niedziela, 18 stycznia 2026

Krotko o tym co tuz przed wyjazdem i wracamy do szalonej codziennosci

Sobota, 20 grudnia, rozpoczela sie od dluzszego spania dla calej rodziny. Nawet M. mial wolne. 

Wpusccie ludzie, wlochate dupki nam sie odmroza!!!

Tym razem Nik mial mecz juz na 10, a przy tym w innej miejscowosci, wiec strasznie dlugo wylegiwac sie tez nie moglismy. Szykowanie szlo tak opornie, ze wyjechalismy z Kokusiem na ostatnia chwile i na miejsce dotarlismy idealnie na rozpoczecie meczu. Przez to niestety, kiedy gral w pierwszej cwiartce, widac bylo po Niku, ze jest troche "sztywny", nierozgrzany. Mlodszy nigdy nie mial takich pewnych, stanowczych ruchow, zawsze wydaje sie nieco wycofany, ale mam wrazenie, ze teraz, kiedy tak szybko rosnie, jeszcze bardziej nie wie co poczac z tymi dlugimi konczynami. Taki jakis "niezgrabny" sie zrobil. :D Pozniej jednak sie rozruszal i gral tak intensywnie, ze raz czy dwa przeciwna druzyna dostawala rzut wolny, bo kogos lekko sfaulowal. ;) W koncu tez udalo mu sie strzelic i trafic do kosza! Dotychczas czesto probowal, ale byly pudla, a teraz w koncu mu sie udalo.

Szkoda, ze fota wyszla mi zamazana i widac na niej, ze celowal, ale nie uchwycilam momentu "gola"

Co ciekawe, wcale nie byl szczegolnie zadowolony i twierdzi ze i tak woli byc w obronie niz napasci. Ogolnie, to gra byla tym razem baaardzo nierowna, bo przeciwna druzyna okazala sie... slabiutka. Serio, pod koniec juz wysylalam naszym chlopakom telepatyczne wiadomosci, zeby troche odpuscili i dali tamtym strzelic. Mam mietkie serce i az szkoda mi bylo tych chlopaczkow, bo starali sie ze wszystkich sil i bezskutecznie. Zostali doslownie zmiazdzeni, bo zespol Kokusia wygral 45:16. :O Po meczyku zajechalismy do sklepu kupic karty podarunkowe, bo Nik chcial dokupic sobie cos z jakiejs gry, chcialam tez mu kupic jakas pod choinke, a dodatkowo dla listonosza. Po mojej przygodzie z tym "cudownym" urzedem rok temu, przekonalam sie, ze ludzie dosc czesto daja listonoszom ze swojej trasy drobne upominki, najczesciej wlasnie karty podarunkowe i obiecalam sobie pamietac zeby dac cos naszemu, mimo ze zdarza mu sie rzucic czasem paczka. ;) Przyznaje, ze troche mnie to wpienia, ale z drugiej strony, przekonalam sie na wlasnej skorze jak niewdzieczna i zwyczajnie ciezka jest to robota, wiec troche go rozumiem. Jak sie ma do dostarczenia ponad 100 paczek i paczuszek, to nic dziwnego ze czasem ma sie ochote czyms pierdzielnac. ;) W kazdym razie, po zakupie kart podjechalismy do Dunkin' bo Mlodszy jeczal o cos do picia, a wygrany mecz wypadalo "oblac". :D Pozniej odstawilam syna do domu, a sama pojechalam do banku zeby wybrac troche kaski, a nastepnie zajechalam umowic sie na... paznokcie. ;) Kiedy wreszcie dotarlam do domu, zabralam sie za wielkie pranie. Trzeba bylo zaczac pakowanie do Polski, ale najpierw musialam poprac wszystko co zalegalo w brudowniku. Nie pamietam kiedy ostatnio zrobilam tyle ladunkow jeden po drugim. Dzieki losowi za automatyczna suszarke, inaczej byloby to zwyczajnie niemozliwe! A tak, do wieczora uporalam sie z wiekszoscia brudow. Na niedziele zostal mi tylko jeden ladunek do poskladania i jeden do wstawienia. W miedzyczasie mialam krotka przerwe, bo pojechalismy do kosciola, ale dobrze sie w nia wstrzelilam, bo akurat i pralka i suszarka chodzily. Kiedy wrocilam, mialam akurat jeden ladunek wysuszony i drugi do przelozenia do suszarki. Upieklam tez chlebek bananowy, bo kolejnego dnia mial oczywiscie wpasc moj tata, a poza tym mielismy akurat 4 przejrzale banany, ktore trzeba bylo zutylizowac przed wyjazdem; inaczej mozna by je bylo po prostu wyrzucic.

W niedziele znow mogl czlowiek pospac.

Kiciul przyszedl rano sie pomiziac i smutno zrobilo sie na mysl, ze zostawiamy ja na dwa tygodnie...

Na dzien dobry czekalo na mnie kolejne pranie do poskladania i do wstawienia. Na szczescie to juz bylo ostatnie przed wyjazdem. Wypadalo zaczac sie pakowac, ale motywacja siegala dna. Walizki. :D W dodatku przyjechal oczywiscie tata, bo musialam mu zrobic bezrobocie, wiec wiadomo ze nie odpuscil. I przesiedzial u nas 3 (!) godziny, mimo ze staralam sie dawac mu delikatne aluzje, ze pakowanie czeka. Niestety, nie dotarlo... Dopiero o 15, kiedy musialam sie z Bi zbierac do wyjscia, senior rowniez pojechal. Z corka zas jechalysmy wlasnie na wspomniane wyzej paznokcie. :) Moje sa niestety bardzo brzydkie. Nie maja ksztaltu, sa plaskie i bardzo miekkie, wobec tego zaginaja sie niczym szpony. Fortune wydalam na wszelakie odzywki oraz suple i doopa. Taka moja (nie)uroda. W dodatku, zwykle lakiery kompletnie sie na moich paznokciach nie trzymaja. Zwykle juz nastepneg dnia schodza calymi platami. Dlatego na wyjazd postanowilam zrobic sobie zelowe, w nadziei ze wytrzymaja wiekszosc z 2-tygodniowej wizyty w Kraju. Wybralam tylko inny salon, bo poprzednim razem nawet zelowy lakier odprysl mi juz pierwszego popoludnia, a nie mialam czasu wrocic i zlozyc reklamacji. No i spytalam corke czy ma ochote wybrac sie na "prawdziwe" pazurki. ;) Jasne, ze miala. Tyle ze, zupelnie nie myslac, dzien wczesniej... obciela paznokcie! :O Zamiast zostawic paniom pole do popisu, zeby mogly je ladnie wymodelowac, to ona sciela je niemal do zera. Nie mowiac juz o tym, ze jeszcze z miesiac wczesniej, panna cieszyla sie ze na Swieta bedzie mogla przyczepic takie przyklejane, zeby byly dluzsze. Do skrzypiec musi miec je bowiem bardzo krotkie, inaczej przeszkadzaja. A tu prosze, wiedziala ze pojedziemy zrobic manicure, a obciela je i tyle... Tak czy siak, pojechalysmy i ja wybralam czerwone i blyszczace - takie naprawde swiateczne. Bi wziela... zielone. I to nawet (jak dla mnie) niezbyt ladny ten zielony, bo taki szarawy, smutny. Tak jednak wybrala i coz. ;) Po powrocie trzeba juz bylo naprawde zaczac wyciagac z szaf ciuchy do spakowania. Motywacja byla nadal na poziomie -10 i szczerze, to zaczelam pluc sobie w brode ze zdecydowalam sie na ten wyjazd i to w dodatku zima. :/

Oreo uznala najwyrazniej, ze jedzie z nami ;)

Poniedzialek byl juz dniem naszego wyjazdu. Tym razem jednak lot mielismy dosc pozno, co oznaczalo ze rano spokojnie dopychalam w walizki ostatnie rzeczy, zawiozlam psiura do taty na "wakacje", a M. pojechal nawet na pare godzin do pracy. Potem, w drodze z Maya, odstawilam go pod wypozyczalnie aut, zeby zalatwil juz transport. Tym razem dostalismy Toyote Camry i okazala sie nie tylko bardzo wygodna, ale jeszcze z rewelacyjnym bagaznikiem. Zostawilam jeszcze tylko instrukcje oraz jedzenie dla kota i o 13 rozpoczelismy baaardzo dluga droge, czyli wyjechalismy na lotnisko. ;)

O tym, jak spedzilismy czas w Polsce bylo w poprzednim poscie, a teraz juz przeskakujemy do wtorku, 6 stycznia, kiedy to ponownie postawilismy stopy na hamerykanckiej ziemi. :)

Do domu dojechalismy z Bostonu okolo 22:30, wymordowani nieziemsko, bo bylismy przeciez po 18 godzinach w podrozy. Potworki znalazly cos do przekaszenia w czelusciach szafek, a ja bylam tak zmeczona, ze nawet nie jadlam. Wyjelam z walizek to, co konieczne (jak kupione dla taty oraz chrzestnego dzieciakow oscypki) i walnelam sie spac. O matko! Nie macie pojecia jak cudownie spalo sie na wlasnym, wygodnym lozku! U tesciow spalismy z M. na rozlozonej wersalce. Byla calkiem wygodna, nie powiem, ale potwornie waska. Nie bylo nawet jak wygodnie wysunac reki czy nogi. U mojej siostry lozko bylo szersze, ale cos w nim puscilo i wygina sie w palak. W rezultacie, oboje ciagle turlalismy sie do srodka i jedno przepychalo drugie. Kiedy wiem w koncu rozlozylam sie na swoim szerokim i prostym materacu, malo nie uronilam lez szczescia. :D

Reka do gory kto pomyslal, ze M. pojechal w srode do pracy?! Tym, ktorzy odpowiedzieli twierdzaco, gratuluje! Poznalyscie juz troche mojego pracoholika! :D Tak, malzonek przespal zawrotne 3 godziny i pojechal do roboty, zeby (wedlug wlasnych slow) odpracowac wakacje. Bardzo ciekawe, bo przez to, ze malo co robilismy, wyjatkowo wydalismy w Polsce niewiele kasy. Potworki i ja pospalismy znacznie dluzej, choc bedac na polskim czasie, cala nasza trojka zbudzila sie juz okolo 7 i tyle bylo spania. Jak tylko zjadlam sniadanie i jako tako sie ogarnelam, popedzilam po Maye. Moj tata, jak to moj tata, nie daje tak popalic jak matka, ale tez ma swoje za uszami. Wie, ze dopiero co przylecialam, ze musze jechac na zakupy i ogarnac rozpakowywanie. I co? Jeszcze musialam mu wypelnic podanie do bezrobocia, bo maja takie dziwne zasady, ze poprzednie wygasa na poczatku nowego roku i trzeba je od nowa aktywowac. Moglo to spokojnie poczekac kilka dni do niedzieli, ale nie, bo wtedy kasa moglaby wplynac z opoznieniem. No straszne po prostu... W kazdym razie, zrobilam to bezrobocie, zabralam siersciucha i przyjechalam do domu, gdzie wypuscilam czworonoga, zgarnelam Bi i pojechalysmy na zakupy, bo w lodowce mielismy tylko swiatlo. Po drodze jeszcze wsadzilam do skrzynki sasiadow koperte z kasa dla ich corki, za opieke nad Oreo. Ktora nota bene kompletnie nam sie "udomowila". Teraz juz zaczyna pomalu odkrywac bardziej podworko, ale przez pierwsze kilka dni po naszym powrocie, nie chciala wychodzic kompletnie. Niby szla do drzwi, ale kiedy je otwieralismy, natychmiast sie odwracala i uciekala. :O Podejrzewam, ze podczas naszej nieobecnosci, ona wlasciwie nie wychodzila. Kot bowiem, jak to kot. Nieraz trzeba jej drzwi trzymac uchylone dluzsza chwile. Nieraz otwierac je co kilka minut az kiciul sie zdecyduje wyjsc... A sasiadka pewnie otwierala drzwi, kot sie czail niewiadomo na co, wiec stwierdzala ze jednak nie chce wyjsc, zamykala je i tak Oreo spedzila 2 tygodnie zamknieta w chalupie... Po powrocie z zakupow, zabralam sie juz powaznie za rozpakowywanie oraz pranie. Dzieki temu ze pralam ciuchy regularnie u tesciow oraz siostry, to na szczescie wiekszosc rzeczy musialam tylko przelozyc do szaf. Nawet to jednak, troche czasu zajelo. Poza tym, wypisalam pare rachunkow, ktore mialy niedlugi termin platnosci, a przy okazji wsadzilam wreszcie w koperte recepte na nowe tabletki psiura. Do dupy, ze w XXI wieku, nasz wet stwierdzil ze zatwierdzanie recept wirtualnie to ciagle jakies problemy i daje tylko normalne - papierowe. Normalnie byloby mi wszystko jedno, tyle ze wyslanie takiej recepty to juz strata kilku dni. W koncu z roboty wrocil M., a Nik juz na niego czekal. Nie pisalam w poprzednim poscie, ale Mlodszy policzyl kase ktora mial w skarbonce, do tego to, co dostal od dziadkow, a jeszcze u wujka wymienil sobie wszystkie (rowniez otrzymane od dziadkow) zlotowki na dolary i wyszlo mu ze ma wystarczajaco kasy na McBook'a. Wiercil nam o to dziure w brzuchu juz od jakiegos czasu i bylismy z M. sklonni moze nawet mu sie dolozyc, ale kiedy zacznie high school, bo wtedy wlasny laptok moze mu sie realnie przydac. Nie, Nik uparl sie, ze chce teraz. Wczesniej mielismy argument, ze nie styknie mu kasy, a narazie mu nie dolozymy. Poniewaz jednak chlopak uskladal sobie cala sume, to co bylo robic. Ojciec zamowil mu ten nieszczesny komputer jeszcze z Polski i do odebrania byl zaraz po powrocie. Mimo wiec, ze M. byl po trzech godzinach snu, to jeszcze popedzil z synem do sklepu... ;) Wieczorem wszyscy wczesnie padlismy, bo po pierwsze, nadal bylismy na polskim czasie, a po drugie wiedzielismy ze kolejnego dnia czekal nas juz powrot do kieraciku.

Jak zaczac powrot do rzeczywistosci, to z przytupem. W czwartwk Bi wracala do szkoly i na dzien dobry miala pierwszy wyjazd na stok z klubem narciarskim. Oznaczalo to, ze rano musialam ja zawiezc do szkoly ze sprzetem, a wtedy wiadomo, zabral sie z nami tez Nik. Zreszta, akurat jego szkole to mam niemal idealnie po drodze do pracy. Odstawilam Potwory, a pozniej popedzilam do biura. To jak zwykle bylo niemal wymarle i oprocz mnie byla tam tylko jeszcze jedna nowa dziewczyna. Dzien zlecial szybko, bo po 2-tygodniowej przerwie wlasciwie poznawalam wszystko od nowa, a w dodatku okazalo sie, ze moj szef jest na wakacjach do poniedzialku. Po pracy dojechalam do domu gdzie oczywiscie juz urzedowali Nik z M., bo Starsza szusowala. Poniewaz w sobote nie bylo meczu koszykowki, a za to Mlodszy byl zapisany na zawody plywackie, wiec stwierdzilam, ze zamiast na trening kosza, powinien raczej pojechac na basen. Tym bardziej, ze przed wyjazdem Potworki tez opuscily chyba ze dwa tygodnie (juz nie pamietam dlaczego), wiec tak naprawde to nie plywal niemal miesiac. Niestety, trening konczyl sie mniej wiecej w czasie, kiedy wracala Bi i trzeba ja bylo odebrac spod szkoly. Liczylam na to, ze M. odbierze jedno, a ja drugie, ale po poprzednim dniu byl tak wymordowany, ze padl przed 19. Kazalam wiec Kokusiowi wyjsc z treningu wczesniej, po czym popedzilismy razem po Starsza. Na szczescie w high school zostawiaja szkolne plecaki w jakiejs klasie czy szatni, wiec po przyjezdzie musieli jeszcze po nie podejsc, co dalo mi czas zeby dojechac. Starsza wrocila bardzo zadowolna, choc oczywiscie zmeczona, a tu kolejnego dnia czekala ja normalnie szkola...

W piatek narty mial, dla odmiany, Nik, wiec rano ponownie zawozilam dzieciaki do szkol, bo wiadomo ze jak wiozlam Kokusia, to Bi bylaby niepocieszona, gdybym jej nie wziela. Na szczescie tego dnia pracowalam z domu, wiec na spokojnie ich rozwiozlam po placowkach i wrocilam do chalupy, gdzie odpalilam kompa i staralam sie byc produktywna. Niestety, dostalam wiadomosc od tej innej nowej dziewczyny z mojego biura, ze zmieniaja sie zasady pracy z domu i nowym osobom nie wolno tego robic przez pierwsze 90 dni. Co prawda nowe zasady nie weszly jeszcze w zycie, ale jej szef juz zawczasu kazal przyjezdzac do biura. Mojego szefa nie bylo, a o nowych zasadach nie wiedzialam, wiec dzien wczesniej napisalam tylko ze pracuje z domu i tak zrobilam. Ups... ;) Punkt 16:30 wylaczylam kompa i wyjechalam z domu, bo tradycyjnie zapisalam sie jako opiekun w klubie narciarskim w middle school. Uprzedzilam nauczycielke, ze niestety akurat zmienilam prace, wiec dam rade dojechac dopiero okolo 17. I faktycznie o tej porze dotarlam na stok. Okazalo sie przy okazji, ze jestem jedynym rodzicem, ktory sie zglosil! :O Na szczescie to juz praktycznie mlodziez, wiec ogarniaja sie sami. Moglam wiec spokojnie jezdzic i pomoglam dopiero na koniec, idac pierwsza do autokaru i zaznaczajac na liscie powracajacych uczniow.

Mlodszy cos do mnie gada 

Pierwszy dzien klubu jednak nie nalezal do zbyt udanych (dla mnie), a wszystko przez... pogode. Juz kiedy jechalam na stok, zaczelo kropic. Na miejscu, cala reszte wieczora, padala upierdliwa, rowna mzawka. W dodatku bylo na tyle cieplo, ze snieg zaczal parowac i zrobila sie mgla. W ktoryms momencie juz nie wiedzialam czy nic nie widze przez mgle, czy okulary mam cale brudne od ciaglego wycierania. W dodatku, na krzeselkach od wyciagu porobily sie kaluze i po jakims czasie spodnie (choc niby nieprzemakalne) mialam dokumentnie przesiakniete, jak rowniez getry pod nimi oraz majty. :D Woda dostala sie tez pod mankiety kurtki (niedokladnie zakrylam je rekawicami) i zrobilo mi sie mokro, zimno i niekomfortowo. Gdzie zwykle jezdze jak najdluzej, to tego dnia, mimo ze dotarlam tam pozno, juz po godzinie wolalam sie zaszyc w cieplutkim, suchym budynku. Pozniej musialam jeszcze pomoc nauczycielce w odhaczeniu wracajacych dzieciakow, czyli pomaszerowalam do autobusu i zaznaczalam na liscie kto wrocil. Tak naprawde to mlodziez odhaczala sie sama, bo przy tylu nazwiskach z roznych krancow swiata, najlatwiej bylo mi wreczyc im kartke i nakazac "zaznacz sie". ;) Po powrocie do domu, pierwsze co, to jak najszybciej zdjac mokre ciuchy, wypakowac tez plecaki (bo w nich tez wszystko ociekalo woda) i w koncu sie zagrzac. Byl piatek, ale niestety, na kolejny dzien Nik zapisany byl na zawody, wiec nie bylo ani poznego siedzenia, ani swiadomosci, ze w sobote spimy do oporu. ;)

Kogos tu narty (oraz roznica czasu) ostro wymordowaly :D

Sobota oznaczala wiec pobudke o 7, bo choc zawody byly na 9, to w miasteczku oddalonym od nas o 45 minut jazdy, trzeba wiec bylo wyjechac krotko po 8. O dziwo Nik sam chcial jechac. Pytalam go kilka razy wczesniej, bo wiedzialam ze bedziemy dopiero kilka dni po podrozy, a dzien wczesniej bedzie mial narty. Chcial wziac udzial i dopiero w sobote rano oczywiscie zaczal wzdychac ze fajniej byloby zostac w domu... ;) Tak jak pisalam w czwartek, na Mlodszy nie chodzil na treningi przez prawie miesiac, wiec trener nie byl pewien czy faktycznie sie pojawi. Wobec tego wpisany byl tylko na dwa wyscigi indywidualne i dwie sztafety.

Najlepsza czescia zawodow to oczywiscie czas na socjalizacje 

Zaleta bycia w najstarszej grupie wiekowej jest to, ze ma sie malo konkurencji. Druzyny zazwyczaj mala cala gromade maluchow, a im dzieciaki starsze, tym ich mniej. W naszej, oprocz Kokusia bylo jeszcze trzech chlopcow +13, zas przeciwnicy mieli dwoch. Niestety, wada bycia w grupie 13 wzwyz, jest to ze przekroj wiekowy to 13-18, wiec nie wiesz z kim bedziesz sie scigal. I w swoich dwoch wyscigach, Nik plynal przeciwko 15-latkowi. To nie jakas wielka roznica, ale chlopak byl juz zupelnie inaczej zbudowany niz chudy 13-latek - wyzszy o glowe i z szerokimi barami. Oczywiscie Nik w obu przypadkach zajal drugie miejsce, choc trzeba przyznac, ze deptal tamtemu "po pietach" i wcale nie byl bardzo daleko w tyle.

Nik wylania sie z wody. Ten rozbryzg wody przed nim to wlasnie tamten kawaler, dalej kolejny, a zaraz w pierwszej ode mnie linii plynela jakas dziewczyna, ktora tez niezle dawala rade 

Po zawodach zrobilismy male koleczko, bowiem Mlodszy oznajmil, ze nalezy mu sie bubble tea za wysilek. :D W domu mielismy troche czasu na relaks, ale pod wieczor jechalismy na msze. A po powrocie szybko wzielam sie za placek z jablkami, bo w niedziele oczywiscie przyjezdzal dziadek, a w dodatku zostaly nam jablka sprzed 2 tygodni, ktore niestety robily sie juz pomarszczone i kapciowate. ;)

Komus sie tu znow zasnelo ;)

Niedziela byla tak spokojna i leniwa, jak byc powinna. Przyjechal moj tata oczywiscie, posiedzial okolo trzech godzin i pojechal. Zmienilam tez posciel bo mialam to zrobic tuz przed wyjazdem, ale wylecialo mi z glowy. Poza tym to juz blogie nicnierobienie. Zastanawialam sie tez co zrobic z kolejnym dniem. W czwartek wyslalam szefowi maila, ze w poniedzialek planuje pracowac z domu, ale po piatkowej wiadomosci ze nam nie wolno, zwatpilam. Ostatecznie uznalam ze jednak pojade do biura i zobacze co sie wyklaruje.

Przyszly jakies przesylki z Amazona i zanim zdazylam rozciac i wyrzucic pudla, Oreo skorzystala z najlepszej miejscowki ;)

W poniedzialek wiec niestety czekala mnie poranna pobudka i pospieszne szykowanie sie, bo na 8 rano mialam wirtualne spotkanie z szefem. Pedzilam ze wszystkim na wariata, klnelam na powolnych kierowcow na drodze, rece mi sie trzesly kiedy logowalam sie na aplikacje zeby zaplacic za parking, wpadlam jak burza do biura, odpalam kompa, a tam... meeting o 8:30!!! :D Przynajmniej mialam czas zeby spokojnie zrobic sobie kawe i przejrzec maile. ;)

Przyczepilam sobie zdjecia Potworkow zeby sie troche "zadomowic". Musze dodac jeszcza kilka jakis dekoracji, zeby to biuro stalo sie bardziej "moje"

Tego dnia, w biurze, poza mna byly "az" dwie osoby. ;) Staralam sie byc w miare produktywna, choc narazie mam oczywiscie tylko roznego rodzaju szkolenia. No i proby sciagniecia wszelakich aplikacji, a tych potrzebuje bez liku. Niestety, to takie szukanie czegos do zrobienia na sile, a poza tym, wszystko szlo na opak. "Bilety" wysylane do obslugi klienta (czyli pracownikow) byly niby robione, a aplikacje dalej nie dzialaly. Miedzy innymi ta, zeby zlozyc podanie o korpo karte kredytowa. Mojego szefa "olsnilo" tego dnia, ze nie mam karty kredytowej, a zeby jechac na inspekcje z innym inspektorem, bede musiala zatrzymac sie w hotelu. Ta bowiem odbedzie sie okolo 2 godzin od mojego domu i zajmie minimum 3 dni. Na 4 godziny (i to bez korkow) dziennie za kierownica to ja sie nie pisze... Wlasciwie sklonna bylabym zaplacic wlasna karta i potem zglosic o oddanie kasy, ale chyba arcy-wazne, federalne przepisy takiej okolicznosci nie przewiduja. Musze miec karte korpo i juz. ;) A widze, ze szefowi jakos strasznie zalezy zebym pojechala na ta inspekcje. Jak najszybciej chce szkolic ludzi "w terenie". Tymczasem strona do aplikacji o karte nie dzialala i rob se co chcesz. Zglosilam problem, dostalam "bilecik" od IT i moglam tylko czekac. Po powrocie do domu, spotkala mnie niemala niespodzianka, ale z tych przyjemnych. Dostalam mianowicie list od Stanu, ze w zwiazku z bardzo dobrymi wynikami w nauce Bi, zachecaja zeby w high school brala przedmioty o programie na poziomie college'u. Co ciekawe, chodzilo im o wyniki z middle school, a przeciez w VII klasie Starsza mordowala sie z rozszerzona matma. ;)

Jak tu nie byc dumnym? 

Ogolnie jednak, choc list polechtal oczywiscie moje matczyne "ego", to te przedmioty z poziomem powyzej szkoly sredniej, to nie taka prosta sprawa. Szkola niektore oferuje, ale trzeba najpierw wziac jakies wieczorne lub wakacyjne kursy. Nawet juz je probowalam odszukac, ale bezskutecznie. Bi miala spytac doradce zawodowego, ale zastanawia sie (a ja z nia), czy warto. Panna i tak bierze juz prawie wszystkie przedmioty na poziomie "rozszerzonym" i z taka np. fizyka, ma spore trudnosci. A tamte poziomy sa jeszcze wyzsze. Zaliczenie ich moze zapunktowac przy skladaniu podan na studia, ale z drugiej strony, jesli skonczy sie na marnej ocenie, poleci to po sredniej... Poki co temat mamy w zawieszeniu, za to Bi urzadzila awanturke przy samym wyborze przedmiotow na kolejny rok szkolny. Tak, juz teraz musza dokonac wyboru, bo szkola potrzebuje czasu na ulozenie grafikow. Niestety, kiedy kazdy uczen ma wlasny, indywidualny plan, ulozenie tego w jakas logiczna calosc, to musi byc nie lada wyzwanie... W kazdym razie, czesc przedmiotow ma sie obowiazkowa, jak angielski, "zwykla" matma, hiszpanski oraz historia. Do tego dochodza przedmioty dodatkowe. W kolejnym roku nie bedzie juz miala fizyki, ale za to wpisana zostala na rozszerzona chemie. Do tego musiala wybrac sobie kolejne 3 przedmioty. I panna wybrala dwa rodzaje ekonomii i kolejne cos matematyczne. Nie pamietam juz do to bylo. Tlumcze wiec, ze w ten sposob, w 10 klasie umrze z nudow. Bi wykloca sie, ze ma tabele z wymaganiami do ukonczenia szkoly i tam jest napisane ile przedmiotow musi wziac z jakiej dziedziny nauk i te akurat musi wziac. No to mowiec, ze przeciez ma jeszcze 3 lata szkoly, wiec dlaczego nie urozmaicic sobie troche grafiku i nie wziac czegos bardziej powiazanego z medycyna czy biologia. Nie, bo ona chce juz miec z glowy przedmioty, ktorymi nie jest zbyt zainteresowana, zeby potem juz skupic sie na tym, co lubi. Nie powiem ze to kiepska logika, przekonuje jednak ze jesli bedzie miala ciagle, w kolko nielubiane przedmioty, to szybko znienawidzi szkole. Oczywiscie z Bi nie ma czegos takiego jak spokojna rozmowa, zaczyna tupac i krzyczec, wiec w koncu sama stracilam cierpliwosc i wyslalam ja do jej pokoju. :D A pozniej okazalo sie, ze panna i tak musiala wziac jakis biomedyczny przedmiot, bo okazalo sie, ze trzeba go zaliczyc 3 lata pod rzad. ;) Wiem, ze te zasady maja zagmatwane. Pewnie jak Wam tak pisze, to wychodzi kogel mogel, ale niestety, sama sie tego ucze na wlasnych dzieciach. ;) Wracajac jednak do poniedzialku, czas byl zeby oba Potworki wrocily na treningi na basenie. Bi pojechala oczywiscie ciezko wzdychajac i patrzac (na mnie!) z wyrzutem, ale kiedy powiedzialam ze moge ja wypisac, oznajmila ze chce chodzic zeby trzymac forme, wiec sie zmusza... Tylko dlaczego ja musze znosic jej przewracanie oczami? ;) Na szczescie tego dnia M. pojechal tez na silownie, wiec nie tylko nie musialam ich wozic, ale jeszcze mialam chwile dom dla siebie.

Wtorek to ponownie jazda do biura, gdzie poza mna byla "az" jedna osoba! :D Normalnie czlowiek mial ochote chodzic na paluszkach, bo pomieszczenia niczym wymarle. Dzien ponownie spedzilam na wirtualnych szkoleniach, a pozniej na wysylaniu kolejnych bilecikow do IT.

Uczylam sie m.in. czego nie robic prowadzac sluzbowe auto :D 

W domu powtorka z poprzedniego dnia, bo Potworki mialy basen. Tym razem M. stwierdzil ze nie jedzie na silownie, wiec tylko ich podwiozl, a ja potem odebralam. Okazalo sie, ze zapomnialam o mailu otrzymanym kiedy bylismy w Polsce i tego dnia dzieciaki mialy cwiczenia na "suchym ladzie". Nik byl zawiedziony i zly, za to Bi zachwycona, bo stwierdzila, ze to bylo jak zajecia fitness. :D

Kolejny wieczor, kolejne padniecie przy zapalonym swietle :D

W srode za to, w biurze byl niemal tlok, bo poza mna przyjechalo jeszcze PIEC osob! :D Przynajmniej bylo z kim pogadac, na lunch kilkoro z nas usiadlo razem w sali konferencyjnej i choc raz czuc bylo ze to miejsce pracy, a nie jakas samotnia. Dzieki temu dzien minal ekspresowo. Przyszla tez moja oficjalna "odznaka". Bede ludziom podstawiac pod nos, niczym policjant. :D

Huhuhu :D 

Skorzystalam z okazji i poprosilam kolezanke zeby pokazala mi gdzie znajduja sie sluzbowe auta i jak mozna dostac sie do garazu. Troche to labirynt, ale moze znajde. W sumie to wolalabym juz chyba jezdzic wlasnym, bo wygodniej i wiadomo - moje, to mniejszy stres i odpowiedzialnosc... No, ale nam nie wolno. :/ Spytalam tez szefa czy moge w czwartek i piatek pracowac z domu i zadzwonil ze dla niego nie ma problemu, ale poniewaz maja wprowadzic te nowe zasady, wiec zebym nie pisala oficjalnie az nie minie moich pierwszych 90 dni. ;) Zrozumialam to jako ze moge te 2 dni z domu pracowac, ale zeby sie nie chwalic. :D Wrocilam wiec do domu w niezlym humorze, ktory zaraz mi opadl. Nik dzien wczesniej narzekal na bolace gardlo, a tego dnia wrocil ze szkoly z zawolonym nosem, bolem glowy i ogolnie kiepskim samopoczuciem. Mial miec wieczorem trening koszykowki, ktory przesuneli z czwartku, ale wygladal tak mizernie, ze stwierdzilam ze lepiej zeby zostal w domu, a nie meczyl sie i potem spocony wychodzil do samochodu. Zostalismy wiec i zupelnie sobie nie krzywdowalismy, tylko cieszylismy sie spokojnym wieczorem. :) 

Czwartek zaczal sie normalnie, ale szybko przeszedl w "ech"... Bi miala klub narciarski, wiec musialam odstawic ja do szkoly, a wtedy wiadomo, Kokusia tez. Ten jednak tak narzekal na oslabienie i bol glowy, ze kontrolnie kazalam mu zmierzyc temperature. Termometr pokazal 37.7, wiec wiadomo ze do szkoly go nie puscilam. Kazalam przebrac sie spowrotem w pizame i wracac do lozka. Zalamalam sie jednak, bo po przylocie z Polski byl w szkole zawrotne 5 dni (z weekendem w srodku) i juz cos podlapal... :/ Zawiozlam wiec do szkoly tylko Bi oraz sasiadke i wrocilam zeby zasiasc przed laptokiem. Niestety, poki co to tylko roznorakie wirtualne szkolenia oraz proby wgrania tej czy owej aplikacji. Oczywiscie pomoc techniczna w wiekszosci przypadkow dziala baaardzo opornie. ;) No i cale szczescie, ze akurat zostalam w domu, bo przynajmniej bylam na miejscu zeby dopilnowac brania lekarstw przez Kokusia i jedzenia, bo kawaler byl bez apetytu. U Bi w szkole tego dnia zaczely sie tzw. mid-terms, czyli egzaminy polroczne. Tak, w hamerykanckim liceum wyglada to podobnie jak na studiach, mimo ze niektore przedmioty trwaja caly rok. Nie wszystkie maja jednak "prawdziwe" egzaminy. Nauczyciele z niektorych przedmiotow wymagaja przygotowanie prezentacji albo napisanie jakiegos dluzszego opracowania na podstawie artykulow naukowych zwiazanych z przerobionym materialem. 

Bi od kilku dni zawziecie cwiczyla gre, bowiem miala na ocene zagrac z nut nieznany sobie utwor. Solo, wiec nie bylo komfortu, ze w razie czego inni ja zaglusza i na zywo, przy nauczycielce ;)

Poniewaz biedna mlodziez, wykonczona egzaminami, nie moze sie przemeczac, wiec zajecia konczyly sie juz o 12:08. Spodziewalam sie, ze klub narciarski odwolaja, ale nie. Dzieciaki mialy do wyboru zeby pojechac do domu (tyle, ze wtedy ktos musial ich spowrotem odwiezc do szkoly), albo zostac i poczekac 2 godziny, az przyjdzie czas jazdy na stok. Bylam w domu, wiec zaoferowalam Bi, ze moge po nia przyjechac i odpocznie spokojnie w chalupie, zje obiad, itd. Stwierdzila jednak, ze woli zostac i z ktoras z kolezanek pracowac nad jakims projektem. Nie, to nie. Najlepsze, ze panna pakowala sie dzien wczesniej, a pozniej dostaje sms'a: "Zapomnialam pieniedzy!". Niestety, wyslane jak juz byli w drodze na stok. Zaproponowalam zeby pozyczyla kase od ktorejs z kolezanek. Godzine pozniej otrzymuje wiadomosc z pytaniem, gdzie jej rekawice! Pieknie sie panna pakowala... ;) To jednak akurat dobra nauczka, bo jak jej sie przypomina, to jest prychanie, ze "ona przeciez wie, bo nie jest juz malym dzieckiem". No to prosze, jaka dorosla i wszystkowiedzaca. :D Nie mialam ochoty zasuwac na stok i spowrotem zeby zawiezc jej rekawice, wiec stwierdzilam ze jakos musi dac rade. Temperatura spadala i pomalu robil sie mroz, ale pomyslalam, ze najwyzej wroci do budynku wczesniej i tyle. Ja za to, punkt 16:30, wylogowalam sie z kompa i popedzilam na tygodniowe zakupy. Zdazylam wrocic, rozpakowac i usiasc na moze godzinke i trzeba bylo jechac po corke. Jakos dala rade, nie zmarzla zbytnio ani nie umarla z glodu, wiec bilans pomyslny. ;) Nik caly dzien niemozliwie smarczal i wieczorem padl jak kawka. Caly wieczor zastanawialismy sie z M. co zrobic z kolejnym dniem. Z jednej strony, nie chcialam zeby robil sobie kolejny dzien zaleglosci. Z drugiej, mialo byc bardzo zimno, calodniowy mroz, a wiem ze w srodku dnia wyrzucaja ich obowiazkowo na dwor. W dodatku, po poludniu mial miec narty, a na te juz zdecydowanie nie chcialam zeby jechal... Ostatecznie powiedzialam mu zeby wylaczyl budzik i porzadnie sie wyspal, w nadziei, ze szybciej postawi go to na nogi.

W piatek wiec Mlodszy ponownie zostal w domu, a ja zawiozlam dziewczyny do szkoly, po czym wrocilam do zdalnej roboty. Wszystkie zalatwiania pomalu ida do przodu, bo podanie o korpo karte kredytowa zostalo pozytywnie rozpatrzone. Teraz trzeba czekac az przyjdzie. Spedzilam wiec tez dobre 40 minut na telefonie z pania od obslugi klienta, ale udalo jej sie przejac kontrole nad moim kompem i wgrac dwie aplikacje, na ktore czekalam od prawie tygodnia. Mialy sie "wgrac" same, w nocy, ale okazalo sie, ze pani musiala uzyc swoich "przywilejow" i zaladowac je na sile. Inna pani, administratorka z glownej regionalnej siedziby, zalatwila mi tez wlasne konto w UPS, w razie gdybym musiala kiedys pilnie wyslac sobie do biura jakies probki. Poza tym to kolejne wirtualne szkolenia, ktore tym razem szly jak po grudzie. Byly na temat historii calej agencji oraz departamentu i zawieral mnostwo informacji, w stylu po jakiej epidemii czy tragedii, tudziez sensacji, kongres uchwalil takie czy takie ustawy, w zwiazku z ktorymi nasza agencja otrzymala taki czy siaki przywilej lub nakaz kontroli. Zawsze myslalam, ze takie rzeczy to bardziej ciekawostki, a teraz okazalo sie, ze musialam zapamietywac nie dosc, ze definicje, ale jeszcze daty, imiona i nazwy ustaw. Masakra... Tymczasem Bi miala kolejny dzien mid-terms, wiec znow konczyla o 12:08. Umowilam sie z nia, ze da mi znac jak bedzie gotowa jechac do domu, bo panna jak zwykle chciala zostac po lekcjach. Napisala dopiero o 13:45, wiec pojechalam po nia, po czym wrocilam do domu dalej mordowac sie ze szkoleniami. Nik mialby tego dnia klub narciarski, ale ze zostal z domu, wiec nie pojechal, co oznaczalo ze nie pojechalam rowniez ja. Troche zaluje, bo okazalo sie, ze Mlodszy rano wstal dopiero o 9 i strasznie zawalony, wiec najpier wydawalo sie to dobra decyzja, ale w miare jak mijal dzien, mozna powiedziec, ze zdrowial w oczach. A zaleglosci w szkole rosna... :/ Z drugiej strony, przyszlo straszne ochlodzenie i juz po poludniu byl kilkustopniowy mroz, wiec moze to i lepiej, ze Nik nie jezdzil i nie lykal tego lodowatego powietrza... Wieczor spedzilismy leniwie, ja oraz Potworki cieszac sie z rozpoczecia dlugiego weekendu.

Sobota to dlusze spanie, a kiedy spojrzalam przez okno, przywitala mnie... biel. Nad ranem zaczal padac snieg i sypal tak raz mocniej, raz slabiej, przez wiekszosc dnia. Mialo spadc o 8 cm sniegu, ale spadlo go spokojnie dwadziescia kilka. W dodatku granica zroznicowanego opadu przebiegala tak smiesznie, ze M. opowiadal, ze pojechal najpierw na zakupy i w tamtej miejscowosci padal deszcz z lekka domieszka sniegu. Przyjezdza do nas, a tu jakby chmura sniegowa krazyla nad naszym miasteczkiem - wszystko zasypane! :D Na podjedzie wpadl w poslizg i znioslo go na przyczepe! Dobrze, ze nic wielkiego sie nie stalo; ma tylko mala ryse na zderzaku. Planowalam jechac na zakupy bo skonczylo sie mokre zarcie dla Oreo, ale przy takich warunkach uznalam ze nie mam gdzie sie pchac. Za to odkurzylam i pomylam podlogi na dole, bo juz o to prosily. Obejrzalam skoki narciarskie, a potem ruszylismy z M. odsniezyc podjazd. Po Niku wlasciwie choroby nie bylo widac, oprocz tego ze z jednej strony nos obtarl sobie od wycierania do krwi. Odmawia jednak smarowania nozdrzy kremem (bo piecze!), no to ma... Na wszelki wypadek nie pozwolilam mu wyjsc na dwor, bo wiedzialam ze mniej bedzie pomocy, a wiecej tarzania sie w sniegu. A skoro Mlodszy nie pomagal szuflowac, wiec sprawiedliwie nie gonilismy tez Bi i starzy musieli poradzic sobie sami. ;) Tego dnia przyszly nowe tabletki na to posikiwanie Mayi. Skoro te na wzmocnienie zwieraczy pomagaly tylko minimalnie, teraz lekarka przepisala hormonalne, z estrogenem. Popuszczanie to bowiem ponoc czesta przypadlosc i wysterylizowanych suczek. Modle sie zeby te dzialaly lepiej, bo ciagle ciagle wycieranie podlogi doprowadza mnie juz do szalu, a w dodatku, tamte tabletki skonczyly jej sie w czasie naszego wyjazdu. Przez poltora tygodnia byla bez niczego i... nie chcecie wiedziec jak capi jej poslanie. Jak tylko zobaczymy ze nowe tabletki dzialaja, musze kupic jej nowe... Pod wieczor pojechalismy do kosciola, gdzie bylo oczywiscie duzo mniej ludzi niz zwykle, mimo ze glowne drogi byly juz odsniezone i porzadnie posypane sola. Po powrocie Nik uparl sie na pieczenie babki na oleju. Nie protestowalam, bo kolejnego dnia mial wpasc dziadek, wiec deser byl mile widziany. Pomoglam mu oddzielic zoltka od bialek, po czym zostawilam go niemal samego, choc i tak co chwila wolal mnie do pomocy lub po rade. A i tak zdolal zapomniec wyzerowac wage, wiec nie wiem ile dal cukru (ciasto i tak wyszlo slodkie :D), pozniej o malo nie dal sody oczyszczonej zamiast proszku do pieczenia, a na koniec, zamiast 300g maki, odmierzyl 350, bo pomylilo mu sie z cukrem. O dziwo, ciasto wyszlo bez zarzutu. :D A kiedy konczylo sie piec, do kuchni wparowala Bi i oznajmila ze chce upiec brownies. Zaslodzimy dziadka dokumentnie. ;)

Dobra, chyba nadrobilam zaleglosci. Teraz wracam juz do normalnego nadawania ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz