Sobota, 22 listopada, to oczywiscie pobudka o 1:40 i do roboty. Tam na dzien dobry dostalam w pakiecie irytacje, bo papiery nie byly przygotowane. Wiecie, dane do wypuszczenia kazdej partii wypisuje sie na kilku dokumentach. Wystawienie numerow seryjnych, a potem wydrukowanie wszystkiego i przybicie owego numeru oraz daty na kazda strone, sporo trwa, wiec zawsze robi sie to poprzedniego dnia, zeby potem nie biegac w srodku nocy z obledem w oczach. I robi sie to z grzecznosci dla osoby, ktora otwiera, nawet jesli to nie ty. W piatki drukujemy i przybijamy papiery nie tylko na weekend, ale tez przynajmniej na poniedzialek, bo w weekendy pracujemy krocej, wiec jest mniej czasu na takie pierdoly. W piatek pomocnik wspomnial zebym poprosila moja kolezanke o zrobienie tego, z racji ze ona nadal nie jest wykwalifikowana do niczego konkretnego i wiekszosc czasu siedzi nic nie robiac. Spytalam ja czy da rade (bardziej pro forma, bo wiedzialam ze ma czasu po kokarde) i powiedziala, ze tak. I co? I jajco. Zajechalam do roboty, szukam papierow i... nie ma. Przeszukalam laboratorium (zwykle zostawiamy papiery wlasnie tam, w specjalnym segregatorze), wlasne biurko, nawet sale konferencyjna... Nie ma. W koncu otworzylam system komputerowy, ktory potwierdzil niestety, ze papiery nie zostaly w ogole wystawione. Super. Facet od produkcji potrzebuje dokumentow, chlopak od testow rowniez, a tych nie ma! Migusiem musialam wszystko przygotowac do pierwszej partii, a wypuszczajac ja, drukowalam i przybijalam do drugiej. Pozniej, miedzy wypuszczaniem obu partii, musialam przygotowac wszystko na poniedzialek. Zamiast posiedziec i porelaksowac sie, ja biegalam miedzy drukarka i biurkiem, a kiedy siadalam, to tylko po to, zeby machac pieczatkami. :/ Pozniej, w laboratorium, okazalo sie, ze dziewczyna nie sprawdzila dokumentow z codziennej sterylizacji oraz czyszczenia, co ostatnio tez bylo jej codziennym obowiazkiem. Najbardziej jednak wkurzylo mnie nie to, ze w piatek praktycznie nic nie zrobila (z i tak juz minimalnej listy), ale ze nawet nie pomyslala ze fajnie byloby mi wyslac sms'a, ze sorki, ale nie dalam rady, czy cos. Tymczasem, kiedy w piatek wychodzilam, ona, pomocnik oraz kierowniczka laboratorium siedzieli sobie razem i mieli ubaw po pachy. Kolezanka wylatywala na caly tydzien na swieto Indyka, wiec pewnie juz myslami byla na wyjezdzie, ale lot miala dopiero wieczorem. Skoro przyjechala do pracy, to powinna chociaz z przyzwoitosci zrobic cos pozytecznego... Zaloze sie jednak o milion, ze poniewaz dzien byl calkiem luzny, bez produktu klienta, jak tylko pomocnik wypuscil ostatnia partie naszego, ona sie zmyla do domu, po zawrotnych 3 godzinach pracy. Bardzo czesto tak wychodzi, tlumaczac, ze i tak nie ma co robic. Zwykle bylam pelna zrozumienia, bo z poczatkow wlasnego zatrudnienia wiem, ze czlowiek kota dostaje tak siedzac. Wydawaloby sie jednak, ze wypada chociaz odhaczyc te kilka drobnych obowiazkow z wlasnej listy? Najwyrazniej nie. W tylku miala wszelkie obowiazki, bo juz widziala tylko "wakacje". Jak tak ma wygladac nasza przyszla wspolpraca, to ja dziekuje. :/ W kazdym razie, na szczescie tym razem w sobote obie partie wyszly bez problemu. Malego zawalu sprawil mi tylko jeden z maili, gdzie jedna z aptek z naszego regionu, ktora nie ma wlasnego laboratorium, napisala ze ma zamowienie na niedziele na tyle i tyle. Ta niedziela byla u nas niepracujaca, wiec ktos przyjal u nich to zamowienie przez pomylke i nikt sie nie skapnal. Dyspozytor probowal do nich zadzwonic, ale nie podnosili sluchawki. Wyslalam wiec im maila, ze laboratorium (a wiec produkcja) nie dziala w ta niedziele, ale przez wiekszosc dnia tkwilo mi z tylu glowy, ze jak ktos sie uprze, to bedzie wydzwanial po managerach, a ci z kolei po pracownikach, szukajac jelenia, ktory zgodzi sie przyjechac do pracy. Na szczescie do mnie nikt nie zadzwonil. ;) A jeszcze w pracy popsul sie ekspres do kawy na kapsulki, wiec ktos z apteki zamowil kawe dla wszystkich.
Ta okazala sie bardzo mocna, wiec kiedy dojechalam do domu i polozylam sie jeszcze na chwile spac, za cholere nie moglam zasnac. Malo kiedy mi sie to zdarza; zwykle kawa na mnie nie dziala. ;) W koncu przysnelam, ale o 10 zmusilam sie zeby wstac i skorzystac jeszcze z soboty. Wlasciwie to duzo nie osiagnelam, poza odfajkowaniem jednego prania i przymuszenia Bi do wyszorowania lazienki dzieciakow. Tak jak przy Kokusiu, z jakiegos powodu wymagala ona mojej obecnosci oraz wskazowek, choc te przyjmowala stwierdzeniem, ze "przeciez wie". No skoro wie, to po co jak tam stalam? :D Poznym popoludniem pojechalismy jak zwykle do kosciola, a po powrocie M. rozpalil w kominku, wiec wieczor uplynal na wygrzewaniu starych kosci. ;) A, jeszcze Nik zaczal sie przymierzac do nart oraz butow narciarskich, bo klub za miesiac, wiec trzeba sprawdzic czy wszystko pasuje. Buty (M.) nadal pasuja, choc podejrzewam, ze to drugi i ostatni sezon kiedy Nik bedzie w nich jezdzil. Narty zrobily sie krotkawe jak na poziom jazdy Kokusia, wiec zaczynamy sie rozgladac za czyms dluzszym.
Tak jak w poprzednich latach, malzonek szuka czegos z drugiej reki bo Nik tak rosnie, ze niewiadomo na ile mu starcza nawet takie dluzsze. Moglby od biedy jezdzic na nartach M., bo sa idealnie jego wzrostu, ale Mlodszy marudzi ze on lubi skakac i robic sztuczki, a na takich dlugich nie da rady. Zobaczymy wiec co M. znajdzie, bo tym razem Nik juz mocno sie interesuje i krytykuje jego "znaleziska". Bi za to prosi o nowe buty narciarskie, bo jej obecne maja elementy niebieskie oraz czerwone i uwaza je za zbyt dziecinne. Z nia jednak nie ma problemu, bo stopa jej juz nie rosnie, wiec nawet nowe, drogie buty to bedzie zakup na lata.
W niedziele nie pracowalam, wiec moglam spac do wypeku. Czyli obudzilam sie o 8:30. :D Wstalam. ogarnelam sie i zabralam za pieczenie ciasta, bo oczywiscie mial wpasc moj tata. Upieklam moj ulubiony placek z jablkami i pomiedzy dziadkiem, M. oraz mna, do wieczora zostal tylko kawaleczek. :) Tacie musialam oczywiscie pomoc w wyslaniu bezrobocia, bo starszy pan ma problem z ogarnieciem komputera, a potem wspolnie ogladalismy skoki narciarskie. Popoludniu planowalam pojechac z Potworkami popatrzec za sniegowcami dla nich oraz butami do koszykowki dla Kokusia, ale zrobilo sie pochmurno z przelotnym deszczem i juz nigdzie mi sie nie chcialo jechac. Malzonek ponownie rozpalil w kominku i spedzilam popoludnie naprzemian wygrzewajac tylek i wstawiajac pranie i ogarniajac chalupe.
Poniedzialek rowniez mialam wolny, wiec wstalam tylko zeby pozegnac Potworki, po czym polozylam sie spowrotem do lozka.
Tego wieczora mialam juz isc do pracy, wiec chcialam jeszcze troche dospac. O dziwo, udalo mi sie zasnac i choc byl to sen mocno przerywany, to jednak dolezalam do 9:30. Pozniej trzeba bylo sie zwlec i skorzystac z tego, ze mialam wolna chate, moglam wiec na spokojnie sprzatac, bez towarzystwa placzacego mi sie pod odnozami. ;) W koncu ze szkoly wrocil Nik, a zaraz po nim M. z pracy. Bi jak zwykle zostala w szkole dluzej, ale ze rano pojechala na rowerze, to wrocila sama. Wieczor uplynal w sumie spokojnie, az przyszla pora treningu. Bi w koncu wrocila na plywanie do wczesniejszej druzyny, tam gdzie Nik. Zachwycona nie byla, ani przed, ani po. ;) Tym razem malzonkowi nie chcialo sie cwiczyc, wiec tylko zawiozl Potworki, a ja ich odebralam.
Widzialam, ze dwie dziewczyny (nieco mlodsze), z ktorymi wczesniej Bi nawet sie trzymala, zagadywaly ja i zaczepialy, ale panna odpowiadala tylko polslowkami. Najwyrazniej zadziera nosa, bo przeciez teraz jest wazna "licealistka". :D Wada tych treningow jest pora. Kiedy docieramy do domu, pozostaje tylko szybko prysznic, szykowac sie na kolejny dzien i do lozka. To znaczy dla mnie, bo dzieciaki jeszcze siedzialy sobie w swoich pokojach i spac o 21 nie planowaly. ;)
We wtorek w nocy niestety trzeba sie juz bylo zebrac do roboty. Na szczescie byl to jeden z tych niewielu dni, kiedy wszystko poszlo (prawie) gladko. Jeden instrumencik nie przeszedl wewnetrznego testu, ale na szczescie byl to taki blad, ze test mozna bylo po prostu powtorzyc. Kosztowalo nas to wiec tylko 10 minut opoznienia i obylo sie bez papierologii. Niestety, musialam oddac szefowi papiery ze szkolenia i spodziewalam sie, ze zaraz wysle mi kolejny egzamin... :/ Wkurzyl mnie tez nieco, bo okazalo sie, ze na kolejny tydzien nie zalatwil zadnego pomocnika (choc samo to, nie bylo powodem wkurzenia). Zostalismy we dwoje na posterunku, spytalam wiec co chce zrobic z weekendem. Ten mamy caly pracujacy, wiec gdybym miala przyjechac na dyzur, to potem chcialabym miec dwa dni wolne. Jesli mam pracowac pon-wt, to chcialabym zeby szef wypuscil w weekend partie zdalnie. On ma taka mozliwosc, ja nie. Odpowiedzial, ze tak naprawde zadna z opcji mu nie odpowiada, ale sie zastanowi i da mi znac. Jasne, bo najlepiej by mu bylo gdybym pracowala w weekend ORAZ caly kolejny tydzien. A takiego... :/ Do konca dnia w robocie, egzaminu nie dostalam i mialam nadzieje, ze szef sie zlituje i wystawi go po Thanksgiving, bo ten tydzien, przez wolny czwartek, mamy taki porozrywany... Po pracy zajechalam jeszcze do biblioteki oddac puzzle, ktore zapakowalam w zeszly czwartek, a potem juz do domu, spac. Mielismy pochmurny dzien, zbieralo sie na deszcz, wiec wyjatkowo spalo mi sie calkiem niezle. Jak polozylam sie przed 11 (kurcze, no nie daje rady wczesniej sie wyrobic...), tak obudzilam sie kiedy przed 15 wrocil do domu Nik. Malo kiedy udaje mi sie tak ciagiem przespac w dzien 4 godziny. Pozniej wstalam i ogarnelam sie, bo o 15:45 mialam jechac po Bi. Rano pojechala z sasiadka, wiec nie miala roweru i musialaby isc pieszo. Zlitowalam sie i pojechalam po dziecko. ;) Malzonek po pracy pojechal po indycze udka, bo nie chcialo nam sie piec calego indora. Niestety... nie dostal. :O Postanowil pojechac do innego supermarketu kolejnego dnia, a jak i tam nie bedzie, stwierdzilismy ze zjemy kurczaka. :D Pod wieczor dzieciaki znow mialy trening i tym razem M. pojechal rowniez na silownie. Dalo mi to czas na posiedzenie z kawa w samotnosci, ale tez na upieczenie ciasta z jablkami. W pracy bowiem postanowili urzadzic tzw. potluck z okazji swieta Dziekczynienia, czyli kazdy mial cos przyniesc wedlug swojego uznania. Nie znam sie na tradycyjnych hamerykanckich daniach na Thanksgiving, wiec stwierdzilam, ze najlatwiej bedzie przyniesc deser. A ciasto z jablkami jak znalazl wpisuje sie w klimat jesiennego swieta. :) Kiedy reszta wrocila, rzucili sie oczywiscie pod prysznice, a potem rodzice uciekli do spania, a mlodziez relaksowala sie w swoich pokojach.
Sroda to ponownie nocna pobudka, ale wstawalo sie calkiem niezle, wiedzac ze kolejny dzien jest wolny. :) Kot wyszedl wieczorem w deszcz i pomimo siedzenia pod zadaszeniem z przodu, odmowil powrotu do chalupy, wiec kiedy w nocy go wpuscilam, czym predzej znalazl sobie przytulne lozeczko na drzemke. ;)
W pracy wypuscilam dwie partie, ktore (o cudzie) poszly bezproblemowo, a pozniej mielismy ta mala imprezke. Niestety - stety, wiekszosc ludzi poszla w deser, podobnie jak ja, wiec mielismy tylko dwa dania, a reszta to ciasta, ciasteczka oraz paczki. ;)
Reszta dnia (w pracy) uplynela mi bardzo szybko. Niestety, kiedy rano sprawdzilam maile, okazalo sie, ze egzamin juz mialam w skrzynce. Troche nad nim posiedzialam, ale ze szef dal mi czas do nastepnego piatku, to bardzo sie nie spinalam. Mialam pilniejsze rzeczy do odhaczenia, bo sroda to dzien kiedy wyciagamy szalki petriego oraz tubki z inkubatorow i sprawdzamy czy wszystkie testy wyszly sterylne. Jesli nie... to lepiej nie mowic, ale wiaze sie to z ogromna iloscia papierow, maili, podpisow, meetingow, itd. ;) Jesli tak, to czesc papierow idzie po prostu do zaksiegowania, ale czesc jest doczepiana do dokumentacji z kazdej wypuszczonej partii, w ktorej trzeba jeszcze wypelnic odpowiedni formularz, po czym ja tez mozna zaksiegowac. Troche to wszystko trwa, wiec czesto zaksiegowywanie zostawiamy na kolejny dzien. Ten jednak mial byc tym razem wolny, a w piatek kolejna partia szalek oraz tubek wychodzi z inkubatora, wiec chcialam uporac sie ze srodowym stosem tego samego dnia. Dodatkowo, w zeszly piatek spedzilam chyba dwie godziny zeby pozatwierdzac wszystkie nowe materialy w inwentaryzacji, a kiedy we wtorek przyszlam do pracy, szczeka mi opadla, bo zobaczylam pod magazynem ogromny stos pudel oraz pakunkow. Dwie osoby z laboratorium zaczely to wszystko odpakowywac i wklepywac w system, wiec zawzielam sie zeby zatwierdzic to, co juz wbili, bo gora pudel wcale nie wydawala sie zmniejszac... Z jednej strony szkoda, ze czwartek mielismy wolny, bo chcialam jak najbardziej wykorzystac fakt, ze w tym tygodniu mamy pomocnika. W kolejnym bede sama z szefem (oraz kolezanka, ktora nadal nie ma wiekszosci uprawnien), wiec marnie widze wyrabianie sie ze wszystkim... Czas do 9 zlecial wiec migiem, a potem szybko zyczylam wszystkim Happy Thanksgiving i ucieklam do domu. :) Przyjechalam, zjadlam, po czym jak najszybciej sie polozylam. Wiedzialam, ze ze spaniem moze byc kiepsko, bo Potworki mialy skrocone lekcje. Bi dojechala wiec juz o 12:30, a Nik niedlugo po niej. Oczywiscie obudzily mnie za kazdym razem tlukace sie drzwi od garazu, potem pies biegal podniecony po korytrzu, ktos wlazil po skrzypiacych schodach, itd. Polozylam sie jak zwykle przed 11, a juz okolo 13:30 spanie sie skonczylo. Usilowalam jeszcze przysnac, ale o 14 sie poddalam i wstalam. Tego dnia w koncu wzielismy Potworki na zakupy obuwnicze, odkladane od dluzszego czasu. Nie chcialo sie jak cholera, ale czas ucieka, w srody nie jezdza na basen, a reszta dlugiego (dla dzieciakow) weekendu laczy sie z Black Friday, ktore tak naprawde trwa cale trzy dni, wiec nie planuje wtedy jezdzic na zadne zakupy poza spozywczymi. ;) Tymczasem oboje dzieciakow potrzebowalo sniegowce, bo Nik ze swoich wyrosl, a u Bi pekly sznurki do zaciskania ich na nodze. Mamy leciec do Polski, w tym do Zakopanego, a tam wiadomo, ze snieg zima jest niemal gwarantowany. Dodatkowo, Mlodszy chcial buty do koszykowki, a Starsza potrzebowala pantofelki na koncert w szkole.
Przy okazji chcialam tez spojrzec na polbuty oraz kozaki dla siebie, bo jedne z kozakow mi ostatnio pekly przy podeszwie, a polbuty do pracy w jednym miejscu wygladaja jakby sie zaczynaly przecierac. Udalo nam sie dostac wszystko poza butami do koszykowki, bo Kokusiowi nic nie podpasowalo. Mielismy tez farta, bo w sklepie juz zaczely sie przeceny na "czarny piatek". A i tak wyszlismy lzejsi o prawie $600. :O Po powrocie do domu to juz kolacja oraz relaks troche dluzej niz zwykle w tygodniu, bo wszyscy moglismy kolejnego dnia pospac dluzej.
W czwartek wypadalo tutejsze Swieto Dziekczynienia, zwane powszechnie Turkey Day. :D Cala nasza czworka skorzystala i pospala dluzej, przy czym to "dluzej" oznaczalo dla M. pobudke okolo 7, dla Bi o 8, ja wstalam gdzies o 9, a Nik spal jeszcze w najlepsze kiedy schodzilam na dol. ;) Malzonek rano wyruszyl na marsz po osiedlu, mimo ze bylo tylko kilka stopni na plusie. Ja po sniadaniu wzielam sie za marynate do indyka. Kupilam gotowa mieszanke przypraw oraz ziol, ale okazalo sie, ze trzeba ja bylo przegotowac, a potem musiala sie schlodzic. Szkoda, ze nie przeczytalam wczesniej, to zrobilabym to dzien wczesniej. No nic, zostawilam marynate do schlodzenia i poszlam sie umyc, potem wypilam kawe i w koncu mozna bylo zamarynowac zakupione przez M. udziska. W czasie, kiedy one nabieraly kruchosci, upieklam babke na oleju i akurat w tym czasie wreszcie zszedl na dol Nik. Reszta ranka oraz wczesne popoludnie uplynelo na sprzataniu jadalni, obieraniu ziemniakow oraz wreszcie wstawieniu do pieczenia zamarynowanych indyczych udek. Umowilam sie z tata na 15, przyjechal o 14:45, ale niestety wszystko tak sie nam przedluzylo, ze do stolu siedlismy dopiero przed 16.
Chrzestny Potworkow z "przyjaciolka" juz ktorys rok z rzedu sie wymigali, wiec byla nas tylko piatka. Nie bylo wiec po co szykowac niewiadomo jakiej ilosci jedzenia i nasz stol wygladal raczej skromnie. Po obiedzie przyszla pora na deser. Oprocz babki, mialam jeszcze reszte placka z jablkami, bo z pracy przywiozlam spowrotem polowe, a kilka dni wczesniej M. kupil w Polakowie makowiec. Do tego kawa i calkiem przyzwoicie sie pozywilismy. ;) Dziadek posiedzial do 18, a po jego wyjsciu M. i ja musielismy szykowac sie na dzien w pracy. Ciezka dola. Tylko Potworki cieszyly sie kolejnymi dniami laby. ;)
Piatek to juz niestety pobudka o polnocy. Nieco sie zdziwilam, kiedy wychodzac z sypialni, wpadlam na... Kokusia, ktory jeszcze nie spal! Byla 12:20! :O W pracy na dzien dobry mialam wku*w, bo kiedy w srode wychodzilam, nadal byla mowa ze w piatek mamy dwie partie i ze bedzie to luzniejszy dzien. Taaa... Przyjechalam i okazalo sie, ze mamy cztery partie, czyli normalny dzien w produkcji. Jedynie produktu dla klienta nie bylo, ale to akurat dosc czeste w piatki, wiec nic specjalnego. Jeszcze myslalam ze przez brak tego produktu, pomocnik polecial do domu, ale na szczescie okazalo sie ze o tym nie wiedzial. :) Liczylam wiec, ze uda mi sie wyjsc moze o 5-6 rano, ale sie przeliczylam. Dobrze, ze przynajmniej pomocnik przejal ostatnia partie, wiec pokonczylam to i owo i udalo mi sie wymknac o 7. ;) W domu polozylam sie spac, ale tym razem szlo mi opornie. Ciagle sie przebudzalam. W koncu, o 10 wstalam, bo ile mozna... Dojechal z pracy M. i wybralismy sie na zakupy. Mialam jechac sama i tylko po spozywke, ale malzonek namowil mnie na zajechanie do sportowego, popatrzec na buty do koszykowki dla Kokusia. Byl Black Friday, wiec M. liczyl na przeceny. Ja bylam sceptyczna... Zabraly sie z nami oczywiscie Potworki. Nik musial, bo przeciez buty same sie nie przymierza. Bi pojechala, bo malzonek liczyl ze beda tam buty narciarskie, choc tlumaczylam, ze w tym konkretnym sklepie ich nie ma. Nie uwierzyl, a mialam racje. ;) Tak czy siak, Nik jakims cudem znalazl buty, ktore mu odpowiadaly. Bi chodzila z nosem na kwinte i szukajac na sile czegos do kupienia, bo nie mogla byc gorsza od brata. ;) Butow narciarskich nie bylo, ale popatrzyla na gogle, bo te jej sa bardziej dziecinne i zrobily sie za male.
Niestety, tych, ktore jej sie spodobaly, oczywiscie nie bylo; zostal tylko model do przymierzenia. ;) Zreszta, ceny maja tam takie, ze prosze siadac. Ja wiem, ze narciarstwo ogolnie nie jest tanim sportem, ale wiekszosc takich samych rzeczy znajde na Amazonie za 2/3 ceny. :O Ostatecznie oboje z Kokusiem wyszli ze sklepu ze spodniami, a Mlodszy dodatkowo z butami do kosza. Zrobilo sie juz popoludnie, wiec reszte dnia chcielismy spedzic juz n zwyklym relaksie, tym bardziej, ze rodzice ponownie mieli wstac w srodku nocy...
Milego weekendu!










Miałaś w tym tygodniu dużo wydatków - dobrze, że przynajmniej dzieci większość znalazły butów, które potrzebowały. Szkoda, że nie kupiliście gogli dla Bi.
OdpowiedzUsuńFajnie, że przylatujecie do Polski. Warto, żeby dzieci mogły spotkać czasem kuzynów i dziadków.
Koleżanki z pracy Ci nie zazdroszczę - ma tak mało obowiązków, a i tak tego nie robi. Co będzie później?
Fajnie wygląda w takiej spiętej fryzurze Bi jak w czasie święta.
Uściski