mial jeszcze wilgotne po basenie) tez bylo mu cieplo. Ja w jesiennej kurtce za to zasapalam sie i spocilam, bowiem Potworki ruszyly od domu do domu doslownie biegiem! :D
Wydawalo mi sie, ze mieszkamy w malutkiej dzielnicy. No wlasnie, "wydawalo" to kluczowe slowo. ;) Poltorej godziny wedrowalismy od drzwi do drzwi i calej nie przeszlismy... Juz po chwili biegania, Potworki nieco zwolnily. Domy sa tu spore i ogrody duze, a wiec odleglosci miedzy nimi tez dosc znaczne. Dodatkowo, wejscie do zadnego domu nie znajduje sie zaraz przy ulicy. Wrecz przeciwnie, do kazdego trzeba podejsc, a ze cala dzielnica polozona jest na zboczu wzgorza, uliczki pna sie w gore, podobnie jak wiekszosc podjazdow. Praktycznie od razu zrezygnowalam z podchodzenia z Potworkami do samych drzwi. Stawalam na poczatku podjazdu i patrzylam jak stukaja, wolaja "Trick or treat", po czym biegna z lupem z powrotem. ;)
Stwierdzam, ze mieszkamy po prostu w raju dla spragnionej darmowych cukierkow smarkaterii. Na siec uliczek, ktore udalo nam sie przejsc, tylko dwa domy byly zupelnie ciemne, a w trzech nikt nie otworzyl drzwi. W reszcie ludziska rozdawali slodycze z checia i entuzjazmem. Niektorzy sami byli poprzebierani, jak rowniez ich czworonozne pupile. ;) Tylko w jednym z domow pan rozdawal dzieciom... jablka. Nik odwrocil sie na piecie oznajmiajac, ze nie lubi, ale wiekszosc dzieci nie pogardzila nawet jabluszkiem. :)

Tego samego dnia, jeszcze w pracy, kolezanka opowiadala, ze widziala postulaty, zeby Halloween zmienic w swieto ruchome, odbywajace sie w ostatnia sobote pazdziernika. Razem smialysmy sie, ze tradycja, ze bzdury, ze ale wymyslaja... Po 1.5 godziny lazenia jednak, kiedy nogi w doope mi wlazily, stwierdzilam, ze moze to wcale nie taki glupi pomysl. ;) Ja nawet nie podchodzilam pod wszystkie drzwi tak jak Potworki, wiec jacy zmeczeni musieli byc oni?! Oczywiscie glod cukru silniejszy jest niz bol nog, bo chociaz pod koniec Nik zaczal wymiekac i jeczec, ze pic mu sie chce i ze nie ma sily, to na haslo, ze moge zaprowadzic go do domu i isc dalej z Bi (ktora dosc nadal nie miala), nagle wykrzesal rezerwy energii i przeszedl jeszcze dzielnie ostatnia uliczke. :D
Dobrze, ze chociaz nauczyciele, przewidujac takie szalenstwo, nie zadali Potworkom pracy domowej...

A do naszych drzwi dzieciaki pukaly jeszcze o 20:30, ale wtedy byly to juz hordy nastolatkow rownych ze mna, ktorym strach bylo otwierac i ktorych mialam ochote zapytac, czy nie sa przypadkiem za starzy na takie zabawy. ;)

Kolejnego dnia nie dane bylo mi odpoczac, bowiem u nas 1 listopada to normalny, pracujacy dzien. Wyladowalam wiec w robocie, a poniewaz dla Kosciola to jednak swieto, M. nie mogl odpuscic sobie wieczornej mszy. Na 19 jechalismy wiec jeszcze do kosciola, ale z mszy, z racji zmeczenia calym dniem, nie wynioslam nic. Bez sensu ona byla, no ale czego sie dla meza nie robi... :/
A przed msza jeszcze poszlam z Potworkami do sasiadow. Byl to bowiem wlasciwy dzien urodzin psiapsiolki Bi, na ktorej urodzinach bylismy tydzien wczesniej. Tak, to te urodziny na zewnatrz w pazdzierniku... ;) W kazdym razie sasiedzi sa chyba lekko nawiedzeni, bo oprocz sporego przyjecia, jeszcze we wlasciwy dzien urodzin uparli sie zrobic corce male spotkanie dla ulubionych kolezanek. Tym razem u siebie w domu.

Impreza

Nik tez dostal zaproszenie, ze tak powiem, rykoszetem, bo ulubionym kolega Anani na pewno nie jest. ;) Ale ze zaproszona byla Bi, to zaprosili i Nika. Ktorego zreszta probowalam zniechecic opowiadajac, ze beda same dziewczyny, ale go nie przekonalam. W sumie, trudno sie dziwic. Sa dzieciaki, jest pizza oraz babeczki, to jak tu zrezygnowac?! No hello matka!!! :D Okazalo sie jednak, ze Nik skumal sie z mlodsza siostra solenizantki. Wszystkie prawie dziewczyny byly w wieku Bi, a wiec starsze i razem ganialy po domu. Kokus za to zaszyl sie w kacie z o rok mlodsza od siebie Anika i razem grali w gry na tablecie. Oczywiscie starsze dziewczyny szybko to podlapaly spiewajac, ze "Nik and Anika, sitting in a tree, K-I-S-S-I-N-G". Jak przeliterujecie "kissing" (po angielsku oczywiscie) okaze sie, ze to taka dziecieca, wkurzajaca rymowanka. Mala siostra solenizantki zupelnie sobie nic z dokuczania nie robila, ale Nik az sie poplakal... Ochrzanilam zdrowo Bi, ale watpie, ze cos dotarlo... :/
Kiedy jednak na pozegnanie gospodarze pstrykali dzieciom grupowe zdjecie, Anika uparla sie zeby usiasc obok Nika, a on tez nie protestowal. Slodziaki. ;)

W piatek w koncu moglam wieczorem odpoczac.
Czyli odrabialam z Potworkami lekcje do polskiej szkoly, haha. Na szczescie tym razem jakos malo mieli zadane. Za to na te sobote - olaboga! Bi ma chyba 5 stron z cwiczen, nauczyc sie czytanki oraz pisania z pamieci zaznaczonych slow, bowiem czeka ja... dyktando! :O Zalamalam sie, kiedy to przeczytalam... Nauczyciele w polskiej szkole rzeczywiscie powaznie podchodza do zadania nauczenia dziatwy jezyka ojcow. Tyle, ze to ci ojcowie (i matki) wlasnie, siedza i tluka potomstwu do glowy polskie slowka... :(

Ostatnia sobota i niedziela byly jednym z tych weekendow, gdzie poza polska szkola nie mielismy zadnych planow, wydawalo sie wiec, ze bedzie tyyyle czasu, a koniec koncow dwa dni uciekly niewiadomo gdzie i kiedy. Serio! W sobote odkurzylam chalupe oraz umylam podlogi oraz wstawilam 3 ladunki prania. W niedziele, po kosciele pojechalismy do sklepu po kolejne duperele lazienkowe, wiec troche czasu tam ucieklo. Potem, choc raz udajac dobra zone, zabralam sie za gotowanie grochowki. No, jakos ostatnio za mna chodzila. ;) W miedzyczasie zas szukalam przepisu pozwalajacego na zuzycie reszty masy twarogowej. Kupilam jej bowiem cale kilogramowe wiaderko do torta, a okazalo sie, ze krem potrzebowal tylko 300 g. Na sernik zostalo tego za malo, ale wyszukalam przepis na babeczki sernikowe. I wiecie co? To byl HIT! Smakowaly i mi i mojemu tacie - sernikozercy i nawet M., ktory kiedy je pieklam krecil nosem, ze dlaczego nie moglam upiec jakiejs "normalnej" babki na oleju, tylko znowu wymyslam babeczki. ;) Potworki oczywiscie podziubaly, podlubaly i chociaz oboje oswiadczyli, ze dobre, to polowe zostawili. Ale i tak, z 12 babeczek upieczonych wczesnym popoludniem, do wieczora zostala... jedna. ;) Mysle, ze to o czyms swiadczy.

Samotny niedobitek ;)

Jak wspomnialam wyzej, bylismy w markecie budowlanym po pare pierdol do lazienki. Z ulga moge napisac, ze w koncu projekt dobiega konca! Wreszcie!!! Z prac wymagajacych wiekszego wysilku zostalo wstawienie drzwi prysznicowych, poza tym to juz wykonczeniowki.

Tak prezentuje sie kabina - tu jeszcze przed polozeniem fugi i zainstalowaniem baterii

Po takie pierdoly, jak obramowania do brodzika oraz kafelkow wlasnie pojechalismy. Niestety nadal nie wybralismy nowego lustra, wiec czeka nas kolejna wycieczka. Ale teraz juz jest naprawde blizej konca niz dalej.
Zamiast paskudnej, starej i obdrapanej szafki, jest nowa, zgrabna i nowoczesna:

Nowa szafka

Nie moge uwierzyc, ze az tyle czasu to M. zajelo, ale oczywiscie pracowal glownie w weekendy oraz wieczorami po pracy, kiedy zanim dobrze zaczal dzialac, to juz musial konczyc... Bylo tez kilka tygodni, gdzie cos schlo, albo czegos brakowalo a nie bylo czasu jechac do sklepu i projekt stal w miejscu. Tak to jest jak sie robi cos samemu, a nie wynajmuje ekipy. Oszczedza sie sporo kasy, poza tym wie sie, ze na pewno wszystko jest zrobione z uwaga i dokladnie, ale zajmuje to duuuzo wiecej czasu. Za dwa tygodnie mamy Thanksgiving i M. twierdzi, ze przed nim chcialby skonczyc. Ciekawe, czy mu sie uda... ;)

Skoro juz o mowa o fachowcach i ich pracy, to dwa domy od nas, cos robia. Codziennie rano kiedy czekam na autobus dzieci, podjezdza auto ze sprzetem, wysiada z niego grupka panow i... ci panowie stoja, pija kawe, pala papieroska... Pewnego dnia zaczelysmy z sasiadka rozmowe na temat tego, co moga porabiac owi fachowcy. Kilka tygodni temu bowiem wymieniali kawalek dachu oraz obicie komina. Teraz jednak nie widac, zeby robili cokolwiek na zewnatrz. W kazdym razie stwierdzilam, ze cos tam na pewno robia, ale w sumie to nie wiem, bo widze ich chwile rano, a jak wracam o 16:30 to juz ich nie ma. Na to moja sasiadka zaczela sie smiac, ze ona czesto jedzie do pracy dopiero na 10 rano i oni nadal tak stoja pod domem, a jak wraca po 15 to juz odjezdzaja! :D
Tak to jest z tymi fachowcami i ich "praca". Wole juz chyba jak moj M. dlubie po trochu przez 2 miesiace. Przynajmniej wiem dokladnie co i kiedy robi... ;)

Ogromny dylemat mielismy z kolorem scian. Poczatkowo chcielismy zostawic ten, ktorym juz byly pomalowane. Poniewaz jednak M. musial gdzieniegdzie sciany poprawic i wyrownac, zostaly biale placki. Okazalo sie niestety, ze choc poprzedni wlasciciele zostawili kilkanascie puszek z roznymi farbami, to akurat tej nie. :/ Pojechalismy wiec do marketu ponownie, poszukujac koloru. Zgodni bylismy tylko w tym, ze nie mogl sie zlewac z kaflami, odpadaly wiec wszelkie brazy i szrosci. W ktoryms momencie M. wyciagna palety w odcieniach... fioletu! :O Oczywiscie Bi szybko podlapala, ze jej sie taki kolor bardzo podoba. :D
Dawno, dawno temu, sama wybralam fiolet do lazienki taty, kiedy urzadzal sie w swoim domu. ;) Teraz jednak liliowy ani fiolkowy zupelnie mi nie lezal i po dlugich debatach, stwierdzilismy, ze moze zielonkawy?
No i jest. M. narzeka, ze za zimny, a ja... sama wybralam ten odcien, ale tez nie podoba mi sie on w 100%. Nie mam jednak pomyslu na inny, wiec zostaje. ;)
Odcien jest taki... mietowy, choc ciezko bylo go dobrze oddac na zdjeciu:



Na wiekszych pustych miejscach zawiesi sie obrazki, na oknie zaslonke i bedzie ladnie. Przynajmniej taka mam nadzieje. ;)

Co jeszcze...

Organizacja (a raczej jej brak) w druzynie plywackiej Bi wkurza mnie niemilosiernie... Wielokrotnie pisalam juz o szkole codziennej oraz polskiej, ze nic nie dziala mi tak bardzo na nerwy, jak brak informacji... Kiedy z obiema szkolami wszystko w miare sie wyklarowalo, to zachcialo mi sie zapisac corke do druzyny plywackiej. I zaczelo sie od nowa...
Dostalam maila z lista zawodow tej jesieni i zimy. Ok, ale sa tam tylko daty, natomiast brak adresow oraz godzin. Pierwsze zawody sa juz w te sobote, ale te odpuszczamy, bo musialabym na nie pedzic z Bi zaraz po polskiej szkole, a to wydaje mi sie troche za duzo jak na jeden dzien. W koncu, we wtorek dostalam kolejnego maila z adresem basenu. Ktory to moze jednak ulec zmianie! Konkretna, potwierdzona lokalizacje podadza... w piatek, dzien przed zawodami!
Oprocz braku informacji, drugie miejsce we wkurzaniu mnie, zajmuja informacje podawane na ostatnia chwile, wiec slyszalnie zazgrzytalam zebami, kiedy to przeczytalam. ;)

Poza tym, informacje rozsylane sa czesciowo przez koordynatorke z klubu gdzie Potworki maja plywanie, a czesciowo przez glownego trenera (ktory malo kiedy kogokolwiek trenuje i w ogole jest dosc enigmatyczna postacia). Na liste kontaktow tego ostatniego nie mialam jeszcze przyjemnosci trafic, wiec ominela mnie np. lista do zapisow na zawody. :/
Koordynatorka mojego maila ma, ale co z tego, kiedy przykladowo w zeszly piatek wyslala wiadomosc do rodzicow, ze w niedziele ma sie odbyc dodatkowy trening ze skokow do wody i ta wiadomosc jakos do mnie nigdy nie dotarla. O treningu dowiedzialam sie 20 minut przed startem i  to tylko dlatego, ze mama kolezanki Bi napisala do mnie z pytaniem czy tam bedziemy. No niestety, NIE bylismy, bo znajdowalismy sie 40 minut drogi od basenu (innego niz nasz staly), w ktorym trening sie odbywal. :/

Zreszta, nawet kiedy informacje otrzymuje, czesto sa one tylko czesciowe. Dla przykladu, w jednym z maili napisane bylo, ze jesli opuscilo sie przymiarke klubowych strojow, zeby zglosic sie do sklepu sportowego, skad klub je zamawia. Poniewaz na treningi dzieciaki maja ubrane zwykle stroje, uznalam, ze stroje klubowe wymagane sa na zawody. Napisalam do koordynatorki czy dzieciaki musza miec wtedy specjalne stroje, bo nie wiem kiedy Bi bedzie miala swoj, a ona odpowiedziala, ze nie, na zawody nie sa one potrzebne... Ok, to wobec tego na jaka to specjalna okazje sa one wymagane?! Bo skoro robia specjalne przymiarki lub prosza zeby je samemu zamowic, to robia to w jakims celu? Przynajmniej tak podpowiada logika. Wyslalam do koordynatorki - Stephanie, kolejnego maila z zapytaniem o celowosc klubowych strojow, ale poki co, nie doczekalam sie odpowiedzi. Narazie stroju Bi nie zamawiam, bo okazuje sie, ze kosztuje on okolo $60! Myslalam, ze sie przewroce! Dopiero co zamowilam Bi nowy stroj na treningi (bo z wakacyjnego pomalu robi sie szmatka), zaplacilam za niego $25 i juz tyle wydawalo mi sie sporo za taki maly kawalek materialu. Ale placic prawie 3 razy wiecej?! Poki co czekam na odpowiedz Stephanie, bo skoro klubowy stroj nie jest wymagany ani na treningi, ani na zawody, nie widze powodu zeby wydawac takiej kasy ot, tak sobie. ;)

W tym tygodniu rowniez sporo sie dzieje, ale mysle, ze zostawie go juz sobie na kolejny raz. W kazdym razie czekam juz na Swieto Dziekczynienia i 4-dniowy weekend jak na zbawienie... ;)

piątek, 2 listopada 2018

Jestem siedem. Siedem i pol.

Tak Bi okresla swoj wiek. :D Oczywiscie wine za to ponosi doslowne tlumaczenie z angielskiego: "I'm seven and a half". ;)


A ja po prostu nie nadazam. Tak jak moi rodzice zatrzymali sie dla mnie na 45ciu latach, tak o Bi ciagle mysle jako o 6-latce. A przeciez ona za pol roku skonczy juz lat 8! :O

Stan stalego uzebienia to na dzien dzisiejszy dolne jedynki i dwojki oraz gorne jedynki (no, jedna jest nadal ledwie widoczna). Na miejscu jednej gornej dwojki jest luka, a druga - nadal mleczna, kiwa sie, ale uparcie trzyma.
Jesli o cechach fizycznych mowa, to ostatnio strasznie niszcza sie jej wlosy. Mysle, ze wine za to ponosi glownie basen, ale latem przeciez tez plywala na basenie publicznym, naszym przydomowym, a oprocz tego w jeziorze oraz oceanie. Nie bylo zbiornika wodnego, ktoremu Bi by przepuscila. ;) Dodatkowo, cale prawie lato miala lekcje plywania. A wlosy sie trzymaly. Ostatnio zas zauwazylam, ze sa potwornie sztywne i szorstkie. No i poranne rozczesywanie to koszmar. Doszlo do tego, ze na noc zwiazuje jej kudelki w luzny warkocz, zeby choc czesciowo ulatwic czesanie. Do tego odzywka, a na basenie obowiazkowo czepek. Cale lato Bi plywala bez czepka i nie wiem czy to TO nie spowodowalo fatalnej kondycji jej wlosow. A ze przed Komunia wolalabym nie poddawac ich jakims drastycznym cieciom, to trzeba o nie zadbac. ;)

Niestety, wagi nie posiadam, wiec nie wiem ile Bi obecnie wazy. Nadal jest "nabita". Chyba juz po prostu ma taka budowe, ze musialaby sie glodzic, zeby zostac chuderlakiem. Wcale nie je niewiadomo ile, ma mnostwo ruchu, ale cialka tez jej nie brakuje. ;)
Nasza nascienna miarka, ktora pieczolowicie przewiozlam ze starego domu, nadal nie znalazla ostatecznego miejsca do przyczepienia, wiec nie wiem tez ile Bi urosla od ostatniego bilansu, w czerwcu. Coz, mieszkamy tu w koncu "dopiero" 8 miesiecy... :D

Odpukac w niemalowane, chyba nareszcie w pelni zaaklimatyzowala sie w nowej klasie i przy nowej pani. Wywiadowki mamy w polowie miesiaca, wiec dopiero wtedy dowiem sie od wychowawczyni czegos konkretnego. W kazdym razie (odpukac!) od dluzszego czasu nie zdarzylo mi sie otrzymac telefonu od pani, ze Bi nie chce wejsc do klasy lub placze bez powodu w ciagu lekcji.
Starsza nadal jest matematyczna "zyleta" i prace domowe z tego przedmiotu odrabia sama. Wrecz wscieka sie, ze mam ich nie sprawdzac, bo przeciez pani sprawdzi. Ja zas wiem, ze czesto Bi w pospiechu "gubi" cyferki, upieram sie wiec rzucic okiem. Zreszta, nie chce zeby wygladalo to jakbym zupelnie olewala lekcje corki, a jesli zostawie niepoprawione bledy to takie wlasnie bedzie wrazenie. Atmosfera przy odrabianiu jest wiec goraca. ;)
W tym roku bardzo malo maja zadawanego do domu pisania, ale nawet z tej odrobiny widze, ze Bi nadal ma z tym problem. Czytanie rowniez dalej kuleje. Obawiam sie, ze wkrotce mlodszy o 1.5 roku Nik bedzie czytal lepiej od niej... :/ Nie moge jednak powiedziec, ze nie widze postepu. Ten, owszem, jest. Pomalu, swoim tempem, idzie wiec Bi do przodu... A ja czuje wyrzuty sumienia, bo wracajac do domu o 16:30, pomiedzy lekcjami, jedzeniem oraz chociaz czesciowym ogarnianiem chaosu w pokojach, mam naprawde malo czasu na pocwiczenie z nia czegokolwiek dodatkowego. A nie chce odbierac jej tej chwili oddechu na zabawe. Tym bardziej, ze teraz w poniedzialki oraz srody, wieczory mamy dodatkowo skrocone przez basen.
Weekendy oczywiscie rzadza sie swoimi prawami. W soboty rano Potworki maja polska szkole, wiec po poludniu chce im dac zupelna swobode. Niech odpoczna po calym tygodniu. W niedziele zas, zazwyczaj dopiero pod wieczor przypomina mi sie, ze Bi musi jeszcze pocwiczyc choc chwilke skrzypce, bo nastepnego dnia ma lekcje. ;)

Skrzypaczka ;) Nie wiem dlaczego nauczycielka pozwala dzieciakom trzymac skrzypce w taki dziwny sposob. Moze po prostu stabilniej trzymaja sie wowczas ramienia?

I choc mentalnie czesto biczuje sie z powodu tego ciaglego biegu, to przeciez wiem, ze u nas i tak nie jest najgorzej. Znam rodziny, gdzie rodzice pracuja, a dzieci maja codziennie jakies zajecia. Czasem nawet po dwa rozne kolka zainteresowan jednego popoludnia. Kiedy te dzieci odrabiaja lekcje i cwicza czytanie? O ktorej klada sie spac?
Z Bi tez jest dodatkowy problem, ze to kaczerbicha. Nik, kiedy wolam, zeby przyszedl pocwiczyc ze mna to i owo, grzecznie (choc bez entuzjazmu) idzie. Bi od razu robi awanture. Rzuca sie, ze a dlaczego, ze ona nie chce, nagle jest straaasznie zmeczona, a ja jestem najgorsza matka swiata. ;) Zamiast siasc i popracowac przez 15 minut, ona marudzi przez pol godziny. Przyznaje, ze kiedy mam gorszy dzien, na jej bunt zylka zaczyna mi pulsowac i konczy sie ostra awantura...

Ogolnie, jesli o szkole chodzi, Bi idzie po najlzejszej lini oporu. Dla przykladu, w zadaniach domowych czesto Potworki maja trudniejsza czesc, zaznaczona jako "challenge". Nik zawsze upiera sie, zeby ta czesc zrobic, nawet jesli za cholere jej nie kuma (niestety, nie ma on zmyslu matematycznego siostry). Nie wazne, ze zadanie rozwiazuje praktycznie JA, niewazne, ze czasem mamy zabiegany wieczor i (niezbyt pedagogicznie) mowie mu, zeby dal sobie spokoj. Nie, on chce je zrobic i koniec. A Bi? Nie, bo to jest dodatkowe, wiec ona nie musi. Nawet kiedy juz na oko widze,ze zadanie to bedzie dla niej pestka. "Nie, pani mowi ze nie trzeba, wiec ona nie bedzie robic". To w skrocie podejscie mojej corki. Ciekawe, ze ogolnie jest ambitna, w sensie, nie znosi sie mylic i byc poprawiana. Ale jesli chodzi o lekcje, to nie wlozy w nie ani grama wiecej wysilku, niz jest to absolutnie konieczne. ;)

 Dosc zaskakujacym jest to, ze Bi, mimo ze czyta slabo, lubi to robic sama dla siebie. Cwiczenie czytania z mama to oczywiscie wielkie NIE, ale dla samej siebie? Prosze bardzo. Niestety, w swoim uwielbieniu dla serii ksiazek o zwierzetach, wybiera czesto lekture duzo trudniejsza niz dla II klasy. Jedna z jej ulubionych serii znalazlysmy np. w dziale dla klas IV. Najwazniejsze jednak, ze jej to nie zniecheca, chociaz zastanawiam sie ile ona z tych ksiazek tak naprade wynosi. ;)

Jesli juz mowa o szkole, to nie mozna nie wspomniec o tej polskiej. Coz... do niej Bi ma poki co stosunek, hmm... ambiwalentny. Zreszta, zmienia sie on z tygodnia na tydzien. Niestety, Bi jest juz na tyle duza, ze zdaje sobie sprawe, ze polska szkola zabiera jej czesc weekendu. Zawsze kiedy odbieram Potworki, pyta mnie co robilam w czasie, kiedy oni uczyli sie polskiego. Zupelnie jakby zazdrosna byla, ze oni musza isc do szkoly, a ja mam wolne. Odpowiadam wiec ostroznie (i zgodnie z prawda), ze robilam zakupy, wstawialam pranie, odkurzalam, itd. Nic fajnego. ;) Amerykanscy koledzy tez dokladaja swoje trzy grosze. Ktorys z chlopcow uslyszal jak Bi mowi o polskiej szkole do swojej nauczycielki. Szybko podchwycil temat i z drugim kolega zaczeli jej dokuczac, ze oni w sobote rano to jada na lody i do kina, a ona musi do szkoly, hehehe. Wredni gowniarze. :/ Bi poplakala sie, kiedy mi to opowiadala, bo nalozylo sie to dodatkowo na stres przed wystepem z okazji pasowania na ucznia. Jakbym dorwala malych skurczybykow, to pourywalabym im puste lebki. Tym bardziej, ze wiem, ze mowili to zlosliwie, bo wiekszosc amerykanskich dzieciakow w soboty rano ma zajecia sportowe. Malo ktore maja wolne weekendy.
Kiedy odbieram Bi z polskiej szkoly, zawsze jest jednak zadowolona, sciska kolezanki na pozegnanie i nagle okazuje sie, ze lubi tam chodzic. Czyli jej odczucia zmieniaja sie jak choragiewka na wietrze. ;) Ze swojej strony opowiadam jej, ze w tej szkole tez nie bedzie samej nauki. W grudniu beda mieli wizyte Mikolaja, Wigilie oraz akademie swiateczna, w styczniu bal karnawalowy, na Wielkanoc beda szukac jajek, a poczatek czerwca to same wycieczki klasowe w rozne, fajne miejsca. Mam nadzieje, ze te atrakcje pomoga w przyszlosci Bi sie obronic i odpyskowac dokuczajacym kolegom. ;)

Bi przed pasowaniem na ucznia - spodniczka pozyczona ze szkoly

Ku mojemu kolejnemu zaskoczeniu, ostatnio Bi przestala niemal zupelnie rysowac. A myslalam, ze porozwalane wszedzie kartki, mazaki oraz kredki, to juz zawsze bedzie nieodlaczny element wystroju naszego domu. ;) Nie pamietam juz kiedy ostatnio przyniosla mi jakis obrazek. Nawet laurke dla dziadka na urodziny, ktora zreszta sama uparla sie narysowac, naszkicowala tylko byle jak olowkiem. Na moje pytanie dlaczego nie wlozy w nia troche wiecej serca, obruszyla sie, ze przeciez ona sie tak starala! Taaaa... :/
Jej nowa miloscia sa klocki Lego. Pol pokoju ma nimi zasypane, a ona siedzi i uklada. Konstruuje cale apartamenty, posiadlosci wrecz i dorabia do nich scenariusze. :)

Kolejna miloscia jest tez oczywiscie basen. To nie do wiary jak ona kocha plywac! Najwieksza kara jest napomknienie, ze bedzie musiala opuscic trening. Nawet nie wspominam jej, ze co tydzien omija ja sobotni, bo zaraz zakrzyknelaby, ze woli jechac na basen zamiast do polskiej szkoly. ;)
Na poczatku listopada sa pierwsze zawody, nie wiem jednak czy Bi w nich wystartuje. Wtedy bedzie cwiczyc z grupa zaledwie 3 tygodnie. Nie chce jej zniechecac ewentualna przegrana. Porozmawiam najpierw z jej trenerem i zobacze jak on sie na to zapatruje.

Bi jest strasznym nerwusem. O byle bzdure wpada we wscieklosc. Czasem nie nadazam za jej emocjami, czasem doprowadzaja mnie one do szalu, ale faktem jest, ze wystarczy ulamek sekundy zeby w jej oczach pojawily sie lzy zlosci i zeby az zapowietrzala sie z furii. Taki maly przykladzik. Jakis czas temu uznalam, ze dosc juz uslugiwania potomstwu. Niech i oni naucza sie troche dbac o porzadek wokol siebie oraz pilnowania obowiazkow. Nic spektakularnego na poczatek, ot musza znosic po sobie talerze oraz kubki po posilku, odkladac na miejsce buty (zamiast rzucac byle gdzie w korytarzu), zanosic do sypialni pizamki itp. I powiem Wam, ze widac od razu, ze rozpiescilismy Potworki okropnie, bowiem te drobne czynnosci generuja w najlepszym wypadku przewrot oczami, a w najgorszym foch lub awanture. Jesli o Bi chodzi, to uznalam tez, ze II klasa zobowiazuje i oznajmilam, ze po odrobieniu lekcji, musi sama spakowac kartki do foldera, a ten wsadzic do plecaka. Od poczatku kariery szkolnej Potworkow robilam to ja i potem mamy takie "kwiatki", ze kiedy Nik nie przyniosl pracy domowej, powiedzial Pani, ze mama zapomniala mu jej spakowac. Pieknie. :D
Taka niby pierdola, a od poczatku roku co jakis czas powtarza sie o nia awantura. Mam wrazenie, ze to swoisty pokaz sily. Bi czeka az trafi mi sie slabszy dzien i dla swietego spokoju zrobie to za nia. Poki co sie nie daje. ;)
Oprocz tych drobiazgow, Starsza sama z wlasnej woli zaczela scielic swoje lozko, a pizamke skladac w kostke. I wszystko super, tylko moja Dama uznala, ze nalezy jej sie z tego tytulu jakis specjalny poklask (zawsze ja chwale, zeby nie bylo). Kiedy pewnego popoludnia zawolalam ja i wskazalam porzucone na stole, nie spakowane lekcje, Bi natychmiast wpadla w furie i krzyknela, ze to ja mam je spakowac.
No niedoczekanie...
Spokojnie oswiadczylam, ze to sa jej lekcje i jest na tyle duza, zeby pamietac o ich pakowaniu. Na to Bi ze lzami wscieklosci rzucila mi, ze "Ja wszystko rano robie, to po poludniu ty masz wszystko robic!" I wygarnela, ze ona zanosi talerz oraz kubek po sniadaniu i scieli swoje lozko! Biedactwo, przepracowane jest. ;)
Odpowiedzialam, ze to ladnie, ze dba o porzadek, ale to nie ma nic wspolnego z lekcjami. To jej praca domowa i to ona ma ja sobie schowac do plecaka. Bi zapiera sie, ze nie spakuje. Ja wzruszam ramionami, ze wobec tego pojdzie do szkoly bez odrobionej lekcji. Bi mieknie, ale probuje jeszcze negocjowac, ze "To ja spakuje kartke do foldera, ale ty wlozysz folder do plecaka". Brzydka mama nie ustepuje i w koncu, po 10 minutach awanturowania sie, Bi w koncu pakuje swoje lekcje. Niestety, co kilka dni cos w nia wstepuje i rozkreca afere od nowa.

Jak widac, wyhodowalam sobie "Ksiezniczke". ;) Czas juz chyba na pierwsze regularne obowiazki domowe i drobne kieszonkowe (o ktore Bi dusi mnie juz jakis czas). Szczegolnie, ze...

Bi jest okropna materialistka. Nie zna jeszcze dokladnie wartosci pieniadza, ale lubi ciulac dolarki w skarbonce. Latem malowala kamyki oraz muszle i jakis cudem wycyganila od Nika jego wszystkie zaskorniaki bawiac sie w sklep. :D
Za to wydawac swojej kaski juz nie bardzo lubi. ;) Co chwila wyskakuje z prosba o kupno tego czy tamtego. Zaczela tworzyc liste dla Mikolaja i ta lista, moi drodzy, dluga jest, ze prosze siadac. W szkole maja kiermasz ksiazek i tu rowniez Bi spisala liste pozycji, ktora w sumie dala "skromna" cene $100. I jak normalnie na ksiazki nie zaluje, to tu postawilam weto. Lista Bi bowiem zawierala chyba ze 3 pamietniki oraz kilka bezwartosciowych pozycji, atrakcyjnych dla dzieci tylko ze wzgledu na dolaczone do nich bzdurne zabaweczki. Kiedy "ucielam" jej fundusze i powiedzialam, ze musi wybrac z listy tylko kilka pozycji, obrazona oswiadczyla, ze kupi sobie z wlasnych pieniedzy. Tutaj jednak odezwalo sie rodzinne (od strony tatusia, hehe) skapstwo. Bi pytala ile bedzie musiala wylozyc z wlasnych pieniedzy zeby kupic sobie 4, potem 3, a w koncu 2 ksiazki, ale tak ciezko bylo jej rozstac sie z kazdym uciulanym dolarkiem, ze wreszcie z westchnieniem oznajmila, ze kupi sobie... jedna. :D

Takie to zycie z siedmiolatka. Pyskate to, awanturnicze, ale jednoczesnie nadal straszliwie przytulasne. Kiedy rano widzi nadjezdzajacy autobus, natychmiast az przytupuje, wyciagajac ramiona i wolajac "Mama, huggie!!!" I nie moge jej od siebie odkleic az autobus zatrzyma sie i otworzy drzwi. Wtedy jeszcze konieczne sa ze trzy buziaki i w koncu wsiada do wehikulu. ;) Podobnie wygladaja nasze wieczorne pozegnania. Nik laskawie przyjmie buziaka i odpowie, ze tez kocha, po czym odwraca sie na bok i daje znac, ze wlasciwie to mozesz sobie juz matka isc. Bi trzeba kilkanascie razy przytulic, wycalowac, w dodatku wlasnie wtedy zazwyczaj bierze ja na wspominki tego, co dzialo sie przez caly dzien, a po szkolnych opowiesciach rytual buziakow i przytulaskow trzeba przeciez odegrac od nowa. Co wieczor zegnamy sie jakbysmy mialy nie widziec sie przez miesiac, a nie przez kilka godzin. ;)

I wiecie co? Co wieczor tak sie wlasnie czuje. :)

czwartek, 25 października 2018

Jeden z tych weekendow, po ktorych czuje sie jak przecisnieta przez wyzymaczke

Babie nie dogodzisz... Jak sie malo dzieje, to narzeka na nudy. Jak dzieje sie duzo, to jeczy, ze z niczym nie nadaza. :D Ale fakt, ze weekend zlecial mi tak ekspresowo, ze wlasciwie to go nie poczulam i bardzo sie zdziwilam kiedy nagle z piatku zrobil sie poniedzialek. ;)

W piatek odbyl sie tak bardzo wyczekany przez Potworki Boo Bash.
Wnioski? Impreza fajna dla dzieciakow, ale za rok musze zciagnac meza, czy mu sie to podoba, czy nie. Zabawa zaczynala sie o 18, czyli dosc pozno. W rezultacie, nie minela godzina, a na przyszkolnym terenie zrobilo sie zupelnie ciemno. Owszem bylo gigantyczne ognisko oraz kilka latarni, ale przy tlumie ludzi okazaly sie one raczej przeklenstwem. Powodowaly niesamowicie mylace cienie. Przy gromadzie dzieciakow biegajacych we wszystkich kierunkach i dlugich cieniach padajacych z kilku kierunkow, nie moglam sie dopatrzec Potworkow. Po prostu mienilo mi sie w oczach i nie bylam w stanie ich rozpoznac dopoki nie znalezli sie jakies 3 metry ode mnie. Po tym jak "zgubilam" ich trzeci raz, kategorycznie zakazalam im sie ode mnie oddalac. Bi nie trzeba bylo tego dwa razy powtarzac. Dala mi reke i przeciskalysmy sie miedzy ludzmi razem. Nik okazal sie jednak (juz po raz kolejny) dzikim dzieckiem. Co chwila odbiegal, robil slalomy i koleczka wokol ludzi, itd. Na szczescie znam go na tyle, ze zanim gdziec wyprysnal, najczesciej zdazylam zlapac go za kaptur i osadzic w miejscu. ;)
Na koniec jednak wpadlismy na sasiadow, a przy okazji rodzicow ukochanej psiapsiolki Bi. Zadzialal instynkt stadny i Starsza zaczela szalec ze swoja kolezanka,

Wesole stadko urwisow ;)

Nik po chwili znalazl sobie zabawe w rzucanie swiecacego naszyjnika w ciemnosci (odbiegajac oczywiscie coraz dalej) i znow czulam, ze przydaloby mi sie kilka dodatkowych galek ocznych wokol glowy. ;)
Zdecydowanie, w przyszlym roku biore M. Niech tatus tez popilnuje progenitury. ;)

Poza ta "malutka" niedogodnoscia, impreza jednak wypadla naprawde super. Jestem pod wrazeniem kreatywnosci niektorych klasowych rodzicow. Auta byly udekorowane naprawde pomyslowo. Niektore zbyt "strasznie" jak na moj gust (dla maluchow z podstawowki - nasza szkola ma klasy od 0 do IV), ale nie moge odmowic im polotu. Byl "dyspenser do gum" z klasy Nika, ktory okazal sie chyba najskromniej udekorowanym autem.

Bi byla przebrana za "pizamowa" wersje jednorozca, co lepiej widac na pierwszym zdjeciu, a Nim to Bumblebee z Transformers'ow. Niestety mial kurtke, wiec ciezko dostrzec reszte kostiumu

Rodzice z klasy Bi za to odwalili kawal niesamowitej roboty, bo dekoracja rzeczywiscie przypominala statek piracki. Posiadala maszt z zaglem oraz poklad prowadzacy z kartonowej "rufy" do auta przyozdobionego troche jak jaskinia z kufrem zlota. Byly i dwie czaszki. Szkieletu nie dojrzalam. ;) Przybytku pilnowaly dwie "piratki", zapewne starsze corki autorki dekoracji. Podejrzewam, ze cala rodzina jest wielkimi fanami Piratow z Karaibow. ;)


Poza tym bylo auto, ktorego bagaznik przypominal rafe koralowa, byl samochod udekorowany na gre Candy Land, bylo tez inne, gdzie miska z cukierkami stala przy kratach zainstalowanych w polowie bagaznika sporego SUV'a. Za kratami siedzial facet przebrany za wilkolaka i lapal dzieciaki za rece kiedy probowaly brac slodycze, warczac zlowrogo. :D Inny facet (ktorego kojarze z widzenia; chyba mieszka na naszym osiedlu) z wozu dostawczego urzadzil caly "zamek strachu". ;)
Ogolnie, Amerykanie bardzo lubia takie przebieranki i potrafia wykazac sie naprawde spora przedsiebiorczoscia i kreatywnoscia, a Halloween to chyba ich ulubiony temat. ;)

Impreza nie polegala jednak wylacznie na zbieraniu cukierkow (choc dzieciom glownie o to chodzilo, przynajmniej moim ;P). Jak pisalam wczesniej, bylo ogromne ognisko, ktore jednak sluzylo tylko zagrzaniu sie i oswietleniu. A szkoda, bo chetnie upieklabym kielbaske. ;)


Mozna bylo kupic popcorn, kawe, pizze, hot-dogi i tym podobne przekaski. Byly tez przejazdzki wozem z sianem. Niestety, poniewaz woz byl oswietlony, dla lepszego efektu zaczeli nim jedzic dopiero w momencie, kiedy juz wychodzilismy. Za to wrazenie robil niesamowite! Potworki troche sie buntowaly bo chcialy sie przejechac, ale ze byla to juz prawie ich pora spania i byly wymeczone po calym dniu oraz imprezce, udalo mi sie zgarnac ich do domu bez wiekszej awantury. Zreszta, najwazniejsze dla nich bylo to, ze uzbierali caly stosik slodyczy. ;) Impreza trwala do 20:30, my wyszlismy okolo godziny wczesniej. Niestety, nastepnego dnia czekala Potworki polska szkola, wiec nie chcialam ich przemeczac.

Potworki i maskotka szkoly - Rocky

W sobote rano w polskiej szkole problem - nie ma kolezanki Bi. Starsza rozglada sie i widze juz, ze mine ma... kiepska. ;) Moze zreszta przeszlaby nad tym do porzadku dziennego. Niestety, rodzice zebrali sie przy liscie przekasek do przyniesienia w ramach poczestunku dla dzieci po Pasowaniu na Ucznia (to juz w te sobote). Zatrzymalam sie i ja, zeby po chwili miec przyklejonego do boku, zarycznego i usmarkanego "rzepa", blagajacego, zebym nie szla... Przykro bylo mi zostawiac Bi w takim stanie, ale jakos udalo sie ja nieco uspokoic i wyjsc. Cale zakupy jednak wracalam do niej myslami, zastanawiajac sie, jak jej mija czas.
Jak zwykle, ja sie zamartwialam, a Bi, kiedy po nia przyjechalam, na powitanie oznajmila, ze "Moja przyjaciolka dzis nie przyszla, ale mam juz nowa!". :D

Wiedzialam, ze niedziele bede miala zabiegana, wiec reszta soboty minela mi na probach nadgonienia sprzatania, prania i tym podobnych "atrakcji". M. za to zrobil sobie dzien lenia i zamiast dalej dlubac w lazience, przespal dwie godziny po poludniu. :/

W niedziele w samo poludnie jechalam z Potworkami na przyjecie urodzinowe, ale najpierw wracajac z kosciola rano, zupelnie spontanicznie zajechalismy do sklepu sportowego popatrzec na buty narciarskie. Musze przyznac, ze obsluga byla super. Pan buty mi zapinal, odpinal i pomagal wcisnac na smrodliwe giry. Az glupio mi bylo (i modlilam sie, zeby jednak zaden smrodek sie nie unosil), bo pan byl mlody i calkiem przystojny. ;) Przy okazji wiem juz chyba dlaczego moje stare buty sprawialy mi tyle problemow. Kupilismy je z M. za duze! Bralismy pierwsze lepsze, praktycznie bez przymierzania, kierujac sie tez tym, ze przeciez na nodze bedzie gruba skarpeta. Teraz, kiedy moja stope profesjonalnie zmierzono, okazuje sie, ze powinnam miec o numer mniejsze! Dziwie sie, ze moj malzonek, taki swietny narciarz, nie wiedzial jak dobierac buty. Zrobil tym samym krzywde i mi i sobie, bo wzial taki sam model butow (tylko meskie) i tez okazaly sie niewygodne. Gdyby nie to, ze po pierwszych dwoch sezonach zrobilismy sobie kilka lat przerwy, juz dawno tamte buciory wyladowalyby w smieciach.

Okazalo sie niestety, ze nawet z odpowiednim rozmiarem, kupno butow dla mnie to mordega. Jak nie uwiera mnie cos w stope, to potwornie bola golenie (mimo tego, ze but ma 2 cm gabki). W niedziele rano, pomiedzy kosciolem a przyjeciem urodzinowym mialam niewiele czasu, ale zapisalam sobie dwa modele, ktore moje delikatusne nogi w miare tolerowaly. ;)
Po powrocie z urodzin pojechalismy do innego sklepu, ktory z zalozenia mial byc wiekszy i z lepszym wyborem, a okazalo sie, ze modeli butow mial tyle, co kotek naplakal. Dodatkowo, w tych sklepach panuje normalny "seksizm"! ;) Butow meskich maja 2-3 razy wiecej niz damskich! No bez jaj, ja sie nie zgadzam! :)
W kazdym razie tu tez przymierzylam kilka par. Niestety, pan nie byl tak pomocny jak w pierszym sklepie i buty zapinac musialam sama. Przy okazji przypomnialam sobie, ze zapiecie butow narciarskich to juz gimnastyka sama w sobie. Jeszcze czlowiek dobrze na stok nie wejdzie, a juz jest caly spocony. ;)
Tutaj znalazlam tylko jedna pare wzglednie dla mnie wygodna i pan bardzo byl rozczarowany, ze jej nie wzielam. Ale hola! Po pierwsze, mam na liscie dwie pary z poprzedniego sklepu. Po drugie, wyczailam jeszcze dwa sklepy z narciarskimi akcesoriami w poblizu naszego domu i zamierzam je nawiedzic. ;) A po trzecie, nie spodobalo mi sie, kiedy na moje napomkniecie, ze nawet w tych najwygodniejszych butach, nadal bola mnie golenie, pan odpowiedzial, ze widocznie to jest cos, do czego bede musiala sie przyzwyczaic. Tyle, ze ja przed moimi obecnymi, niefortunnymi butami, mialam dwie pary i w zadnej golenie mnie nie bolaly. Czyli istnieja takie buty i zamierzam ich poszukac. Tak latwo sie nie poddam. Pana mialam ochote trzepnac w lepetyne i zobaczyc, czy sie przyzwyczai do bolu. ;)

Po powrocie do domu, z rozpedu wyciagnelam buty narciarskie Potworkow i tak jak sie obawialam,  Kokusiowe sa za male... Bi na szczescie nadal pasuja. Oprocz naszych, musimy wiec tez poszukac butow Mlodszemu. Nart nie chcialo mi sie wyciagac z pokrowcow, ale podejrzewam, ze bedzie podobnie. Dwa lata temu narty Bi byly na nia nieco za dlugie (chociaz i tak swietnie sobie z nimi radzila). Teraz pewnie beda w sam raz. Nika byly "na styk", wiec teraz beda juz raczej przymale. Najmlodszy czlonek rodziny sie w tym roku oblowi w sprzet. ;)

Tak jak wspomnialam wyzej, sam srodek dnia w niedziele spedzilismy na przyjeciu urodzinowym. Urodziny obchodzily corki sasiadow i jak na codzien sa to najmilsi ludzie pod sloncem, tak tym razem mialam ochote ich udusic. Kto, powtarzam: KTO organizuje przyjecie urodzinowe na zewnatrz pod koniec pazdziernika?! Latem, ok. We wrzesniu jeszcze tez jest raczej cieplo. Ale pazdziernik to juz jest loteria. Moze sie okazac calkiem cieplo (ale upalow juz nie bedzie na pewno), a moze byc jak ostatnio. Akurat dzien przyjecia byl najzimniejszym dniem w zeszlym  tygodniu. Bylo w miare slonecznie, ale tylko 7 stopni, a do tego wial lodowaty, urywajacy glowy wicher. Czesc gosci przyszla w zimowych kurtkach i czapach. Ja mialam jesienna, ale pod spod ubralam gruby, welniany sweter. Potworkow nie wiedzialam jak ubrac, ale w koncu stwierdzilam, ze przeciez beda szalec z dziecmi, wiec ubralam im tylko podkoszulki pod bluzki, a poza tym jesienne kurtki oraz czapki. A i tak w ktoryms momencie patrze, a Bi zdjela kurtke, zdjela czapke i wrecza mi je ze spokojem. I byla bardzo zla kiedy kazalam jej ubrac wszystko z powrotem. ;)

Wracajac do organizacji przyjecia. Bylam swiadoma, ze odbedzie sie ono na polu mini-golfa.


Wiedzialam jednak, ze jest tam tez mala kawiarnia i spodziewalam sie, ze na poczestunek przejdziemy do srodka. A guzik! CALE przyjecie odbylo sie na dworze!

Jakie fajowe przyjecie w kurtkach i czapach... :/

Zeby bylo zabawniej, kiedy dzieciaki zmachane gra w golfa przybiegly do stolikow, czekala na nie... lemoniada z lodem. Potem byla pizza (choc jedna rzecz ciepla), a na deser (oprocz torta) dzieci dostaly... LODY! Myslalam, ze sie przewroce! W taka pogode naprawde bardziej do picia pasowalaby goraca czekolada, a na poczestunek cos na cieplo... Dodatkowo, tortem okazala sie tarta z owocami i to prosto z lodowki, bowiem owoce nadal byly zamrozone. Po tym co zobaczylam, zaczynam sie zastanawiac czy moi sasiedzi sa do konca normalni... Cale przyjecie bowiem, organizacja oraz poczestunkiem pasowaloby mi gdzies do lipca, a nie pazdziernika... Chyba uwielbiaja takie letnie przyjecia urodzinowe w plenerze i uznali, ze taki drobny fakt, ze obie corki maja z listopada, ich nie powstrzyma. :)

Niestety, za glupote i to niestety nie wlasna, placimy juz od kilku dni. Juz w zeszly piatek i mnie i dzieciaki cos "bralo". Dzieciaki pokaslywaly, mnie krecilo w nosie. A po wspanialym przyjeciu, przeziebienie rozbestwilo sie juz na dobre. Matka stracila glos. W poniedzialek skrzeczalam jak zaba. W srode juz mowilam prawie normalnie, ale za to puscilo mi sie z nosa. Nik kaszle upierdliwymi napadami trwajacymi po godzine lub dluzej. Bi trzyma sie najlepiej, ma tylko lekki katar i od czasu do czasu odkaszlnie.
M., ktory na przyjeciu nie byl, doprawil sie sam. A raczej doprawila go lazienka. Caly zeszly tydzien bowiem docinal i kladl kafle. A maszyna do ciecia podlaczona jest do wody, ktora pryska na wszystkie strony. Z kazdego przeciecia kafla, M. wychodzil przemoczony. A bedac soba, oczywiscie mial w nosie moje rady, zeby przebrac sie w suche rzeczy. Chodzil taki mokry do domu, na podworko, z cieplego, na zimne i oczywiscie na efekty dlugo nie musial czekac. Choc mi sie wydaje, ze nasze domowe wirusowisko tez mialo tu swoj wklad, bo maz, tak jak ja, stracil na jeden dzien glos, a poza tym ma lekki katar i suchy kaszel. Czyli kubek w kubek jak reszta domownikow.
Walczymy wiec z przeziebieniem cala czworka. Poki co na szczescie bez goraczki. Nie moge mowic a innych, ale dla mnie to chorobsko jest bardziej wkurzajace niz uciazliwe. Przez trzy dni sobie skrzeczalam, teraz od czasu do czasu odkaszlne i wysiakam nos. Da sie przezyc. ;)

W poniedzialek Bi zaczela treningi z druzyna plywacka. Przyznam, ze mialam ogromny dylemat czy ja puscic, ale ze goraczki nie miala, dodatkowo to byly jej pierwsze zajecia, a na wspomnienie, ze moze lepiej poczekac az wyzdrowieje, wybuchla placzem, wiec uleglam. I na szczescie (tfu, tfu) nie wyglada, zeby jej to zaszkodzilo.

To w rozowym czepku to Bi. Nie dalam rady strzelic jej lepszego zdjecia. Ona byla w ciaglym ruchu, a ja za szyba bo na basenie mozna zdechnac z goraca, wiec wychodze. ;)

Musze z duma napisac, ze juz na pierwszych zajeciach widac bylo, ze Bi to urodzona plywaczka. Tamte dzieciaki cwicza juz 1.5 miesiaca, wiec Starsza odstaje od nich kondycyjnie i czesciej musi sie zatrzymac, zeby odpoczac. Ale technicznie i co wazniejsze, szybkosciowo, jest jedna z lepszych. Szczegolnie stylem na plecach, bije wiele dzieci na glowe. Jeden z trenerow bardzo ja chwalil. Zobaczymy jak pojda kolejne treningi i pierwsze zawody. Bi jest ambitna i obawiam sie, ze przegrana szybko ja zniecheci. ;)

W srode zaczela sie rowniez kolejna sesja lekcji plywania. Kiedys miedzy kazda bylo 1-2 tygodni przerwy, teraz widze, ze leca jedna za druga. Powoduje to niestety lekki (mocny?) balagan. Na przyklad, kiedy tydzien temu Nik konczyl sesje, instruktorka powiedziala mi, ze spokojnie moze przejsc na poziom 3/4. Mamie jego kolegi z grupy zas, ze dadza go na poziom 3, zeby dwaj kumple mogli byc razem, ale jak sobie nie da rady, to cofna go na poziom 2. Tymczasem, kiedy w srode przyszlismy na zajecia, okazalo sie, ze kolega Nika trafil na poziom 4, zas Nika przydzielili do grupy o poziomie 3. A przeciez instruktorka (pechowo akurat jej nie bylo) wyraznie mowila, ze Nik radzi sobie lepiej, wiec jakim cudem trafil na nizszy poziom? I moze byloby wszystko jedno, ale pechowo w grupie, do ktorej przydzielony byl Nik, byly dzieci sporo starsze. Jedna z nich byla corka naszej sasiadki, prawie 10-latka, a drugim chlopiec, ktory wygladal na jeszcze starszego. Kiedy zaprowadzilam Nika do jego grupy, ten rozplakal sie, ze on nie chce byc z takimi duzymi dziecmi i chce byc ze swoim kumplem. Na szczescie instruktor poziomu 4 juz zauwazyl, ze chlopcy sie znaja i zgodzil sie Nika "przygarnac". ;)
Inna sprawa, ze teraz Nik jest w grupie ze swoim kolega oraz druga corka sasiadki, ktora zna oczywiscie z podworka. Obawiam sie wiec, ze zamiast cwiczyc plywanie, beda sobie robic jaja. Na szczescie instruktor (ktory zreszta w poprzedniej sesji uczyl Bi) jest nieco starszy niz reszta, ktora wyglada na dzieciaki z College'u i mimo ogolnie milej aparycji, potrafi trzymac dyscypline. ;)

W sobote w koncu ma sie odbyc Pasowanie na Ucznia w polskiej szkole. Z tej okazji Pani Bi napisala do rodzicow, zeby dzieci byly ubrane na galowo, a do tego zeby dziewczynki mialy wlosy uczesane w dwa warkocze z czerwonymi wstazeczkami. Zabila mnie! :D Kto teraz zawiazuje corkom warkoczyki wstazkami?! Takie cos kojarze ze starych, czarno - bialych zdjec mojej mamy oraz cioc jako malych dziewczynek! Czesciowo mnie to rozsmieszylo, a czesciowo wkurzylo, bo znow doslownie kilka dni przez wydarzeniem czekala mnie wyprawa do sklepu. Po wstazki! Na szczescie przypomnialo mi sie, ze w pudle roznych przydasiow mam cos czerwonego. To co znalazlam to bardziej tasiemka, ktora kupilam do czegos na Boze Narodzenie kilka lat temu, ale jest dosc szeroka i co najwazniejsze - czerwona. Bez problemu uda wstazke. :D

A Bi niestety znow sie denerwuje. Nie wiem co z tym dzieckiem w tym roku sie dzieje. Bez oporow wystapila na przedstawieniu konczacym przedszkole. Nie miala problemu w prezentacjami na zakonczenie zerowki oraz pierwszej klasy. A teraz zjada ja trema przed zaspiewaniem kilku piosenek i zatanczeniem poloneza? I to w grupie! Nikt nie kaze jej przeciez wystepowac samotnie!

W kazdym razie czekam na sobote z na w pol  ciekawoscia i na w pol stresem. Obawiam sie znow kurczowego trzymaniai blagania zebym jej nie zostawiala... No i zglosilam sie do upieczenia babeczek. Planuje zrobic bananowe na maslance, ktore zawsze wychodza. Chociaz zaloze sie, ze jak na zlosc teraz wyjda z zakalcem albo twarde niczym cegly. :D

piątek, 19 października 2018

O tym co moze sie czaic w lazience ;)

Remont trwa nadal...

Wiekszosc zeszlego tygodnia lazienka stala pomalowana na czerwono i nic sie w niej nie dzialo. Szlag mnie trafia pomalu, bo przez to, ze czesciowo korzystamy z lazienki dzieci, a czesciowo z wlasnej, chodze ciagle miedzy jedna a druga. Tu myje zeby, tam biore prysznic, tu mam krem do twarzy, tam zostawie recznik. Ciagle chodze w te i nazad i czegos szukam. Rano, kiedy spiesze sie zeby odstawic dzieci do autobusu na czas, jest to szczegolnie upierdliwe.
Moglabym oczywiscie przeniesc sie calkowicie do lazienki Potworkow, ale sie nie przenosze, bo... w sumie nie wiem. Chyba dla zasady. ;) Jeszcze sie dobrze nie nacieszylam wlasna lazienka. Mialam ja przez 3 miesiace, po czym oddalam tesciom razem z sypialnia. Ledwie tescie wyjechali, popsul sie prysznic. Jakies fatum, czy co? ;)

Tak naprawde ten zeszlotygodniowy przestoj czesciowo byl celowy. Prysznic byl gotowy na wylozenie kafelkami, ale M. nie chcial robic tego wieczorami. Jest to bowiem akurat ta czesc roboty, ktora mozna przerwac tylko we w miare rozsadnym punkcie, inaczej wszystko moglo sie zaczac obsuwac i wykrzywiac. A ze wieczorem ma tylko pare godzin, nie chcial tego rozbabrac i potem mordowac sie do polnocy.
Tak sie rowniez zlozylo, ze w tym tygodniu w naszym miasteczku jest specjalna zbiorka smieci o duzych gabarytach. Pomyslelismy wiec, ze to idealny czas, zeby wywalic stara szafke z lazienki. Pokazywalam ja chyba kiedys. Na zdjeciach nie prezentuje sie zle.

 Zegnaj paskudna szefeczko! ;)

Ot biala szafa pod zlew. Tak naprawde jednak wyglada ona na mebel, ktory byl wstawiony jako oryginalne umeblowanie domu, a ten ma prawie 40 lat. :O Strasznie jest brzydka i obdrapana, a zlew i blat sa tak porysowane i odbarwione, ze wolaja po prostu o pomste do nieba. ;)

Plan na weekend byl wiec taki, zeby pojechac po nowa szafe, zlew oraz baterie i zeby M. zaczal klasc kafelki w kabinie prysznicowej. Poniewaz w sobote Potworki wracaja do domu z polskiej szkoly dopiero okolo 13, a M. i tak idzie rano do pracy, padlo na to, ze tego dnia pojedziemy po szafe, a w niedziele przyjdzie pora na kladzenie kafli.
Z satysfakcja oglaszam, ze plan zrealizowalismy w pelni. :) Najpierw byla polska szkola dla jednych, praca dla drugich, a zakupy, sprzatanie oraz pranie dla trzecich (to ja! :D), potem zas lazenie po sklepie. Poniewaz pojechalismy do starej, niezawodnej Ikei, spedzilismy tam cale popoludnie (nie pomoglo, ze to jakies 40 minut drogi od nas) i wrocilismy z calym nareczem niekoniecznie niezbednych pierdolek. I szafa oczywiscie tez. ;)

W niedziele po kosciele M. zabral sie za kafle. I jak to z ta nieszczesna lazienka bywa, pojawil sie kolejny problem. M. mial reczny przyrzad do ciecia, ale okazalo sie, ze wybralam sobie takie kafliska, ze byl za maly! Poniewaz w Hameryce wszedzie jest daleko, pojechanie po cos zdolnego przyciac nasze wielgachne kafle, spowodowalo 2-godzinna obsuwe... :/ Trudno, bywa i tak... Najwazniejsze jednak, ze kabina prysznicowa nabiera w koncu wlasciwego wygladu. ;)

Stan z niedzieli

I z poniedzialku

Jak Wam sie podoba? ;)

Przed M. kolejne wyzwanie, bo na trzeciej scianie bedzie musial wyciac dziury: dwie male, okragle i jedna duza. Gdzies w miedzyczasie bedzie musial tez wyrwac i wywalic stara szafke (zbiorka smieci jest w piatek). Szczerze, to boimy sie, co pod nia (i za nia) znajdziemy. Ze slady myszy, to jestem przygotowana. Obawiamy sie za to, ze kiedy poprzedni wlasciciele kladli kafle na podlodze oraz scianach, nie bawili sie w wyciaganie szafy lecz polozyli je naokolo niej. Nasza szafka ma byc ponad podloga, wiec bedzie widac, jesli okaze sie, ze pod nia jest np. linoleum. :/ W garazu stoja dwa pudla z dodatkowymi kaflami, mamy wiec nadzieje, ze w razie czego sie je dosztukuje. Niestety oznacza to oczywiscie wiecej roboty dla M., a dla mnie kolejne dni czekania na lazienke. ;)

Kiedy w niedziele M. walczyl z kefelkami, ja mialam za zadanie zajac jakos Potworki. Pogoda byla niezla, slonce, okolo 16 stopni. A ze poprzeni dzien spedzili w polowie w polskiej szkole a w polowie w sklepie, chcialam koniecznie zabrac ich gdzies na swieze powietrze. Potworniccy nie sa wybredni, wystarczylby im plac zabaw, ale jesien to pora, kiedy w Hameryce odbywa sie mnostwo festynow i innych imprez. W niedziele w naszym miasteczku odbywala sie imrezka dla milosnikow psow. Byla parada psiakow, byly pokazy psow policyjnych (podobno, bo sie nie zalapalismy), bylo mini szkolenie z tresury. Mozna tez bylo zamowic profesjonalna sesje zdjeciowa dla swego pupila. No i oczywiscie mozliwe bylo kupno niezliczonej ilosc pierdol, od smyczy, po specjalistyczna karme. ;)
Pojechalam tam z dzieciakami, ale bez Mai, bo nasz pies na widok innych czworonogow oraz ludzi dostaje po prostu kociokwiku. ;) Nie mialam ochoty byc ciagnieta na wszystkie strony, wiec siersciuch zostal w domu. Zwabil mnie opis na stronie wydarzenia, mowiacy o zajeciach dla dzieci, ktory niestety okazal sie mocno na wyrost. Wlasciwie nawet dla wlascicieli psow nie byla to jakas niesamowita impreza. Organizatorom chodzilo raczej bardziej o reklame swoich produktow. ;) Dla dzieci bylo jedno stoisko, przy ktorym mogly pomalowac farba "kindness rocks" oraz zrobic zakladki do ksiazek z filcu przyklejonego do patyczkow od lodow. Zupelnie nie warte $15 wstepu (dobrze, ze od auta, a nie osoby ;P). Potworki jednak nie narzekaly, a skoro oni byli zadowoleni, to ja tez. ;) Pomalowali swoje kamienie, zrobili zakladki...


...wyglaskali niezliczona ilosc psiakow, a na koniec urzadzilismy sobie przechadzke wsrod pol, impreza odbywala sie bowiem na dawnej posiadlosci z farma.


Obecnie z "farmy" pozostalo tylko stadko owiec, ale dla moich dzieci nawet ono bylo atrakcja. ;) Podjelam tez probe zrobienia jakiegos ladnego, jesiennego zdjecia.


Niestety, u nas nadal wiekszosc drzew jest zielona. Na tamtym ogromnym terenie znalazlam tylko to jedno kolorowe drzewo. Potworki jednak nie wspolpracowaly, staneli jakos sztywno i nienaturalnie, poza tym zeby objac drzewko musialam odsunac sie na dosc duza odleglosc i fota wyszla taka sobie... :/

W zeszlym tygodniu przyszly tez szkolne zdjecia i nieskromnie napisze, ze wyszly slicznie! ;)


Szkoda tylko, ze tamtego ranka Bi byla bez humoru i uparla sie, zeby uczesac ja w zwyklego kucyka. Nie dala sobie ani rozpuscic wlosow, ani stworzyc jakiejs bardziej "twarzowej" fryzury...

Nowym doswiadczeniem byl dla mnie Dzien Nauczyciela. Szczerze, to nie pamietam z moich wlasnych szkolnych lat, zeby byl on obchodzony. Nie przypominam sobie, zebym z jakiejkolwiek okazji innej niz koniec roku niosla do szkoly kwiatka. Moja mama jest emerytowana nauczycielka, ale rowniez nie pamietam czy kiedys dostawala upominki na Dzien Nauczyciela. Ale coz, czasy sie zmieniaja... W Hameryce tez istnieje cos takiego jak Teacher Appreciation Day (tyle, ze w maju), ale pomimo, ze moje starsze dziecko spedza juz 3 rok w szkolnych murach, dzien ten gdzies tylko miga w mojej pamieci. Upominkiem dla nauczycieli co roku zajmuja sie "room parents", czyli odpowiednicy naszej trojki klasowej. Ja wysylam pieniazka na zbiorke, oni zajmuja sie reszta i informuja pozostalych co kupili. I bardzo mi taki uklad odpowiada. ;)
W polskiej szkole, w klasach ktore znaja sie dluzej i maja prezniej dzialajace trojki klasowe, one rowniez zajmuja sie zbiorka pieniedzy oraz zakupem upominkow dla pan (wiem od mojej kolezanki). Klasy Potworkow sa niestety nowe. U Kokusia, wiadomo - zerowka, ale klasa Bi rowniez zlozona jest z dzieci, ktore sa pierwszy rok w polskiej szkole. Trojka klasowa u Bi istnieje, ale jakos ciezko im sie zorganizowac, szczegolnie, ze rok szkolny zaczal sie w polowie wrzesnia i dzieci tak naprawde mialy dopiero 4 zajecia. Kupilam wiec Potworkom po bukiecie kwiatkow dla pan i poinstruowalam, ze maja wyrecytowac "wszystkiego najlepszego z okazji dnia nauczyciela". Okazalo sie to jednak przerosnac ich mozliwosci. Oboje staneli przed nauczycielkami niczym male slupy soli i tyle. Ani mru mru. ;) Matka musiala zlozyc zyczenia za nich. Dobrze, ze chociaz kwiatki grzecznie wreczyli. :D

W poniedzialek rano Bi wstala jak zwykle jeszcze przed moim budzikiem, ale zamiast jak zwykle szalec na dole z Maya, polozyla sie na kanapie i... zasnela.  Troche mnie to zaalarmowalo, a kiedy w dodatku Bi po przebudzeniu zaczela narzekac na bol brzucha i glowy oraz praktycznie nie tknela sniadania, stwierdzilam, ze na bank cos ja bierze. Zmierzylam temperature - normalna. Dopytywalam gdzie boli ja ten brzuch, a gdzie glowa i czy moze jest jej niedobrze? Kiedy jednak zaobserwowalam, ze ma energie smiac sie do brata i zaczepiac Maye, uznalam ze cokolwiek jej dolega, nie jest az tak straszne. Wyslalam ja wiec do szkoly i caly dzien telefon mialam praktycznie przyklejony do reki, na wypadek gdyby zadzwonili, ze jednak jest chora. Nic takiego sie jednak nie zdarzylo, a po poludniu Bi byla juz zupelnie soba. Na dzien dzisiejszy poniedzialkowy ranek zwalam wiec na karb nerwow...

Lazienkowych historii ciag dalszy.
We wtorek M. odkryl, ze klej do kafli, ktorego dzien wczesniej sporo mu zostalo, mimo ze zakryty folia i zalany woda zeby zapobiec stezeniu... zasechl na kamien. ;) Niestety przy okazji zajal jedyne wiadro, ktore M. kupil specjalnie na okazje kladzenia kafli w lazience. W perspektywie mial jazde do sklepu po nowe, co w praktyce oznaczaloby, ze nic tego dnia juz by nie zrobil. Tak jak pisalam wczesniej, w Hameryce nie istnieje cos takiego jak "szybkie podskoczenie do sklepu". Nie ma nawet osiedlowych warzywniakow. Kazde zakupy to wyprawa, musza wiec byc skrupulatnie zaplanowane. Na szczescie malzonek zlokalizowal jakis stary kubelek w szopce. ;)
A nie pisalam, ze nad tym remontem ciazy jakies fatum? ;)

Co jeszcze... W piatek w szkole Potworkow ma sie odbyc tzw. Boo Bash. To dla nich nowosc, bowiem w starej szkole go nie organizowano. Ta impreza to jak polaczenie Halloween z festynem jesiennym. Dzieci moga sie przebrac, beda rozdawane cukierki, ale oprocz tego mozna bedzie sie przejechac wozem z sianem, pomalowac buzke oraz zagrzac doopke przy wielkim ognisku. ;) Cukierki kazda klasa ma rozdawac z czyjegos samochodu, ktory ma rowniez byc udekorowany tematycznie. Klasa Nika bedzie miala auto w stylu dyspensera do gum - kulek, a Bi - piratow. Oczywiscie cale przedsiewziecie wymaga sporo uwagi i energii, wiec wychowawczyni pomagaja osoby z trojki klasowej (chociaz u Potworkow to raczej "jedynka" klasowa :D), a rodzice poproszeni byli o pomoc w zgromadzeniu potrzebnych materialow. I tu oczywiscie musiala nastapic lekka irytacja. "Room parent" z klasy Kokusia przyslala maila z prosba o zbiorke akcesoriow w piatek. Nie ma sprawy, akurat w sobote jechalam na zakupy, wiec moglam zakupic jakies potrzebne rzeczy. Mama z klasy Bi za to, wyslala maila w niedziele wieczorem! Impreza za 5 dni, wiec troche pozno sie zebrala... Nie mowiac juz o tym, ze akcesoria miala dosc... nietypowe... Bo kto ma w domu dwie czaszki, albo duzy szkielet?! Dobra, moze niektorzy maja podobne rzeczy w dekoracjach na Halloween, ale akurat nikt z klasy nie zglosil posiadania takich "cudownosci". ;)
Nie chcialo mi sie jak cholera, ale trudno, zgrzytajac zebami  pojechalam w poniedzialek po pracy ponownie do sklepu... Nie musialam oczywiscie tego robic. Pomoc czy podarowanie materialow jest kwestia dobrowolna, ale rozumiem, ze sama nauczycielka z jednym rodzicem tego nie ogarna, nie mowiac juz ze musialyby wydac fortune. Nie bardzo mam czas i energie udzielac sie solidnie w zyciu szkoly, kiedy wiec mam okazje, staram sie chociaz wspomoc finansowo lub "akcesorycznie". ;)
Przy okazji, w czesci sklepu wydzielonej na dekoracje oraz cukierki na Halloween, dojrzalam wlasnie szkielety. Nawet przelecialo mi przez glowe, ze moglabym kupic, ale kiedy zobaczylam, ze takie paskudztwo kosztuje $45, szybko zrezygnowalam. Niech pozycza z gabinetu biologii. ;)

Nawiasem mowiac, skoro mowimy o zawiadamianiu rodzicow nieco wczesniej, kiedy potrzebne jest cos do szkoly, wychowawczyni Kokusia ma chyba problem z planowaniem. W zeszlym tygodniu mieli w klasie konstruowac budynki i sprawdzac jakie materialy sa wodoodporne (fotki zapozyczone ze strony szkoly :D).

Mlodzi inzynierowie w akcji ;)

Fajny eksperyment dla pierwszakow, ale... Pani poprosila o przyslanie materialow dzien wczesniej! I tym razem to nie Kokus zawalil, ona faktycznie prosila, zeby je przyniesc kolejnego dnia... Prosila o rolki po papierze, kartony, slomki, brystol, itp. Gdyby napisala tydzien wczesniej, pozbieralalbym puste pudelka po przesylkach i rolki po recznikach papierowych oraz srajtasmie. Przy 4 osobach sporo sie tego zbiera. ;) A tak... Pechowo akurat wszystkie niepotrzebne kartony wywalone, a brystolu na codzien nie posiadam. ;) Jakims trafem akurat mialam jedna pusta rolke odlozona do recyklingu, dorzucilam garsc slomek i tyle. Nic innego pod reka nie mialam...

Dzieciaki sprawdzaja czy konstrukcja jest wodoodporna :D

Wracajac do glownego watku. Potworki oczywiscie o niczym innym nie mowia tylko o piatkowej imprezie w szkole. Dzien normalnie bylby idealny, tylko, ze u nas normalnie nie moze byc, bo w piatki zawsze odrabiamy lekcje do polskiej szkoly. ;) Postawilam Potworkom ultimatum, ze musimy kazdego dnia po trochu odrabiac lekcje z polskiego, inaczej imprezy nie bedzie. I oni naprawde grzecznie je robia, ale stwierdzam, ze nauczycielka Bi grubo przesadza. Starsza ma na kazdy tydzien zadane conajmniej dwie strony cwiczen do wypelnienia, a oprocz tego dokonczenie zadan nieskonczonych w klasie. Dodatkowo nauczyc sie czytac, a jesli tego malo, to jeszcze ucza sie przeciez wierszykow i piosenek na pasowanie! Wychodzi tego naprawde duzo! W zeszly piatek Bi siedziala nad lekcjami do polskiej szkoly prawie godzine! W ktoryms momencie zaczela plakac, ze juz nie chce i wcale jej sie nie dziwie. Zadania z amerykanskiej szkoly zajmuja jej okolo 10 minut, a tu pisze i piiiiiisze (bo poki co lekcje to cwiczenie polskiej pisowni), a potem jeszcze razem cwiczymy czytanie...

No i tak to leci... Moja chrzesniaczka w srode skonczyla 9 lat. To juz 9 lat temu, po smsie otrzymanym z rana, ze siostra jest w szpitalu, przesiedzialam caly dzien z komorka w reku i czekalam na wiesci... Wydaje sie jak wczoraj, a tu juz prawie dekada... Tymczasem ta mala, pogodna klucha wyrosla na swietna panne, uprawiajaca judo i jezdzaca konno...

Piekna klacz, prawda? <3 Niestety, siostra jest wielka przeciwniczka zdjec dzieci w sieci (nawet Fejsa nie ma!), wiec nie moge pokazac Wam buzki N., ale kon sie moze nie pogniewa ;)

Potworki zaliczyly ostatnie zajecia z plywania w tej sesji...

 Nik skacze do wody

Od poniedziaku Bi czeka druzyna plywacka... Jesli bedzie w miare zdrowa, bo niestety zaczela smarkac...  A jak na zlosc, czekaja nas dwie imprezy na swiezym powietrzu: jedna dzis w szkole, a druga to przyjecie urodzinowe kolezanki Bi w niedziele. Dzisiaj wieczorem ma byc jakies 12 stopni, wiec da sie wytrzymac. Ale w niedziele slupek rteci ma sie podniesc tylko do 8 stopni! A impreza jest na polu mini golfa! Oby mi sie dziecko nie doprawilo... :/


Przy moim tempie pisania (4 dni!), zanim skonczylam posta, M. zdazyl wywalic szafke z naszej lazienki. A wiec chcac czy nie, jednak znow musialam przeniesc sie do dzieci. A niech to... ;)
Pod szafka odkrylismy dosc "ciekawe" znalezisko. Mimo, ze mebel nie wygladala na ruszanego od budowy domu, w ktoryms momencie musial byc jednak albo wymieniany, albo przestawiany... Poprzedni wlasciciele jej nie ruszali, to pewne, bo tak jak myslelismy, nowe kafle zostaly polozone naokolo niej. Za to pod nia jest warstwa malutkich kafelkow, ktore modne byly zapewne w latach 80-tych oraz cos, co wzielismy za kupe szmat. Juz to wydawalo sie dziwne (cos takiego pod szafa, ktora jest przytwierdzona do podlogi, wiec nie bedzie sie pod nia sprzatac?), po dokladniejszych ogledzinach, "szmaty" okazaly sie jednak przykurzonymi i pozolklymi MESKIMI GACIAMI!!! M. poprzekladal je kombinerkami (bo rekoma sie brzydzil :D) i na szczescie wygladaja na nowe, nie uzywane. No ale kto do cholery zostawia pod szafka kupe kalesonow i wazniejsze: PO CO??? Bo zdecydowanie wydaje sie, ze polozone zostaly celowo... :D

Te tajemnice dom zachowa jednak raczej dla siebie... ;)

środa, 10 października 2018

Wielowatkowy post o nudnej (? :D) codziennosci

Za mna naprawde nudny weekend... Miala byc wycieczka na jesienny festyn, miala byc przejazdzka rowerowa... A nie bylo nic bowiem w domu uziemnil mnie... okres. ;) Niegdys bylo norma, ze pierwsze trzy dni zdychalam i funkcjonowalam (i to ledwie-ledwie) tylko na konskiej dawce prochow przeciwbolowych. Po narodzinach dzieci cos sie jednak zmienilo. Nie pamietam juz kiedy ostatnio bralam tabletke przeciwbolowa na comiesieczne sprawy. W piatek oraz w sobote jednak po prostu mnie... zalalo. :O Uznalam wiec, ze lepiej trzymac sie blizej domu i lazienki. :)

Tym razem w sobotniej polskiej szkole kolezanke zobaczylam tylko z daleka, kiedy biegalam miedzy pietrami i klasami, odprowadzajac Potworki do docelowych sal. I w sumie dobrze sie stalo, bo z hmm... sytuacja w majtkach raczej nie ryzykowalabym wizyty. :D Pojechalam tylko na szybkie zakupy do Polakowa, a potem pedem do domu. Ale za to w chalupie, zanim musialam pedzic znow po dzieci, udalo mi sie rozpakowac siatki, wstawic pranie, przelozyc wyprane do suszarki, odkurzyc oraz umyc podlogi na gorze, poscielic lozka... Bylam z siebie niesamowicie dumna. ;)

Jesli juz jestem przy polskiej szkole, to weszlam na ich strone, zeby sprawdzic prace domowa na kolejna sobote i sie zalamalam. Te stronki to taka troche forma komunikacji z rodzicami. Nie ma tam stricte pracy domowej, ale panie zamieszczaja rowniez rozne informacje o tym co sie dzieje w klasie. Tym razem wychowawczyni przypominala o odpowiednim galowym stroju i padlam kiedy przeczytalam, ze dziewczynki maja sie ubrac w ciemne "spUdniczki"... Mam nadzieje, ze to tylko literowka, bo w koncu owa pani ma uczyc moje dziecko jezyka polskiego, a jesli sama jest na bakier w ortografia, to kiepsko to widze. ;)

W niedziele wrocilo do nas hamerykanckie lato - slupek rteci dobil do 27 stopni, a wilgotnosc skoczyla do 75%. Slowem, bylo dosc paskudnie. ;) Poobcinalam las uschnietych rudbekii, po czym zgrabilam te kupe badyli, zanioslam na ognisko i bylam zlana potem, bynajmniej nie ze zmeczenia.

Bylo tak goraco, ze pozwolilam Potworkom pryskac sie pistoletami na wode. Kilka domow dalej widzialam zas, ze ludzie wystawili dla dzieci maly, dmuchany basenik ;)

Az zal bylo, ze nie skorzystalismy nieco lepiej z tej letniej pogody. Ale coz, ja niedysponowana, a M. nadal dlubie w lazience. Jego entuzjazm maleje z kazdym minionym dniem, ale pomalu prze do przodu. ;) W zeszla srode, w lazience stanely w koncu wszystkie sciany wokol prysznica:

Zielono mi... ;)

W weekend zas przyszla kolej na pokrycie ich wodoodpornym glutem. ;) Pisze "glutem", bo taka ma to cos konsystencje. ;) Przypomina kisiel, ale kiedy zasycha tworzy warstwe przypominajaca plastik. Poczatkowo wydawalo sie, ze pojdzie szybko, bo pierwsza warstwa wyschla ekspresowo. Teraz wydaje nam sie, ze ona nie wyschla, tylko wsiakla w sciane, bo w ciagu doslownie kilku minut sciany byly suchutkie. Kazda kolejna warstwa schnie dluzej, a trzeba polozyc ich przynajmniej 3. M. polozyl 4 i ostatnie dwie schly juz kilka godzin. Mimo ze na puszce tego specyfiku napisane jest "low-odor", ohydztwo cuchnie paskudnie, nawet suche. Lazienka jest przy naszej sypialni i mam wrazenie, ze nawet posciel jest juz przesiaknieta tym chemicznym zapachem. Mam nadzieje, ze sie nie podtrujemy. :/

Szkoda, ze nie zrobilam zdjecia mokrych scian, bo mokry "glut" ma oczojebny odcien rozu. Tutaj widac juz suche 4 warstwy. ;)

W niedziele pod wieczor nawiedzila nas dawno niewidziana kolezanka Bi z siostra. Mimo, ze mieszkamy po sasiedzku, jakos od poczatku roku nie mozemy sie zgadac. Jak my jestesmy w domu, to nie ma ich i odwrotnie. W koncu jednak wpadly na godzinke. Patrzac na Bi i jej psiapsiolke nie dziwie sie, ze sie kumpluja. Obydwie sa niesamowicie zywiolowe i glosne. We dwie narobily tyle pisku, ze glupio mi bylo przed sasiadami z boku, ktorzy siedzieli na tarasie, ale chwile pozniej ewakuowali sie do domu. Pewnie mieli dosc. Wiem, ze ja mialam, a nie moglam uciec, bo musialam pilnowac czeredy. Dodatkowo, do harmideru dolaczyla siostra kolezanki, a potrafi wydac z siebie sporo decybeli oraz Nik, ktory chyba zeby nie odstawac od dziewczyn, wydawal z siebie dzwieki o zupelnie niechlopiecej wysokosci. ;)

W poniedzialek zas lato sobie poszlo. Mialo byc 18-19 stopni, wiec mimo porannego chlodu, pojechalam do pracy w jednej bluzeczce. O ja naiwna! Wracajac po poludniu szczekalam zebami, bo nie dosc, ze temperatura stanela na 15 stopniach to jeszcze zaczelo mzyc. ;)

Poniedzialek i wtorek dzieciaki mialy wolne od szkoly. Pierwszego dnia obchodzony byl Columbus Day (kolejne z irytujacych swiat, kiedy tylko szkoly, banki oraz urzedy stanowe sa zamkniete, a ty martw sie rodzicu :/), drugiego zas nauczyciele mieli szkolenia. Pisalam juz chyba, ze tutejszym nauczycielom w doopach sie przewraca? ;) Zartuje oczywiscie, wiem ze to nielatwy kawalek chleba, ale zamiast urzadzac im szkolenia wieczorami lub w weekendy, maja je w srodku tygodnia w dzien, co znow powoduje bol glowy pracujacych rodzicow, ktorzy nie maja co zrobic z dziecmi. ;) Tym razem, polaczenie szkolenia ze swietem Kolumba dawalo 4-dniowy weekend, co fajne moze bylo dla dzieciarni, ale dla mnie to przegiecie. W poniedzialek zostal z Potworkami M. i liczylam, ze moze podgoni nieco remont lazienki, ale niestety, wybral doprowadzenie do jako takiego porzadku ogrodu. Rzeczywiscie trawa blagala juz wrecz o skoszenie, ale kurcze, ja chce juz miec swoja lazienke! :D Mam dosc korzystania z tej potworkowej oraz syfu (ktory niesie sie na sypialnie) i smrodu wlasnej! W koncu jednak, w poniedzialek M. polozyl jeszcze ostatnia warstwe wodoodpornego gluta i korzystajac, ze kolejnego dnia dzieci nie szly do szkoly, a wiec nie musielismy sie martwic o polozenie ich do lozek o rozsadnej porze, pojechalismy do sklepu wybrac drzwi do prysznica. Dzien nie byl wiec do konca lazienkowo stracony. ;)

We wtorek przyszla kolej na mnie, zeby zostac z Potworkami w domu i mialam farta jak cholera, bo lato postanowilo wrocic. Znow bylo 25 stopni, z nieodlaczna wilgotnoscia, ale w miare znosna. Jak mialam juz pomalu chowac krotkie spodenki oraz spodniczki, tak ciesze sie, ze tego nie zrobilam, bo jednak jeszcze sie przydaja, choc to juz ich ostatnie podrygi. Ciesze sie tymi goracymi dniami, bo od piatku mamy miec gwaltowne nadejscie jesieni. Temperatura ma spasc do 12-14 stopni i zadnego ocieplenia na horyzoncie, brrr... Nie powinnam jednak chyba zbytnio narzekac, w koncu to juz prawie polowa pazdziernika...

Wielkich planow na wtorek nie robilam. Chcialam spedzic dzien spokojnie, zabrac Potworki na plac zabaw, upiec ciasto (chodzila za mna szarlotka)... Musialam tylko podjechac do biblioteki oddac ksiazki i wypozyczyc kilka nowych dla dzieci. Myslalam, ze zamkne sie w pol godziny, ale jak zwykle, plany planami, a zycie sobie. ;) Musze Wam troche nakreslic sytuacje. Otoz, biblioteka znajduje sie przy jednej z glownych ulic, a prowadzi do niej boczna uliczka, ktora mozna rowniez wjechac na szczyt wzgorza, gdzie miesci sie tutejsze High School. Po przeciwnej stronie tej uliczki, znajduje sie urzad miasta. Razem tworza taki jakby trojkat. Jadac do biblioteki zupelnie nie pomyslalam, ze szkolenie dla nauczycieli odbywa sie wlasnie w high school i tego konsekwencjach. Najwyrazniej zabraklo przy nim miejsc parkingowych, bowiem widzialam na szczycie wzgorza pelniusienki parking, a i przy bibliotece oraz urzedzie miasta wszystkie miejsca byly zajete. Jak na zlosc, poniewaz w naszym miasteczku byl to dzien wolny od szkoly, wiec czesc bibliotecznego parkingu zajeta byla rowniez przez wozy strazackie, ktore przyjechaly zapewnic atrakcje dla dzieci odwiedzajacych ten przybytek. Ten "trojkat" zlozony ze szkoly, biblioteki oraz urzedu otoczony jest przez las, nie ma wiec mozliwosci zaparkowac gdzies dalej i sie przejsc. Tak, mieszkam na lekkim zadupiu. ;) Krazylam miedzy biblioteka a urzedem miasta przez dobrych kilka minut, szukajac wolnego miejsca. Juz mialam sie poddac, ale po pierwsze - tego dnia mijal termin oddania ksiazek, a nie chcialo mi sie jezdzic w te i we w te, a po drugie - Potworki dojrzaly juz wozy strazackie i az piszczaly, zeby sie do nich wdrapac. :D Krazylam wiec cierpliwie dalej i w koncu zaparkowalam na jednym z ostatnich pustych miejsc, az ZA budynkiem urzedu miasta. Rozgladalam sie troche nerwowo, bo ta czesc parkingu graniczy z lasem, a sasiadom kilka dni temu znow niedzwiedz dobral sie do smieci... ;)

Potem Potworki radosnie oddaly sie kontemplacji czerwonych wozow strazackich, od ktorych w koncu z trudem ich odciagnelam.

Taka gratka na wolny dzien! ;)

Mielismy (czy raczej Potworki mialy) szczescie, bo kiedy pozniej wyszlismy z biblioteki, wozow juz nie bylo

W bibliotece kolejny zonk - dorwala mnie kobita, ktora znam tylko z widzenia z kosciola. Paplala przez kilkanascie minut, podniecona, ze mieszkamy w tym samym miescie, a ona myslala, ze w innych, a ja probowalam grzecznie sluchac i potakiwac, starajac sie jednoczesnie nie stracic z oczu Potworkow, ktore rozbiegly sie po sali (strazacy przyciagneli mase ludu i czesc dziecieca biblioteki roila sie od berbeci z rodzicami). Wnuczek owej kobiety stal grzecznie przy niej. Nie wiem jak ona go zaczarowala... ;)
Kiedy w koncu Potworki wybraly sobie ksiazki, podjechalam jeszcze po kawe i po powrocie do domu okazalo sie, ze minely prawie 2 godziny! To tyle z szybkiego podjechania do biblioteki... ;)

Reszta dnia minela ekspresowo. To zadziwiajace jak szybko czas pedzi kiedy czlowiek ma wolne... ;) Pogadalam na skypie z siorka, wcisnelam w Potworki obiad (wyobrazcie sobie, ze mozna jest miske zupy 1.5 godziny i to byla zupka, ktora LUBIA!), po czym zabralam ich na obiecany plac zabaw.


Poszaleli, pobiegali, pomarudzili, kiedy matka wymiekla na goracym sloncu i odmowila niekonczacego sie bujania i czas byl wracac.


Reszte wieczora spedzilismy i tak w ogrodzie, korzystajac z ostatkow lata.
Upieklam tez w koncu te szarlotke, choc do pogody bardziej pasowalby sernik na zimno. :D

Z pomniejszych, choc dla matki - wariatki rownie waznych wydarzen, Bi wypadla pierwsza gorna dwojka. Znienacka, kiedy dziecko lezalo juz w lozku, oczytane i utulone. ;) Nagle przypedzilo na dol podniecone, ze wypadl! Kolejny zabek! Byl to tez pierwszy zab, ktorego Bi nie wsadzila natychmiast pod poduszke dla Wrozki Zebuszki. Oswiadczyla, ze chce sie nim jeszcze nacieszyc i podlozyla go dopiero kolejnej nocy. ;)
Poniewaz jedna z gornych jedynek dopiero sie niesmialo wyrzyna, kolejna szczerba po drugiej stronie oznacza, ze Bi ma w buzi dwie luki, a miedzy nimi ogromny, staly zab.


Wyglada to przekomicznie i pokladam sie ze smiechu za kazdym razem kiedy sie usmiecha. Co oczywiscie wywoluje obraze majestatu, ale to zupelnie inna historia... ;)

Potworki nadal chodza na basen, ale zostaly juz tylko 2 zajecia w tej sesji. Niesamowite jak szybko ucieklo 6 tygodni... Moge za to z duma napisac, ze Nik "awansowal" na poziom 3. Nadal jest tez chetny, zeby na te zajecia uczeszczac, co oczywiscie bardzo mnie cieszy.

Tu Nik wysforowal sie naprzod :)

Za to Bi... Ona konczy wlasnie poziom 5/6, ktory jest tutaj ostatnim. Zastanawialam sie co z nia dalej robic, ale z pomoca, choc nie pytany, przyszedl jej instruktor. Sam mnie zaczepil, zeby podpowiedziec, ze Starsza jest gotowa zeby dolaczyc do najnizszego poziomu druzyny plywackiej. Chyba nie musze mowic jaka jestem dumna? ;) Poki co Bi jest chetna, rodzice sa chetni, wiec zapisujemy. Zobaczymy co bedzie po pierwszych zawodach, jak Starsza przegra (albo i nie) z kretesem. :D

A tu Bi ze swoim instruktorem

Druzyna plywacka to juz jednak nie przelewki. Treningi sa 3 razy w tygodniu, chociaz Bi moze chodzic tylko na 2, bowiem sobotni odpada ze wzgledu na polska szkole... Nawet jednak dwa, to juz dwa wieczory w tygodniu spedzone w biegu. Treningi sa od 17:45 do 18:30, czyli kiedy wpadniemy do domu bedzie juz pora kolacji i szykowania sie do snu. Lekcje bedzie Bi musiala odrobic przed treningami, bo "po" nie bedzie zwyczajnie czasu. Do tego dochodzi jeszcze Kokus. Chcialam zapisac go na zajecia wlasnie o 17:45, zeby czasowo polaczyc je z treningiem Bi, ale niestety, "zwykle" lekcje sa wczesniej. Wyglada wiec, ze raz w tygodniu bede musiala spedzic poltorej godziny na basenie, najpierw z jednym, potem z drugim Potworkiem. Nie sadze bowiem, zeby tatus pisal sie na odwozenie, zreszta dzieciaki nauczone, ze na dodatkowe zajecia jezdza z mama, zazwyczaj jecza, ze "z tatusiem nie, z mamusia...". ;)

A tak poza tym to nie dzieje sie NIC! :D

środa, 3 października 2018

O lazience, "klubie", wrozkach i o tym ze nadal nie ogarniam polskiej szkoly ;)

I niestety mamy pazdziernik.
Dlaczego niestety? Ano dlatego, ze najmniej lubiana przeze mnie pora roku, rozgaszcza sie na dobre. ;) Poki co nie mam powodu do narzekania. Srednio 1-2 dni w tygodniu sa naprawde chlodne i/lub deszczowe, natomiast przez reszte mamy slonce oraz 19 - 23 stopnie. Zlota (nie)polska jesien. :) Co prawda drzewa sa w wiekszosci nadal zielone, wiec tej jesieni nie widac, ale za to ja czuc, bo noce sa juz zimne. To znaczy, w porownaniu z Polska chyba sa cieple... ;) Czasem temperatura w nocy spadnie do 11-12 stopni, ale zazwyczaj zatrzymuje sie na 14-15 kreskach. Mogloby wiec byc duuuzo gorzej, chociaz mi i tak brakuje upalow. ;) Przynajmniej jednak nie musze Potworkow ubierac w czapki oraz kurtki kiedy wychodzimy na dwor, co widze na wielu polskich blogach.

Niestety roznice temperatur zdazyly juz zebrac zniwo - Nik ma katar. Znowu! Raptem dwa tygodnie pochodzil zdrowy i ponownie smarcze. A tak sie ucieszylam, ze udalo mu sie choc raz wyjsc z kataru bez zapalenia ucha, to masz babo placek. Znowu walczymy ze smarkami! :/ Tym razem niestety wirus trafil sie jakis bardziej zjadliwy, bo i Bi ma slyszalnie przytkany nos i mnie cos bierze. Wyraznie czuje drapanie w gardle i choc przez kilka dni wmawialam sobie, ze to przez suche powietrze, trzeba spojrzec prawdzie w oczy - zarazilam sie od potomstwa. :(

Jesien czuja tez niestety niedzwiedzie i w niedziele rano otrzymalam sms'a od sasiadki z naprzeciwka, ze wlasnie widziala na ulicy "misia", ale juz sie oddala od naszych domow. Z mieszanka obawy oraz ciekawosci obeszlam wszystkie okna, ale niedzwiadka nie dojrzalam. I w sumie dobrze. ;)
Za to we wtorek rano w wiadomosciach przeczytalam, ze na poludniu naszego Stanu niedzwiedz zabil na farmie owce. No, takich "sasiadow" to zupelnie sobie nie zycze! Tym razem byla to owca, a nastepnym? :O

Zapytacie co poza tym sie dzialo przez ostatni tydzien wrzesnia? A jak nie zapytacie, to i tak napisze. ;)

Po pierwsze, praca nad lazienka pomalu idzie do przodu. Najtrudniejszym etapem poki co bylo zamontowanie brodzika. Nie dosc, ze podloga krzywa, to brodzik od spodu ma cos a'la styropian lub twarda gabke i to okazalo sie ukladac w "lodeczke". Brodzik jest do pewnego stopnia gietki, wiec w rezultacie brzegi brodzika uginaly sie pod byle ciezarem na tyle mocno, ze przeszkadzalo to w montazu zabudowy. W koncu jednak M. udalo sie jakos wszystko naprostowac i przykrecic brodzik do desek.

Dawno sie tak nie cieszylam z widoku zwyklego brodzika :D

Teraz przyszla pora na postawianie specjalnych, anty-grzybowych "scian". Pisalam juz, ze domy hamerykanckie to szkielet z drewna i cos jak grubsza i sztywniejsza dykta z zewnatrz. Od wewnatrz, na ten szkielet kladzie sie wytwor zwany "drywall". Wyglada to jak panel o grubosci okolo 1.5 cm, wypelniony czyms, co przypomina gips. Nie jestem budowlancem i nie chce mi sie nawet tlumaczyc na polski z czego dokladnie jest to zrobione (rozni sie zreszta w zaleznosci od przeznaczenia), w kazdym razie jest na tyle cienkie, ze wieszajac na scianach cos ciezszego, np. szafki, telewizor lub nawet spory obraz, trzeba najpierw znalezc deski ze szkieletu domu idace pod spodem i to na nich zawieszac. Zreszta, wiele z Was widzialo zapewne hamerykanskie filmy, gdzie ktos zrobil dziure w scianie bowiem mocniej ja kopnal lub czyms uderzyl. Takie mocne sa te "konstrukcje. ;) Dlatego, kiedy czasem pisze, ze hamerykanckie domy sa bardzo akustyczne, musicie mi uwierzyc na slowo, ze przez takie scianki slychac absolutnie wszystko. Tego sie nie da porownac nawet z mieszkaniem w blokowisku. To trzeba zobaczyc, a wlasciwie "uslyszec".
Mala polska dygresja. :) Jedna z najbardziej popularnych scian - paneli, czyli drywall jest "Sheetrock" (to jak Adidas wsrod scian :D). Polacy maja na nie oczywiscie swoja nazwe i odkad przyjechalam do Stanow, przy okazji rozmow o remontach slyszalam o SIDRAKACH. Wiele lat zajelo mi rozszyfrowanie co to takiego te sidraki. :D Dopiero kiedy w starym domu przedzielalismy jeden z pokoi na pol, M. z kolega przywiezli je do montazu sciany i wtedy mnie olsnilo: nie sidrak, tylko Sheetrock! ;)


Stan ze srody wieczor - dwie sidrakowe sciany obite. :D Przy okazji macie premiere wybranych przeze mnie kafelkow - widzicie ten oparty o zielone skrawki kafel (kafl?)? ;)

Po drugie, Bi czuje sie (a raczej "czula", ale o tym za chwile) lepiej w polskiej szkole, znalazla przyjaciolke, wiec i mnie bedzie milej ja odprowadzac. Szkola ma niestety cos ze strona komputerowa i np. praca domowa dla klasy Nika, ktora wychowawczyni ponoc zamiescila we wtorek, pojawila sie dopiero w piatek wieczorem. Z tego wzgledu zupelnie ja przeoczylam. Zreszta, nawet gdybym w piatek wieczorem przeczytala, ze Nik potrzebuje czerwona kartke papieru i tak nie mialabym jej skad wytrzasnac. ;)
W miniona sobote bardzo mi ta polska szkola podpasowala, bowiem wpadlam na kolezanke, ktora zaprosila mnie na kawe zanim musialysmy wracac po dzieciaki. W pierwszej chwili odmowilam, planowalam bowiem jechac na zakupy i m.in. kupic mieso. Balam sie, ze w bagazniku udusi sie we wlasnym sosie. ;) Po chwili jednak palnelam sie w czolo. Nie widzialam sie z R. od lipca, bo obie pracujemy i ciezko nam sie zgrac. Niewiadomo kiedy znow nadarzy sie okazja. Mieso przezyje (gdyby moglo, bo to przeciez juz padlinka :D). Pojechalam na te kawe.
I wiecie co? Potrzebowalam tego. Siadlysmy na tarasie i chociaz raz pogadalysmy nad kawka bez ciaglego: "Gdzie dzieci? Co robia? O, jest Bi , sa chlopaki R., gdzie Nik?" oraz brzeczacego nad uchem "Maaaamooo!". I chociaz potem wpadlam do domu i zlapalam sie za glowe, ze mam tyyyle roboty, to ta godzina relaksu byla tego warta! :D

Weekend mial byc bogaty w atrakcje dla Potworkow, ale niestety jedna nie wypalila. W sasiednim miasteczku (ale doslownie kilka ulic od naszego domu, bo mieszkamy na pograniczu) mial sie odbyc festyn z dmuchancami, malowaniem twarzy, karuzelami i tym podobnymi, "dzieciowymi" atrakcjami. Niestety, w zeszlym tygodniu mielismy dwa niemal cale dnie ulewnego deszczu. W piatek, kiedy sprawdzono teren festynu, okazalo sie, ze gleba jest nadal grzaska. Impreze wiec odwolano i cieszylam sie, ze nie powiedzialam o niej wczesniej Potworkom, bo musialabym sie zmierzyc z rozczarowaniem i marudzeniem. Sobote spedzilismy wiec w domu. M. walczyl z lazienka, a do dzieciakow przyszly sasiadki z naprzeciwka, wraz z mama zreszta, wiec po raz drugi tego dnia mialam okazje pogadac o pierdolach. Dla mnie sobota byla wiec bardzo towarzyska. Az ZA bardzo, bo oczywiscie nie wykonalam polowy zaplanowanych czynnosci. :)

W niedzielne popoludnie zas, zostawilam meza nadal przeklinajacego w lazience i zabralam Potworki do pobliskiego "klubu". W cudzyslowiu, bo nie wiem jak to nazwac. Miejsce te jest jeziorkiem otoczonym lasem, z pawilonami, stolami piknikowymi, placami zabaw, boiskami do siatkowki, a latem z mozliwoscia kapieli lub wypozyczenia kajaka badz innej lodki. ;) Organizowane sa tam tez zajecia z przyrody oraz lokalnej flory i fauny dla dzieci z pobliskich szkol (Bi miala wycieczke szkolna na wiosne). Teren jest jednak zamkniety dla osob postronnych. Trzeba wykupic czlonkostwo zeby miec tam wstep na codzien. Dlatego wlasnie nazwalam go "klubem". ;) Od czasu do czasu organizowane sa jednak zajecia lub wystawy dla pospolstwa ogolu i na taka wlasnie wystawe pojechalismy. ;) W lesie, na jednym ze szlakow spacerowych, skonstruowane zostaly domki wrozek oraz krasnoludkow. Projekt zapoczatkowany byl odobno przez jakas artystke, mialam wiec spore oczekiwania. Tu sie jednak nieco rozczarowalam, bowiem tegoroczne domki zostaly stworzone rekoma ludzi prywatnych, w tym dzieci, niektore porazaly wiec kiczem. ;)

Niemozliwie kolorowy i przysypany brokatem projekt autorstwa dzieci z zajec w bibliotece ;)

Czesc jednak byla skonstruowana za pomoca galazek, kawalkow drewna, mchu, itp. i rzeczywiscie byly to male cudenka.

Tu byla nawet cala, "wrozkowa" wioska

Inne zas z "domkami" nie mialy nic wspolnego i trudno bylo nawet okreslic czemu miala sluzyc owa kompozycja, poza udawaniem sztuki. ;)

Choinka? :D

Ja cieszylam sie spacerkiem przez las, Bi z zachwytem ogladala konstrukcje, tylko Nik szedl i marudzil: "This is BORING! BOOO-RIIIING". Niestety, chlopcy i wrozkowe domki nie ida w parze. ;)
Mala sensacja dodajaca spacerowi przez las "pieprzu" bylo, kiedy Nik oznajmil, ze... musi kupe! :O Jestesmy w srodku lasu i to takiego niezbyt gestego, wiec brak nawet wiekszego krzaka zeby sie za nim schowac. To sobie pore wybral... I teraz wielka niewiadoma - wytrzyma czy nie wytrzyma? Na szczescie wytrzymal. ;)

Na wystawe (oraz zeby skorzystac z rzadkiej mozliwosci wstepu na teren "klubu" bez czlonkostwa), zjechala sie polowa naszego miasteczka. Co chwila musielismy przystawac, zeby z kims sie przywitac i zamienic kilka slow. Na koniec Bi wpadla na dwie kolezanki z klasy i w tym towarzystwie spedzilismy czas juz do konca.

Bi i najlepsza psiapsiolka - jak ogien i woda ;)

Bi konstruowala swoj wlasny domek:

Poczatkowo domek byl trojwymiarowy, ale sie zawalil, wiec Bi stworzyla makiete :)

Pozniej zaliczylismy dwa place zabaw i nagle okazalo sie, ze zlecialy 3 godziny. :)

Hit placu zabaw - "kopara"!

A! W jednym miejscu stala tez maszynka do robienia gigantycznych baniek, ktora byla oczywiscie hitem wsrod dzieciakow. :)








W poniedzialek dostalam wiadomosc od pani Bi z polskiej szkoly, ze dzieciaki przygotowuja sie do pasowania na ucznia. Prosi, zeby pocwiczyc w domu slowa wierszyka oraz piosenki. O ile wiersz "Kto ty jestes" jest powszechnie znany, o tyle o piosence "Pierwszaczek" nigdy wczesniej nie slyszalam. A slow pani nie rozdala. ;) Poza tym, dzieciaki cwicza taniec poloneza i tu wynikla afera ze strony mojej corki, ktora tradycyjnie odmowila tanczenia w parze z chlopcem. ;) Musze z mym dzieckiem powaznie porozmawiac. ;) Ciekawe jest to, ze teraz kategorycznie odmawia jakiejkolwiek wspolpracy z plcia brzydka, a za kilka lat pewnie sama bedzie kokietowac kolegow. ;) Poza tym, Bi cos strasznie sie tymi wystepami stresuje. Oswiadczyla nawet, ze nie lubi polskiej szkoly, bo maja wystepowac na scenie. Ona, ktora pierwsza wyrywa sie do popisow, nagle zlapala treme! :O
W kazdym razie te pasowanie zapowiada sie na wielka uroczystosc i az sama jestem jej ciekawa. Chyba ze Bi rzeczywiscie tak sie stremuje, ze ucieknie ze sceny i bedzie obciach. ;)
Od pani Kokusia rowniez dostalam wiadomosc z praca domowa, tylko... ja wyrzucialam! :O Na usprawiedliwienie mam to, ze jestem przyzwyczajona, iz z hamerykanckiej szkoly Potworki przynosza tyle kartek, niedokonczonych prac itp., ze wiekszosc "utylizuje". Kiedy wiec Nik przyniosl w plecaku plik pozornie przypadkowych karteluszek, wywalilam je, zeby nie trzymac zbednej makulatury, zanim pani zamiescila na stronie informacje, ze jedna zawiera prace domowa. Ups...
Kiedys to ogarne... ;)

Trzymajcie sie moje Drogie jesiennie! :)