W poniedzialek, 22 grudnia, wczesnym popoludniem wsiedlismy w auto i wyruszylismy w niemal 3-godzinna podroz na lotnisko. Pierwszy raz wylatywalismy z Bostonu, a nie z Nowego Jorku, wiec bylo troche stresu, bo nowe miejsce oraz trasa. Okazalo sie jednak, ze droga minela szybko i bezproblemowo, a bostonskie lotnisko jest duzo latwiejsze w ogarnieciu i bez niekonczacych sie kolejek do odprawy oraz kontroli celnej. Poszlo nam tak sprawnie, ze kiedy dotarlismy do bramki, mielismy jeszcze ponad 2 godziny do odlotu, wiec M. siedzial i pilnowal bagazu podrecznego, zas ja i Potworki walesalismy sie po terminalu.
W koncu nadszedl czas lotu, ktory minal bez wiekszych turbulencji. Niestety, mimo ze lot do Polski jest zawsze nocny, kompletnie nie moglam spac. Nie pomagalo ze zakrylam glowe kocem. Nie moglam sie za cholere ulozyc, a siedzialam miedzy Potworkami, wiec nie mialam miejsca zeby chociaz gdzies noge wyciagnac i ostatecznie nie zmruzylam oka. W dodatku, wkurzyla mnie baba przed nami. Siedziala z dwojka malych corek i do spania, wszystkie trzy rozlozyly maksymalnie fotele. Przez to, mialam ekran telewizorka doslownie przed samym nosem, co tez nie bylo komfortowe. Najglupsze jednak bylo, ze te dzieciaki byly na tyle male, ze spaly w poprzek na siedzeniach i rozlozone oparcia nie byly im do niczego potrzebne. Co gorsza, nawet kiedy obsluga pozapala swiatla i podala sniadanie, wiec smarkule przed nami juz sie obudzily, mamusia zostawila wszystkie oparcia rozlozone! Kiedy w koncu padlo ogloszenie, ze przygotowujemy sie do ladowania, w koncu je wyprostowala, a ja na to glosno westchnelam ze "no wreszcie". Baba (przez szpare miedzy fotelami) rzucila mi takie spojrzenie, jakby miala mnie ochote zabic wzrokiem. ;) Nienawidze takich ludzi majacych w doopie wszystkich naokolo. :/
Kiedy wyladowalismy w Monachium, byl juz oczywiscie wtorek. Na przesiadke mielismy niecala godzine, ale lotnisko, choc ogromne, bylo swietnie oznaczone i do bramki dotarlismy sporo przed czasem wejscia na poklad. Po wyladowaniu w Krakowie, musielismy oczywiscie przejechac podmiejskim pociagiem na dworzec i zlapac transport do Zakopanego. Ja szykowalam sie na pociag, M. stwierdzil ze autobus bedzie lepszy. Taaa... Pierwszy uciekl nam sprzed nosa, mimo ze kierowca nas doskonale widzial. Podejrzewam jednak ze byl pelny. Czekalismy pol godziny na kolejny, podjezdza, a kierowca wysiada i oznajmia ze w pierwszej kolejnosci bierze tych, ktorzy maja juz bilety! My ich oczywiscie nie mielismy, bo malzonek twierdzil, ze zawsze kupowal je u kierowcy... Kiedy szczesciarze sie wladowali, kierowca rzucil kolejnym stwierdzeniem, ze wszystkie miejsca siedzace ma zajete i moze wziac jeszcze 10 osob stojacych. Las rak. :O Tu juz odpuscilismy i pomaszerowalismy do kasy po bilety na kolejny. Na ten na szczescie sie zalapalismy, ale i tak droga byla tragiczna. Na szczescie w tym momencie bylismy juz tak wykonczeni, ze przespalismy niemal cala trase. A najpierw byl korek w Krakowie, pozniej chwile jechalo sie spokojniej, ale pod Nowym Targiem dogonilismy korek na Zakopiance. Jakby tego bylo malo, deszcz, ktory przywital nas w Krakowie, zamienil sie w snieg i im blizej Zakopanego, tym warunki robily sie tragiczniejsze. Droga powinna nam zajac okolo 2 godzin, a zajela niemal 4. :O W koncu jednak dojechalismy, z dworca odebral nas tesc, tesciowa juz czekala z kolacja, zjedlismy i padlismy do lozek.
Kolejny dzien to byla juz oczywiscie Wigilia. Bylam gotowa zeby pomoc tesciowej w ostatnich przygotowaniach, ale okazalo sie ze zostala jej tylko do usmazenia ryba, a wszystko inne miala juz gotowe. Po podrozy bylismy oczywiscie srednio przytomni, wiec przez wiekszosc dnia snulismy sie w zasadzie bez celu. Tylko Nik chcial koniecznie pojsc na sanki. Wielka laka przed blokiem tesciow, zwana Lipkami, zamienila sie w ogromna zjezdzalnie, okupowana przez tlumy dzieciakow oraz ich rodzicow, do poznego wieczora. Czesc jej jest oddzielona na osla laczke do nauki jazdy na nartach, ale ta akurat byla nieczynna przez pierwszych kilka dni. Malzonek poszedl z synem i zabrala sie z nimi Bi, choc tylko po to, zeby pochodzic. Zaraz zreszta wrocila, bo byl mroz i do tego potworny wiatr. Wieczorem oczywiscie polamalismy sie oplatkiem i zasiedlismy do wieczerzy, przy czym spotkal mnie lekki szok. U mnie w domu, Wigilia to byla uroczystosc, kazdy sie ladnie ubieral, dziewczyny malowaly i podkrecaly wlosy... Spakowalam zreszta specjalnie kiecke i kazalam Potworkom spakowac cos elegantszego. Tymczasem u M. wszyscy zasiedli do stolu w getrach, dresach i wyciagnietych koszulkach. :D
Ladniej ubrali sie dopiero do kosciola. Do ktorego zreszta tescie poszli dopiero rano. My chcielismy zaliczyc pasterke, bo wiedzielismy, ze nadal nie odespalismy podrozy i rano bedzie problem ze wstaniem. I mielismy szczescie, bo poszlismy na wczesniejsza - o 22, do malutkiego, drewnianego kosciolka, gdzie do mszy przygrywala prawdziwa (choc damska) kapela goralska! :)
I tu moglabym zakonczyc opowiesc, bowiem wlasciwie z pobytu w gorach nie skorzystalismy. Tylko jeden dzien mielismy z odwilza, a poza tym caly czas trzymal mroz i codziennie przez pare godzin padal snieg. Czasem rano, czasem pod wieczor, czasem caly dzien, ale padal. Oczywiscie zima taka pogoda to marzenie i Nik codziennie zabieral sanki na gorke.
Po kilku dniach otworzono maly wyciag orczykowy na Lipkach, wiec myslalam ze Potworki beda chcialy na narty. Niestety, M. nagadal im ze ta gorka jest niemal plaska i beda sie odpychac zamiast szusowac. No niby racja, ale tesc gdzies obcykal stok nieopodal, ktory polecila mu sasiadka, bo tam jezdza jej dzieci, w wieku zblizonym do moich. Malzonek jednak stanowczo oznajmil, ze on jezdzic nie bedzie. A tyyyle wczesniej nagadal Kokusiowi o szusowaniu z Kasprowego Wierchu. :D Tesciowie jakos specjalnie nie namawiali, a Potworki, co dziwne, tez nie dopytywaly i tak skonczyl sie plan jazdy na nartach. Byc zima w Zakopanem i nie zaliczyc ani jednego stoku... Porazka. Bylam dosc mocno rozczarowana, ale coz. Glownym celem podrozy bylo spedzenie Swiat z tesciami i na tym najbardziej zalezalo M. A skoro dzieciaki zupelnie sie nie palily, to co ja moge z tym zrobic? Nie naciskalam, bo potem slysze od malzonka, ze Potworki "zmuszam" do wszelakich aktywnosci... Tyle, ze zupelnie niepotrzebnie spakowalam narciarskie ciuchy, bo poza spodniami, ktore Nik nosil na sanki, zupelnie sie nie przydaly. Dobrze za to, ze wzielam sniegowce, bo patrzac na prognozy przed wyjazdem, mielismy watpliwosci czy sie przydadza, a zajely mnostwo miejsca w walizkach. Na szczescie spakowalam je na wszelki wypadek, bo sniegu nie brakowalo. Oczywiscie lazilismy, a to na Krupowki, a to na rynek pod Gubalowke, wiec to nie tak ze caly czas siedzielismy na tylkach, ale ze dni o tej porze roku sa duzo krotsze, a na wieczor zawsze sciskal ostry mroz, to ruchu mielismy zdecydowanie mniej niz zwykle w Starym Kraju.
Chyba 2 czy 3 razy wybralismy sie na Krupowki wieczorem, zeby popatrzec na swiatelka. Wiadomo, dekoracje robia najpiekniejsze wrazenie w ciemnosci. W dzien slynny deptak odstraszal tlumami. Serio, ludzi bylo wiecej niz latem! Na rozgrzewke czasem bralam sobie grzane wino, ale odradzam. Strasznie scina z nog. :D Glownie jednak wieczory spedzalismy u tesciow. Ich mieszkanie jest niesamowite, bo odkrecony maja tylko jeden kaloryfer, w sypialni tescia, a wszedzie bylo tak cieplo, ze chodzilismy w krotkich rekawkach. Na noc, poniewaz spalismy we czworke w jednym pokoju, musialam rozszczelniac okno, bo nie dalo sie wytrzymac. :) Przepiekny widok na Giewont niestety przez wiekszosc czasu zasloniety byl przez albo mgle, albo padajacy snieg.
I tak minelo 6 dni. Potworki dostaly kaske od dziadkow, wiec codziennie obowiazkowo ciagneli na ryneczek. Bi nakupowala sobie pierdol, ale Nik jakos nie mogl znalezc nic dla siebie. A jak juz wychodzilismy, to oczywiscie po drodze byly albo gofry, albo zakrecona frytka. Grillowanych oscypkow jakos nikt nie chcial. ;) I tylko tesciowa zalamywala rece, bo jak to ona, gotowala jak wsciekla i starala sie kazdemu dogodzic, a tymczasem Potworki wracaly z miasta pojedzone. ;)
Ani sie obejrzelismy, a przyszedl czas zeby wsiasc w Pendolino i ruszyc ku wybrzezu. Chyba nie pisalam, ale z calym tym pociagiem tez sie zrobilismy w bambuko. Pendolino zaczelo kursy z Zakopanego 17 grudnia i nie od razu mozna bylo rezerwowac bilety. Od jakiegos czasu powtarzalam M. zebysmy siedli i zamowili, na co poczatkowo machal tylko reka, ze kupimy bilety juz w Polsce. Wkurzylam sie, bo juz kiedys tak kupilismy na miejscu i ledwie zlapalismy ostatnie miejsca oraz siedzielismy osobno. A teraz mielismy szczyt sezonu swiatecznego, wiec wiedzialam, ze w Zakopanem beda tlumy, ktore beda tez sie chcialy stamtad wydostac. Malzonek jednak odsuwal i odsuwal, az w koncu w niedziele oznajmilam, ze sama to zrobie. Wtedy natychmiast oczywiscie do tego usiadl. I co??? Okazalo sie, ze mialam racje. Planowalismy jechac 30 grudnia, bo w ten sposob mielismy spedzic po 6 dni u jednej i drugiej rodziny. Tymczasem weszlam na strone PKP, a tam na ten dzien, na Pendolino, nie ma juz w ogole miejsc w II klasie, zas w I zostalo... jedno. :O No i konsternacja, bo co teraz? Patrzylismy na inne polaczenia, rozwazalismy normalny pospieszny, az w koncu z westchnieniem spojrzalam na kolejny dzien, czyli Sylwestra. Bingo! Druga klasa zajeta, ale w pierwszej miejsca jeszcze byly. Ostatecznie zostalismy wiec dzien dluzej w Zakopanem, a krocej w Trojmiescie. Malzonek zadowolony, ja mniej, ale coz. Pociag okazal sie faktycznie wypchany po brzegi, przy czym okazalo sie, ze sporo ludu (mowiacego w obcych jezykach, wiec pewnie lapiacych potem samolot) jechalo tylko do Krakowa. Czyli blokowali miejsca i potem osoby jak my, jadace niemal cala trase, nie mogly zalapac sie na wybrany dzien. :/
Pendolino podrozuje sie oczywiscie mega szybko i wygodnie, choc zastanawia mnie jedna rzecz. Kiedy ostatnio jechalismy pierwsza klasa (czyli 4 lata temu) dostalismy napoje oraz jedzenie w Gdansku i potem ponownie w Warszawie. Tym razem pociag mial kilka wiekszych postojow: w Krakowie, Warszawie, Ilawie oraz Malborku. Kazdy z nowych pasazerow dostawal poczestunek. Nas pani odhaczyla w kajeciku po wyjezdzie z Zakopanego i wiecej juz nic nie dostalismy. Czyli my - jadacy 7 godzin i na pewno placacych znacznie wiecej za bilet, dostalismy tyle samo co osoby jadace 2-3 godziny. Troche to niesprawiedliwe, ale bardzo sobie nie krzywdowalam. Tesciowa i tak zrobila nam kanapki, a po kolejna kawe poszlam do wagonu restauracyjnego. :) Podroz minela wiec dosc przyjemnie, glownie na podziwianiu zmieniajacej sie pogody. W tamtych dniach przez Polske przechodzil jakis dziwny front. Zakopane pozegnalo nas oczywiscie zima, ktora jednak w Krakowie byla ledwie zauwazalna, a zanim dojechalismy do Warszawy, wlasciwie zupelnie zniknela. Zaraz jednak po wyjezdzie ze stolicy, za oknem zaczelo ponownie robic sie bialo, a tuz przed Ilawa krajobraz zaczal wrecz straszyc. Byla sniezyca, a naokolo zaspy. Pociag mial pol godziny opoznienia z powodu warunkow atmosferycznych. Pozniej jednak nagle ilosc sniegu ponownie zmalala i w Trojmiescie bylo juz zimowo, ale do zniesienia. W Gdansku czekal szwagier, ktory sprawnie przewiozl nas do domu mojej siorki i weszlismy niemal jednoczesnie z moja kuzynka, ktora wraz z mezem przyjechala na wspolnego Sylwestra.
Impreza byla sympatyczna, choc bez wiekszego szalenstwa. Posiedzielismy, podrinkowalismy, a o polnocy zapalilismy zimne ognie.
Siostra fajerwerkow nie miala, ale wiekszosc okolicznych domow rozblysla, wiec bylo co podziwiac. Wiekszosc z nas padla okolo 2 nad ranem i tylko szwagier z mezem kuzynki siedzieli ponoc prawie do... 6! :O Nowy Rok przywitalismy wiec ciezka glowa, szczegolnie ze siostrzeniec, najmlodszy z naszej gromady, juz od 8 urzadzal biegi oraz budzenie kogo sie dalo. Glownie Kokusia oraz wujka (tego od kuzynki), ktory mial pecha bo probowal dosypiac w salonie. ;) Wiekszosc dnia przesnulismy sie leniwie, czekajac az dojedzie najmlodsza corka kuzynki, ktora spedzila Sylwestra w Gdynii, ze swoja siostra cioteczna od strony taty i po poludniu mialy obie dojechac do mojej siostry i wrocic do domu z kuzynka i jej mezem. Pojechali dosc pozno, bo po 19, a przed nimi byly dwie godziny jazdy w padajacym ponownie sniegu. Fajnie jednak, ze udalo sie z nimi spedzic praktycznie caly jeden dzien. Pozniej zostalismy juz w 9, plus moja mamuska, ktora ponownie zostala na noc, ale poszla spac juz o 20, razem z malym siostrzencem. Za to "starszaki" strasznie chcialy obejrzec final serialu Stranger Things i choc siostra miala watpliwosci czy to film dla jej 11-latki, w koncu ulegla, cala banda wiec radosnie zasiadla na kanapie. I ponoc nikt nie mial pozniej koszmarow. ;)
Reszta pobytu w Trojmiescie niestety wygladala podobnie jak w Zakopanem, czyli wiekszosc czasu spedzilismy zagrzebani w domowych pieleszach. W najsmielszych marzeniach (a moze koszmarach) nie przypuszczalam, ze na wybrzezu bedziemy sie zmagac z taka zima. Niemal codziennie padal snieg i caly czas trzymal mroz, co najfajniej ogladalo sie z cieplutkiej chalupy. U mojej siostry odkrylam, ze marzy mi sie ogrzewanie podlogowe. W Stanach nie jest ono zbyt popularne, a tymczasem ja, ktorej zawsze (nawet w srodku lata) marzna stopy, chodzilam na boso, lub w samych skarpetkach i bylo mi raczej za goraco. Takie ogrzewanie jest najwyrazniej duzo bardziej wydajne niz kaloryfery, bo w nocy spalismy z M. przy uchylonym oknie, bo inaczej lezelismy zlani potem. U siebie w domu mamy raczej chlodno, tak okolo 18-20 stopni, wiec kiedy w Polsce wszedzie temperatura oscylowala okolo 25, niestety momentami ciezko bylo nam wytrzymac. W kazdym razie, z atrakcji, to tylko w sobote pojechalismy na prosbe starszych dzieci obejrzec Avatara. Siostrzeniec zostal z babcia, a my pojechalismy w sniezycy i zasypanych drogach. Bilety byly juz jednak kupione, wiec nie bylo odwrotu. Film mlodziezy sie oczywiscie podobal, ale wszyscy dorosli jednoglosnie stwierdzili, ze byl sredni. Obejrzelismy go w trojwymiarze, wiec wizualnie zachwycal, ale sama fabula? Przewidywalna, sporo scen mocno inspirowanych (zeby nie powiedziec "skopiowanych") z poprzednich czesci i nieco nudnawy. Moze kolejna czesc bedzie lepsza, bo tu ma ponoc byc kolejny skok czasowy, wiec do scenariusza wpadnie kilka swiezyc pomyslow. ;) W piatek za to, dosc spontanicznie wybralismy sie (dorosli + chlopaki) na spacer do Parku Oliwskiego w Gdansku. Dziewczyny chcialy pochodzic po galerii, wiec je odstawilismy i planowalismy jechac na obiad do restauracji, ale ze byla niedaleko wspomnianego parku, to zaszlismy tam popatrzec na iluminacje.
Te oczywiscie zachwycily, choc byl taki mroz, ze zrobilismy tylko szybkie koleczko i pobieglismy do srodka. Poza tym jednak, siedzielismy w domu. Mlodsza siostrzenica marudzila o aquapark i gdzie myslalam ze Potworki az podskocza z entuzjazmem, tak oni wzruszyli ramionami, ze moga jechac, ale nie musza, a Bi wresz stwierdzila, ze bardziej nie chce, niz chce. Do tego M. oznajmil, ze on nie jedzie, a moja siostra ze sie zmusi, choc takich miejsc nie lubi. Ja oraz szwagier bylismy raczej neutralnie nastawieni i ostatecznie nie pojechalismy. Tym bardziej, ze wstepnie myslelismy o niedzieli, ale kiedy wyszlismy z domu zeby pojechac do kosciola, okazalo sie, ze wieje taki silny, mrozny wiatr, ze kazdemu od razu odechcialo sie moczyc. Oczywiscie, przy takiej pogodzie, Nik oraz mlodsza siostrzenica odkryli wspolna pasje zabawy na sniegu i codziennie wychodzili do ogrodu tarzac sie i uklepywac kupe pozostala po odsniezaniu podjazdu. Raz zabralysmy z siostra chlopakow (nie pamietam co robila reszta) oraz mlodsza siostrzenice na spacer, gdzie na zmiane z Kokusiem ciagnelysmy sanki, a trzy psiaki biegaly naokolo w kubraczkach. :) Z psami w ogole byla uciecha, bo wszystkie sa male i przymilne, zebraja przy stole i nadstwiaja sie do glaskania. Dom ciotki to w ogole dla Potworkow miejsce jak z marzen, bo dziewczyny maja caly zwierzyniec. Mlodsza gekona oraz chomika, a starsza tyle tego ze pewnie wszystkiego nie zapamietalam: trzy wieksze jaszczurki, dwa gekony, dwie zaby, wije, slimaki afrykanskie, krolika, a na dodatek na przerwe swiateczna przywiozla ze szkoly... ptasznika. :O Po obejrzeniu Avatara lazilismy jeszcze po galerii w poszukiwaniu przedluzacza, bo jedna z jaszczurek potrzebowala lampy, oraz zoologicznego, bo siostrzenicy skonczyly sie... swierszcze do karmienia tego calego zoo. A Potworki teraz jecza odpowiednio o chomika (Nik) oraz agame brodata (Bi). :D
Wtorek, 6 stycznia to juz byl czas powrotu. Choc raz zamowilismy bilety na ludzka godzine i na lotnisko wyjechalismy o 11 rano. Zeby nie bylo zbyt fajnie, kontrola w Gdansku przyczepila sie do bagazy podrecznych M. oraz Bi. W Bostonie puscili nas bez mrugniecia okiem, tutaj nie bylo zmiluj. Za duze i koniec, co bylo bzdura, bo pozniej widzielismy sporo wiekszych. Starszej zabrali walizke i nadali ja na samolot (dobrze ze nie kazali zaplacic), M. oddal mi pare rzeczy z plecaka i udalo mu sie go na tyle scisnac, ze pan machnal reka. Co ciekawe, Nik w plecaku mial metalowe sztucce (nie pytajcie...) z lotu w tamta strone, w tym noz, i jakos je przepuscili. Pozniej lot opoznil sie po pol godziny, a ze na przesiadke mielismy tylko 50 minut, to czekal nas dziki bieg przez lotnisko w Monachium. Dobrze, ze z tego samego samolotu jeszcze kilka innych osob lapalo ten sam samolot, wiec na nas poczekali. Co jakis czas obsluga machala, pytala czy my do Bostonu i pokazywala w ktorym kierunku mamy pedzic. :D Na dodatek, akurat rano kopnelam niechcacy w walizke i stluklam paluch u stopy. Pozniej musialam ja scisnac na caly dzien w bucie i przy pedzie przez lotnisko chcialo mi sie plakac, tak mnie bolal. Dopiero w domu moglam go dokladnie obejrzec i serio przeszlo mi przez mysl, ze mogl byc zlamany. :O
Na szczescie, na dlugi lot zdjelam buta, co troche pomoglo i nawet po ponownym zalozeniu, juz tylko lekko pulsowal. Wsiadalismy jednak jako ostatni i caly bagaz podreczny musielimy zostawic na poczatku samolotu, zas sami siedzielismy prawie na ogonie. Tym razem M. siedzial z dzieciakami, a ja niestety obok jakiegos malzenstwa, wiec nie byl to przyjemny lot. Tyle, ze w strone Hameryki leci sie w dzien, nawet wiec nie probowalam spac. Caly lot gralam oraz ogladalam filmy i jakos zlecialo. Niestety, mielismy dosc spore turbulencje i na jakis czas pilot wlaczyl nawet swiateko zeby usiasc i zapiac pasy. W ktoryms momencie tak trzeslo i bujalo, ze pomyslalam, ze jeszcze troche, a zrobi mi sie niedobrze. ;) No ale dolecielismy szczesliwie, a to najwazniejsze. Pozniej mialam kolejnego stresa, bo strasznie dlugo czekalismy na moja walizke. Bi (zabrana w Gdansku) pojawila sie zaraz na poczatku, a mojej nie bylo i nie bylo. Wiekszosc pasazerow odeszla juz ze swoimi bagazami, a my dalej czekalismy. Tak naprawde to wracajac do domu, takie rzeczy jak ciuchy nie byly mi az tak potrzebne, ale niestety w walizce zostal moj jedyny sloiczek kremu do twarzy, jak i przybory do makijazu. Na szczescie wreszcie waliza sie pojawila. Pozniej juz wszystko poszlo w miare sprawnie. Przejechalismy do wypozyczalni aut, wladowalismy sie do przydzielonego samochodu (niby maly SUV, ale mielismy problem zeby upchnac walizki) i po 2 godzinach dotarlismy do chalupy.
I ogolnie, cala wizyte w Polsce mozna by uznac za udana, choc moze trochr nudna, ale wszystko popsula... moja matka i zostawila niesmak jeszcze na dlugo. Nie wiem czy to nie temat na osobnego posta; w kazdym razie, szykujcie sie na dluuugi akapit. Tak w ogole, to ktoregos dnia gadalysmy z moja siostra, ze nasza mamuska jest jednak niemozliwie falszywa. Pierwszego dnia byla do rany przyloz, no ale dopiero przylecielismy, dojechala kuzynka, byl Sylwester, wiec duzo sie dzialo, a ona brylowala w towarzystwie. Kolejnego dnia juz zaczela pokazywac pazury, bo uparla sie, ze mlodsza siostrzenica ma jej odstapic wlasny pokoj, mimo ze siostra chciala ja polozyc gdzie indziej. Nie, bo ona jest juz starsza pania (ma 68 lat, wiec to nie zgrzybiala staruszka) i musi miec komfort. Byla jednak nadal kuzynka, a jak przyjechala potem jej corka z tamta dziewczynka, to bym nie uwierzyla, ze to moja rodzicielka. Jak ona slodko cwierkala do tamtej panienki: a corka ktorej ty cioci jestes, a ktora to siostra ktorej krewnej, a do jakiego liceum chodzisz, o jak fajnie, o jak cudownie! Normalnie rzygac sie chcialo, ale wiekszosc ludzi daje sie na to nabrac i z siostra slyszymy potem jak to nasza matka jest taka sympatyczna, radosna osoba. Mistrzyni pierwszego wrazenia po prostu... W kazdym razie, w piatek przyszedl zwykly, szary dzien, kuzynki juz nie bylo, wiec matka szybko pokazala co potrafi. Zaczelo sie niewinnie, od rozmowy o ksiazkach, ktora przeszla w rozmowe o dzieciakach (bo Bi kocha czytac) oraz o szkole. Najstarsza siostrzenica, choc bardzo inteligentna, jest na bakier z nauka, ma ADHD i ogolnie szkoly nie darzy miloscia. I moja matka stwierdzila, ze to po ciotce, czyli po mnie. Najpierw wzruszylam ramionami, bo faktycznie szkoly nie lubilam i przyznaje, ze choc z przedmiotow scislych bylam noga, to to reszty bylam niemozliwie leniwa. Matka zaczela jednak wspominki, a musicie wiedziec, ze ona lubi te swoje historie mocno ubarwiac i przekrecac jak jej pasuje. Zalamala mnie wiec tekstem, ze bylam nawet zagrozona z matematyki i pani powiedziala, ze powinnam byc moze przepisana do zawodowki. :O Przypomnialam wiec matce, ze juz rozmawialysmy o tym kilka tygodni wczesniej (bo jakos tez wyszedl ten temat) i dogadalysmy sie, ze taka sytuacja w ogole nie miala miejsca. Musicie wiedziec, ze ogolnie liceum to byl dla mnie szok i tak, bylam w I klasie zagrozona, ale z fizyki. Pan nie umial uczyc i wystawil paly na pierwszy semestr wszystkim dziewczynom. Wiekszosc jednak poplakala sie i chlop poprawil im na mierne. Ja bylam w takim szoku, ze na zawolanie nie potrafilam sie rozplakac i zostalam z pala. Potem jednak znalazlam korepetytora i zaliczylam material bez problemu, natomiast w kolejnym semestrze tematyka bardziej mi podpasowala i wyszlam na 4. Kiedy dostalam pierwsza 5, pan prychnal, ze cuda sie zdarzaja. Ch*j jeden. :D A tekst o zawodowce to rzucila polonistka w VIII klasie, ale do taty mojej kolezanki, ze zamiast do liceum, Iwonka powinna skladac podanie do szkoly zawodowej! Nie mam pojecia jak moja mamuska podpiela to pode mnie, ale kiedy poprawilam fakty, warknela wsciekle, ze bez niej, to ja nawet bym sie nie dostala do tego liceum! O ludzie! Skad jej sie to wzielo? Zdawalam do szkoly sredniej w czasach, kiedy egzamin pisalo sie w wybranej szkole; nie bylo tzw. egzaminu osmoklasisty. Nikt nie znal swoich punktow, po prostu albo sie trafialo na liste przyjetych, albo nie. Po powrocie do domu po egzaminie, oczywiscie matka dopadla do mnie z pytaniem, jak mi poszlo. Nigdy nie mialam jakiejs wiekszej pewnosci siebie, a dodatkowo wiadomo, kilku pytan nie bylam pewna, wiec nie brzmialam pewnie zbyt przekonujaco. Na to oczywiscie mamuska na mnie naskoczyla, czy ja jestem nienormalna, ze przeciez sie moge nie dostac i co ludzie powiedza i ona zna jakas tam nauczycielke, ktora zna byla dyrektorke tamtej szkoly (matka jest emerytowana nauczycielka, wiec zna sporo osob z tej kliki) i czy ma szukac kogos zeby przepchnal moje papiery? Widzicie to? Ona sie pyta wystraszonej, zdenerwowanej 14-latki, ktora po jej naskoku sama w siebie zwatpila, czy ma szukac znajomosci zeby pomoc jej dostac sie do liceum! Oczywiscie baknelam, ze moze by kogos poszukac, bo co innego mialam powiedziec?! Matka wykonala kilka telefonow i do liceum sie dostalam. Czy bylo to potrzebne, tego nie wie nikt. Mamuska lubi jednak powtarzac, ze tamta pani powiedziala ze jestem przyjeta, ale nie wspomniala nic ze interwencja nie byla konieczna. Dla mojej matki oznacza to automatycznie, ze byla potrzebna. Ja mam swoje watpliwosci, bo widzac jaki poziom reprezentowala spora czesc klasy, to ze kilka osob wyrzucili po pierwszym roku, kilka kolejnych nie przystapilo do matury, zas kolejna jej nie zdala, to raczej sklaniam sie ku opinii, ze dostalabym sie bez pomocy. No ale wg. mojej matki, bez niej bylabym w zawodowce... :/ Tutaj tez poprawilam mamuske i to co ona uwaza za "prawde", na co ta oznajmila ze jak sie dostalam, tak dostalam, ale przeciez ja w tym liceum pozniej to ledwie ciagnelam i w dodatku ciagle wagarowalam! Wszystko mi opadlo, bo oprocz tej nieszczesnej fizyki, to oceny mialam po prostu srednie, ani same bardzo dobre, ani najgorsze. Najczesciej lapalam paly bo panicznie balam sie ustnych odpowiedzi. Paralizowalo mnie i wolalam powiedziec, ze jestem nieprzygotowana i jak najszybciej usiasc, niz probowac odpowiadac, nawet jesli sie uczylam. Wiedzialam zreszta, ze potem poprawie ocene na klasowce. Ale wagary?! Zdarzylo mi sie, owszem, wyjsc przed religia czy w-f'em kiedy mialam je ostatnie, bo nie lubilam tych przedmiotow, a nie uwazalam ich za szczegolnie wazne. To byly jednak sporadyczne przypadki, wiec trudno tu mowic o "ciaglych" wagarach! Na to matka dobila mnie juz zupelnie tekstem, ze przeciez wychodzilam z domu, czekalam az siostra wyjdzie do szkoly, po czym wracalam! Tutaj juz sie wkurzylam nie na zarty, bo i M. (ktory sie przysluchiwal) rzucil ze smiechem, ze czego on sie tu dowiaduje! Przypomnialam wiec tej niemozliwej kobiecie, ze sytuacja, o ktorej mowi to byla juz klasa maturalna, gdzie zapisalam sie na dodatkowe zajecia z polskiego oraz biologii, natomiast na angielskim juz zabraklo miejsc, wiec wpisana zostalam jako "wolny sluchacz". Po kilku zajeciach okazalo sie, ze klasa jest przepelniona, wolni sluchacze zostali wypchnieci na koniec sali gdzie siedzieli po dwie osoby na krzesle, nie mieli nawet jak wygodnie cos zapisac i nie wolno im bylo sie nawet odezwac. Jeden po drugim, zaczeli sie wiec wykruszac i jak w koncu z mojej klasy nie zostal nikt, to stwierdzilam ze wole sama sie pouczyc, niz przyjezdzac 3 godziny wczesniej do szkoly. Kiedy jednak uczciwie probowalam matce powiedziec ze nie chce juz chodzic na te zajecia, dostalam lanie (tak, matka nie bala sie uzywac reki, pasa, a czasem nawet nogi) i zostalam wyzwana od najgorszych. Tak wiec znalazlam wlasny sposob. ;) Tutaj tez przypomnialam to matce, ktora stwierdzila, ze przeciez to bzdura, bo przeciez gdybym jej wytlumaczyla, to ona by mi pozwolila nie chodzic... Buhahahaha!!! Dodala tez, ze klamie, bo ona przeczytala o tym w moim pamietniku! Z tym pamietnikiem to tez jest niezla historia, bo kiedy chcialam go wziac wyjezdzajac do Stanow, matka urzadzila karczemna awanture i schowala go tak, ze nie znalazlam! Rozumiecie to; moj wlasny pamietnik! Machnelam na to zreszta reka, bo od wielu lat juz nic w nim nie pisalam, bowiem matka nie dosc, ze go czytala, to robila afery o wszystko, co tam znalazla, czyli glownie o moje zale o niej samej. Ona zawsze z luboscia powtarzala, ze nie sra sie we wlasne gniazdo. Szkoda, ze sama lubi opowiadac wyssane z palca historyjki o mnie i siostrze... :/ W ktoryms momencie nawet Bi wtracila, zeby babka zostawila jej mame juz w spokoju! Rzadko mnie ta moja corka az tak chwyta za serce... :D Wracajac jednak do klotni, oznajmilam ze nie mogla o tym przeczytac w moim pamietniku, bo nie pisalam nic w nim od bodajze pierwszych klas liceum, a poza tym pamietam ze o tej calej sytuacji z wychodzeniem i potem wracaniem, sama jej powiedzialam (jako anegdotke i potem plulam sobie w brode) jak bylam juz po studiach. Nie uwierzylysbyscie jaka ona zrobila mi awanture i ile wyzwisk uslyszalam pod swoim adresem za cos, co wydarzylo sie 6-7 lat wczesniej!!! :O Teraz przypomnialam o tym matce, ktora oczywiscie wszystkiego sie wyparla, oznajmila ze musi sprawdzic w tym pamietniku, ktory to byl rok, ale dziwnie szybko zmianila temat, czyli siadla na moja siostre. N. tez nie dala sobie wmowic jakichs bzdur, bo przez ta kobiete wyladowala juz na terapii, gdzie nauczyla sie jak skutecznie odpierac jej ataki. Oczywiscie matka, widzac ze nie wygra, natychmiast sie zerwala, ze ona jedzie do domu, ze oczywiscie wedlug nas jest najgorsza, ze ciagle ja atakujemy, itd. Widzicie ta taktyke? Natychmiastowe odwracanie kota ogonem! Popatrzylysmy z siostra po sobie, jakos te wiedzme (no sorki, wiem ze matka, ale taka prawda) zagadalysmy i wydawalo sie, ze jest ok. Minela moze godzina, wszyscy jakos porozchodzili sie po pokojach, poszlam do lazienki, wychodze, a po chwili ktos pyta "a gdzie babcia?". Patrzymy po sobie, jedno pyta drugie, w koncu Nik oznajmia, ze widzial jak wychodzila. Mlodsza siostrzenica potwierdzila. Wyszla, z nikim sie nie zegnajac, nawet z Kokusiem, choc siedzial zaraz naprzeciwko wyjscia, wiec musiala go widziec! Poniewaz to juz nie jej pierwszy taki wyskok (ostentacyjne wyjscie w wielka obraza to jej element pokazowy), wiec szybko przeszlismy do porzadku dziennego. To byl dzien gdzie wieczorem zawiezlismy dziewczyny do galerii, a z chlopakami pojechalismy do parku oliwskiego i restauracji. Kolejnego dnia mielismy jechac do kina i powstala konsternacja, bo nie bylismy pewni czy babcia przyjedzie do najmlodszego siostrzenca. W sumie juz M. zglosil sie na ochotnika ze zostanie, choc moja siostra probowala zglosic swoja starsza corke, ktora juz ten film widziala. Ostatecznie jednak babcia (jakims cudem) przyjechala. Wrocilismy z kina, wyladowalismy sie z auta, wchodzimy do domu, a matka przeciska sie w przedpokoju w odwrotnym kierunku! Akurat przepychala sie kolo mnie, wiec spytalam zaskoczona czy jedzie, spodziewalam sie bowiem ze zostanie na reszte dnia. Na to mamuska spojrzala na mnie z takim swoim kretynskim usmieszkiem, niczym dziecko, ktore wie ze zbroilo, ale nie moze sie powstrzymac, rzucila krotkie "tak" i uciekla na zewnatrz! Znowu polowa naszej gromady nawet nie zauwazyla ze ona pojechala! No coz... To byla sobota, wiec w niedziele napisalam do niej czy przyjedzie kolejnego dnia. Odpowiedziala jeszcze "normalnie", ze "milo ze pytam i ze myslala nawet dzis zeby przyjechac, ale nikt nie pamieta ze ona gdzies tam siedzi sama". Oczywiscie musiala dodac ziarenko dramaturgii... ;) Dopisala jednak, ze po co ma przyjechac. Odpowiedzialam ze przeciez pozegnac sie z nami. Na to napisala, ze przeciez wyjezdzamy we wtorek, wiec musialam odpisywac jak dziecku, ze tak, czyli poniedzialek to nasz ostatni dzien. Na to juz nic nie odpisala, a ja nie dopytywalam. Czas mijal blyskawicznie, wiec jakos wczesnym popoludniem wlasnie w poniedzialek, dotarlo do mnie, ze mamuska nie dojechala. Napisalam wiec czy wpada, bo uznalam, ze jest na tyle wczesnie, ze majac 25 minut drogi, spokojnie zdazy. I sie zaczelo!!! Najwyrazniej po mojej wiadomosci poprzedniego dnia, ona oczekiwala, ze bede do niej pisac caly czas i blagac o przyjaz, a kiedy tak sie nie stalo, spedzila caly dzien sama siebie nakrecajac! Nie bede przytaczac calej wymiany, bo szkoda miejsca, ale kilka jej tekstow zacytuje, szczegolnie te, gdzie znow przekreca fakty i robi z siebie ofiare.
"Musze zyc dalej. Musze pogodzic sie z mysla, ze tylko wam przeszkadzam. Musze poszukac po swietach pomocy psychologicznej. Dzis jestem na ziolach. N. zawsze mowi ze lepiej Wam beze mnie. Potrzebna jestem tylko do pilnowania dzieci"
Na to odpisalam, ze akurat moich dzieci to nigdy nie pilnowala i wlasciwie to nie zalezalo jej zeby ich nawet poznac skoro przez 10 lat nie przyleciala do Stanow, mimo posiadania wizy i bycia na emeryturze. Zero reakcji.
"Nigdy nie zapytalyscie jak sie czuje z tym? Jak ukladaja mi sie sprawy materialne? Jak sobie radze? Czy czegos potrzebuje?"
Tu akurat wiem ze finansowo ma sie swietnie, bo poza wlasna emerytura, tata wysyla jej kase z Hameryki, wiec to takie zale dla lepszego efektu. ;)
"Bardzo sie cieszylam na wasz przyjazd... Myslalam ze sobie pogadamy sam na sam... Niestety, tylko mnie atakowalas (przy dzieciach!), a gdy w pospiechu wybieraliscie sie do restauracji nikt nawet nie spojrzal w moja strone! Nikt nie zapytal, a ty mamo jedziesz z nami? Nikt nie zareagowal, jak z wielka torba wychodzilam z domu, Nie masz pojecia jak ja sie czulam! Jak smiec! Bylo mi bardzo przykro. Chcieliscie zebym was opuscila. A wczoraj, gdy wrociliscie z kina, czy ktos zapytal mnie: mamo zostaniesz? Nikt! Jak ja sie znow czulam??? Pomyslalas o tym?"
Widzicie to robienie z siebie ofiary i odkrecanie kota ogonem? Gdyby mnie tam nie bylo, pomyslalabym ze mowimy o dwoch zupelnie roznych sytuacjach! Oczywiscie wyprostowalam wszystkie fakty, ale matka, jak wpadla w trans uzalania sie nad sama soba, to byla juz nie do zatrzymania.
"Ja mowie o przedwczorajszym dniu. Wychodzilam z wielka torba i koldra, patrzyliscie. Szkoda slow! Szczesliwego lotu i powrotu do domu zycze wam!"
Juz mi sie odechcialo prostowac, ze mowi o trzech dniach do tylu, a poza tym nikt (poza Nikiem) nie widzial jej wychodzacej. I tu mial byc koniec, ale...
"A sorry! Jeszcze jedno, ostatnie slowo... Jesli ci zalezalo pozegnac sie z matka, to przyjechalabys do mnie. Wiesz gdzie mieszkam. Szczerze mowic liczylam na to i czekalam. Moglas wziac auto N. i po prostu wpasc. Ja caly czas jestem w domu."
W tym momencie opadly mi nawet cycki, bo taaa... bede brala auto siostry i probowala ogarnac sie na rozbudowanej obwodnicy (dwa lata temu, mimo nawigacji, tak pobladzilismy z M., ze przez pol godziny krecilismy sie w kolko). Nie mowiac juz o tym, ze przed naszym przylotem, matka sama zaznaczyla, ze do siebie nie zaprasza, bo ma mieszkanie do remontu i straszny balagan! I nawet mi sie wtedy przykro zrobilo, bo przeciez tam sie wychowalam... Ale teraz mialam tak po prostu przyjechac! :O
W kazdym razie, nie chcialo mi sie juz przytaczac kolejnych argumentow, bo ta wymiana do niczego nie prowadzila, wiec napisalam tylko ze mamy pozny lot, wiec jesli chce przyjechac sie pozegnac, to wychodzimy dopiero o 11.
"Juz zyczylam Wam szczesliwego lotu"
I to koniec. Przyznaje, ze spodziewalam sie, ze przemysli, ochlonie i z wielkim fochem, ale przyjedzie sie pozegnac. No i sie zdziwilam. Nie przyjechala i do dzis nie otrzymalam od niej ani slowa. Jej druga corka oraz wnuki przylatuja raz na dwa lata, a ona nie dosc ze nie potrafi tak normalnie, serdecznie ucieszyc sie ze nas widzi, to jeszcze urzadza awantury (ale twierdzi, ze to ja i siostra) i nawet nie raczy sie po ludzku pozegnac!!! Tym razem jestem jej zachowaniem tak rozczarowana i zdegustowana, ze sama nie wiem kiedy sie odezwe. Rozwazam odciecie sie zupelne. :/
Jesli ktos przez to przebrnal, to sorki. Musialam dac sobie upust. Niestety, w swiecie toksycznych rodzicow, moja matka wiedzie prym...
Ale poza tym, to w Polsce bylo calkiem przyjemnie. ;)










Agatko! Szkoda, że tenpobyt nie mógł być tak naprawdę przyjemny i spokojny. Odcięlabym się totalnie, szkoda Twoich nerwów.Pisz, jak bylo po powrocie!😍
OdpowiedzUsuńTrafiliście na niesamowitą pogodę. Od razu widoki są inne, gdy wszystko okala biel. U nas na Jurze nadal jest mnóstwo śniegu i co chwile pada śnieg. Chociaż od kilku godzin zaczyna temperatura rosnąć i obecnie mamy tylko minus 2. A przez tydzień mieliśmy między minus 9 a 13.
OdpowiedzUsuńCo do ostatniego akapitu Twojego posta - moi rodzice mają sporo za uszami, a cioteczka stara panna jeszcze więcej, ale oni nawet razem nie dorastają Twojej mamie do pięt. Ja odcięłam się od ciotki, rodziców zdystansowałam i dzięki temu czuję się lepiej. Dbaj o siebie i nie daj się szantażować i manipulować. Mam nadzieję, że mimo wszystko i Ty i dzieciaki będą dobrze wspominać resztę pobytu. Uściski
O kurcze... Zazdroscilam wam bardzo swiat rodzinnych w PL, ale juz nie zazdroszce tych pobocznych wydarzen, jakie mialas-masz wciaz z matka. Ja mialam zwariowana tesciowa, o kt juz chyba tu na blogu opowiadalam, ale nawet moja tesciowa wymieka w zawodach z twoja mamuska. Coz... Wspolczuje szczerze. Pociesz sie, po raz kolejny: Jak dobrze, ze dzieli was Atlantyk. Geografia pomaga zyc w spokoju!
OdpowiedzUsuńA byc zima w Zakopanem i nie zjechac z Kasprowego Wierchu na nartach - to gorzej niz grzech! Bedziecie musieli odbyc wielka pokute za takie wykroczenie.
Wazne w tym wszystkim, ze wakacje w PL ogolnie sie udaly i ze mieliscie szczesliwa podroz.