Po pierwsze, odbylo sie w koncu Pasowanie na Ucznia w polskiej szkole. Wystepy okazaly sie naprawde udane. Szkoda tylko, ze scena byla oswietlona, a reszta sali ciemna, wiec moj telefon sie buntowal i nie ustawial ostrosci. :( Jakies tam foty na pamiatke jednak pstryknelam.
Najpierw wystepowali zerowkowicze. Musze przyznac, ze bardzo fajnie sie prezentowali w ciemnych spodniach/ spodniczkach oraz bialych koszulach. I chociaz po ustawieniu ich w rzadku, operatorzy dosc dlugo pracowali nad oswietleniem oraz naglosnieniem (czemu nie zrobili tego wczesniej???) i maluchy zdazyly sie znudzic i zaczac wiercic, to grzecznie staly na miejscach.
Czy nie fajne berbecie? ;)
Nik byl troche stremowany, patrzyl niesmialo, ale usmiechal sie leciutko, wiec chyba traumy nie bylo. Byla za to pretensja, bo wystepowaly tylko zerowki oraz pierwszaki. Ci ostatni mieli pozniej w klasach poczestunek, a zerowkowicze... nic. ;) Kokus uznal, ze to bardzo niesprawiedliwe i nie pocieszalo go zupelnie, ze za rok bedzie jego pasowanie, a wtedy i on bedzie mial mala imprezke. ;)
W kazdym razie zerowki wyrecytowaly wierszyk, zaspiewaly piosenke, widownia gromko zaklaskala i przyszla pora na "gwiazdy", czyli Pierwszakow. ;)
Psioczylam na dwa warkoczyki ze wstazeczkami, ale musze przyznac, ze dziewczynki w identycznych fyzurkach, jednakowych szkolnych spodniczkach i bialo - czerwonym kwiatku we wlosach oraz chlopcy z czerwonymi wstazkami pod szyja, wygladali bardzo fajnie jako grupa. Wiele mam zaczesalo corkom wlosy w eleganckie warkocze dobierane albo klosy. Coz, dla mnie o 7 rano i w biegu, nawet te zwykle dwa warkocze to bylo czasowe wyzwanie. :D
Bi z dwiema ulubionymi kolezankami
Pierwszaki zatanczyly poloneza i o dziwo nikt sie nie potknal, nikt na siebie nie wpadl i nikt sie nie pomylil. Caly taniec wyszedl bezblednie. :) Pechowo klasa Bi wchodzila na scene jako ostatnia, a jeszcze u nich jest o 6 wiecej dziewczynek niz chlopcow i te 3 pary dziewuszek dali na sam koniec. Bi wyladowala w ostatniej parze, a pozniej jej klasa stala w ostatnim szeregu, wiec w tancu "migala" mi tylko od czasu do czasu, a podczas reszty wystepow nie widzialam jej wcale, choc ona twierdzi, ze specjalnie stawala na palcach, zebym mogla ja dostrzec. ;) Szkoda, bo pomimo wczesniejszych nerwow, Bi calego poloneza przetanczyla z usmiechem na buzi. Ponownie zobaczylam ja dopiero podczas wlasciwego pasowania, bowiem starsze uczennice wyprowadzaly dzieci na srodek czworkami.
Wiem, slabo widac, ale wlasnie Bi z trzema kolezankami wychodzi na srodek
Niestety, w kluczowym momencie Bi zostala zaslonieta przez stojaca obok kolezanke, wiec pasowania corki nie widzialam, choc je slyszalam, bo pani dyrektor miala mikrofon. ;)
A tu wlasciwy moment. Niestety, glowa widoczna z brzegu to NIE glowa Bi, choc mozna sie pomylic :D
Wszystkie dzieciaki dostaly na pamiatke koszulki z logo szkoly i ustawily sie do grupowego zdjecia, po czym przeszly do klas na poczestunek.
Grupowe zdjecie to byl CHAOS :)
Pisalam, ze zglosilam sie, ze przyniose babeczki? Chyba pisalam... Do zadania podeszlam ambitnie i nie tylko, ze je przynioslam, ale tez i sama upieklam (a wiekszosc mam przyniosla "gotowce")! ;) Siegnelam po sprawdzony wielokrotnie przepis na babeczki bananowe z maslanka. Kiedy pieke je dla dzieciakow, wymieniam orzechy z przepisu (Potworki ich nie lubia) na czekoladowe kropelki. Balam sie, ze kiedy zalezy mi zeby wyszly, to beda zakalce, ale na szczescie sie udaly. ;) Poniewaz pieklam je na szkolna imprezke, poszlam o krok dalej i postanowilam udekorowac, co zwykle sobie odpuszczam. Kremy jednak kupilam gotowe. Az tak zaangazowana to nie jestem. ;) Nie posiadam tez profesjonalnego zestawu do dekoracji, ale na szczescie plastikowy woreczek z ucietym rogiem zalatwil sprawe. Zanim dopasowalam wielkosc otworu do gestosci kremu, kilka babeczek udekorowalam nieco krzywo, ale na szczescie posypka zdzialala cuda i wygladaly niemal jak kupne! ;)
Bardzo bylam z siebie dumna ;)
Nieskromnie dodam tez, ze byly hitem i dobrze, ze przynioslam ich o kilka wiecej niz liczba dzieci w klasie, bo niektore bez skrepowania siegaly po dwie. :D A Bi z duma biegala od kolezanki do kolezanki, chwalac sie, ze "To moja mama piekla te babeczki!".
Musze sie chyba bardziej udzielac w zyciu szkolnym, skoro mojemu dziecku tak sie to podoba. Zartuje. Nie za bardzo mnie to kreci. :D
To nie byl dla mnie koniec pieczenia na tamten weekend. Na niedziele zaprosilismy mojego tate na torta. Senior rodziny ma urodziny pod koniec pazdziernika, M. ostatniego dnia miesiaca, a ja na poczatku listopada. Poniewaz nie mamy tu rodziny, wiec zeby nie urzadzac mini-imprez 3 weekendy pod rzad, zawsze zapraszamy tate na tort w okolicach urodzin M., czyli mniej wiecej po srodku. :)
Lubie piec, ale zazwyczaj wybieram przepisy gdzie trzeba wrzucic wszystkie skladniki do miski, ewentualnie dwoch, wymieszac, przelac do formy i gotowe. ;) Nie pieke ciast przekladanych warstwami, bo jestem leniwa i zwyczajnie nie chce mi sie babrac pol dnia w kremach. A moj maz wiecznie wspomina tego ambasadora pieczonego regularnie przez swoja mame... :D
Jesli chodzi o pieczenie tortow, jestem w ogole kompletna amatorka. Pierwszy, ktory w zyciu upieklam, to byl torcik oreo na tegoroczne urodziny Bi. Tym razem wyszukalam inny, w miare latwy przepis. Niestety, nie znajac sie, a bojac eksperymentowac, trzymalam sie scisle przepisu. A ten nie mowil nic o nasaczaniu biszkoptow! I choc przelecialo mi to przez mysl, to kremy byly na tyle "mokre", ze pomyslalam, ze skoro nic nie jest napisane, to moze ciasto samo nimi przejdzie. Taaa... ;) Juz po fakcie i M. i tata wymadrzali sie, ze przeciez biszkopty zawsze sie nasacza. Hmmm... Tato w zyciu nie upiekl nawet kurczaka w piekarniku, a co dopiero ciasta, a M. jeden raz upiekl "tort", ktory okazal sie sernikiem na zimno. Ale kiedy trzeba komus dogadac, to sa najmadrzejsi. ;)
W kazdym razie kremy w moim torciku byly "serowe". Jeden, jasny, wyszedl tak pyszny, ze mialam ochote zjesc go lyzka, zamiast klasc na biszkopt. Drugi, z dodatkiem kakao juz mi az tak nie smakowal, choc tez byl niezly. Na przyszlosc musze chlapnac do niego czegos, co doda mu wyrazistosci.
I tu mam pytanie! Te z Was, ktore pieka wlasne torty (a wiem, ze jest Was tu wiele) - czym nasaczacie biszkopty i co dajecie do kremow, zeby nie byly mdle? Moja S.P. Babcia zawsze dawala wodke, ale ze planuje zrobic do tego torcika kolejne podejscie na urodziny Nika, to nie wiem czy wypada potem podac dzieciom takiego nasaczonego procentami ciacha? :D
Moj malzonek podpowiada, ze jego mama zawsze robila ciemny krem z alkoholem, a jasny kokosowy, ale na mysl o tym kokosie gula mi podeszla do gardla... Moj jasny krem wyszedl taki pyszny, a on chce mi go popsuc jakims kokosem, bo jego mamusia tak robila. Zdrada, normalnie zdrada... ;)
W kazdym razie, poza suchawym biszkoptem, torcik wyszedl bardzo smaczny. Nawet Bi zjadla kawalek ze smakiem. Nik za to wyzarl galaretke, a reszte rozdziubal widelczykiem i zostawil. Ale on jest strasznie wybredny jesli chodzi o slodycze, wiec nie ma co sie dziwic... ;)
Tort byl zarabisty i nikt nie przekona mnie, ze nie do konca! ;)
W zeszlym tygodniu, najwazniejszym (dla dzieci) chyba dniem, do ktorego Potworki odliczaly w kalendarzu, bylo Halloween. :) Wlasciwie to stwierdzam, ze Nik jest jeszcze na tyle maly, ze bez Bi raczej zapomnialby ze cos takiego istnieje. Gdybysmy nadal mieszkali w starym domu, Halloween by przyszlo i przeszlo, a on nawet by sie nie zorientowal. Bi to jednak juz inna para kaloszy. Orientuje sie w kalendarzu i jesli na cos czeka, to pilnuje tego, sprawdza i odlicza. A na Halloween zdecydowanie czekala. Caly miesiac. :)
W koncu nadeszlo. Z tej okazji nawet treningi druzyny plywackiej zostaly odwolane, bowiem wiadomo bylo, ze zjawi sie garstka dzieci, jezeli w ogole. ;) Lekcji plywania niestety nie odwolano, pojechalam wiec z Kokusiem, a po powrocie, juz w progu przywitala nas przebierajaca nozkami i podskakujaca Bi, dopytujac sie kiedy wreszcie idziemy po cukierki. Zaczelam pomagac Potworkom przebierac sie w stroje, a w miedzy czasie co chwila rozlegal sie dzwonek do drzwi. To potegowalo oczywiscie niecierpliwosc Bi oraz Nika, ktorzy po chwili juz biegali po prostu bez celu krzyczac, ze chca isc. I to zanim jeszcze wrzucili w siebie cukier, wiec wiecie... :D
Potwory ruszaja na lowy :D
No i ruszylismy. Mielismy wielkie szczescie, ze akurat tego dnia przyszlo ocieplenie. Mielismy 16 stopni, nie trzeba bylo sie wiec strasznie opatulac. Gdybym kazala Potworkom ubrac na wierzch kurtki, mysle, ze skonczyloby sie awantura i nie wiem, czy w ogole wyszlibysmy z domu. :D Kostium Bi (jednorozec) to jednoczesciowa, polarowa pizama, wiec wystarczyla jej pod spod bluzka. Nikowy stroj (transformers) to z kolei cieniutki poliester, ale z cieplejsza bluza pod spodem i czapka na glowie (bo wlosy mial jeszcze wilgotne po basenie) tez bylo mu cieplo. Ja w jesiennej kurtce za to zasapalam sie i spocilam, bowiem Potworki ruszyly od domu do domu doslownie biegiem! :D
Wydawalo mi sie, ze mieszkamy w malutkiej dzielnicy. No wlasnie, "wydawalo" to kluczowe slowo. ;) Poltorej godziny wedrowalismy od drzwi do drzwi i calej nie przeszlismy... Juz po chwili biegania, Potworki nieco zwolnily. Domy sa tu spore i ogrody duze, a wiec odleglosci miedzy nimi tez dosc znaczne. Dodatkowo, wejscie do zadnego domu nie znajduje sie zaraz przy ulicy. Wrecz przeciwnie, do kazdego trzeba podejsc, a ze cala dzielnica polozona jest na zboczu wzgorza, uliczki pna sie w gore, podobnie jak wiekszosc podjazdow. Praktycznie od razu zrezygnowalam z podchodzenia z Potworkami do samych drzwi. Stawalam na poczatku podjazdu i patrzylam jak stukaja, wolaja "Trick or treat", po czym biegna z lupem z powrotem. ;)
Stwierdzam, ze mieszkamy po prostu w raju dla spragnionej darmowych cukierkow smarkaterii. Na siec uliczek, ktore udalo nam sie przejsc, tylko dwa domy byly zupelnie ciemne, a w trzech nikt nie otworzyl drzwi. W reszcie ludziska rozdawali slodycze z checia i entuzjazmem. Niektorzy sami byli poprzebierani, jak rowniez ich czworonozne pupile. ;) Tylko w jednym z domow pan rozdawal dzieciom... jablka. Nik odwrocil sie na piecie oznajmiajac, ze nie lubi, ale wiekszosc dzieci nie pogardzila nawet jabluszkiem. :)
Tego samego dnia, jeszcze w pracy, kolezanka opowiadala, ze widziala postulaty, zeby Halloween zmienic w swieto ruchome, odbywajace sie w ostatnia sobote pazdziernika. Razem smialysmy sie, ze tradycja, ze bzdury, ze ale wymyslaja... Po 1.5 godziny lazenia jednak, kiedy nogi w doope mi wlazily, stwierdzilam, ze moze to wcale nie taki glupi pomysl. ;) Ja nawet nie podchodzilam pod wszystkie drzwi tak jak Potworki, wiec jacy zmeczeni musieli byc oni?! Oczywiscie glod cukru silniejszy jest niz bol nog, bo chociaz pod koniec Nik zaczal wymiekac i jeczec, ze pic mu sie chce i ze nie ma sily, to na haslo, ze moge zaprowadzic go do domu i isc dalej z Bi (ktora dosc nadal nie miala), nagle wykrzesal rezerwy energii i przeszedl jeszcze dzielnie ostatnia uliczke. :D
Dobrze, ze chociaz nauczyciele, przewidujac takie szalenstwo, nie zadali Potworkom pracy domowej...
A do naszych drzwi dzieciaki pukaly jeszcze o 20:30, ale wtedy byly to juz hordy nastolatkow rownych ze mna, ktorym strach bylo otwierac i ktorych mialam ochote zapytac, czy nie sa przypadkiem za starzy na takie zabawy. ;)
Kolejnego dnia nie dane bylo mi odpoczac, bowiem u nas 1 listopada to normalny, pracujacy dzien. Wyladowalam wiec w robocie, a poniewaz dla Kosciola to jednak swieto, M. nie mogl odpuscic sobie wieczornej mszy. Na 19 jechalismy wiec jeszcze do kosciola, ale z mszy, z racji zmeczenia calym dniem, nie wynioslam nic. Bez sensu ona byla, no ale czego sie dla meza nie robi... :/
A przed msza jeszcze poszlam z Potworkami do sasiadow. Byl to bowiem wlasciwy dzien urodzin psiapsiolki Bi, na ktorej urodzinach bylismy tydzien wczesniej. Tak, to te urodziny na zewnatrz w pazdzierniku... ;) W kazdym razie sasiedzi sa chyba lekko nawiedzeni, bo oprocz sporego przyjecia, jeszcze we wlasciwy dzien urodzin uparli sie zrobic corce male spotkanie dla ulubionych kolezanek. Tym razem u siebie w domu.
Impreza
Nik tez dostal zaproszenie, ze tak powiem, rykoszetem, bo ulubionym kolega Anani na pewno nie jest. ;) Ale ze zaproszona byla Bi, to zaprosili i Nika. Ktorego zreszta probowalam zniechecic opowiadajac, ze beda same dziewczyny, ale go nie przekonalam. W sumie, trudno sie dziwic. Sa dzieciaki, jest pizza oraz babeczki, to jak tu zrezygnowac?! No hello matka!!! :D Okazalo sie jednak, ze Nik skumal sie z mlodsza siostra solenizantki. Wszystkie prawie dziewczyny byly w wieku Bi, a wiec starsze i razem ganialy po domu. Kokus za to zaszyl sie w kacie z o rok mlodsza od siebie Anika i razem grali w gry na tablecie. Oczywiscie starsze dziewczyny szybko to podlapaly spiewajac, ze "Nik and Anika, sitting in a tree, K-I-S-S-I-N-G". Jak przeliterujecie "kissing" (po angielsku oczywiscie) okaze sie, ze to taka dziecieca, wkurzajaca rymowanka. Mala siostra solenizantki zupelnie sobie nic z dokuczania nie robila, ale Nik az sie poplakal... Ochrzanilam zdrowo Bi, ale watpie, ze cos dotarlo... :/
Kiedy jednak na pozegnanie gospodarze pstrykali dzieciom grupowe zdjecie, Anika uparla sie zeby usiasc obok Nika, a on tez nie protestowal. Slodziaki. ;)
W piatek w koncu moglam wieczorem odpoczac.
Czyli odrabialam z Potworkami lekcje do polskiej szkoly, haha. Na szczescie tym razem jakos malo mieli zadane. Za to na te sobote - olaboga! Bi ma chyba 5 stron z cwiczen, nauczyc sie czytanki oraz pisania z pamieci zaznaczonych slow, bowiem czeka ja... dyktando! :O Zalamalam sie, kiedy to przeczytalam... Nauczyciele w polskiej szkole rzeczywiscie powaznie podchodza do zadania nauczenia dziatwy jezyka ojcow. Tyle, ze to ci ojcowie (i matki) wlasnie, siedza i tluka potomstwu do glowy polskie slowka... :(
Ostatnia sobota i niedziela byly jednym z tych weekendow, gdzie poza polska szkola nie mielismy zadnych planow, wydawalo sie wiec, ze bedzie tyyyle czasu, a koniec koncow dwa dni uciekly niewiadomo gdzie i kiedy. Serio! W sobote odkurzylam chalupe oraz umylam podlogi oraz wstawilam 3 ladunki prania. W niedziele, po kosciele pojechalismy do sklepu po kolejne duperele lazienkowe, wiec troche czasu tam ucieklo. Potem, choc raz udajac dobra zone, zabralam sie za gotowanie grochowki. No, jakos ostatnio za mna chodzila. ;) W miedzyczasie zas szukalam przepisu pozwalajacego na zuzycie reszty masy twarogowej. Kupilam jej bowiem cale kilogramowe wiaderko do torta, a okazalo sie, ze krem potrzebowal tylko 300 g. Na sernik zostalo tego za malo, ale wyszukalam przepis na babeczki sernikowe. I wiecie co? To byl HIT! Smakowaly i mi i mojemu tacie - sernikozercy i nawet M., ktory kiedy je pieklam krecil nosem, ze dlaczego nie moglam upiec jakiejs "normalnej" babki na oleju, tylko znowu wymyslam babeczki. ;) Potworki oczywiscie podziubaly, podlubaly i chociaz oboje oswiadczyli, ze dobre, to polowe zostawili. Ale i tak, z 12 babeczek upieczonych wczesnym popoludniem, do wieczora zostala... jedna. ;) Mysle, ze to o czyms swiadczy.
Samotny niedobitek ;)
Jak wspomnialam wyzej, bylismy w markecie budowlanym po pare pierdol do lazienki. Z ulga moge napisac, ze w koncu projekt dobiega konca! Wreszcie!!! Z prac wymagajacych wiekszego wysilku zostalo wstawienie drzwi prysznicowych, poza tym to juz wykonczeniowki.
Tak prezentuje sie kabina - tu jeszcze przed polozeniem fugi i zainstalowaniem baterii
Po takie pierdoly, jak obramowania do brodzika oraz kafelkow wlasnie pojechalismy. Niestety nadal nie wybralismy nowego lustra, wiec czeka nas kolejna wycieczka. Ale teraz juz jest naprawde blizej konca niz dalej.
Zamiast paskudnej, starej i obdrapanej szafki, jest nowa, zgrabna i nowoczesna:
Nowa szafka
Nie moge uwierzyc, ze az tyle czasu to M. zajelo, ale oczywiscie pracowal glownie w weekendy oraz wieczorami po pracy, kiedy zanim dobrze zaczal dzialac, to juz musial konczyc... Bylo tez kilka tygodni, gdzie cos schlo, albo czegos brakowalo a nie bylo czasu jechac do sklepu i projekt stal w miejscu. Tak to jest jak sie robi cos samemu, a nie wynajmuje ekipy. Oszczedza sie sporo kasy, poza tym wie sie, ze na pewno wszystko jest zrobione z uwaga i dokladnie, ale zajmuje to duuuzo wiecej czasu. Za dwa tygodnie mamy Thanksgiving i M. twierdzi, ze przed nim chcialby skonczyc. Ciekawe, czy mu sie uda... ;)
Skoro juz o mowa o fachowcach i ich pracy, to dwa domy od nas, cos robia. Codziennie rano kiedy czekam na autobus dzieci, podjezdza auto ze sprzetem, wysiada z niego grupka panow i... ci panowie stoja, pija kawe, pala papieroska... Pewnego dnia zaczelysmy z sasiadka rozmowe na temat tego, co moga porabiac owi fachowcy. Kilka tygodni temu bowiem wymieniali kawalek dachu oraz obicie komina. Teraz jednak nie widac, zeby robili cokolwiek na zewnatrz. W kazdym razie stwierdzilam, ze cos tam na pewno robia, ale w sumie to nie wiem, bo widze ich chwile rano, a jak wracam o 16:30 to juz ich nie ma. Na to moja sasiadka zaczela sie smiac, ze ona czesto jedzie do pracy dopiero na 10 rano i oni nadal tak stoja pod domem, a jak wraca po 15 to juz odjezdzaja! :D
Tak to jest z tymi fachowcami i ich "praca". Wole juz chyba jak moj M. dlubie po trochu przez 2 miesiace. Przynajmniej wiem dokladnie co i kiedy robi... ;)
Ogromny dylemat mielismy z kolorem scian. Poczatkowo chcielismy zostawic ten, ktorym juz byly pomalowane. Poniewaz jednak M. musial gdzieniegdzie sciany poprawic i wyrownac, zostaly biale placki. Okazalo sie niestety, ze choc poprzedni wlasciciele zostawili kilkanascie puszek z roznymi farbami, to akurat tej nie. :/ Pojechalismy wiec do marketu ponownie, poszukujac koloru. Zgodni bylismy tylko w tym, ze nie mogl sie zlewac z kaflami, odpadaly wiec wszelkie brazy i szrosci. W ktoryms momencie M. wyciagna palety w odcieniach... fioletu! :O Oczywiscie Bi szybko podlapala, ze jej sie taki kolor bardzo podoba. :D
Dawno, dawno temu, sama wybralam fiolet do lazienki taty, kiedy urzadzal sie w swoim domu. ;) Teraz jednak liliowy ani fiolkowy zupelnie mi nie lezal i po dlugich debatach, stwierdzilismy, ze moze zielonkawy?
No i jest. M. narzeka, ze za zimny, a ja... sama wybralam ten odcien, ale tez nie podoba mi sie on w 100%. Nie mam jednak pomyslu na inny, wiec zostaje. ;)
Odcien jest taki... mietowy, choc ciezko bylo go dobrze oddac na zdjeciu:
Na wiekszych pustych miejscach zawiesi sie obrazki, na oknie zaslonke i bedzie ladnie. Przynajmniej taka mam nadzieje. ;)
Co jeszcze...
Organizacja (a raczej jej brak) w druzynie plywackiej Bi wkurza mnie niemilosiernie... Wielokrotnie pisalam juz o szkole codziennej oraz polskiej, ze nic nie dziala mi tak bardzo na nerwy, jak brak informacji... Kiedy z obiema szkolami wszystko w miare sie wyklarowalo, to zachcialo mi sie zapisac corke do druzyny plywackiej. I zaczelo sie od nowa...
Dostalam maila z lista zawodow tej jesieni i zimy. Ok, ale sa tam tylko daty, natomiast brak adresow oraz godzin. Pierwsze zawody sa juz w te sobote, ale te odpuszczamy, bo musialabym na nie pedzic z Bi zaraz po polskiej szkole, a to wydaje mi sie troche za duzo jak na jeden dzien. W koncu, we wtorek dostalam kolejnego maila z adresem basenu. Ktory to moze jednak ulec zmianie! Konkretna, potwierdzona lokalizacje podadza... w piatek, dzien przed zawodami!
Oprocz braku informacji, drugie miejsce we wkurzaniu mnie, zajmuja informacje podawane na ostatnia chwile, wiec slyszalnie zazgrzytalam zebami, kiedy to przeczytalam. ;)
Poza tym, informacje rozsylane sa czesciowo przez koordynatorke z klubu gdzie Potworki maja plywanie, a czesciowo przez glownego trenera (ktory malo kiedy kogokolwiek trenuje i w ogole jest dosc enigmatyczna postacia). Na liste kontaktow tego ostatniego nie mialam jeszcze przyjemnosci trafic, wiec ominela mnie np. lista do zapisow na zawody. :/
Koordynatorka mojego maila ma, ale co z tego, kiedy przykladowo w zeszly piatek wyslala wiadomosc do rodzicow, ze w niedziele ma sie odbyc dodatkowy trening ze skokow do wody i ta wiadomosc jakos do mnie nigdy nie dotarla. O treningu dowiedzialam sie 20 minut przed startem i to tylko dlatego, ze mama kolezanki Bi napisala do mnie z pytaniem czy tam bedziemy. No niestety, NIE bylismy, bo znajdowalismy sie 40 minut drogi od basenu (innego niz nasz staly), w ktorym trening sie odbywal. :/
Zreszta, nawet kiedy informacje otrzymuje, czesto sa one tylko czesciowe. Dla przykladu, w jednym z maili napisane bylo, ze jesli opuscilo sie przymiarke klubowych strojow, zeby zglosic sie do sklepu sportowego, skad klub je zamawia. Poniewaz na treningi dzieciaki maja ubrane zwykle stroje, uznalam, ze stroje klubowe wymagane sa na zawody. Napisalam do koordynatorki czy dzieciaki musza miec wtedy specjalne stroje, bo nie wiem kiedy Bi bedzie miala swoj, a ona odpowiedziala, ze nie, na zawody nie sa one potrzebne... Ok, to wobec tego na jaka to specjalna okazje sa one wymagane?! Bo skoro robia specjalne przymiarki lub prosza zeby je samemu zamowic, to robia to w jakims celu? Przynajmniej tak podpowiada logika. Wyslalam do koordynatorki - Stephanie, kolejnego maila z zapytaniem o celowosc klubowych strojow, ale poki co, nie doczekalam sie odpowiedzi. Narazie stroju Bi nie zamawiam, bo okazuje sie, ze kosztuje on okolo $60! Myslalam, ze sie przewroce! Dopiero co zamowilam Bi nowy stroj na treningi (bo z wakacyjnego pomalu robi sie szmatka), zaplacilam za niego $25 i juz tyle wydawalo mi sie sporo za taki maly kawalek materialu. Ale placic prawie 3 razy wiecej?! Poki co czekam na odpowiedz Stephanie, bo skoro klubowy stroj nie jest wymagany ani na treningi, ani na zawody, nie widze powodu zeby wydawac takiej kasy ot, tak sobie. ;)
W tym tygodniu rowniez sporo sie dzieje, ale mysle, ze zostawie go juz sobie na kolejny raz. W kazdym razie czekam juz na Swieto Dziekczynienia i 4-dniowy weekend jak na zbawienie... ;)

































