Wiem, ze ustawicznie sie powtarzam, ale po prostu nie wyrabiam patrzac w kalendarz. Mam wrazenie, ze dopiero co przelozylam kartke na pazdziernik, a za momencik bede przekladac ja na listopad... Wszystkie drzewa kolorowe, pojedyncze sztuki juz prawie lyse. Malo to, w niedziele oraz poniedzialek w nocy nawiedzily nas pierwsze przymrozki! Jak w poniedzialkowy ranek zobaczylam na termometrze -3 stopnie, to zwatpilam czy chce mi sie nos wysuwac z domu. Niestety, praca wzywala... ;) A w niedzielne popoludnie proszyl snieg! Nie byl to tak epicki opad jak w poludniowej Polsce jakis tydzien temu, ale jednak padal. Jak maz wrocil z silowni i oznajmil od niechcenia "Snieg pada!", to nawet nie podnoszac glowy, burknelam: "Tak tak, jasne...". Na jego nalegania wyjrzalam jednak przez okno i kopara mi opadla... :D
Nocne przymrozki zrobily spustoszenie w moim ogrodzie. Sezonowym kwiatkom trzeba niestety powiedziec pa-pa do wiosny. Wszystkie padly... Zmrozilo tez kilka papryk. Niestety w sobote mielismy dosc napiety grafik i nawiedzilo mnie zacmienie. Zapomnialam ich zerwac. :( Co ciekawe kilka ostatnich pomidorow wydaje sie miec calkiem niezle. Reszta ogrodu udaje sie jednak w stan spoczynku... Nie lubie tego przejscia z letniej zieleni oraz kolorow do szarosci i zdechlych badyli straszacych z kazdego katka. Chyba dlatego nie lubie jesieni...
Zima na szczescie postanowila narazie z nami nie zostawac. Dzis znow temperatury sa w okolicy 20 stopni. Mam nadzieje, ze te ostatnie pomidory zdaza nabrac choc cienia koloru. Wtedy bede mogla je spokojnie zebrac i pomoc im dokonczyc dojrzewanie w domu...Od piatku za to temperatury maja spasc do normalniejszych na ta pore roku 10-13 stopni, ale kolejnych przymrozkow narazie nie zapowiadaja. I dobrze. :)
No dobrze, to nie jest w koncu blog meteorologiczny. Zeby sprawdzic pogode, wystarczy spojrzec za okno. Mysle, ze bardziej Was interesuje co u nas? W domysle co u Potworkow, w koncu to oni sa glownymi bohaterami bloga. Matka, ojciec oraz ich mniejsze i wieksze sprzeczki, to tylko malownicze tlo... ;)
Niech no popatrze...
Ostatni post, w ktorym napisalam pare slow o tym co porabiamy, byl z 6 pazdziernika. Hmm... Nie bede sciemniac, w zyciu nie dam rady odtworzyc dwoch tygodni. Czas zapiernicza takim tempem, ze z trudem moge sobie przypomniec co porabialismy w weekend, a co dopiero dwa tygodnie temu! ;)
Po pierwsze... Hmm... Mamy nowe kanapy w salonie! Czy raczej kanapE, bo to naroznik. W planach mialam potrzymac nasze stare kanapiska jeszcze kilka wiosen, ale w koncu szlag mnie jasny trafil. A maz tylko na to czekal. ;) Widzicie, poprzednie sofy kupilismy 6 lat temu, wkrotce po przeprowadzce, bo okazalo sie, ze malutka wersalko - kanapa, zupelnie nie pasuje do naszego wyobrazenia salonu. Nie mowiac juz o tym, ze zmeczylo nas wspolne "gniecenie" sie na jednym meblu, co uskutecznialismy kazdego wieczora w maciupenkim, wynajmowanym mieszkanku, gdzie w "saloniczku" nie miescilo sie praktycznie nic innego. Nasz dom do duzych tez nie nalezy, nie mniej jednak w porownaniu z "mieszkankiem", wrecz zachlysnelismy sie przestrzenia. I kupilismy dwie spore kanapy do salonu. :) Maz naciskal na skorzane i chociaz sama nie znosze skorzanych siedzen, czy to w domu, czy w aucie, uleglam argumentom o praktycznosci. "Praktycznosc" ta szybko zreszta zauwazylam, poniewaz nasza owczesna suczka, ktora podczas naszej nieobecnosci uparcie wylegiwala sie na sofie, skorzane kanapiska olala cieplym moczem. Najwyrazniej za chlodne byly na wlochata dupke jasnie pani. :D Szukajac kanap popelnilismy jednak blad, ktory jest zreszta naszym klasykiem. Mianowicie chcielismy zaoszczedzic. M. koniecznie chcial kanapy skorzane, a porzadna skora kosztuje. Znalezlismy w koncu cos co nam odpowiadalo i za cene, ktora bylismy sklonni przelknac. Blad! To co kupowalismy jako "skore", czy to przez nasza niewiedze, czy przez spryt pracownikow salonu meblowego, okazalo sie byc materialem doslownie powleczonym cieniutka warstewka "skorki". Nie powiem, kanapy posluzyly nam bez zarzutu przez prawie 3 lata. A potem zaczely sie dziac cuda. Najpierw na oparciu pojawil sie jakby pecherz powietrza. Wkrotce ten pecherz, jak to z pecherzami bywa pekl, a "skorka" zaczela sie luszczyc. Na poczatku w tym jednym miejscu. Juz udalo nam sie kupic plachte skory w identycznym kolorze, juz M. kombinowal jak by tu obszyc poduche od nowa, zeby nie bylo to widoczne... Niestety, pecherze zaczely pojawiac sie na obu kanapach na praktycznie kazdej poduszce i oparciu. Zalamalismy sie... M. gotow byl obie wypiep*zyc natychmiast, ale uparlam sie, ze po wydaniu sporej jak na nasze kieszenie kasy, nie bede teraz wywalac jej w bloto. Szczegolnie, ze mielismy juz dwojke malych dzieci i myslelismy o odpieluchowaniu Bi. Wyobrazilam sobie, zreszta slusznie, ile razy owe kanapy zostana zasikane, ile razy cos sie na nie wyleje i stwierdzilam, ze nie ma sensu kupowac nowych. Kupilismy pokrowce. :) Nie bylo to glupie rozwiazanie, ale szybko okazalo sie tymczasowym... Na skorze, a raczej tym co z niej pozostalo, pokrowce ciagle sie przesuwaly, zjezdzaly, a dzieciaki wiercace sie non stop, nie pomagaly. Co gorsza, pod pokrowcami, "skorka" dalej sie w najlepsze zluszczala i wokol kanap bez przerwy walaly sie paprochy. M. doprowadzalo to do szewskiej pasji i co rusz wracal do tematu nowych kanap. Skutecznie zamykalam mu dziob argumentem, ze to ja sprzatam, wiec to ja zdecyduje, kiedy mam dosc. ;) Sama sie dziwie, ze wytrzymalam az tyle, bo ponad 2 lata. Przyznaje, ze od jakiegos pol roku desperacko trzymalam sie mysli, ze chce tylko odczekac, az w pelni odpieluchujemy Nika. To ostatnie idzie jednak dosc opornie i tydzien temu dopadl mnie kryzys. Odkurzylam mianowicie dom, miedzy innymi wokol i pod nieszczesnymi kanapami. Po czym przystapilam do mycia podlog. I kiedy spod rzeczonych kanap znow wymiotlam mopem garsc skorzanych paprochow, po prostu sie zalamalam. Ile mozna?! Rzucilam do M., ze pierdziele odpieluchowanie, pierdziele male dzieci, mam dosyc tej syzyfowej pracy, chce nowe kanapy! A moj maz, ktory czekal na to od blisko 3 lat, predziutko zabral swa wsciekla malzonke na zakupy. :D
Kurcze, w zyciu bym nie przypuszczala, ze z kupna nowych kanap moze powstac niemal osobny post. A jednak! ;) W kazdym razie wyruszylismy z domu "rozejrzec" sie. Tak sie rozgladalismy, ze kupilismy! Wcale to jednak nie bylo oczywiste, bo juz w pierwszym sklepie okazalo sie, ze szukamy zupelnie czego innego! ;) M., mimo, ze juz raz sie przejechal na pseudo-skorze, nadal wzdychal do kanap skorzanych. Ja za to, majac w pamieci to, co dzialo sie z poprzednimi oraz mocno nieletni wiek Potworkow, mialam tylko dwa wymogi: kanapy mialy byc zwykle, materialowe oraz mialy miec poduchy zarowno z siedziska, jak i oparc zdejmowane do prania. Przy tak roznych "wizjach", zaraz w pierwszym sklepie nieco sie z M. "starlismy" i wlasciwie to oczekiwalam, ze wrocimy z niczym. Przejechalismy sie do kolejnych dwoch sklepow, a po drodze wyjasnilismy sobie, hmmm... to i owo. ;) W koncu stanelo na moim. A w trzecim sklepie znalazlam to, czego szukam. :) Naroznik nie jest specjalnie ozdobny, marzyl mi sie tez zupelnie inny kolor, po dowiezieniu do domu okazal sie duuuzo wiekszy niz sprawial wrazenie w ogromnym sklepie i calkowicie zdominowal salon. Nie wspomne juz o cenie, bo przekroczylam zalozony budzet o 50%, ekhem, khem... Ale coz, nie mozna miec wszystkiego. ;) Za to tak jak chcialam, wszystkie poduchy sie elegancko piora (znaczy sie w teorii, w praktyce to nie probowalam :D). M. troche sie zzymal, bo w sklepie mebel stal na dywanie, a w domu mamy drewno, naroznik zas jest zlozony z 5 osobnych czesci, ktore rozsuwaly sie i jezdzily po calym salonie przy kazdym skoku Potwornickich na kanape. W koncu wzial deseczki oraz garsc srubek i zlaczyl kilka czesci ze soba. Natychmiast zrobilo sie duzo lepiej. :)
Przy okazji, to jestem pelna podziwu dla moich Potworkow. Na szukaniu kanap zszedl nam bowiem calutki wieczor. Wyruszylismy zaraz po ich drzemce, a do domu zajechalismy grubo po 20, kiedy zazwyczaj czytamy juz ksiazeczki przed snem... Potwory ani razu nie zamarudzily, biegaly po sklepie, wskakiwaly na kolejne kanapy, fotele oraz lozka, czyli po prostu swietnie sie bawily. Kiedy oglosilismy odwrot, urzadzily jeki, bo najwyrazniej jeszcze sie nie wyszalaly. ;)
Pisac dalej? Bo Was zamecze... ;)
Poniewaz wybralam dzisiejszy dzien na post, ze wzgledu na to, ze kolegi z biura nie ma, wiec nikt nie podglada ile czasu spedzam na klepaniu w klawiature, pisze dalej.
Mowia, ze najtrudniejszy jest ten pierwszy krok. Dotyczy to rowniez wydawania kasy. Od okolo dwoch lat staramy sie uwazac na wydatki, zlikwidowalismy te zbedne, te niezbedne ograniczylismy do minimum... Jednak, wraz z zakupem nowych kanap, cos w nas peklo. Czy raczej we mnie, bo to glownie ja jestem domowym strozem, decydujacym co kupic trzeba, a bez czego sie obejdziemy. Po kupnie naroznika, maz wykorzystal moja chwilowa "slabosc" i szybciuko zaczal "ugniatac" temat nowego materaca. To fakt, ze lozko oraz materac, na ktorym spimy, przynioslam w "wianie". Czyli po prostu kupilam je w czasach panienskich. Nie wiem, czemu dla samej siebie kupilam podwojne lozko... ;) W kazdym razie materac ma juz 10 lat, a ze kupilam zwykly, piankowy, jest juz niezle wylezany. M. od jakiegos czasu narzeka na bol plecow i co prawda tlumacze mu, ze starosc nie radosc, ale niechetnie przyznalam, ze moze to i wina materaca. ;) Postanowilismy wiec zainwestowac w nowy. M. poszedl za ciosem i zaczal narzekac na rozmiar naszego malzenskiego loza. Co prawda podwojne ale jednak stukamy sie nieraz lokciami czy kolanami, a jak Bi nad ranem postanawia do nas dolaczyc (chociaz, odpukac, ostatnio jakby dala sobie spokoj), robi sie naprawde ciasno... Zaproponowalam, zeby kupic dwa pojedyncze lozka, w ten sposob kazde bedzie moglo wystawiac dowolna konczyne w dowolnym kierunku. Nie wiedziec czemu pomysl ten spotkal sie z umiarkowanym entuzjazmem. Padlo wiec na wieksze lozko. Jak wydawac fortune, to wydawac, a co! :D W kazdym razie nie usmiechalo mi sie wymieniac wszystkich mebli z naszej sypialni, postanowilismy wiec dobrac lozko do reszty mebli. A ze te sa ikeowskie, w sobote zarzadzilismy wyprawe do Ikei. Uznalismy, ze tam najlatwiej bedzie nam znalezc odpowiedniki tego co mamy, bo nasz model oczywiscie dawno wyszedl z produkcji. ;)
Aha, niniejszym pragne zanegowac poglad ze meble z Ikei to tanie badziewie, ktore wypacza sie po kilku miesiacach uzytkowania! Moje lozko oraz komoda maja juz 10 lat i nawet srubki sie nie poluzowaly, ha! :D
Tym razem jednak Ikea nas rozczarowala, bo nie mieli nic, co wpasowaloby sie w pozostale meble. A raczej jedno lozko uszlo by od biedy w tloku, ale nie bylo dostepne w rozmiarze wiekszym niz nasze. A jak mam kupowac taki sam rozmiar, to raczej pozostane przy starym i zakupie tylko nowy materac. ;)
Wyprawa do Ikei to w ogole byla porazka. Zacheceni wczesniejszym zachowaniem Potworkow w sklepie meblowym, myslelismy, ze bedzie luzik. Niestety, Bi nie zasnela w aucie wcale i byla zmeczona, a Nik zasnal na ostatnie 10 minut jazdy i obudzil sie niedospany i wsciekly. A cholerna Ikea jeszcze w dodatku ma w swoim posiadaniu wozki sklepowe! Potwor Mlodszy jak uczepil sie jednego, to biegal swoim zwyczajem na oslep wpadajac na ludzi i meble, co chwila sie wsciekajac, bo wozek mial zepsute kolka i nierowno jezdzil. Bi powdrapywala sie chwilke na meble, po czym zaczela jeczec, ze chce jechac w wozku. Oczywiscie wraz z nia wozek byl dla Nika o wiele za ciezki, wiec stalismy przed dylematem: albo bedzie awantura, ze Nik chce prowadzic wozek bez siostry w srodku, albo ze Bi nie chce chodzic, tylko jechac w wozku. Zadna opcja tak naprawde nas nie zadowalala, wiec po obejrzeniu w pospiechu wszystkiego co nas interesowalo, szybko sie z tamtad ewakuowalismy. ;)
To juz koniec przygod sklepowych. :) Koniec koncow, lozko zamowilismy z innego sklepu. Kiedy przyjdzie, wtedy pojedziemy wybierac nowy materac. Maz juz zaciera lapki, ja patrze z niepokojem na wyciagi bankowe. ;)
Jednak to nie byl koniec sobotnich atrakcji. :) Az balam sie jak po porannej wyprawie do Ikei, Potwory przyjma wypad na urodziny kolegi... Tym bardziej, ze Nik w drodze powrotnej nie mial zamiaru spac, a Bi kimnela sie jakies 10 minut. Okazalo sie jednak, ze nie bylo zle. Prawie godzine zajelo im oswojenie sie z nowym miejscem na tyle, zeby zejsc z naszych kolan i pojsc do dzieci, a raczej do malego solenizanta, ktory konczyl 2 latka. Moje Potwory byly do niego najbardziej zblizone wiekiem, bo reszta malolatow miala juz 6 lat wzwyz, a niektorzy nawet sporo wiecej. :) Po tej godzinie spedzonej na bacznej obserwacji innych gosci, w szczegolnosci dzieciarni, Potwory pobiegly do zabawy.
Obserwowalam ta najmlodsza trojeczke z zainteresowaniem. Maly A. konczyl 2 lata, Nik ma prawie 3, a Bi prawie 4.5. Niesamowite jak bardzo dziecko zmienia sie przez zaledwie rok zycia. A. jeszcze prawie nie mowi, ale jest wesoly i towarzyski. Nik rozgadany, ale przy tym nadal bardzo emocjonalny i przerzucajacy zabawki nie skupiajac sie na niczym dluzej niz 10 minut. Bi spokojnie i cierpliwie szukajaca w balaganie pasujacych do siebie czesci zabawek. Trzy rozne swiaty. :)
Naszla mnie tez refleksja, ze ciesze sie, ze Potworki maja siebie. Na codzien wiecej mamy klotni oraz dokuczania, niz zgodnej zabawy. Wzajemne draznienie i wrzaski zaczynaja sie zazwyczaj juz w przedszkolu przy odbieraniu Bi (ktos by pomyslal, ze sie za soba stesknia, taaa...), a koncza czesto podczas lezenia w lozku, gdzie Bi drze sie, ze chce spac, podczas gdy Nik gada i spiewa... ;) Podczas przyjecia widzialam jednak jak trzymaja sie razem. Jesli jedno wrocilo po cos do rodzicow, zaraz pojawialo sie drugie, bralo brata/siostre za reke i ciagnelo do zabawy. Sa dla siebie oparciem i poczuciem bezpieczenstwa w jednym. :) Nie wiem jak rozwinie sie ich wiez w przyszlosci, ale na dzien dzisiejszy takie scenki to miod na moje matczyne serce. :)
Za brak nikowej, popoludniowej drzemki plus nadmiar wrazen, przyszlo nam zaplacic w nocy. Maly gagatek miedzy 23 a 1:30 obudzil sie 8 (osiem!) razy! Najpierw z samym wyciem. Budzil sie i zawodzil i zawodzil i zawodzil... Wstawalismy do niego, ale nic nie moglismy zrobic. Nie chcial powiedziec co mu dolega, nie dal sie utulic, nawet reke glaszczaca po glowce, odpychal ze zloscia. Szczerze to bylam pewna, ze zaczyna sie kolejne chorobsko. Myslalam sobie, ze kurna, jeszcze nadal pokasluje od czasu do czasu, a tu zaczyna sie cos nowego. Sprawdzalam czolo raz za razem, ale chlodne. Oczekiwalam "chlusniecia". Nic. W koncu za ktoryms przebudzeniem, Nik wyplakal: "Klooocki!!!". Malo wspolczujaca i zaspana matka burknela: "Klocki?! Jakie znowu klocki?!".
"A. ma klooocki, yyyyyyy!!!!"
"I auta, buuuuu!!!"
Noszzzz... Okazalo sie, ze Potwor Mlodszy przezywa calodzienne emocje oraz ilosc zabawek, ktorymi sie bawil. Dom znajomych wyglada bowiem jak nasz. Czyli niczym sklep z zabawkami. :D
A wczoraj zaliczylam wycieczke klasowa z grupa Bi. Pamietacie? Dostalam list, ze kazdy rodzic jest proszony w miare mozliwosci o towarzyszenie dziecku. Mozliwosc poniekad mam, wiec pojechalam rozejrzec sie i zobaczyc jak to wyglada. Przekonalam sie, ze choc wielu rodzicow rzeczywiscie pojechalo z potomstwem, to wielu jednak prosbe olalo (albo maja mniej ugodowego pracodawce) i wyszlo to tak pol na pol. Na nastepna wycieczke raczej posle Bi juz sama. Pewna jednak nie jestem, bowiem nie spodobal mi sie panujacy podczas niej chaos. Dzieci, ktore byly z rodzicami, swobodnie rozlazly sie po calej farmie, a dzieci ktore przyjechaly z nauczycielkami gonily za ulubionym kolega/kolezanka, zupelnie nie trzymajac sie grupy. Wydaje mi sie, ze gdyby dzieciaki byly tylko pod opieka pan, bardziej trzymalyby sie w kupie. A tak to stworzylo sie jedno wielkie klebowisko dzieciakow oraz doroslych.
Jechalam na te wycieczke z mieszanymi uczuciami i niezbyt chetnie. Czesto bywa, ze przy takim nastawieniu czlowiek sie potem milo rozczarowuje. Nooo, nie tym razem. ;)
Wkurzylam sie, bowiem:
*Autobus spoznil sie 40 minut, podczas ktorych nauczycielki zabawialy troche dzieci, ale rodzice snuli sie po korytarzu zerkajac na zegarki.
*Zgubilam sie w drodze na ta cholerna farme, ale to oczywiscie tylko moja wina, brak nawigacji i proby czytania wydrukowanych instrukcji przy jednoczesnym prowadzeniu auta. Dodam tylko, ze aby dotrzec na miejsce trzeba przejechac wzdluz jednego z brzegow jeziorka. Ja pojechalam, owszem, brzegiem, ale nie tym co trzeba i w rezultacie objechalam cale jezioro dookola... :/
*Po dotarciu w koncu na miejsce, okazalo sie, ze autobus wiozacy panie oraz reszte dzieci tez sie gdzies po drodze zagubil i pol godziny wszyscy kwitlismy przy wejsciu na farme.
*Ktora (oprocz czesci sadowej) okazala sie malutka. Ot, kilka zagrodek ze zwierzakami gospodarskimi, kilka tajemniczych malych chatek i ogromny sklep z pamiatkami (oczywiscie!). Obeszlysmy to wszystko z Bi w kilka minut, po czym zaczelo sie snucie bez celu i szukanie chociaz skrawka slonca (glowna, wizytowa czesc farmy jest niemal calkowicie zacieniona) poniewaz,
*Bylo potwornie zimno! Temperatury jeszcze dobrze sie nie podniosly po kilkudniowym ochlodzeniu. To, polaczone z wiatrem plus niemal kompletnym cieniem, dawalo straszny ziab. Jak ja albo Bi sie po tej wyprawie nie pochorujemy, to bedzie cud.
*Tajemnicze male chatki wspomniane wyzej, okazaly sie sklepikami z domowej roboty paczkami, goraca czekolada itp. Tyle, ze... otwarte sa tylko w weekendy! W tygodniu, oprocz wycieczek szkolnych, farma nie ma zbytniego ruchu, wiec o 10 rano we wtorek mozna sie bylo najwyzej oblizac.
*Kiedy reszta wycieczki w koncu dotarla, zaczal sie wlasciwy chaos. Dwie przedszkolne grupy sie rozdzielaly, nauczycielki nawolywaly swoje klasy, a dzieciaki, ktore dopiero co wysiadly z autobusu nic sobie z tego nie robily, bo rzucily sie do poznania nowego miejsca.
*Caly program wycieczki to bylo obejscie wszystkich zwierzecych zagrod z przewodniczka, ktora, nie powiem, dosc ciekawie opowiadala o mieszkancach farmy. Na koniec przejechalismy sie na wozie ciagnietym przez traktor naokolo sadu. I to cala wycieczka. W programie mialo byc chyba jeszcze wlasnoreczne zrywanie jablek, ale nie starczylo juz czasu. :(
*Kierujac sie godzinami podanymi w liscie, powiedzialam w pracy, ze dojade okolo poludnia. Przez wszystkie opoznienia, dojechalam niemal o 13...
Wszystkie dzieci dostaly na pozegnanie po woreczku jabluszek prosto z sadu, co bylo niewatpliwie milym akcentem. To tak w ramach szukania jakiegos pozytywu. ;)
A teraz z innej beczki: pisalam, ze Bi ma ulubiona kolezanke w przedszkolu? ;) Ano ma. Smiesznie sie dobraly, sa bowiem niczym dzien i noc, niebo i ziemia. Mala Sukri jest bowiem Hinduska, ma czarne oczy, czarne wlosy i bardzo sniada karnacje. No i Bi jest o pol glowy wyzsza, ale patrzac na inne dzieci z jej grupy, to raczej norma. ;) Roznia sie z Bi wszystkim, oprocz tego, ze sie po prostu lubia. :) Codziennie slysze: Sukri to, Sukri tamto, a pokazujac mi swoje arcydziela, Bi zawsze pokazuje tez, ktore wykonala jej przyjacioleczka. Na wycieczce obie panienki chodzily wszedzie razem, ciagnely jedna druga za reke, pozowaly do zdjec i ogolnie nie bylam corce potrzebna. Wracala do mnie tylko, kiedy kolezanka jej sie gdzies zapodziala. Slodkie sa takie przedszkolne przyjaznie. :)
A teraz koncze. Nastepny post za tydzien, bo sie zmeczylam i bola mnie opuszki palcow. :D
środa, 21 października 2015
piątek, 16 października 2015
Dziennik odpieluchowania czyli post NIE dla wrazliwych
Czy posty raz w tygodniu stana sie teraz regula? Strasznie daja mi po tylku ciagle dni wolne. Niby tylko jeden dzien mniej ide do pracy, ale jak juz w niej jestem, nie wiem w co rece wlozyc... Paradoksalnie jednak, czas zamiast pedzic, dluzy sie niemozliwie. Oczywiscie czas w pracy, bo w domu nagle przyspiesza, znienacka robi sie pora kolacji, snu, tydzien za tygodniem leci jak szalony, jutro pierwsze, nocne przymrozki, zaraz listopad, Indyk, urodziny Nika, Boze Narodzenie i kolejny rok pojdzie w zapomnienie...
Wlasnie sie zorientowalam, ze w mojej wyliczance zapomnialam o urodzinach mojego taty, meza oraz moich wlasnych. Ze o siostrze oraz kuzynce juz nie wspomne. Oraz dwoch dalszych... Jesien jest w naszej rodzinie czasem urodzinowym. :)
W kazdym razie, nie mialam czasu porzadnie przysiasc w tym tygodniu do posta, wiec poraz kolejny "szlifuje" wybrana notke z "roboczych". Tym razem bardzo osobista, chociaz bardziej dla Nika niz dla mnie i mam nadzieje, ze mnie kiedys syn za nia nie znienawidzi. Oczywiscie pod warunkiem, ze bedzie mu sie chcialo przekopywac przez bloga matki. ;)
Notke ta zaczelam pisac w czerwcu, kiedy przystapilismy do odpieluchowania Kokusia. Taka fajna pamiatka, myslalam, milo bedzie kiedys wrocic i zobaczyc jak nam to szlo. O naiwnosci! Minely 4 miesiace, a konca tego procesu nadal nie widac na horyzoncie...
Dla tych ktorzy pokusza sie o przeczytanie (badz nawet zwykle rzucenie okiem) na ponizsze, ostrzegam:
Dzien 1 (sobota)
Ilosc zasiuranych majtek: 7
Ilosc "ladunkow" w gaciach: 1
Ilosc siurow/kup zlapanych do nocnika: 0
Dzien 2 (niedziela)
Ilosc zasiuranych majtek: 5
Ilosc ladunkow w gaciach: 0 (bo kupy nie bylo w ogole)
Ilosc siurow/kup zlapanych do nocnika: 2
Dzien 3 (poniedzialek)
Ilosc zasiuranych majtek: 1
Ilosc ladunkow w gaciach: 0 (kupa u opiekunki, w pieluche)
Ilosc siurow zlapanych do nocnika: 2
Dzien 4 (wtorek)
Ilosc zasiuranych majtek: 0
Ilosc ladunkow w gaciach: 0
Ilosc siurow zlapanych do nocnika: 1
Dzien 5 (sroda)
Ilosc zasiuranych majtek: 1
Ilosc ladunkow w gaciach: 0 (kupa w pieluche u opiekunki)
Ilosc siurow zlapanych do nocnika: 2
Dzien 6 (czwartek)
(dzien spedzony glownie poza domem, a wiec z pielucha na tylku)
Ilosc zasiuranych majtek: 0
Ilosc ladunkow w gaciach: 0 (kupa w pieluche u opiekunki)
Ilosc siurow zlapanych do nocnika: 1
Tutaj nastapila przerwa na przygotowania do wyjazdu, sam wyjazd, biegunka (a wiec pielucha na tylku), powrot z wakacji, itd.
Dzien 16 (niedziela)
Ilosc zasiuranych majtek: 0
Ilosc ladunkow w gaciach: 3 (!!!)
Ilosc siurow zlapanych do nocnika: 5
Dzien 17 (poniedzialek)
Ilosc zasiuranych majtek: 0
Ilosc ladunkow w gaciach: 0 (kupa w pieluche u opiekunki)
Ilosc siurow zlapanych do nocnika: 3
W dniu 17 nastapily dwa przelomy. Po pierwsze Nik dwa razy sam zawolal, ze chce siusiu. Wczesniej trzeba bylo pilnowac sadzania go na nocnik. Jak sie zagapilo, sikal w majty. Po drugie, dwa razy dal sie wysadzic opiekunce (wczesniej ryczal, zapieral sie i nie chcial u niej siadac na nocnik).
***
Tutaj robie przerwe w dzienniku, bo na dzien dzisiejszy (bylby to dzionek # 23) wyraznych postepow brak... Kiedy jest w domu (albo u opiekunki) Nik zazwyczaj wola na siusiu. Kiedy jest na dworze niestety nie pamieta i sie posikuje... Z grubsza sprawa natomiast porazka na calej lini. Nie dosc, ze nie wola, to jeszcze odchodzi niby sie bawiac, chowa w roznorakie zakamarki i przychodzi juz oznajmiajac, ze ma kupe...
Dzien nie-mam-pojecia-ktory
Dzisiaj, 23 lipca Roku Panskiego 2015, nastapil przelom! Nik rano sam zawolal, ze chce mu sie kupe, po czym siadl na nocnik i rzeczywiscie ja zrobil (dotychczas albo "walil" w gacie/pieluche, albo siadal na nocnik, po czym stwierdzal, ze jednak mu sie nie chce, po to tylko, zeby zrobic ja w majty zaraz po wstaniu...)!!!
To byl czwartek. W piatek kupa wyladowala jak zwykle w gaciach. W sobote i przez wiekszosc niedzieli, syn moj pare razy napomknal, ze chce mu sie kupsko, ale po usiadnieciu na nocnik zmienial zdanie. ;) Ale w niedziele wieczorem, bez zbednych komentarzy, sciagnal gacie, usiadl na nocnik i zrobil! Juhu!!!
***
Moja radosc okazala sie przedwczesna. Mamy pazdziernik, a od konca lipca postepow brak... Trafil nam sie naprawde uparty zawodnik. :(
Czyli podsumujmy:
Siku w 99% laduje w nocniku.
Kupa w jakichs 85% laduje w pampersie badz majtach.
Takie buty... :/
Jak kiedys, w dalekiej i nieokreslonej przyszlosci dojdziemy do konca odpieluchowania, to dopisze. Moze. Na dzien dzisiejszy koncze ten dzienniczek, bo czuje sie mocno zniechecona... :/
Zanim przystapilam do odpieluchowania Bi uwazalam, ze trzylatek z pielucha to wstyd. Starsza sprawila, ze obnizylam standardy i do niedawna twierdzilam, ze trzylatek nie kontrolujacy swoich potrzeb w stanie czuwania, to wstyd. Dzieki Nikowi bede musiala zanizyc je poraz kolejny. Jak kiedys "trafi" mi sie trzecie, pewnie stwierdze, ze jak odpieluchuje sie do 18-naski, to bedzie dobrze... :D
Wlasnie sie zorientowalam, ze w mojej wyliczance zapomnialam o urodzinach mojego taty, meza oraz moich wlasnych. Ze o siostrze oraz kuzynce juz nie wspomne. Oraz dwoch dalszych... Jesien jest w naszej rodzinie czasem urodzinowym. :)
W kazdym razie, nie mialam czasu porzadnie przysiasc w tym tygodniu do posta, wiec poraz kolejny "szlifuje" wybrana notke z "roboczych". Tym razem bardzo osobista, chociaz bardziej dla Nika niz dla mnie i mam nadzieje, ze mnie kiedys syn za nia nie znienawidzi. Oczywiscie pod warunkiem, ze bedzie mu sie chcialo przekopywac przez bloga matki. ;)
Notke ta zaczelam pisac w czerwcu, kiedy przystapilismy do odpieluchowania Kokusia. Taka fajna pamiatka, myslalam, milo bedzie kiedys wrocic i zobaczyc jak nam to szlo. O naiwnosci! Minely 4 miesiace, a konca tego procesu nadal nie widac na horyzoncie...
Dla tych ktorzy pokusza sie o przeczytanie (badz nawet zwykle rzucenie okiem) na ponizsze, ostrzegam:
Jesli obrzydza Was slowo SIKU badz KUPA, nie czytajcie dalej! :D
Dzien 1 (sobota)
Ilosc zasiuranych majtek: 7
Ilosc "ladunkow" w gaciach: 1
Ilosc siurow/kup zlapanych do nocnika: 0
Dzien 2 (niedziela)
Ilosc zasiuranych majtek: 5
Ilosc ladunkow w gaciach: 0 (bo kupy nie bylo w ogole)
Ilosc siurow/kup zlapanych do nocnika: 2
Dzien 3 (poniedzialek)
Ilosc zasiuranych majtek: 1
Ilosc ladunkow w gaciach: 0 (kupa u opiekunki, w pieluche)
Ilosc siurow zlapanych do nocnika: 2
Dzien 4 (wtorek)
Ilosc zasiuranych majtek: 0
Ilosc ladunkow w gaciach: 0
Ilosc siurow zlapanych do nocnika: 1
Dzien 5 (sroda)
Ilosc zasiuranych majtek: 1
Ilosc ladunkow w gaciach: 0 (kupa w pieluche u opiekunki)
Ilosc siurow zlapanych do nocnika: 2
Dzien 6 (czwartek)
(dzien spedzony glownie poza domem, a wiec z pielucha na tylku)
Ilosc zasiuranych majtek: 0
Ilosc ladunkow w gaciach: 0 (kupa w pieluche u opiekunki)
Ilosc siurow zlapanych do nocnika: 1
Tutaj nastapila przerwa na przygotowania do wyjazdu, sam wyjazd, biegunka (a wiec pielucha na tylku), powrot z wakacji, itd.
Dzien 16 (niedziela)
Ilosc zasiuranych majtek: 0
Ilosc ladunkow w gaciach: 3 (!!!)
Ilosc siurow zlapanych do nocnika: 5
Dzien 17 (poniedzialek)
Ilosc zasiuranych majtek: 0
Ilosc ladunkow w gaciach: 0 (kupa w pieluche u opiekunki)
Ilosc siurow zlapanych do nocnika: 3
W dniu 17 nastapily dwa przelomy. Po pierwsze Nik dwa razy sam zawolal, ze chce siusiu. Wczesniej trzeba bylo pilnowac sadzania go na nocnik. Jak sie zagapilo, sikal w majty. Po drugie, dwa razy dal sie wysadzic opiekunce (wczesniej ryczal, zapieral sie i nie chcial u niej siadac na nocnik).
***
Tutaj robie przerwe w dzienniku, bo na dzien dzisiejszy (bylby to dzionek # 23) wyraznych postepow brak... Kiedy jest w domu (albo u opiekunki) Nik zazwyczaj wola na siusiu. Kiedy jest na dworze niestety nie pamieta i sie posikuje... Z grubsza sprawa natomiast porazka na calej lini. Nie dosc, ze nie wola, to jeszcze odchodzi niby sie bawiac, chowa w roznorakie zakamarki i przychodzi juz oznajmiajac, ze ma kupe...
Dzien nie-mam-pojecia-ktory
Dzisiaj, 23 lipca Roku Panskiego 2015, nastapil przelom! Nik rano sam zawolal, ze chce mu sie kupe, po czym siadl na nocnik i rzeczywiscie ja zrobil (dotychczas albo "walil" w gacie/pieluche, albo siadal na nocnik, po czym stwierdzal, ze jednak mu sie nie chce, po to tylko, zeby zrobic ja w majty zaraz po wstaniu...)!!!
To byl czwartek. W piatek kupa wyladowala jak zwykle w gaciach. W sobote i przez wiekszosc niedzieli, syn moj pare razy napomknal, ze chce mu sie kupsko, ale po usiadnieciu na nocnik zmienial zdanie. ;) Ale w niedziele wieczorem, bez zbednych komentarzy, sciagnal gacie, usiadl na nocnik i zrobil! Juhu!!!
***
Moja radosc okazala sie przedwczesna. Mamy pazdziernik, a od konca lipca postepow brak... Trafil nam sie naprawde uparty zawodnik. :(
Czyli podsumujmy:
Siku w 99% laduje w nocniku.
Kupa w jakichs 85% laduje w pampersie badz majtach.
Takie buty... :/
Jak kiedys, w dalekiej i nieokreslonej przyszlosci dojdziemy do konca odpieluchowania, to dopisze. Moze. Na dzien dzisiejszy koncze ten dzienniczek, bo czuje sie mocno zniechecona... :/
Zanim przystapilam do odpieluchowania Bi uwazalam, ze trzylatek z pielucha to wstyd. Starsza sprawila, ze obnizylam standardy i do niedawna twierdzilam, ze trzylatek nie kontrolujacy swoich potrzeb w stanie czuwania, to wstyd. Dzieki Nikowi bede musiala zanizyc je poraz kolejny. Jak kiedys "trafi" mi sie trzecie, pewnie stwierdze, ze jak odpieluchuje sie do 18-naski, to bedzie dobrze... :D
piątek, 9 października 2015
Z serii: w tym domu sie gada!
Pozdrawiam z kolejnego dnia wolnego! Tym razem, na szczescie nie zmoglo nas zadne chorobsko. Po prostu i zwyczajnie, przedszkole jest znow zamkniete (a to ci niespodzianka! :D). Nauczyciele w naszym miasteczku maja dzis szkolenie. Dlaczego nie mogliby go odbebnic w weekend, pozostanie zagadka bez rozwiazania. Zeby bylo weselej, w poniedzialek przedszkole rowniez jest nieczynne. Tym razem z okazji Columbus Day, czyli swieta majacego uczcic dzien, w ktorym Krzysztof Kolumb dotarl do Hameryki. ;) Data wydawaloby sie wazna dla narodowej historii, ale chyba jednak nie bardzo, bo wolne z tej okazji maja tylko szkoly, banki oraz urzedy panstwowe. :/ Czyli matka, rada nie rada, musiala poprosic o kolejny dzien wolny. M. zaczal sie z niepokojem dopytywac czy mnie w koncu nie zwolnia z pracy. Za to ja ciesze sie 4-dniowym weekendem! ;)
Myslalam, ze podczas drzemki Bi nadrobie troche blogowe zaleglosci, poodpowiadam na komentarze, pokomentuje u Was, ale jakos nie mam weny, sorki! Dziwny ten dzisiejszy dzien, w sensie pogody. Raz slonce, za chwilke kropi, straszna wichura, a przy tym bardzo cieplo (22 stopnie). Wilgotnosc powietrza tez skoczyla - 70%! Pod wieczor maja przejsc burze. Ide o zaklad, ze cisnienie atmosferyczne skacze gora - dol i jako ksiazkowy meteopata odczuwam skutki. Czyli glowa mnie napierdziela i najchetniej sama zakopalabym sie pod kocyk na krotka drzemeczke. I nawet kawa nie stawia mnie na nogi... :/
Zeby jednak nie zostawiac Was tak na weekend, doszlifowalam ostatnio zapamietane teksty i teksciki Potwornickich. Enjoy! :)
***
Przekonuje Bi do drzemki:
Mama: "Poloz sie, zamknij oczka i zaraz przyjdzie do Ciebie senek i przyniesie Ci mnostwo milych snow o konikach i ksiezniczkach."
Bi: "Mamo, a jak ten senek przyjdzie, to popatrz czy jest caly rozowy czy ma inne kolory i mi potem powiesz, dobrze?"
***
Zaczelo sie wtracanie przez Bi angielskich wyrazen zapamietanych z przedszkola.
Mama: "Bi, dlaczego nie zjadlas wszystkiego, co dalam ci na lunch?"
Bi: "Bo pani powiedziala: lunch is over..."
***
Na poczatku roku we wszystkich tutejszych placowkach oswiatowych, masowo robia zdjecia szkolne. Poniewaz nigdy nie bylismy z dziecmi na profesjonalnej sesji fotograficznej, chcialam Starsza nieco przygotowac i opowiadalam, ze przyjedzie pan lub pani fotograf, ze dzieci beda musialy usiasc na specjalnym krzeselku, itd. Po odebraniu corki bylam rzecz jasna ciekawa jak poszlo.
Mama: "I jak? Przyjechal pan fotograf? Robil zdjecia wszystkim dzieciom?"
Bi (oburzona): "Nie! Nie przyjechal! On juz tam byl!"
Ach, zapomnialam, ze pan fotograf mieszka na sali gimnastycznej i specjalnie czeka az dzieciaki przyjda na sesje... :D
***
Podczas nieobecnosci M., syn zawlaszczyl sobie jego klapki.
Mama: "Nik, dlaczego chodzisz w kapciach taty?"
Nik: "Bo one mi sie podobaja!"
Mama: "Ale tatus przyjedzie, bedzie ich szukal i bedzie zly!"
Nik (zupelnie niezrazony): "Nieee, bedzie scensliwy! Bo mu pilnowalem!"
***
Bi "przypomina" sobie czasy plodowe.
"Jak bylam u mamy w brzuszku, to mama jadla, jedzonko spadalo tak w dol, a ja otwieralam buzie i jadlam!"
***
Pojecie czasu wedlug 4-latki:
"Wieczorem pojdziemy spac i potem jeszcze raz pojdziemy spac i potem jak wstaniemy, to bedziesz miec wolne?"
Czyli za 2 dni. :)
***
Rosnie mi kolejne dziecko dwujezyczne. Maly Kokus podlapuje angielskie zwroty niewiadomo skad.
"Ale fajne to niebo! Blue sky!"
***
Mimo, ze Bi juz od jakiegos czasu w przedszkolu nie placze, Potworki przywykly do dobrego i codziennie, zaraz po wejsciu do auta zaczynaja jeki oraz wrzaski, zeby jechac po lizaki. Od czasu do czasu, kiedy i tak musze sie udac w tamtym kierunku, ulegam. Tyle, ze Potwory wpuszczone do sklepu dostaja malpiego rozumu, szczegolnie Nik. Biegaja jak wsciekle wokol regalow, wpadaja ludziom pod nogi, dra sie do siebie przez cale pomieszczenie, slowem, robia matce "siare". :D Kiedy podjezdzam pod sklepik, przykazuje im wiec groznie, ze maja wybrac sobie po lizaku lub cukierku, a potem grzecznie poczekac przy mnie, kiedy robie sobie kawe (a co, matce tez sie cos nalezy za fatyge! :D). Zazwyczaj koncze wyklad marszczac brwi i pytajac surowo: "Zrozumiano?!". O ile Bi grzecznie odpowiada, ze "zrozumiano", o tyle Nik patrzy tylko i smieje sie szelmowsko. Skubaniec wie, ze ma raczej ochote pobiegac po sklepie, ale posiada jakis swoj kodeks honoru, bo za cholere nie chce obiecac, ze bedzie grzeczny. Jakby rozumial, ze wtedy bedzie musial dotrzymac slowa. :)
Wczoraj znow zawitalam z Potworami pod sklepik ze slodyczami i znow, jeszcze zanim wylaczylam silnik w aucie, walnelam im pogadanke o tym, jakiego zachowania oczekuje. Tym razem Nik nawet nie czekal az zakoncze swoja tyrade, juz w polowie mi przerwal wolajac:
"Nie zlozumiano! Nie zlozumiano!"
Bystrosc tego niespelna trzylatka czasem mnie z lekka przeraza... ;)
***
Cieszcie sie weekendem moje drogie, a ja moze zlapie wene na nadrabianie zaleglosci w poniedzialek? ;)
Myslalam, ze podczas drzemki Bi nadrobie troche blogowe zaleglosci, poodpowiadam na komentarze, pokomentuje u Was, ale jakos nie mam weny, sorki! Dziwny ten dzisiejszy dzien, w sensie pogody. Raz slonce, za chwilke kropi, straszna wichura, a przy tym bardzo cieplo (22 stopnie). Wilgotnosc powietrza tez skoczyla - 70%! Pod wieczor maja przejsc burze. Ide o zaklad, ze cisnienie atmosferyczne skacze gora - dol i jako ksiazkowy meteopata odczuwam skutki. Czyli glowa mnie napierdziela i najchetniej sama zakopalabym sie pod kocyk na krotka drzemeczke. I nawet kawa nie stawia mnie na nogi... :/
Zeby jednak nie zostawiac Was tak na weekend, doszlifowalam ostatnio zapamietane teksty i teksciki Potwornickich. Enjoy! :)
***
Przekonuje Bi do drzemki:
Mama: "Poloz sie, zamknij oczka i zaraz przyjdzie do Ciebie senek i przyniesie Ci mnostwo milych snow o konikach i ksiezniczkach."
Bi: "Mamo, a jak ten senek przyjdzie, to popatrz czy jest caly rozowy czy ma inne kolory i mi potem powiesz, dobrze?"
***
Zaczelo sie wtracanie przez Bi angielskich wyrazen zapamietanych z przedszkola.
Mama: "Bi, dlaczego nie zjadlas wszystkiego, co dalam ci na lunch?"
Bi: "Bo pani powiedziala: lunch is over..."
***
Na poczatku roku we wszystkich tutejszych placowkach oswiatowych, masowo robia zdjecia szkolne. Poniewaz nigdy nie bylismy z dziecmi na profesjonalnej sesji fotograficznej, chcialam Starsza nieco przygotowac i opowiadalam, ze przyjedzie pan lub pani fotograf, ze dzieci beda musialy usiasc na specjalnym krzeselku, itd. Po odebraniu corki bylam rzecz jasna ciekawa jak poszlo.
Mama: "I jak? Przyjechal pan fotograf? Robil zdjecia wszystkim dzieciom?"
Bi (oburzona): "Nie! Nie przyjechal! On juz tam byl!"
Ach, zapomnialam, ze pan fotograf mieszka na sali gimnastycznej i specjalnie czeka az dzieciaki przyjda na sesje... :D
***
Podczas nieobecnosci M., syn zawlaszczyl sobie jego klapki.
Mama: "Nik, dlaczego chodzisz w kapciach taty?"
Nik: "Bo one mi sie podobaja!"
Mama: "Ale tatus przyjedzie, bedzie ich szukal i bedzie zly!"
Nik (zupelnie niezrazony): "Nieee, bedzie scensliwy! Bo mu pilnowalem!"
***
Bi "przypomina" sobie czasy plodowe.
"Jak bylam u mamy w brzuszku, to mama jadla, jedzonko spadalo tak w dol, a ja otwieralam buzie i jadlam!"
***
Pojecie czasu wedlug 4-latki:
"Wieczorem pojdziemy spac i potem jeszcze raz pojdziemy spac i potem jak wstaniemy, to bedziesz miec wolne?"
Czyli za 2 dni. :)
***
Rosnie mi kolejne dziecko dwujezyczne. Maly Kokus podlapuje angielskie zwroty niewiadomo skad.
"Ale fajne to niebo! Blue sky!"
***
Mimo, ze Bi juz od jakiegos czasu w przedszkolu nie placze, Potworki przywykly do dobrego i codziennie, zaraz po wejsciu do auta zaczynaja jeki oraz wrzaski, zeby jechac po lizaki. Od czasu do czasu, kiedy i tak musze sie udac w tamtym kierunku, ulegam. Tyle, ze Potwory wpuszczone do sklepu dostaja malpiego rozumu, szczegolnie Nik. Biegaja jak wsciekle wokol regalow, wpadaja ludziom pod nogi, dra sie do siebie przez cale pomieszczenie, slowem, robia matce "siare". :D Kiedy podjezdzam pod sklepik, przykazuje im wiec groznie, ze maja wybrac sobie po lizaku lub cukierku, a potem grzecznie poczekac przy mnie, kiedy robie sobie kawe (a co, matce tez sie cos nalezy za fatyge! :D). Zazwyczaj koncze wyklad marszczac brwi i pytajac surowo: "Zrozumiano?!". O ile Bi grzecznie odpowiada, ze "zrozumiano", o tyle Nik patrzy tylko i smieje sie szelmowsko. Skubaniec wie, ze ma raczej ochote pobiegac po sklepie, ale posiada jakis swoj kodeks honoru, bo za cholere nie chce obiecac, ze bedzie grzeczny. Jakby rozumial, ze wtedy bedzie musial dotrzymac slowa. :)
Wczoraj znow zawitalam z Potworami pod sklepik ze slodyczami i znow, jeszcze zanim wylaczylam silnik w aucie, walnelam im pogadanke o tym, jakiego zachowania oczekuje. Tym razem Nik nawet nie czekal az zakoncze swoja tyrade, juz w polowie mi przerwal wolajac:
"Nie zlozumiano! Nie zlozumiano!"
Bystrosc tego niespelna trzylatka czasem mnie z lekka przeraza... ;)
***
Cieszcie sie weekendem moje drogie, a ja moze zlapie wene na nadrabianie zaleglosci w poniedzialek? ;)
wtorek, 6 października 2015
Dzieci w dziczy wychowane
A ja mam dzien wolny, a-ha ha-ha ha-ha!!!
Przymusowy niestety... :(
Dobrze sie domyslacie (jesli sie domyslacie)... Przeziebienie nadal zatacza kola... Tym razem trafilo Bi. Juz w weekend zaczela pokaslywac, a ze Nikowi dopiero co po nawrocie kaszel zaczal zanikac, wiec szybko zaaplikowalam jej lekarstwo na przeziebienie (na szczescie takie od 4 lat mozna juz tu dostac), poparte starym, dobrym syropem z cebuli. Niestety, zamiast lepiej, bylo coraz gorzej, znaczy sie dziecko kaszlalo czesciej i dolaczyl katar. Goraczki jednak nie miala, wiec majac w pamieci, ze przedszkole znow bedzie zamkniete w piatek oraz poniedzialek, stwierdzilam, ze mowy nie ma, zebym miala zostac w domu dodatkowy dzien. Zreszta, gdyby nie kaszel, nikt patrzac na Bi nie pomyslalby, ze jest chora. Szaleje, tanczy, spiewa, sprzecza sie oraz pyskuje, czyli jak zwykle. :D
Niestety, Bi pokaszlala troche paniom w przedszkolu, a te wyslaly ja do pielegniarki szkolnej, ktora z kolei zadzwonila do mnie, ze dziecko co prawda goraczki nie ma, ale kaszle i wyraznie zle sie czuje. I czy jest mozliwosc, zeby ktos odebral ja wczesniej. Chcac nie chcac, urwalam sie z pracy i pojechalam po corke. No i co? Dziecko zywe, wesole, gdzie ono sie zle czuje, pytam?! W tej chwili walcze z nia, zeby chociaz przez chwilke polezala spokojnie pod kocykiem. Tiaaa...
A, pojechalam tez dla swietego spokoju do lekarza, bo panie powiedzialy, ze odeslaly juz kilkoro dzieci do domu z goraczka. Pomyslalam, ze moze cos bardziej wrednego krazy w przedszkolu, a skoro juz i tak wzielam pol dnia wolnego, niech nasza pediatra Bi obejrzy. Tak dla spokojnosci sumienia. Jak przypuszczalam, stwierdzone zostalo zwykle przeziebienie i tyle. Jacy oni sa w tym przedszkolu przewrazliwieni! Na kazdym punkcie! :/
W kazdym razie prosze o kciuki, zeby to dziadostwo nie rozwinelo sie w nic powazniejszego! Mile widziane bylyby chociaz pare tygodni kiedy NIKT w naszym domu by nie kichal i nie kaszlal... Narazie nie tylko przeziebienia kraza w najlepsze, ale w dodatku grupowe, bo zawsze chyrkamy i prychamy przynajmniej dwojkami. ;)
Ale wracajac do tytulu.
Od razu rozwieje watpliwosci: tak mowa o moich Potworkach! :)
No, moze z ta dzicza troche przesadzilam. Mamy co prawda dom z ogrodem, ale mieszkamy na typowych, amerykanskich przedmiesciach. Czyli jestesmy jedna dzialeczka w morzu, czy nawet oceanie domkow jednorodzinnych, przylegajacych gdzieniegdzie do centrum jednego miasteczka czy drugiego. Czasem to "centrum" to jedna ulica. Nasze miasteczko w ogole powinno byc nazywane wioska, bo glowna ulica to kilka kafejek, jakies biuro nieruchomosci, piekarnia, prywatna szkola. Potem dlugo, dluuugo nic (a raczej pole golfowe, "country club, biblioteka, urzad "miasta", liceum, znajdzie sie nawet stacja benzynowa), a nastepnie dojezdza sie do malutenkiego centrum handlowego, gdzie mamy niewielki supermarket, restauracje, gabinet dentystyczny oraz fryzjera. Ot i cale "centrum" naszej wioski. Nawet McDonald'a nie ma! :D My jednak mieszkamy na jego obrzezach i blizej mamy do sklepow i urzedow w wiekszych miasteczkach (bo miastami tego nazwac sie nie da). Nie mieszkamy wiec na jakims wielkim zadupiu...
Chociaz pamietacie, ze rok temu mielismy niedzwiedzia pod domem? A wczoraj rano M. pogonil spod domu kojota!
Pomyslalby ktos, ze mieszkamy gdzies w wielkim lesie! :D Znaczy sie lasy sa, ale tylko z jednej strony, wlasnie od strony "centrum" naszej wioski. Poza tym, z trzech pozostalych stron, wszystko jest zabudowane i zagospodarowane. Mamy w poblizu w pierony sklepow, pubow, restauracji, galerii handlowych, itd. Tylko, ze... No, M. i ja ich nie znosimy! Zakupy spozywcze, no coz, trzeba zrobic, w koncu bez jedzenia czlowiek nie przezyje... Ale wszystkie inne, to juz kara. Od czasu do czasu zamowimy jakies zarelko na wynos. Ale centra handlowe omijamy szerokim lukiem. I uwazamy, ze nie sa to miejsca rozrywki dla dzieci.
Wobec powyzszego, Potworki w galerii handlowej byly jakies 2 lata temu i to tylko dlatego, ze znajduje sie tam najblizszy serwis naszej sieci komorkowej. A serwis ma osobne wejscie, wiec tak naprawde i tak do galerii nie wchodzilismy. :)
Tymczasem w sobote pogoda pokrzyzowala nam wszelkie plany spedzenia czasu na swiezym powietrzu. Dodatkowo M. chcial sie rozejrzec za nieprzemakalnymi butami na zime i z jakiegos powodu za cel obral sobie pewien sklep z akcesoriami mysliwsko - rybacko - kempingowymi. Sklep ma ogromna wystawe zwierzat (wypchanych oraz manekinow) oraz akwarium w tunelu. Maz moj wpadl na pomysl, ze Potworom moze sie tam spodobac. Pojechalismy wiec wszyscy.
Haha, powinnam zrobic zdjecie miny Potworkow, kiedy weszlismy do srodka! Sklep byl ogromny, dwupietrowy, a na jego srodku zbudowana ogromna gora, obstawiona wypchanymi zwierzakami. Przez srodek "gory" przebiegal tunel z akwariami, a na drugim pietrze byla nawet wystawa poswiecona safari, z egzotycznymi (szkoda, ze sztucznymi) zwierzetami w skali 1:1. Wszystko to robilo wrazenie! Ale czy na Potworkach?
Okazuje sie, ze nie! :) Najpierw dopadly czesc sklepu z autami oraz quadami. Tu nie ma sie co dziwic, bo Nik to urodzony facet i milosnik motoryzacji.
Najwieksza atrakcja okazaly sie jednak...
Winda oraz ruchome schody! :D
Najpierw, nie przeczuwajac pulapki, po prostu wjechalismy schodami na drugie pietro. Potem zjechalismy na dol. Po czym probowalismy wyciagnac Potwory ze sklepu, ale Bi dojrzala windy. Oczy zrobily sie jej okragle jak spodki i zaczela blagac, zeby przejechac sie w tym "pokoju"! ;) Troche rozbawieni, zgodzilismy sie. I tu byl blad. Bo na jednym razie sie nie skonczylo. W sumie zjechalismy na dol i ponownie wjechalismy na gore chyba z 6 razy! Kiedy w koncu odciagnelismy Bi od wind, dojrzala znow ruchome schody! Tutaj po dwoch razach wymieklam i oswiadczylam, ze ja zostaje na dole! Na szczescie M. nie mial dosc i pojezdzil jeszcze z dziecmi w gore i na dol. :D
Jakbyscie wiec szukaly rozrywki dla dzieci na deszczowy dzien, polecam galerie handlowe! Zabawa przednia i to za darmoche! :D
Przymusowy niestety... :(
Dobrze sie domyslacie (jesli sie domyslacie)... Przeziebienie nadal zatacza kola... Tym razem trafilo Bi. Juz w weekend zaczela pokaslywac, a ze Nikowi dopiero co po nawrocie kaszel zaczal zanikac, wiec szybko zaaplikowalam jej lekarstwo na przeziebienie (na szczescie takie od 4 lat mozna juz tu dostac), poparte starym, dobrym syropem z cebuli. Niestety, zamiast lepiej, bylo coraz gorzej, znaczy sie dziecko kaszlalo czesciej i dolaczyl katar. Goraczki jednak nie miala, wiec majac w pamieci, ze przedszkole znow bedzie zamkniete w piatek oraz poniedzialek, stwierdzilam, ze mowy nie ma, zebym miala zostac w domu dodatkowy dzien. Zreszta, gdyby nie kaszel, nikt patrzac na Bi nie pomyslalby, ze jest chora. Szaleje, tanczy, spiewa, sprzecza sie oraz pyskuje, czyli jak zwykle. :D
Niestety, Bi pokaszlala troche paniom w przedszkolu, a te wyslaly ja do pielegniarki szkolnej, ktora z kolei zadzwonila do mnie, ze dziecko co prawda goraczki nie ma, ale kaszle i wyraznie zle sie czuje. I czy jest mozliwosc, zeby ktos odebral ja wczesniej. Chcac nie chcac, urwalam sie z pracy i pojechalam po corke. No i co? Dziecko zywe, wesole, gdzie ono sie zle czuje, pytam?! W tej chwili walcze z nia, zeby chociaz przez chwilke polezala spokojnie pod kocykiem. Tiaaa...
A, pojechalam tez dla swietego spokoju do lekarza, bo panie powiedzialy, ze odeslaly juz kilkoro dzieci do domu z goraczka. Pomyslalam, ze moze cos bardziej wrednego krazy w przedszkolu, a skoro juz i tak wzielam pol dnia wolnego, niech nasza pediatra Bi obejrzy. Tak dla spokojnosci sumienia. Jak przypuszczalam, stwierdzone zostalo zwykle przeziebienie i tyle. Jacy oni sa w tym przedszkolu przewrazliwieni! Na kazdym punkcie! :/
W kazdym razie prosze o kciuki, zeby to dziadostwo nie rozwinelo sie w nic powazniejszego! Mile widziane bylyby chociaz pare tygodni kiedy NIKT w naszym domu by nie kichal i nie kaszlal... Narazie nie tylko przeziebienia kraza w najlepsze, ale w dodatku grupowe, bo zawsze chyrkamy i prychamy przynajmniej dwojkami. ;)
Ale wracajac do tytulu.
Od razu rozwieje watpliwosci: tak mowa o moich Potworkach! :)
No, moze z ta dzicza troche przesadzilam. Mamy co prawda dom z ogrodem, ale mieszkamy na typowych, amerykanskich przedmiesciach. Czyli jestesmy jedna dzialeczka w morzu, czy nawet oceanie domkow jednorodzinnych, przylegajacych gdzieniegdzie do centrum jednego miasteczka czy drugiego. Czasem to "centrum" to jedna ulica. Nasze miasteczko w ogole powinno byc nazywane wioska, bo glowna ulica to kilka kafejek, jakies biuro nieruchomosci, piekarnia, prywatna szkola. Potem dlugo, dluuugo nic (a raczej pole golfowe, "country club, biblioteka, urzad "miasta", liceum, znajdzie sie nawet stacja benzynowa), a nastepnie dojezdza sie do malutenkiego centrum handlowego, gdzie mamy niewielki supermarket, restauracje, gabinet dentystyczny oraz fryzjera. Ot i cale "centrum" naszej wioski. Nawet McDonald'a nie ma! :D My jednak mieszkamy na jego obrzezach i blizej mamy do sklepow i urzedow w wiekszych miasteczkach (bo miastami tego nazwac sie nie da). Nie mieszkamy wiec na jakims wielkim zadupiu...
Chociaz pamietacie, ze rok temu mielismy niedzwiedzia pod domem? A wczoraj rano M. pogonil spod domu kojota!
Pomyslalby ktos, ze mieszkamy gdzies w wielkim lesie! :D Znaczy sie lasy sa, ale tylko z jednej strony, wlasnie od strony "centrum" naszej wioski. Poza tym, z trzech pozostalych stron, wszystko jest zabudowane i zagospodarowane. Mamy w poblizu w pierony sklepow, pubow, restauracji, galerii handlowych, itd. Tylko, ze... No, M. i ja ich nie znosimy! Zakupy spozywcze, no coz, trzeba zrobic, w koncu bez jedzenia czlowiek nie przezyje... Ale wszystkie inne, to juz kara. Od czasu do czasu zamowimy jakies zarelko na wynos. Ale centra handlowe omijamy szerokim lukiem. I uwazamy, ze nie sa to miejsca rozrywki dla dzieci.
Wobec powyzszego, Potworki w galerii handlowej byly jakies 2 lata temu i to tylko dlatego, ze znajduje sie tam najblizszy serwis naszej sieci komorkowej. A serwis ma osobne wejscie, wiec tak naprawde i tak do galerii nie wchodzilismy. :)
Tymczasem w sobote pogoda pokrzyzowala nam wszelkie plany spedzenia czasu na swiezym powietrzu. Dodatkowo M. chcial sie rozejrzec za nieprzemakalnymi butami na zime i z jakiegos powodu za cel obral sobie pewien sklep z akcesoriami mysliwsko - rybacko - kempingowymi. Sklep ma ogromna wystawe zwierzat (wypchanych oraz manekinow) oraz akwarium w tunelu. Maz moj wpadl na pomysl, ze Potworom moze sie tam spodobac. Pojechalismy wiec wszyscy.
Haha, powinnam zrobic zdjecie miny Potworkow, kiedy weszlismy do srodka! Sklep byl ogromny, dwupietrowy, a na jego srodku zbudowana ogromna gora, obstawiona wypchanymi zwierzakami. Przez srodek "gory" przebiegal tunel z akwariami, a na drugim pietrze byla nawet wystawa poswiecona safari, z egzotycznymi (szkoda, ze sztucznymi) zwierzetami w skali 1:1. Wszystko to robilo wrazenie! Ale czy na Potworkach?
Okazuje sie, ze nie! :) Najpierw dopadly czesc sklepu z autami oraz quadami. Tu nie ma sie co dziwic, bo Nik to urodzony facet i milosnik motoryzacji.
Najwieksza atrakcja okazaly sie jednak...
Winda oraz ruchome schody! :D
Najpierw, nie przeczuwajac pulapki, po prostu wjechalismy schodami na drugie pietro. Potem zjechalismy na dol. Po czym probowalismy wyciagnac Potwory ze sklepu, ale Bi dojrzala windy. Oczy zrobily sie jej okragle jak spodki i zaczela blagac, zeby przejechac sie w tym "pokoju"! ;) Troche rozbawieni, zgodzilismy sie. I tu byl blad. Bo na jednym razie sie nie skonczylo. W sumie zjechalismy na dol i ponownie wjechalismy na gore chyba z 6 razy! Kiedy w koncu odciagnelismy Bi od wind, dojrzala znow ruchome schody! Tutaj po dwoch razach wymieklam i oswiadczylam, ze ja zostaje na dole! Na szczescie M. nie mial dosc i pojezdzil jeszcze z dziecmi w gore i na dol. :D
Jakbyscie wiec szukaly rozrywki dla dzieci na deszczowy dzien, polecam galerie handlowe! Zabawa przednia i to za darmoche! :D
piątek, 2 października 2015
Bon ton dla malych i mniejszych...
A czasem i tych duzo wiekszych!
Z tym ostatnim, to tak mnie naszlo, bowiem poklocilam sie z mezem rano. A raczej on na mnie naskoczyl o cos, co dla mnie bylo blachostka. Tak mnie zaskoczyl, ze zaczelam sie tlumaczyc jak niegrzeczna dziewczynka. Dopiero pozniej naszla mnie refleksja, ze trzeba bylo tupnac noga i odpyskowac. Coz, za pozno... Zreszta, wtedy zapewne skonczylo by sie na kilku bardzo cichych dniach, a tak mamy atmosfere pozornie poprawna. Pozornie, bo we mnie zlosc nadal buzuje, jeszcze mi nie przeszlo. Jestem zla na siebie, ze nie wrzasnelam mu, zeby sie odpieprzyl (chociaz przy dzieciach to malo poprawne) i jestem zla na niego, ze w ogole ma czelnosc zwracac mi uwage... :/
Kuzwa! Dwa dni pod rzad wraca z pracy o 19! Po czym, po przegryzieniu czegos, kladzie sie na wieczorna drzemke! Wstaje laskawie na czas mycia zebow Potworom i to tylko dlatego, ze wskakuja mu na plecy i domagaja sie jego uczestnictwa. I cale szczescie, bo cierpliwosc matki jest juz wtedy zazwyczaj tak napieta, ze mycie uzebienia mogloby sie zakonczyc morderstwem za pomoca szczoteczki... Rano M. wyjezdza do pracy o 6:30, kiedy Potwory lataja po domu w pizamach, a ja koncze malowac oczy. A za najpozniej pol godziny chcialabym znalezc sie u opiekunki, zeby odstawic Nika. I nie powiem, akurat rano M. sporo mi pomaga, bo i zrobi dzieciom poranne kakao i ugotuje Kokusiowi kasze manne i zaladuje mi do auta wszystkie plecaki, torby z jedzieniem i inne pierdoly. Tyle, ze wiecie, to facet. Rano umyje zeby, posmaruje sie pod pachami dezodorantem i jest gotow do wyjscia. Ja - kobieta, potrzebuje jednak sporo wiecej zabiegow pielegnacyjnych... Gdyby tak chociaz przebral Potwora Mlodszego, bylabym mu dozgonnie wdzieczna. Ale nie...
Latam wiec z wywieszonym ozorem, probujac zagonic dzieci do ubran. Zakladam synowi ubrania, przypominajac Bi, zeby nakladala swoja garderobe zamiast tarzac sie po lozku. Czesze Bi wlosy, sluchajac jej wrzaskow (nawet jesli wlosy wcale nie sa poplatane), jednoczesnie krzyczac do Nika, zeby wracal z gumkami, ktore zdazyl juz zwinac. Potem w biegu wciskam Nikowi na nogi adidasy, jednoczesnie poganiajac Bi, zeby zakladala swoje zamiast tarmosic psa. Nastepnie poganiam Potwory do samochodu, przypominajac, zeby nie wlazili w kaluze i zeby szybciej (do cholery!) gramolili sie na foteliki (bo przeciez musza sami, sami, sami...).
Odbieram dzieciaki po pracy i znow to samo. Nik ucieka dla zabawy u opiekunki, nastepnie wierzga zasmiewajac sie, zeby tym trudniej bylo mi wcisnac mu buty. Bi siada na szkolnym korytarzu i mozolnie sklada rysunki i pakuje je do plecaka. Nik musi million razy zjechac z przedszkolnej zjezdzalni. Potem obydwoje urzadzaja wrzask, ze chca jechac po lizaka. A wszystko to okraszone jest ciaglymi krzykami, klotniami, marudzeniem i jeczeniem. Dokuczaniem sobie nawzajem, wyrywaniem zabawek i pokazywaniem sobie jezyka. I wyciem, bo on/ ona jezyk mi pokazal(a)! Kiedy w koncu docieram do domu czuje sie jak po maratonie. Nawet kiedy proponuje na chwile bajke, zeby w spokoju sie rozpakowac, nastepuje awantura o to ktora mam wlaczyc, bo ostatnio cos im sie gusta podzielily...
I kiedy tak slucham wrzaskow i niekonczacego sie marudzenia caly wieczor, potem druga noc pod rzad niedosypiam, bo najpierw Nik nie spi 2 godz. z powodu kaszlu, nastepnej nocy Bi urzadza pobudke bo zasikuje lozko, a jeszcze nastepnego ranka syn moj od rana ryczy i smarka o "malowanie" (nie, nie chce malowac, chodzilo mu o konkretna kolorowanke, ale zajelo mi 1.5 dnia zeby odgadnac o co ta histeria), na dodatek jestem przed samiutkim okresem, to kuzwa, mam prawo w koncu nie wytrzymac i warknac na syna, zeby sie wreszcie ode mnie odczepil! I nie potrzebuje malzonka, ktory z kolei podnosi glos na mnie, bo jestem matka, chcialam dzieci i zebym sie na nie nie darla! Tatus idealny sie znalazl, taka jego mac!!! :/ Ku*wa, jestem tez czlowiekiem i moja wytrzymalosc tez sie konczy. M. sie wymadrza, ale sam traci cierpliwosc srednio raz dziennie! A Potwory jemu niemal nigdy doopy nie zawracaja! I nie on sie z nimi uzera od samego ranka, po sam wieczor z przerwa na prace! Nie jemu uwieszaja sie nogi, reki, czy innej wystajacej czesci ciala...
Nie da sie tez ukryc, ze syn mi sie popsul... :/ Nie to, ze ostatnio, bo stopniowa zmiane na gorsze i gorsze obserwuje od wielu miesiecy... Juti kiedys pisala, ze jej dzieci sa problematyczne w drugim roku zycia. Moich dotyczy to samo, ale w roku trzecim. Pamietam swoje czeste odgrazanie sie na blogu, ze wysle Bi na dluuugie wakacje do dziadkow w Polsce, kiedy byla w podobnym do Nika wieku. Teraz przechodze to samo z nim. Nie pomaga, ze od ponad miesiaca nie mozemy pozbyc sie nawracajacego przeziebienia i ze z czterech 5-tek, jedna nadal nie ma zamiaru sie "wykluc". Tyle, ze nikowe zachowanie pogorszylo sie juz duzo wczesniej i zwalanie na zeby i chorobe nie ma sensu. Musze spojrzec prawdzie w oczy. Przechodzimy bunt 3-latka (tak, wierze, ze cos takiego istnieje!) i to w postaci ekstremalnej. A oslawiony bunt 2-latka to przy tym pikus! Mamy ryki i histerie srednio co pol godziny (nie przesadzam, choc chcialabym)! Tupanie nogami, rzucanie sie na ziemie, proby bicia (to zazwyczaj siostry). O co? O wszystko!
- bo pociag w ksiazece jest pobazgrany (sam go pomazal flamastrem)!
- bo papierek od Mamby jest lekko odchylony (zaczelam go otwierac)
- bo kamizelka jest zapieta pod szyje!
- bo mama nie pozwolila taszczyc do przedszkola gigantycznej ciezarowki!
- bo on chce lizaka!
- bo lizak go kluje (kawalek byl odkruszony)!
- bo on nie chce ogladac Stacyjkowa (ogladal swoja ulubiona kreskowke pol godziny, teraz kolej Bi wybierac)
- bo on tez chce malowac farbami!
- bo to mama ma mu cos namalowac!
- bo swiatlo go razi (rano zapalamy tylko malenkie swiatelko nad kuchenka, ale jak widac i to jest za duzo)!
- bo on chce niebieski kubek!
- a nie, jednak zloty!
- bo kakao jest za gorace (chociaz wcale nie jest)!
- bo Bi ruszyla "jego" klocki!
- bo odgoniona od klockow, Bi zaczela sie bawic jego narzedziami!
- bo odgoniona od narzedzi, Bi zlapala z kolei za traktor (swoja droga ona naprawde wie, jak skutecznie wytracic Nika z rownowagi)!
- bo nie pasuje mu kurtka!
- bo to on chcial otworzyc zamek w drzwiach!
- bo Bi pierwsza dobiegla do auta!
Powyzsze to tylko przyklady zapamietane z wczorajszego wieczora oraz dzisiejszego ranka, ale wierzcie mi, tego jest wiecej. Moj mozg litosciwie wyrzuca czesc akcji z pamieci, zostaje tylko poczucie psychicznego wyczerpania i dzwonienie w uszach od decybeli. Czy ktos jeszcze sie dziwi, ze nerwy mi wysiadaja? A potem maz mi serwuje wyklad, zebym na dzieci nie krzyczala. Ku*wa...
Mlodsze dziecko ma wiec swoje behawioralne wyzwania, ale starsze tez nie zostaje daleko w tyle... We wtorek, odbierajac Bi z przedszkola dostalam do podpisania tzw. "incident report". Okazuje sie, ze corka moja urzadzila kolejna awanture. Tym razem o ulubione krzeselko w sali. W skrocie, wszystkie dzieci mialy usiasc do jakiegos grupowego zajecia, a Bi odmowila zejscia z krzesla. Panie probowaly ja przekonac, ale w koncu postanowily wyniesc krzeselko z sali. Na to podobno Bi rzucila sie do wyjscia (za krzeselkiem), po czym zaczela bic (!) przytrzymujaca ja pania... To ostatnie zdziwilo mnie najbardziej, bo Bi owszem, probuje czasem wtluc bratu, ale mnie czy M. nie tlukla piastkami odkad skonczyla jakies 2 lata... Wiem, ze moja corcia chodzi do przedszkola zaledwie miesiac. Musi sie przystosowac do obcego miejsca, obcych zasad, obcych pan, obcych dzieci i obcego jezyka. To duzo dla 4-latka! Takie zachowania to po prostu stres oraz emocje, ktore musza miec gdzies ujscie. Nie mniej jest mi za moje dziecko zwyczajnie wstyd. Szczegolnie, ze to juz druga taka "akcja" w ciagu mniej niz 2 tygodni...
Poki co, odbylismy z Bi powazna rozmowe, gdzie szczegolnie podkreslilismy, ze bicie pan lub innych dzieci (chociaz z tym nie ma problemu) jest niedopuszczalne. Chyba przyjela do wiadomosci. Mysle, ze ataki zlosci beda jej sie przydarzac, bo bez nich to nie bylaby moja Bi (:D), ale mam nadzieje, ze proby bicia pan juz sie nie powtorza. Pozyjemy, zobaczymy
Ogolnie, mysle, ze z pisemnym raportem panie grubo przesadzily, bo ostatecznie nic takiego sie nie stalo, ale zaalarmowalo mnie to. Podejrzewam, ze moga przygotowywac dokumentacje uzasadniajaca wydalenie klopotliwego ucznia. Moze to moja wyobraznia, sama nie wiem, ale cos moze byc na rzeczy... Bi "wykazala sie", w negatywnym tego slowa znaczeniu, juz drugi raz w ciagu krotkiego okresu. Mozliwe, ze spodziewaja sie, ze takie zachowanie bedzie norma. Wiem, ze jesli chodzi o wpadki "nocnikowe" sie nie patyczkuja i juz w regulaminie zastrzegaja sobie prawo usuniecia z programu dziecka, ktore ma problem z osobista toaleta. Mozliwe, ze to samo tyczy sie dzieci notorycznie wykazujacych sie niesubordynacja...
"Wesoly" mialam tydzien, bez dwoch zdan... A maz znow zostawia mnie jutro sama z Potworami na pol dnia... Czas pojsc powalic glowa w sciane.
I przygotowac zapas zatyczek do uszu...
Zycze Wam przede wszystkim CICHEGO weekendu!
Z tym ostatnim, to tak mnie naszlo, bowiem poklocilam sie z mezem rano. A raczej on na mnie naskoczyl o cos, co dla mnie bylo blachostka. Tak mnie zaskoczyl, ze zaczelam sie tlumaczyc jak niegrzeczna dziewczynka. Dopiero pozniej naszla mnie refleksja, ze trzeba bylo tupnac noga i odpyskowac. Coz, za pozno... Zreszta, wtedy zapewne skonczylo by sie na kilku bardzo cichych dniach, a tak mamy atmosfere pozornie poprawna. Pozornie, bo we mnie zlosc nadal buzuje, jeszcze mi nie przeszlo. Jestem zla na siebie, ze nie wrzasnelam mu, zeby sie odpieprzyl (chociaz przy dzieciach to malo poprawne) i jestem zla na niego, ze w ogole ma czelnosc zwracac mi uwage... :/
Kuzwa! Dwa dni pod rzad wraca z pracy o 19! Po czym, po przegryzieniu czegos, kladzie sie na wieczorna drzemke! Wstaje laskawie na czas mycia zebow Potworom i to tylko dlatego, ze wskakuja mu na plecy i domagaja sie jego uczestnictwa. I cale szczescie, bo cierpliwosc matki jest juz wtedy zazwyczaj tak napieta, ze mycie uzebienia mogloby sie zakonczyc morderstwem za pomoca szczoteczki... Rano M. wyjezdza do pracy o 6:30, kiedy Potwory lataja po domu w pizamach, a ja koncze malowac oczy. A za najpozniej pol godziny chcialabym znalezc sie u opiekunki, zeby odstawic Nika. I nie powiem, akurat rano M. sporo mi pomaga, bo i zrobi dzieciom poranne kakao i ugotuje Kokusiowi kasze manne i zaladuje mi do auta wszystkie plecaki, torby z jedzieniem i inne pierdoly. Tyle, ze wiecie, to facet. Rano umyje zeby, posmaruje sie pod pachami dezodorantem i jest gotow do wyjscia. Ja - kobieta, potrzebuje jednak sporo wiecej zabiegow pielegnacyjnych... Gdyby tak chociaz przebral Potwora Mlodszego, bylabym mu dozgonnie wdzieczna. Ale nie...
Latam wiec z wywieszonym ozorem, probujac zagonic dzieci do ubran. Zakladam synowi ubrania, przypominajac Bi, zeby nakladala swoja garderobe zamiast tarzac sie po lozku. Czesze Bi wlosy, sluchajac jej wrzaskow (nawet jesli wlosy wcale nie sa poplatane), jednoczesnie krzyczac do Nika, zeby wracal z gumkami, ktore zdazyl juz zwinac. Potem w biegu wciskam Nikowi na nogi adidasy, jednoczesnie poganiajac Bi, zeby zakladala swoje zamiast tarmosic psa. Nastepnie poganiam Potwory do samochodu, przypominajac, zeby nie wlazili w kaluze i zeby szybciej (do cholery!) gramolili sie na foteliki (bo przeciez musza sami, sami, sami...).
Odbieram dzieciaki po pracy i znow to samo. Nik ucieka dla zabawy u opiekunki, nastepnie wierzga zasmiewajac sie, zeby tym trudniej bylo mi wcisnac mu buty. Bi siada na szkolnym korytarzu i mozolnie sklada rysunki i pakuje je do plecaka. Nik musi million razy zjechac z przedszkolnej zjezdzalni. Potem obydwoje urzadzaja wrzask, ze chca jechac po lizaka. A wszystko to okraszone jest ciaglymi krzykami, klotniami, marudzeniem i jeczeniem. Dokuczaniem sobie nawzajem, wyrywaniem zabawek i pokazywaniem sobie jezyka. I wyciem, bo on/ ona jezyk mi pokazal(a)! Kiedy w koncu docieram do domu czuje sie jak po maratonie. Nawet kiedy proponuje na chwile bajke, zeby w spokoju sie rozpakowac, nastepuje awantura o to ktora mam wlaczyc, bo ostatnio cos im sie gusta podzielily...
I kiedy tak slucham wrzaskow i niekonczacego sie marudzenia caly wieczor, potem druga noc pod rzad niedosypiam, bo najpierw Nik nie spi 2 godz. z powodu kaszlu, nastepnej nocy Bi urzadza pobudke bo zasikuje lozko, a jeszcze nastepnego ranka syn moj od rana ryczy i smarka o "malowanie" (nie, nie chce malowac, chodzilo mu o konkretna kolorowanke, ale zajelo mi 1.5 dnia zeby odgadnac o co ta histeria), na dodatek jestem przed samiutkim okresem, to kuzwa, mam prawo w koncu nie wytrzymac i warknac na syna, zeby sie wreszcie ode mnie odczepil! I nie potrzebuje malzonka, ktory z kolei podnosi glos na mnie, bo jestem matka, chcialam dzieci i zebym sie na nie nie darla! Tatus idealny sie znalazl, taka jego mac!!! :/ Ku*wa, jestem tez czlowiekiem i moja wytrzymalosc tez sie konczy. M. sie wymadrza, ale sam traci cierpliwosc srednio raz dziennie! A Potwory jemu niemal nigdy doopy nie zawracaja! I nie on sie z nimi uzera od samego ranka, po sam wieczor z przerwa na prace! Nie jemu uwieszaja sie nogi, reki, czy innej wystajacej czesci ciala...
Nie da sie tez ukryc, ze syn mi sie popsul... :/ Nie to, ze ostatnio, bo stopniowa zmiane na gorsze i gorsze obserwuje od wielu miesiecy... Juti kiedys pisala, ze jej dzieci sa problematyczne w drugim roku zycia. Moich dotyczy to samo, ale w roku trzecim. Pamietam swoje czeste odgrazanie sie na blogu, ze wysle Bi na dluuugie wakacje do dziadkow w Polsce, kiedy byla w podobnym do Nika wieku. Teraz przechodze to samo z nim. Nie pomaga, ze od ponad miesiaca nie mozemy pozbyc sie nawracajacego przeziebienia i ze z czterech 5-tek, jedna nadal nie ma zamiaru sie "wykluc". Tyle, ze nikowe zachowanie pogorszylo sie juz duzo wczesniej i zwalanie na zeby i chorobe nie ma sensu. Musze spojrzec prawdzie w oczy. Przechodzimy bunt 3-latka (tak, wierze, ze cos takiego istnieje!) i to w postaci ekstremalnej. A oslawiony bunt 2-latka to przy tym pikus! Mamy ryki i histerie srednio co pol godziny (nie przesadzam, choc chcialabym)! Tupanie nogami, rzucanie sie na ziemie, proby bicia (to zazwyczaj siostry). O co? O wszystko!
- bo pociag w ksiazece jest pobazgrany (sam go pomazal flamastrem)!
- bo papierek od Mamby jest lekko odchylony (zaczelam go otwierac)
- bo kamizelka jest zapieta pod szyje!
- bo mama nie pozwolila taszczyc do przedszkola gigantycznej ciezarowki!
- bo on chce lizaka!
- bo lizak go kluje (kawalek byl odkruszony)!
- bo on nie chce ogladac Stacyjkowa (ogladal swoja ulubiona kreskowke pol godziny, teraz kolej Bi wybierac)
- bo on tez chce malowac farbami!
- bo to mama ma mu cos namalowac!
- bo swiatlo go razi (rano zapalamy tylko malenkie swiatelko nad kuchenka, ale jak widac i to jest za duzo)!
- bo on chce niebieski kubek!
- a nie, jednak zloty!
- bo kakao jest za gorace (chociaz wcale nie jest)!
- bo Bi ruszyla "jego" klocki!
- bo odgoniona od klockow, Bi zaczela sie bawic jego narzedziami!
- bo odgoniona od narzedzi, Bi zlapala z kolei za traktor (swoja droga ona naprawde wie, jak skutecznie wytracic Nika z rownowagi)!
- bo nie pasuje mu kurtka!
- bo to on chcial otworzyc zamek w drzwiach!
- bo Bi pierwsza dobiegla do auta!
Powyzsze to tylko przyklady zapamietane z wczorajszego wieczora oraz dzisiejszego ranka, ale wierzcie mi, tego jest wiecej. Moj mozg litosciwie wyrzuca czesc akcji z pamieci, zostaje tylko poczucie psychicznego wyczerpania i dzwonienie w uszach od decybeli. Czy ktos jeszcze sie dziwi, ze nerwy mi wysiadaja? A potem maz mi serwuje wyklad, zebym na dzieci nie krzyczala. Ku*wa...
Mlodsze dziecko ma wiec swoje behawioralne wyzwania, ale starsze tez nie zostaje daleko w tyle... We wtorek, odbierajac Bi z przedszkola dostalam do podpisania tzw. "incident report". Okazuje sie, ze corka moja urzadzila kolejna awanture. Tym razem o ulubione krzeselko w sali. W skrocie, wszystkie dzieci mialy usiasc do jakiegos grupowego zajecia, a Bi odmowila zejscia z krzesla. Panie probowaly ja przekonac, ale w koncu postanowily wyniesc krzeselko z sali. Na to podobno Bi rzucila sie do wyjscia (za krzeselkiem), po czym zaczela bic (!) przytrzymujaca ja pania... To ostatnie zdziwilo mnie najbardziej, bo Bi owszem, probuje czasem wtluc bratu, ale mnie czy M. nie tlukla piastkami odkad skonczyla jakies 2 lata... Wiem, ze moja corcia chodzi do przedszkola zaledwie miesiac. Musi sie przystosowac do obcego miejsca, obcych zasad, obcych pan, obcych dzieci i obcego jezyka. To duzo dla 4-latka! Takie zachowania to po prostu stres oraz emocje, ktore musza miec gdzies ujscie. Nie mniej jest mi za moje dziecko zwyczajnie wstyd. Szczegolnie, ze to juz druga taka "akcja" w ciagu mniej niz 2 tygodni...
Poki co, odbylismy z Bi powazna rozmowe, gdzie szczegolnie podkreslilismy, ze bicie pan lub innych dzieci (chociaz z tym nie ma problemu) jest niedopuszczalne. Chyba przyjela do wiadomosci. Mysle, ze ataki zlosci beda jej sie przydarzac, bo bez nich to nie bylaby moja Bi (:D), ale mam nadzieje, ze proby bicia pan juz sie nie powtorza. Pozyjemy, zobaczymy
Ogolnie, mysle, ze z pisemnym raportem panie grubo przesadzily, bo ostatecznie nic takiego sie nie stalo, ale zaalarmowalo mnie to. Podejrzewam, ze moga przygotowywac dokumentacje uzasadniajaca wydalenie klopotliwego ucznia. Moze to moja wyobraznia, sama nie wiem, ale cos moze byc na rzeczy... Bi "wykazala sie", w negatywnym tego slowa znaczeniu, juz drugi raz w ciagu krotkiego okresu. Mozliwe, ze spodziewaja sie, ze takie zachowanie bedzie norma. Wiem, ze jesli chodzi o wpadki "nocnikowe" sie nie patyczkuja i juz w regulaminie zastrzegaja sobie prawo usuniecia z programu dziecka, ktore ma problem z osobista toaleta. Mozliwe, ze to samo tyczy sie dzieci notorycznie wykazujacych sie niesubordynacja...
"Wesoly" mialam tydzien, bez dwoch zdan... A maz znow zostawia mnie jutro sama z Potworami na pol dnia... Czas pojsc powalic glowa w sciane.
I przygotowac zapas zatyczek do uszu...
Zycze Wam przede wszystkim CICHEGO weekendu!
wtorek, 29 września 2015
Dzien Kawy
Nie, ze taki ciemny i senny. To znaczy po trosze tez, ale poza tym jest dzis podobno Narodowy Dzien Kawy. Zarowno kolega z biura, jak i telefonicznie maz, uznali za niezwykle wazne zeby podzielic sie ze mna ta wiadomoscia. :) To chyba oznacza, ze zamiast moich zwyklych 4-5 kaw, powinnam dzis wyzlopac caly dzbanek. I nie spac potem w nocy. ;)
Niektore sieci z kawa podobno serwuja dzis mala czarna za darmoche, ale szczerze mowiac nie chce mi sie sprawdzac. Maz obiecal, ze w drodze do domu sie przejedzie i moze cosik skoluje. :)
Co poza tym? Pogoda wariuje. Od dwoch dni wrocilo lato. Czyli 25 stopni + 80% wilgotnosci. Sauna... Czlowiek wychodzi z budynku i od razu jest mokry. Poza tym maja dzis przejsc gwaltowne burze. To taki bardzo spozniony koniec sierpnia. :) A od jutra ma przyjsc juz jesien w pelnej krasie. Jesli mozna to "krasa" nazwac. W koncu, jesli dobrze pamietam, "krasawica" oznaczala piekna dziewczyne. My tymczasem mamy dostac tydzien deszczu, wiatru i ogolnej szarugi. Nie pamietam kiedy ostatnio widzialm w prognozach 6 dni nieprzerwanego deszczu. Deprecha gotowa! :/
Nadal sobie rodzinnie smarkamy, pokaslujemy, tudziez pochrzakujemy (zlapala mnie jakas upierdliwa chrypka). Co ciekawe, Bi ktora chodzi do przedszkola i teoretycznie ma najwieksza stycznosc z jakimis zlosliwymi wirusami, trzyma sie z nas najlepiej (odpukac!). Najgorzej maja sie zas nasi panowie. M. wzial cala dawke antybiotyku, a nadal kaszle jak gruzlik. Nik za to ciagle cierpi na upierdliwie nawracajacy sie katar i kaszel. Ile mozna, pytam sie???
Na froncie przedszkolnym bez zmian. Bi zostaje rano grzecznie i z usmiechem. Ale nadal stroni od innych dzieci. Zawsze jest gdzies z boku. Kiedy ja rano przyprowadzam, jest juz zazwyczaj dwoch chlopcow, ktorzy jedza przy stoliku sniadanie. Bi zas kombinuje tak, zeby Boze bron nie usiasc obok zadnego z nich. W najgorszym wypadku musze jej przesunac krzeselko na zupelnie inna strone, inaczej nawet nie usiadzie, zeby zjesc wlasne sniadanie... :/
Jednoczesnie, wczoraj wspomniala, ze lubi bawic sie z jedna z dziewczynek. Czyzby poczatek pierwszej, przedszkolnej przyjazni? Zartuje, raczej do tego jeszcze daleko, ale jeszcze pare dni temu Bi uparcie twierdzila, ze nie lubi zadnego z innych dzieci, wiec to jednak postep. ;)
Dostalam kartke do wypelnienia, z pozwoleniem na poslanie Bi na wycieczke przedszkolna. Pod koniec pazdziernika dzieciaki maja jechac na farme, przejechac sie wozem, poogladac zwierzatka oraz zebrac jabluszka w sadzie. Ucieszylam sie, dopoki nie doczytalam, ze rodzice proszeni sa w miare mozliwosci o towarzyszenie dzieciom (i przywiezienie ich wlasnym autem). :( No kurcze! Znow mam brac dzien wolny?! Moglabym co prawda poslac Bi sama, ale ona nie czuje sie komfortowo w nowych miejscach i sytuacjach. Poza tym moze jej byc przykro, ze inne dzieci sa z mama/tata, a ona nie. Nie mowic juz o tym, ze moze nie chciec wsiasc do autobusu i co wtedy? ;) Chyba wiec pojade. To pierwsza przedszkolna wycieczka. Na niej ocenie ilu rodzicow rzeczywiscie bedzie ze swoimi dziecmi i przy nastepnej bede juz lepiej wiedziala czy warto jechac z pociecha. :)
Inna rzecz, ktora powoduje westchnienie, to karteczka od pielegniarki przedszkolnej, z przypomnieniem, ze w przedszkolach wymagane jest, aby kazde dziecko bylo zaszczepione przeciwko grypie. :( Szczepie moje Potworki, ale akurat tej ostatniej szczepionki konsekwentnie odmawiam... Wedlug mnie jest ona zupelnie bez sensu, bo nie wiadomo jakie szczepy wirusa beda aktywne w danym roku, wiec ta szczepionka to takie strzelanie w ciemno... Ale co robic... Swoja droga to ciekawe, ze wszystkie zlobki oraz przedszkola wymagaja tego szczepienia, ale szkoly juz nie... Pocieszam sie wiec, ze Bi bedzie zaszczepiona pierwszy i ostatni raz...
Co jeszcze wartego wspomnienia? Siersciuch urzadzil nam niezbyt fajne przywitanie wczoraj rano. Mowiac krotko, przez noc zostawil 3 wielkie "niespodzianki" w kuchni i salonie... Ale M. byl wsciekly, szczegolnie, ze idac po ciemku, w jedna wdepnal! :D Tak w ogole to sam byl sobie winien. Maya ma bardzo wrazliwy zoladek, to nie jest typ psa, ktory przezyje na resztkach ze stolu. A maz moj dal jej w niedziele reszte gotowanego kurczaka z zupy (samo miesko i chrzastki). Mowilam mu, ze to glupi pomysl, ale kto by tam zony sluchal... Pretensje moze miec wiec tylko do siebie, a nie do psa. ;)
Na koniec napisze Wam jak moj syn panikuje. Wczoraj, kiedy jechalismy do opiekunki byla miejscami naprawde gesta mgla. A Nik cala droge wykrzykiwal: "Nie znajdziemy domku babci! Zgubimy sie! Nic nie widac! Mamo, wsysko widzis? Zgubimy sie! Nie znajdziemy domku babci!". I tak w kolko, mimo, ze zapewnialam, ze napewno sie NIE zgubimy. ;) Nawet kiedy pokazalam, ze wlasnie podjezdzamy pod babciny dom, on nadal upieral sie przy swoim. :)
Milego dnia! Mysle, ze jeszcze w tym tygodniu sie odezwe, ale nie jestem pewna, bo w pracy zaczyna sie coroczny kociol, zwiazany ze zblizajacym sie koncem kalendarzowego roku. Co jesien to samo... :/
Niektore sieci z kawa podobno serwuja dzis mala czarna za darmoche, ale szczerze mowiac nie chce mi sie sprawdzac. Maz obiecal, ze w drodze do domu sie przejedzie i moze cosik skoluje. :)
Co poza tym? Pogoda wariuje. Od dwoch dni wrocilo lato. Czyli 25 stopni + 80% wilgotnosci. Sauna... Czlowiek wychodzi z budynku i od razu jest mokry. Poza tym maja dzis przejsc gwaltowne burze. To taki bardzo spozniony koniec sierpnia. :) A od jutra ma przyjsc juz jesien w pelnej krasie. Jesli mozna to "krasa" nazwac. W koncu, jesli dobrze pamietam, "krasawica" oznaczala piekna dziewczyne. My tymczasem mamy dostac tydzien deszczu, wiatru i ogolnej szarugi. Nie pamietam kiedy ostatnio widzialm w prognozach 6 dni nieprzerwanego deszczu. Deprecha gotowa! :/
Nadal sobie rodzinnie smarkamy, pokaslujemy, tudziez pochrzakujemy (zlapala mnie jakas upierdliwa chrypka). Co ciekawe, Bi ktora chodzi do przedszkola i teoretycznie ma najwieksza stycznosc z jakimis zlosliwymi wirusami, trzyma sie z nas najlepiej (odpukac!). Najgorzej maja sie zas nasi panowie. M. wzial cala dawke antybiotyku, a nadal kaszle jak gruzlik. Nik za to ciagle cierpi na upierdliwie nawracajacy sie katar i kaszel. Ile mozna, pytam sie???
Na froncie przedszkolnym bez zmian. Bi zostaje rano grzecznie i z usmiechem. Ale nadal stroni od innych dzieci. Zawsze jest gdzies z boku. Kiedy ja rano przyprowadzam, jest juz zazwyczaj dwoch chlopcow, ktorzy jedza przy stoliku sniadanie. Bi zas kombinuje tak, zeby Boze bron nie usiasc obok zadnego z nich. W najgorszym wypadku musze jej przesunac krzeselko na zupelnie inna strone, inaczej nawet nie usiadzie, zeby zjesc wlasne sniadanie... :/
Jednoczesnie, wczoraj wspomniala, ze lubi bawic sie z jedna z dziewczynek. Czyzby poczatek pierwszej, przedszkolnej przyjazni? Zartuje, raczej do tego jeszcze daleko, ale jeszcze pare dni temu Bi uparcie twierdzila, ze nie lubi zadnego z innych dzieci, wiec to jednak postep. ;)
Dostalam kartke do wypelnienia, z pozwoleniem na poslanie Bi na wycieczke przedszkolna. Pod koniec pazdziernika dzieciaki maja jechac na farme, przejechac sie wozem, poogladac zwierzatka oraz zebrac jabluszka w sadzie. Ucieszylam sie, dopoki nie doczytalam, ze rodzice proszeni sa w miare mozliwosci o towarzyszenie dzieciom (i przywiezienie ich wlasnym autem). :( No kurcze! Znow mam brac dzien wolny?! Moglabym co prawda poslac Bi sama, ale ona nie czuje sie komfortowo w nowych miejscach i sytuacjach. Poza tym moze jej byc przykro, ze inne dzieci sa z mama/tata, a ona nie. Nie mowic juz o tym, ze moze nie chciec wsiasc do autobusu i co wtedy? ;) Chyba wiec pojade. To pierwsza przedszkolna wycieczka. Na niej ocenie ilu rodzicow rzeczywiscie bedzie ze swoimi dziecmi i przy nastepnej bede juz lepiej wiedziala czy warto jechac z pociecha. :)
Inna rzecz, ktora powoduje westchnienie, to karteczka od pielegniarki przedszkolnej, z przypomnieniem, ze w przedszkolach wymagane jest, aby kazde dziecko bylo zaszczepione przeciwko grypie. :( Szczepie moje Potworki, ale akurat tej ostatniej szczepionki konsekwentnie odmawiam... Wedlug mnie jest ona zupelnie bez sensu, bo nie wiadomo jakie szczepy wirusa beda aktywne w danym roku, wiec ta szczepionka to takie strzelanie w ciemno... Ale co robic... Swoja droga to ciekawe, ze wszystkie zlobki oraz przedszkola wymagaja tego szczepienia, ale szkoly juz nie... Pocieszam sie wiec, ze Bi bedzie zaszczepiona pierwszy i ostatni raz...
Co jeszcze wartego wspomnienia? Siersciuch urzadzil nam niezbyt fajne przywitanie wczoraj rano. Mowiac krotko, przez noc zostawil 3 wielkie "niespodzianki" w kuchni i salonie... Ale M. byl wsciekly, szczegolnie, ze idac po ciemku, w jedna wdepnal! :D Tak w ogole to sam byl sobie winien. Maya ma bardzo wrazliwy zoladek, to nie jest typ psa, ktory przezyje na resztkach ze stolu. A maz moj dal jej w niedziele reszte gotowanego kurczaka z zupy (samo miesko i chrzastki). Mowilam mu, ze to glupi pomysl, ale kto by tam zony sluchal... Pretensje moze miec wiec tylko do siebie, a nie do psa. ;)
Na koniec napisze Wam jak moj syn panikuje. Wczoraj, kiedy jechalismy do opiekunki byla miejscami naprawde gesta mgla. A Nik cala droge wykrzykiwal: "Nie znajdziemy domku babci! Zgubimy sie! Nic nie widac! Mamo, wsysko widzis? Zgubimy sie! Nie znajdziemy domku babci!". I tak w kolko, mimo, ze zapewnialam, ze napewno sie NIE zgubimy. ;) Nawet kiedy pokazalam, ze wlasnie podjezdzamy pod babciny dom, on nadal upieral sie przy swoim. :)
Milego dnia! Mysle, ze jeszcze w tym tygodniu sie odezwe, ale nie jestem pewna, bo w pracy zaczyna sie coroczny kociol, zwiazany ze zblizajacym sie koncem kalendarzowego roku. Co jesien to samo... :/
czwartek, 24 września 2015
O pracy, zdrowiu oraz przedszkolu. Smety. :)
Dobrze przewidzialam, ze odezwe sie najwczesniej w czwartek! :D Posta zaczelam pisac co prawda w srode, ale nie zdolalam go skonczyc. Dalszy ciag pisze dzis (czwartek), ale czy skoncze?
Witam pierwszego (poprawka - drugiego, rozpoczecie z srody :D) dnia jesieni!
Bleeee... :D
Nie lubie, no... I raczej nigdy nie polubie... Niby pogoda ladna, sloneczna, sucha, w dzien temperatura dochodzi czasem nawet do 25-26 stopni. Co z tego, jak w nocy lubudubu, spada do 8-9! Takie skoki to zmora dla naszego rodzinnego zdrowia. Nigdy nie wiadomo jak sie ubrac, bo nie jestem w stanie przewidziec gdzie znajdzie sie slupek rteci za 2-4-8 godzin. O ile Nika oraz siebie moge ubrac na "cebulke", bo ja wiadomo, opatule lub rozneglizuje sie odpowiednio, a o Mlodszego opiekunka rowniez zadba, o tyle Bi to juz zagwozdka... Rano najczesciej ubiera t-shirt, na to bluze, a na to jeszcze kamizelke. Polozenie przedszkola to bowiem wyzwanie. Znajduje sie ono z tylu szkoly, od strony sali gimnastycznej pod ktora nie wolno parkowac (a miejsca jest mnostwo :/), tamtedy bowiem dzieciaki wychodza na przyszkolne boiska. W rezultacie parking jest polozony w sporej odleglosci (bede musiala kiedys zrobic Wam zdjecie, zeby pokazac jak to wyglada). Trzeba przeciac trawnik, przejsc wzdluz sali gimnastycznej, przeciac kolejny trawnik i dopiero dochodzi sie do drzwi. Probuje sobie wmowic, ze to fajny, poranny spacerek, ale autohipnoza cos nie dziala. :D Nie dosc, ze rano spiesze sie do pracy i taka wedrowka w obie strony wcale nie jest mi na reke, to jeszcze, przez obecnosc boisk z tej strony szkoly, tworzy sie ogromny, otwarty teren. Zawsze jest tam 2-3 stopnie mniej (sprawdzalam na samochodowym termometrze), co przy 8 stopniach jest duza roznica, a dodatkowo pizdzi jak w Kieleckiem. Rano porzadnie wiec Bi opatulam, ale co z tego, skoro zaraz po wejsciu Starsza domaga sie zdjecia wszystkich dodatkowych warstw i zostaje w t-shircie. W salach natomiast nadal po poludniu puszczana jest klima, poza tym dochodzi rowniez nieszczesne, poranne wyjscie na dwor... Powtarzam Bi do znudzenia, ze ma zakladac bluze, ale w 90% przypadkow twierdzi, ze zapomniala. Prosilam panie, zeby jej przypominaly, ale czy to robia? Nie mam pojecia... Dodatkowo jest jeszcze kwestia patrzenia na inne dzieci, a musicie wiedziec, ze Amerykanie stosuja wybitnie zimny chow. Mleko podawane niemowletom rozpuszczone w zimnej wodzie, lod dodawany do picia roczniaka i nic dziwnego, ze przecietny "tubylec" chodzi w krotkich spodenkach i t-shircie kiedy na dworze jest 14 stopni... Jak wczoraj odbieralam Bi, mialam ubrane tylko spodnie oraz bluzke, a Nik byl w krotkim rekawku. Podczas "spacerku" do drzwi tak mnie owialo, iz pozalowalam, ze nie ubralam sweterka. Przedszkolaki akurat byly na placu zabaw i rzecz jasna wszytskie (lacznie z moim) mialy ubrane wylacznie t-shirty... Fakt, ze bylo to juz po poludniu, a na to - drugie wyjscie na dwor Bi sie zazwyczaj nie zalapuje. Nie ma jednak co liczyc, ze panie przypomna dzieciom o dodatkowym okryciu, kiedy samym jest im zapewne goraco... :(
Co wynika z tych nieco przydlugich dywagacji na temat temperatur? Ano to, ze nadal jestesmy podziebieni. Co troche sie poprawi (zazwyczaj w weekend), to w srodku tygodnia znow sie rypnie. Bi ma nadal slyszalnie przytkany nos, Nikowi dalej dokucza katar i kaszel, a ja we wtorek czulam sie juz praktycznie zdrowa, tylko po to, aby w srode obudzic sie z bolem gardla... Najbardziej jednak rozlozylo M. Do weekendu, kiedy ja oraz Potwory solidarnie smarkalismy, a Mlodszy dodatkowo pokaslywal, wydawalo sie, ze maz moj wyjdzie z domowej wirusowni obronna reka i skonczy sie na zatkanym nosie. Az zazdroscilam mu odpornosci. Okazuje sie jednak, ze zupelnie nieslusznie. ;) W poniedzialek tak go "wzielo", ze zaczelam sie zastanawiac czy podczas kolejnego ataku kaszlu, zwyczajnie sie nie udusi... We wtorek kaszlal juz tak paskudnie, ze namawialam go na wizyte u lekarza, bo jak dla mnie to juz brzmialo na zapalenie pluc, tym bardziej, ze M. twierdzil, ze ciezko mu sie oddycha. Myslicie, ze poszedl?! Tiaaaa... Przypomnial sobie za to o antybiotyku, w ktory zaopatrzyla go mamusia podczas ostatniej wizyty. Nie zebym miala cos przeciwko antybiotykom. Wrecz przeciwnie, uwazam, ze sa jednym z najwspanialszych wynalazkow ludzkosci i uratowaly oraz nadal ratuja zycie milionom ludzi na swiecie. Ale takiej zabawy w lekarza bardzo nie lubie! Wiadomo, ze zaden anybiotyk nie pozostaje bez echa dla organizmu. Ten w dodatku musi byc mocny, bo cala dawka to 5 tabletek po jednej dziennie... M. unika jednak lekarzy jak dzumy, a koronnym argumentem przeciwko przejechaniu sie do kliniki bylo "Nie, bo znow wysla mnie na przeswietlenie klatki piersiowej, jak ostatnim razem...". Rece opadaja. Czy to zle, ze lekarz nie mogac nic znalezc "na sluch", wysyla pacjenta na rentgen? Tym bardziej, ze w przypadku M. przeswietlenie pokazalo juz zmiany na oskrzelach... Ale gadaj tu z chlopem... :/
OK. Pozrzedzilam, teraz moge klepac w klawiature dalej. :) Tak jak pisalam ostatnio, mialam koszmarne dwa dni w pracy. No, moze koszmarne to nieodpowiednie slowo, ale w kazdym razie bardzo meczace. :) W poniedzialek 5 raportow do sprawdzenia (krotkich, bo krotkich, ale az piec...), a wczoraj audyt... Poszedl zreszta bardzo dobrze. Klient nie znalazl zbyt wielu rzeczy do poprawek, a sam audytor byl sympatyczny, wiec tym przyjemniej sie z nim wspolpracowalo. Mimo wszystko jednak taka kontrola jest bardzo stresujaca, a do tego mialam buty na obcasie, ktore ubieram tylko od wielkiego dzwonu (czyt. audytu), zrobil mi sie odcisk i widze, ze przyplace dobry wynik kontroli tygodniowym kustykaniem. :/ Dzis (wczoraj - znow czesc "srodowa" :D) "odpoczywam" w domu, bo przedszkole znow zamkniete z okazji zydowskiego swieta. Szef proponowal, zebym wziela jakies papiery do domu i w ten sposob oszczedzila dzien urlopu, ale po pierwszych dwoch dniach tygodnia, czulam sie tak psychicznie wypruta, ze uczciwie powiedzialam, ze wole myc okna w domu. :D Czego i tak nie zrobilam, bo wykorzystalam dzien wolny na odnowienie prawa jazdy oraz pogadaniu na skype z, o zgrozo! mamusia. :) Poza tym moje starsze dziecko, spragnione niepodzielnej, maminej uwagi, wyciagalo coraz to nowe gry i nie mialam sumienia jej odmawiac. A jak w koncu usnela na drzemke, po wyszorowaniu basenu (tak, nadal stal w kacie ogrodu :D), stwierdzilam, ze wole zaczac pisac posta niz szorowac szyby. ;)
A co ciekawego na froncie przedszkolnym? Hmmm... Po moim pochwaleniu dziecka w piatek rano (a nie pisalam, ze na lamach bloga lepiej sie niczym nie chwalic?!), po poludniu tego samego dnia otrzymalam telefon z dosc jasna sugestia, zebym odebrala Bi wczesniej... Okazalo sie, ze poznym rankiem panie rozdawaly dzieciom naklejki. Bi dostala zolta i bardzo dobitnie (oraz glosno), przy okazji tupiac nogami, zazadala rozowej... :D Panie odmowily tlumaczac, ze nie zawsze dostaje sie to, czego sie chce, ale nauka poszla w las, za to od tamtej pory zachowanie Bi bylo podobno potworne. Nie jadla, co chwila wybuchala placzem, z drzemki obudzila sie wyjac i w koncu panie skapitulowaly i zadzwonily do mnie. Daly mi nawet delikwentke do telefonu, o ona wychlipala, ze chce jej sie spac... Pod koniec tygodnia Bi znow pogorszyl sie katar, wiec z wizja poczatku powazniejszej choroby jako przyczyny takiego zachowania, obiecalam przyjechac po corke wczesniej... No coz... Przywitalo mnie usmiechniete dziecko, bez cienia goraczki i ogolnie nie wygladajace na chore z zadnej strony... :/
Tego samego wieczora probowalam Bi nieco mitygowac i porozmawiac o jej zachowaniu, ale uzyskalam tylko tyle, ze corka moja oznajmila, ze nie lubi przedszkola, nie lubi pan i wiecej tam nie pojdzie... Oj... :(
Odpuszcze sobie moje zdanie na temat przedszkolnych pan (ktorych jest cala grupa, a nie 1-2), zreszta pedagogow z wieloletnim doswiadczeniem. Pracuja z 3-4 latkami, wiec nie powiedza mi chyba, ze nigdy nie widzialy dzieciecego ataku zlosci?! Co innego kiedy dziecko jest wyraznie chore. Ale wzywac rodzica, bo jego potomek urzadza histerie?! To juz lekkie przegiecie. Moim skromnym zdaniem, oczywiscie... :/
Poki jednak co, w poniedzialek, wtorek oraz dzis, Bi zostala grzecznie i z usmiechem. Nie otrzymalam tez wiecej telefonow ze skargami na jej zachowanie (poki co). ;)
W poniedzialek zaliczylam spotkanie organizacyjne w przedszkolu. Nie bardzo mialam ochote isc, bo rozpoczynalo sie o 18, a po calym dniu pracy (i wiedzac, ze nastepny bedzie jeszcze ciezszy) marzylam tylko o tym, zeby klapnac na kanapie i obejrzec z dzieciakami jakas odmozdzajaca bajke... Ale ze wpisalam sie na liste obecnosci juz kilka tygodni wczesniej, wiec pojechalam... Odsapnelam przynajmniej od wrzaskow dzieciarni, ktora ostatnio kloci sie na potege... :/ Glownym tematem spotkania okazaly sie metody edukacyjne stosowane w przedszkolu. Co mysle o edukowaniu 3-4 latkow napisze w innym poscie (juz mam w roboczych zaczety na temat hamerykanckiego przedszkola), tutaj wspomne tylko, ze po chwili juz mialam ciarki od sluchania na temat rozwoju slownictwa i znajomosci literek... Jako jedyna spytalam ile ruchu dzieci maja zapewnione dziennie. Z tego co bowiem pani prowadzaca mowila, moje dziecko calymi dniami siedzi przy stoliczku i cwiczy pisanie swojego imienia. Tudziez slucha jak pani czyta ksiazeczke. To ostatnie Bi uwielbia, ale na Boga! To sa male dzieci, one maja przede wszystkim biegac, skakac i bawic sie w najlepsze!
Tak jak jednak wspomnialam, o moich obserwacjach po pierwszym miesiacu przedszkola, rozpisze sie innym razem. Oprocz wysluchania swojej porcji edukacyjnego belkotu (przepraszam wszystkie nauczycielki, ale o postepach Bi w nauce wole posluchac najwczesniej za jakies 2 lata...), zostalam momencik dluzej, zeby zapytac wychowawczynie jak Starsza radzi sobie w grupie. Godziny jej pracy sa bowiem takie, ze zawsze sie z nia mijam, nie mam szans "zaczepic" jej odprowadzajac czy odbierajac dziecko. Niepokoi mnie zas, ze za kazdym razem kiedy przychodze po Bi, ona bawi sie, ale sama i na uboczu. Martwi mnie, ze nie integruje sie z reszta dzieciakow. Niestety, pani tylko potwierdzila moje obawy. Po 3 tygodniach w przedszkolu, Bi zrobila postep na tyle, ze pozwala innym dzieciom bawic sie w tym samym miejscu co ona. Wczesniej natychmiast odchodzila... Zabolalo mnie to, nie powiem. Wolalabym uslyszec inna odpowiedz: ze moje dziecko garnie sie do innych maluchow i chetnie bawi sie w grupie. Ale czy jestem bardzo zaskoczona? Nie jestem. Nie, poniewaz takie same zachowanie Bi obserwuje na placu zabaw... Pozostaje mi miec nadzieje, ze z czasem otworzy sie na kolegow i kolezanki z grupy. W koncu chodzi do przedszkola dopiero 3 tygodnie, a angielski nadal zapewne sprawia jej trudnosc. Nigdy raczej nie bedzie dusza towarzystwa, to nie ten typ. Ale chcialabym, zeby potrafila nawiazac blizsze relacje z rowiesnikami...
Jesli zas o nauce angielskiego mowa, to kilka dni temu przezylam szok. Nik sciagnal z polki dawno zapomniana ksiazeczke dla maluszkow. Same obrazki z podpisami, zero jakiejs tresci. Uparl sie jednak, zeby ja "czytac", wiec zaczelam pokazywac polcem przedmioty na obrazkach i prosilam, zeby je nazywal. Po chwili przylaczyla sie Bi i tu wlasnie nastapil matczyny szok. Na kazdej stronie jest okolo 20 obrazkow. Z tej dwudziestki, Starsza moze 2-3 nazwala po polsku. Cala reszte okreslila po angielsku i to z piekna wymowa, o ktora bym jej nie posadzila. Pytanie tylko czy podlapala je wszystkie w ciagu zaledwie 3 tygodni w przedszkolu? Mysle, ze nie, w koncu ja tez czytam Potworkom angielskie ksiazeczki. Przedszkole chyba tylko otworzylo bardziej angielska "zakladke" w glowce Bi. ;)
Jeszcze jedno spostrzezenie. Mimo, ze zupelnie nie jestem fanka nauczania przedszkolakow liter, okazuje sie jednak, ze Bi cos tam jednak z tego zapamietuje. Raptem wczoraj miala miejsce taka oto sytuacja:
Potwory maja stare niekapki z roznymi rysunkami oraz literkami. Miedzy innymi widnieje tam literka "B". Dotychczas Bi nie zwracala na nie uwagi, ale dzis rano przygladala sie uwaznie i w koncu zawolala zdziwiona:
"Mamo, popatrz, tu jest napisane ("czyta") Biiiaaannnkaaa...". (na kubku widnieje tylko literka, zeby nie bylo watpliwosci :D)
Matka: "Aaa, rzeczywiscie, B jak Bianka." :)
Bi to jedno, w koncu w przedszkolu "tluka" jej te nieszczesne literki do glowy... Na to jednak wtracil sie Nik, pokazujac na swoim kubku litere "A", widniejaca nieszczesliwie obok rysunku slonia.
"Mamo, a tutaj jest ej! O, a tu elephant! Bo to jest A jak alephant!"
:D
Przez jakis czas chyba nie bede mogla raczyc Was zdjeciami Potworkow na blogu. :( Moj laptok odmowil posluszenstwa, w pracy mamy blokady i nie moge nic wgrywac, a stacjonarnego w domu mamy Mac'a i co do tego sprzetu poddalam sie kompletnie. Az wstyd bo mamy go juz jakies 3 lata, a ja nadal nie obcykalam jak sie na niego wgrywa foty z telefonu... :( Obiecuje jednak, ze kiedy laptop znow bedzie dzialal jak trzeba, nadrobie! :)
Juz tradycyjnie, watpie zebym odezwala sie jutro, wiec zycze wszystkim zloto-jesiennego weekendu! :)
Witam pierwszego (poprawka - drugiego, rozpoczecie z srody :D) dnia jesieni!
Bleeee... :D
Nie lubie, no... I raczej nigdy nie polubie... Niby pogoda ladna, sloneczna, sucha, w dzien temperatura dochodzi czasem nawet do 25-26 stopni. Co z tego, jak w nocy lubudubu, spada do 8-9! Takie skoki to zmora dla naszego rodzinnego zdrowia. Nigdy nie wiadomo jak sie ubrac, bo nie jestem w stanie przewidziec gdzie znajdzie sie slupek rteci za 2-4-8 godzin. O ile Nika oraz siebie moge ubrac na "cebulke", bo ja wiadomo, opatule lub rozneglizuje sie odpowiednio, a o Mlodszego opiekunka rowniez zadba, o tyle Bi to juz zagwozdka... Rano najczesciej ubiera t-shirt, na to bluze, a na to jeszcze kamizelke. Polozenie przedszkola to bowiem wyzwanie. Znajduje sie ono z tylu szkoly, od strony sali gimnastycznej pod ktora nie wolno parkowac (a miejsca jest mnostwo :/), tamtedy bowiem dzieciaki wychodza na przyszkolne boiska. W rezultacie parking jest polozony w sporej odleglosci (bede musiala kiedys zrobic Wam zdjecie, zeby pokazac jak to wyglada). Trzeba przeciac trawnik, przejsc wzdluz sali gimnastycznej, przeciac kolejny trawnik i dopiero dochodzi sie do drzwi. Probuje sobie wmowic, ze to fajny, poranny spacerek, ale autohipnoza cos nie dziala. :D Nie dosc, ze rano spiesze sie do pracy i taka wedrowka w obie strony wcale nie jest mi na reke, to jeszcze, przez obecnosc boisk z tej strony szkoly, tworzy sie ogromny, otwarty teren. Zawsze jest tam 2-3 stopnie mniej (sprawdzalam na samochodowym termometrze), co przy 8 stopniach jest duza roznica, a dodatkowo pizdzi jak w Kieleckiem. Rano porzadnie wiec Bi opatulam, ale co z tego, skoro zaraz po wejsciu Starsza domaga sie zdjecia wszystkich dodatkowych warstw i zostaje w t-shircie. W salach natomiast nadal po poludniu puszczana jest klima, poza tym dochodzi rowniez nieszczesne, poranne wyjscie na dwor... Powtarzam Bi do znudzenia, ze ma zakladac bluze, ale w 90% przypadkow twierdzi, ze zapomniala. Prosilam panie, zeby jej przypominaly, ale czy to robia? Nie mam pojecia... Dodatkowo jest jeszcze kwestia patrzenia na inne dzieci, a musicie wiedziec, ze Amerykanie stosuja wybitnie zimny chow. Mleko podawane niemowletom rozpuszczone w zimnej wodzie, lod dodawany do picia roczniaka i nic dziwnego, ze przecietny "tubylec" chodzi w krotkich spodenkach i t-shircie kiedy na dworze jest 14 stopni... Jak wczoraj odbieralam Bi, mialam ubrane tylko spodnie oraz bluzke, a Nik byl w krotkim rekawku. Podczas "spacerku" do drzwi tak mnie owialo, iz pozalowalam, ze nie ubralam sweterka. Przedszkolaki akurat byly na placu zabaw i rzecz jasna wszytskie (lacznie z moim) mialy ubrane wylacznie t-shirty... Fakt, ze bylo to juz po poludniu, a na to - drugie wyjscie na dwor Bi sie zazwyczaj nie zalapuje. Nie ma jednak co liczyc, ze panie przypomna dzieciom o dodatkowym okryciu, kiedy samym jest im zapewne goraco... :(
Co wynika z tych nieco przydlugich dywagacji na temat temperatur? Ano to, ze nadal jestesmy podziebieni. Co troche sie poprawi (zazwyczaj w weekend), to w srodku tygodnia znow sie rypnie. Bi ma nadal slyszalnie przytkany nos, Nikowi dalej dokucza katar i kaszel, a ja we wtorek czulam sie juz praktycznie zdrowa, tylko po to, aby w srode obudzic sie z bolem gardla... Najbardziej jednak rozlozylo M. Do weekendu, kiedy ja oraz Potwory solidarnie smarkalismy, a Mlodszy dodatkowo pokaslywal, wydawalo sie, ze maz moj wyjdzie z domowej wirusowni obronna reka i skonczy sie na zatkanym nosie. Az zazdroscilam mu odpornosci. Okazuje sie jednak, ze zupelnie nieslusznie. ;) W poniedzialek tak go "wzielo", ze zaczelam sie zastanawiac czy podczas kolejnego ataku kaszlu, zwyczajnie sie nie udusi... We wtorek kaszlal juz tak paskudnie, ze namawialam go na wizyte u lekarza, bo jak dla mnie to juz brzmialo na zapalenie pluc, tym bardziej, ze M. twierdzil, ze ciezko mu sie oddycha. Myslicie, ze poszedl?! Tiaaaa... Przypomnial sobie za to o antybiotyku, w ktory zaopatrzyla go mamusia podczas ostatniej wizyty. Nie zebym miala cos przeciwko antybiotykom. Wrecz przeciwnie, uwazam, ze sa jednym z najwspanialszych wynalazkow ludzkosci i uratowaly oraz nadal ratuja zycie milionom ludzi na swiecie. Ale takiej zabawy w lekarza bardzo nie lubie! Wiadomo, ze zaden anybiotyk nie pozostaje bez echa dla organizmu. Ten w dodatku musi byc mocny, bo cala dawka to 5 tabletek po jednej dziennie... M. unika jednak lekarzy jak dzumy, a koronnym argumentem przeciwko przejechaniu sie do kliniki bylo "Nie, bo znow wysla mnie na przeswietlenie klatki piersiowej, jak ostatnim razem...". Rece opadaja. Czy to zle, ze lekarz nie mogac nic znalezc "na sluch", wysyla pacjenta na rentgen? Tym bardziej, ze w przypadku M. przeswietlenie pokazalo juz zmiany na oskrzelach... Ale gadaj tu z chlopem... :/
OK. Pozrzedzilam, teraz moge klepac w klawiature dalej. :) Tak jak pisalam ostatnio, mialam koszmarne dwa dni w pracy. No, moze koszmarne to nieodpowiednie slowo, ale w kazdym razie bardzo meczace. :) W poniedzialek 5 raportow do sprawdzenia (krotkich, bo krotkich, ale az piec...), a wczoraj audyt... Poszedl zreszta bardzo dobrze. Klient nie znalazl zbyt wielu rzeczy do poprawek, a sam audytor byl sympatyczny, wiec tym przyjemniej sie z nim wspolpracowalo. Mimo wszystko jednak taka kontrola jest bardzo stresujaca, a do tego mialam buty na obcasie, ktore ubieram tylko od wielkiego dzwonu (czyt. audytu), zrobil mi sie odcisk i widze, ze przyplace dobry wynik kontroli tygodniowym kustykaniem. :/ Dzis (wczoraj - znow czesc "srodowa" :D) "odpoczywam" w domu, bo przedszkole znow zamkniete z okazji zydowskiego swieta. Szef proponowal, zebym wziela jakies papiery do domu i w ten sposob oszczedzila dzien urlopu, ale po pierwszych dwoch dniach tygodnia, czulam sie tak psychicznie wypruta, ze uczciwie powiedzialam, ze wole myc okna w domu. :D Czego i tak nie zrobilam, bo wykorzystalam dzien wolny na odnowienie prawa jazdy oraz pogadaniu na skype z, o zgrozo! mamusia. :) Poza tym moje starsze dziecko, spragnione niepodzielnej, maminej uwagi, wyciagalo coraz to nowe gry i nie mialam sumienia jej odmawiac. A jak w koncu usnela na drzemke, po wyszorowaniu basenu (tak, nadal stal w kacie ogrodu :D), stwierdzilam, ze wole zaczac pisac posta niz szorowac szyby. ;)
A co ciekawego na froncie przedszkolnym? Hmmm... Po moim pochwaleniu dziecka w piatek rano (a nie pisalam, ze na lamach bloga lepiej sie niczym nie chwalic?!), po poludniu tego samego dnia otrzymalam telefon z dosc jasna sugestia, zebym odebrala Bi wczesniej... Okazalo sie, ze poznym rankiem panie rozdawaly dzieciom naklejki. Bi dostala zolta i bardzo dobitnie (oraz glosno), przy okazji tupiac nogami, zazadala rozowej... :D Panie odmowily tlumaczac, ze nie zawsze dostaje sie to, czego sie chce, ale nauka poszla w las, za to od tamtej pory zachowanie Bi bylo podobno potworne. Nie jadla, co chwila wybuchala placzem, z drzemki obudzila sie wyjac i w koncu panie skapitulowaly i zadzwonily do mnie. Daly mi nawet delikwentke do telefonu, o ona wychlipala, ze chce jej sie spac... Pod koniec tygodnia Bi znow pogorszyl sie katar, wiec z wizja poczatku powazniejszej choroby jako przyczyny takiego zachowania, obiecalam przyjechac po corke wczesniej... No coz... Przywitalo mnie usmiechniete dziecko, bez cienia goraczki i ogolnie nie wygladajace na chore z zadnej strony... :/
Tego samego wieczora probowalam Bi nieco mitygowac i porozmawiac o jej zachowaniu, ale uzyskalam tylko tyle, ze corka moja oznajmila, ze nie lubi przedszkola, nie lubi pan i wiecej tam nie pojdzie... Oj... :(
Odpuszcze sobie moje zdanie na temat przedszkolnych pan (ktorych jest cala grupa, a nie 1-2), zreszta pedagogow z wieloletnim doswiadczeniem. Pracuja z 3-4 latkami, wiec nie powiedza mi chyba, ze nigdy nie widzialy dzieciecego ataku zlosci?! Co innego kiedy dziecko jest wyraznie chore. Ale wzywac rodzica, bo jego potomek urzadza histerie?! To juz lekkie przegiecie. Moim skromnym zdaniem, oczywiscie... :/
Poki jednak co, w poniedzialek, wtorek oraz dzis, Bi zostala grzecznie i z usmiechem. Nie otrzymalam tez wiecej telefonow ze skargami na jej zachowanie (poki co). ;)
W poniedzialek zaliczylam spotkanie organizacyjne w przedszkolu. Nie bardzo mialam ochote isc, bo rozpoczynalo sie o 18, a po calym dniu pracy (i wiedzac, ze nastepny bedzie jeszcze ciezszy) marzylam tylko o tym, zeby klapnac na kanapie i obejrzec z dzieciakami jakas odmozdzajaca bajke... Ale ze wpisalam sie na liste obecnosci juz kilka tygodni wczesniej, wiec pojechalam... Odsapnelam przynajmniej od wrzaskow dzieciarni, ktora ostatnio kloci sie na potege... :/ Glownym tematem spotkania okazaly sie metody edukacyjne stosowane w przedszkolu. Co mysle o edukowaniu 3-4 latkow napisze w innym poscie (juz mam w roboczych zaczety na temat hamerykanckiego przedszkola), tutaj wspomne tylko, ze po chwili juz mialam ciarki od sluchania na temat rozwoju slownictwa i znajomosci literek... Jako jedyna spytalam ile ruchu dzieci maja zapewnione dziennie. Z tego co bowiem pani prowadzaca mowila, moje dziecko calymi dniami siedzi przy stoliczku i cwiczy pisanie swojego imienia. Tudziez slucha jak pani czyta ksiazeczke. To ostatnie Bi uwielbia, ale na Boga! To sa male dzieci, one maja przede wszystkim biegac, skakac i bawic sie w najlepsze!
Tak jak jednak wspomnialam, o moich obserwacjach po pierwszym miesiacu przedszkola, rozpisze sie innym razem. Oprocz wysluchania swojej porcji edukacyjnego belkotu (przepraszam wszystkie nauczycielki, ale o postepach Bi w nauce wole posluchac najwczesniej za jakies 2 lata...), zostalam momencik dluzej, zeby zapytac wychowawczynie jak Starsza radzi sobie w grupie. Godziny jej pracy sa bowiem takie, ze zawsze sie z nia mijam, nie mam szans "zaczepic" jej odprowadzajac czy odbierajac dziecko. Niepokoi mnie zas, ze za kazdym razem kiedy przychodze po Bi, ona bawi sie, ale sama i na uboczu. Martwi mnie, ze nie integruje sie z reszta dzieciakow. Niestety, pani tylko potwierdzila moje obawy. Po 3 tygodniach w przedszkolu, Bi zrobila postep na tyle, ze pozwala innym dzieciom bawic sie w tym samym miejscu co ona. Wczesniej natychmiast odchodzila... Zabolalo mnie to, nie powiem. Wolalabym uslyszec inna odpowiedz: ze moje dziecko garnie sie do innych maluchow i chetnie bawi sie w grupie. Ale czy jestem bardzo zaskoczona? Nie jestem. Nie, poniewaz takie same zachowanie Bi obserwuje na placu zabaw... Pozostaje mi miec nadzieje, ze z czasem otworzy sie na kolegow i kolezanki z grupy. W koncu chodzi do przedszkola dopiero 3 tygodnie, a angielski nadal zapewne sprawia jej trudnosc. Nigdy raczej nie bedzie dusza towarzystwa, to nie ten typ. Ale chcialabym, zeby potrafila nawiazac blizsze relacje z rowiesnikami...
Jesli zas o nauce angielskiego mowa, to kilka dni temu przezylam szok. Nik sciagnal z polki dawno zapomniana ksiazeczke dla maluszkow. Same obrazki z podpisami, zero jakiejs tresci. Uparl sie jednak, zeby ja "czytac", wiec zaczelam pokazywac polcem przedmioty na obrazkach i prosilam, zeby je nazywal. Po chwili przylaczyla sie Bi i tu wlasnie nastapil matczyny szok. Na kazdej stronie jest okolo 20 obrazkow. Z tej dwudziestki, Starsza moze 2-3 nazwala po polsku. Cala reszte okreslila po angielsku i to z piekna wymowa, o ktora bym jej nie posadzila. Pytanie tylko czy podlapala je wszystkie w ciagu zaledwie 3 tygodni w przedszkolu? Mysle, ze nie, w koncu ja tez czytam Potworkom angielskie ksiazeczki. Przedszkole chyba tylko otworzylo bardziej angielska "zakladke" w glowce Bi. ;)
Jeszcze jedno spostrzezenie. Mimo, ze zupelnie nie jestem fanka nauczania przedszkolakow liter, okazuje sie jednak, ze Bi cos tam jednak z tego zapamietuje. Raptem wczoraj miala miejsce taka oto sytuacja:
Potwory maja stare niekapki z roznymi rysunkami oraz literkami. Miedzy innymi widnieje tam literka "B". Dotychczas Bi nie zwracala na nie uwagi, ale dzis rano przygladala sie uwaznie i w koncu zawolala zdziwiona:
"Mamo, popatrz, tu jest napisane ("czyta") Biiiaaannnkaaa...". (na kubku widnieje tylko literka, zeby nie bylo watpliwosci :D)
Matka: "Aaa, rzeczywiscie, B jak Bianka." :)
Bi to jedno, w koncu w przedszkolu "tluka" jej te nieszczesne literki do glowy... Na to jednak wtracil sie Nik, pokazujac na swoim kubku litere "A", widniejaca nieszczesliwie obok rysunku slonia.
"Mamo, a tutaj jest ej! O, a tu elephant! Bo to jest A jak alephant!"
:D
Przez jakis czas chyba nie bede mogla raczyc Was zdjeciami Potworkow na blogu. :( Moj laptok odmowil posluszenstwa, w pracy mamy blokady i nie moge nic wgrywac, a stacjonarnego w domu mamy Mac'a i co do tego sprzetu poddalam sie kompletnie. Az wstyd bo mamy go juz jakies 3 lata, a ja nadal nie obcykalam jak sie na niego wgrywa foty z telefonu... :( Obiecuje jednak, ze kiedy laptop znow bedzie dzialal jak trzeba, nadrobie! :)
Juz tradycyjnie, watpie zebym odezwala sie jutro, wiec zycze wszystkim zloto-jesiennego weekendu! :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)