środa, 13 stycznia 2021

Styczniowa nuda, plus seria "W tym domu sie gada" powraca. Na chwile :)

Przyszedl nieuchronnie tydzien, kiedy naprawde nic sie nie dzialo. To znaczy, nic fajnego. Swieta odeszly w niepamiec, sniegu brak, Potworki chodza (na szczescie!) do szkoly, sporty nadal w zawieszeniu... Ot, stara bida. Od ostatniego zdjecia Kokusia z nowym rowerem, nie pstryknelam ani jednej foty, uwierzycie?! W zeszly czwartek Bi miala dentyste, ale wyslalam ja z M., bo ma dobry wplyw na te nasza osobista histeryczke. ;) Podobno byla dzielna i pisnela tylko przy podawaniu znieczulenia. W sobote, po przerwie ruszyla znow (zdalnie) Polska Szkola. Bez wiekszego entuzjazmu, ale tez bez protestow, dzieciaki dzielnie polaczyly sie z nauczycielkami, zeby lyknac troche jezyka "ojcow". ;) Kibicujemy tez skoczkom narciarskim. W koncu mamy polska TV, a wiec mozliwosc ogladania. Wciagnal sie nawet Nik, ktory kocha narty, wiec wiadomka. ;) Krzyczy "lec Kamil/ Dawid" i twierdzi, ze on tez umialby tak skoczyc. ;) Niestety, w niedziele nasi sie nie popisali, ale i tak z przyjemnoscia obejrzelismy zawody. Wieczorem Nik przyprawil mnie niemal o zawal, bo przy wieczornym czytaniu zaczal... kaszlec. Kaszlal i kaszlal i nie przestawal. Juz mialam wizje korony, a jak nie korony, to i tak testu na korone zanim ktos Mlodszego w ogole przebada, bo wiadomo... korona, a on przeciez kaszle. Na szczescie po zasnieciu kaszel znikl i wiecej sie nie pojawil...

Jedynym "sensacyjnym" wydarzeniem minionego tygodnia bylo to, ze dopadla mnie... kolka nerkowa. Kuzwa, nie zycze tego najgorszemu wrogowi! To znaczy, jestem na tyle wredna, ze najgorszemu wrogowi moze i bym takiego bolu zyczyla, ale (poki co) az tak nikogo nie nienawidze. :D W kazdym razie zaczelo sie dosc delikatnie, pobolewaniem w sobote. Wzielam Furaginum, ktore tutaj mozna dostac bez recepty w polskich sklepach (;P), tabletke przeciwbolowa i stwierdzilam, ze zobacze co sie rozwinie. W niedziele bylo lepiej, czulam tylko jakby ucisk, uznalam wiec, ze prawdopodobnie byl to "kamyk", ale juz przelecial. Tak naprawde to nigdy nie zostalam oficjalnie zdiagnozowana co do kamieni nerkowych, ale juz pare razy mialam takie ataki ze chodzilam po scianach z bolu. Zawsze mijaly samoistnie po paru godzinach i lekarze na podstawie objawow uznawali, ze to kamienie. Raz, w ciazy z Nikiem, nawet trafilam na usg, tyle, ze dostalam sie na nie dopiero 3 dni pozniej (wczesniej "nie mieli miejsc") i nic nie pokazalo. Tym razem jednak mialam mniej szczescia. W poniedzialek rano czulam sie jeszcze normalnie, zawiozlam Potworki do szkoly i juz w aucie poczulam pierwsze uklucia bolu. O-ho. To "oho" to byl niestety dopiero poczatek. Nie minelo pol godziny, a chwycil mnie taki bol, ze myslalam, ze nie tylko po scianach bede chodzic, ale jeszcze zgryze z nich tynk! Pierwszy raz w zyciu z bolu plakalam i jeczalam w glos. Jak to jednak ja, na pytanie M. (ktory zadzwonil) czy ma przyjechac z pracy, odpowiedzialam, ze to na pewno tylko kamien i musi przeleciec i tyle. Wytrzymam... Tia... Ani sie polozyc, ani usiasc (z jakiegos powodu siedzenie bylo najgorsze), moglam tylko chodzic, tyle, ze doszlo jeszcze oslabienie, dreszcze, a na dokladke biegunka oraz zryw na wymioty. Pelen pakiecik. :/ Dla rownowagi, przestalam praktycznie siusiac. Niby mi sie chcialo, ale lecialo po pare kropelek. :/ W koncu napisalam M. zeby wyszedl troche wczesniej i odebral Potworki, bo ja nie jestem w stanie. Resztka sil wyslalam maila do szkolnej sekretarki, zeby zawiadomic, ze kto inny odbierze dzieci (taka tutejsza procedura). Po poludniu bol minimalnie zelzal, ale nie moglam zniesc juz ciaglych dreszczy i polozylam sie do lozka. Lezac idealnie na wznak, albo stojac, czulam sie najlepiej, choc to slowo to mocno na wyrost. Udalo mi sie jednak w koncu przysnac, a kiedy wstalam, okazalo sie, ze bol niemal znikl. W miedzy czasie M. wrocil z Potworkami do domu i powstal dylemat, co robic. Czesc mnie, nielubiaca lekarzy, krzyczala, zeby przeczekac, ale druga czesc, pamietajaca bol sprzed raptem dwoch godzin, uznala, ze przy kolejnym ataku wezme i strzele sobie w leb. Pojechalismy wiec do dyzurnej przychodni (tutaj: walk-in clinic), spodziewalam sie bowiem, ze w takim miejscu przyjma mnie szybciej niz na pogotowiu, slynacym (tak, w Stanach tez) z kilkugodzinnego czekania. Tym razem jednak mielismy pecha, bo tuz przed nami trafila tam rodzinka, robiaca sobie testy na (surprise!) koronaswirusa! :/ Niestety, nie wiedzialam ze papierologia do tego testu tyle trwa, wiec podalam dyzurnemu lekarzowi swoj dowod tozsamosci, karte ubezpieczenia oraz kredytowa. Inaczej dawno bym z tamtad spiep**yla. Jak pisalam wyzej, z jakiegos powodu, pozycja siedzaca byla najgorsza, wiec po kilkunastominutowej jezdzie, znow zaczelam skrecac sie z bolu. A czekalismy w samochodzie pod gabinetem... 40 (czterdziesci!) minut, az lekarz w koncu wyszedl, po czym zaczal podawac kazdej osobie z sasiedniego auta fiolke z patyczkiem, osoba smyrala sobie w nosie oraz gardle, oddawala mu fiolke, on odchodzil i wrzucal ja do specjalnego pudla, po czym podawal kolejna, nastepnej osobie. Chwile to trwalo, a ja juz niemal mdlalam z bolu. Wystraszylam sie tez, ze zanim mnie w koncu przyjmnie, kaze i mi zrobic test! W koncu jednak zawolal, choc polecil zostawic w aucie torebke i plaszcz. Bo wiecie, jeszcze mu z tej torebki koronaswirusy wyskocza! :/ Na dzien dobry polecil nasiusiac do kubeczka, choc powiedzialam, ze nie wiem co z tego wyjdzie. Na test jednak wystarczylo. Kolejnych nie robil, bo: niespodzianka! Nie znalazl krwi w moczu, wiec uznal, ze to nie kamienie, tylko zapalenie nerki. No, to cos nowego... Dostalam recepte na antybiotyk, tabletki przeciwbolowe z kodeina (nacpam sie, a co! ;P) i polecenie odpoczynku. Jakby bol nie minal, mialam wrocic (po prostu "uwielbiam" zalecenia zeby wrocic jakby objawy nie minely, albo sie pogorszyly!), bo moooze to jednak kamienie (a mogl, osiol, od razu zrobic przeswietlenie, to by wiedzial!). Zajechalismy do apteki, gdzie wyslalam M. do srodka, a ja musialam wysiasc z auta zeby przejsc sie wokol dla ulgi, choc jednoczesnie cala sie telepalam. W drodze do domu dwa razy dostalam takich boli, ze mialam ochote walic glowa w szybe, a M. pytal czy sie zatrzymac, zebym mogla sie rozprostowac. Chcialam jednak jak najszybciej dotrzec do domu zeby wziac leki, wiec ograniczylam sie do stlumionych krzykow, czym przerazilam lekko Potworki. Nik spytal, czy od tego sie umiera. :D Bo tak, Potworki musielismy wziac ze soba, a one dzielnie wytrzymaly cale czekanie pod gabinetem lekarza, a potem apteka. Wzieli ksiazki, gierki i nawet byli w miare grzeczni, choc nawijali non stop. ;)

Czy to faktycznie zapalenie, a nie kamyk? Musze oddac lekarzowi, ze chyba tak, bo zaraz po pierwszej dawce antybiotyku bol znacznie zelzal i w dodatku w koncu zaczelam sikac! Boszzzz... Nie macie pojecia jakie to piekne moc zrobic po ludzku siusiu! :D Zreszta, po calutkim dniu bez jedyneczki, jak zaczelam sikac, chodzilam do lazienki doslownie co chwila, a w nocy 4 razy wstawalam. Spalam zreszta koszmarnie, bo nie dosc, ze nadal odczuwalam lekki bol (pomimo opiatow), to bylo mi goraco, kiedy wstawalam do kibelka z kolei zaczynalo mnie znow telepac, przebudzalam sie co chwila bez konkretnego powodu i rano czulam sie niczym detka. Odwiozlam Potworki do szkoly, wyslalam maila do pracy, ze tego dnia nie pracuje i polozylam sie spac. W sumie to spanie tez bylo kiepskie, bo kompletnie nie nauczona jestem snu w dzien, wiec przysypialam, wybudzalam sie, krecilam, itd. Ale przynajmniej wypoczelam i wygrzalam sie w lozku. Szkoda, ze potem musialam jechac po Potworki i wymarznac na wietrze przy ledwie 3 stopniach. ;) Dzis rano za to (mimo, ze znow slabo spalam) dostalam zastrzyk energii. Poniewaz w poniedzialek oraz wtorek w domu nie zrobilam prawie nic, zabralam sie za sprzatanie. Umylam kuchenke, zlew, blaty, wstawilam, przelozylam do suszarki i poskladalam pranie, umylam zlewy i lustra we wszystkich trzech lazienkach... i niestety chyba troche sie przeforsowalam, bo od strony tej feralnej nerki zaczelo mnie uciskac i ciagnac na calym boku oraz plecach. Zreszta, nawet rano nadal cos czulam jak podnioslam noge czy machnelam ramieniem z tamtej strony. Doczytalam pozniej, ze taki bol przy zapaleniu nerki moze zanikac stopniowo nawet tydzien. Wpierdzielam wiec grzecznie antybiotyk i czekam. I musze przystopowac ze zbedna aktywnoscia. Mam nadzieje, ze przejdzie w koncu zupelnie i juz nie wroci, bo po poniedzialku, szczerze to nie wiem czy nie wolalabym juz sie zmierzyc z koronaswirusem. ;)

 

Jak widzicie, "malo" co sie akurat dzieje (ale jak juz sie dzieje, to intensywnie, choc ja akurat "taka" intensywnosc wolalabym sobie darowac), wiec wrzucam teksty Potworkow zachomikowane z zeszlego roku. Jeden jeszcze sprzed wiosnennego lockdown'u! :O I od niego wlasnie zaczne:


Nasz gubernator oglosil w marcu zamkniecie szkol w czwartek, a mialy byc zamkniete od poniedzialku przez dwa tygodnie (taaa... wiemy jak sie to skonczylo...). Mowie wiec do Potworkow w piatek:

"To dzis ostatni dzien do szkoly, a potem dwa tygodnie wolnego. Nie za dobrze Wam?"

Nik (smetnie): "But it's gonna pass so quickly..." [ale to minie tak szybko...]

Szklanka do polowy pelna, zaiste. Po mamusi. :D

*

Potworki bawia sie w policjantow i zlodziei (a raczej w "bad and good guys").

Bi: "Open up! FBI!"

Po czym zamysla sie i mruczy sama do siebie: "What is FBI? Friends, Boyfriends, then what?"

Padlam! :D

*

Nik klepie sie po brzuchu, wykrzykujac (podsluchane zapewne w jakims filmie): "You wanna piece of this bad boy?!"

Robi to jednak za mocno i zaczyna narzekac, ze go boli "tu, gdzie jedzenie idzie z buzi do brzucha, tu cos mi peklo...". Bi z powaga:

"He's got arthritis." [on ma artretyzm]

*

Bi przyglada sie z namyslem linijce.

"Hmmm... Why is this thing called a "ruler"? It doesn't rule a city or anything..." [skojarzone z "rule", czyli "rzadzic"]

*

M. (robi sobie jaja): "Patrzcie, snieg proszy!"

Bi (oburzona): "Wcale nie kruszy!".

*

Kilka krotkich powiedzonek Kokusia:

"Ja mam autowe gry!" (czyli wyscigi samochodowe ;p)

Uderzyl sie w dyndusia: "I hit my nuts!"

Po ochrzanie o nie zaniesieniu pizamy do pokoju: "I always, sometimes, usually do it!" [Zawsze, czasem, zwykle to robie!]

Grozi: "Watch out! I learned skunk-fu!" [skunk = skunks]

To prawda, ze dosc czesto uzywa broni, ze tak powiem, gazowo - biologicznej. :D

*

Bi: "Tata, stop gadac farmazony!"

*

Nik szuka mnie po calym domu. W koncu znajduje.

Nik: "Tu mama! Beautiful lady!"

Oj, bedzie on czarowal laski... :D

*

Jestesmy na basenie. Komentuje cos na temat niskiej temperatury wody.

Bi: "No, this water is SO NOT cold, it's actually warm."

No logiczne przeciez. ;)

*

Sprawdzam cos na telefonie, ale najwyrazniej za dlugo, bo syn przychodzi i wciska mi sie na kolana.

Nik: "Get off your phone and love me!" [zostaw telefon i mnie pokochaj]

*

Schodze na dol i wolam: "Bi, ubrana, uczesana?"

Bi: "Ja czesam sie!"

*

Nik podnosi moj stanik, ale wypada mu on z rak.

Nik: "Mom, your breasts fell" [mama, spadly ci piersi]

Coz, czesto opadaja mi i to nie tylko cycki :D

*

Trener mowi, ze jak dzieci ladnie poplyna kraulem, w nagrode beda mogly na koniec poplynac dowolnym stylem.

Nik: "Can we do a doggie paddle?" [a mozemy pieskiem?]

Z tego co wiem to styl "na pieska" nie zalicza sie do oficjanych stylow plywackich ;)

*

Wracam od fryzjera, do ktorego pojechalam po raz pierwszy od poczatku pandemii i m.in. zafarbowalam w koncu masywne odrosty.

"O! Blonduś!" Wita mnie syn. :D (Az musialam sciagnac polska literke, zeby oddac jego tekst)

*

M. wraca do domu z pizza. Pytam gdzie ja kupil.

M.: "W Sergio's Pizza".

Nik (kompletnie skonfundowany): "What?! They're going to do a surgery on the pizza there?!" (Sergio [Serdżio], surgery [serdżery], co za roznica :D)

*

To chyba juz wrzucalam, ale na wszelki wypadek dodam tutaj jeszcze raz.

Maya kladzie leb na kolanach Kokusia i tak sobie siedza w harmonii.

Nik (zachwycony): "She's like a guardian of love." [ona jest jak straznik milosci]

*

Nik (obrazony, po bezskutecznej namowie M. do wspolnych szalenstw): "Tata nie bawi sie z mnie!"

Ach ta "polska jezyk"! :D

*


A jak juz mowa o zartach, to napisze Wam co nawywijal moj tesc. Ktory nota bene niecale 3 tygodnie temu skonczyl 80 lat. Otoz... Poszedl na narty! Nie byloby w tym zreszta nic az tak dziwnego, widze nieraz takich dziarskich panow na stokach... Tylko, ze ojciec M. nart nie mial na nogach 50 lat!!! Na dodatek, choc maly stok tesciowie maja zaraz za blokiem, to nie dziala orczyk (wiadomo, zakaz), wiec dodatkowo, tesc musial sie wdrapywac na gore na nogach! Co go napadlo? Nikt nie wie, nawet tesciowa. Mial w piwnicy stare narty oraz buty i przy okazji zawsze opowiadal jaki to wspanialy sprzet. Nie wiem czy tesciowa nie chciala tego wywalic, a on postanowil jej udowodnic, ze jeszcze sie przyda! Jedno jest pewne, wrocil do domu mokry i zmarzniety, bo nie dosc, ze upocil sie wdrapujac na gore stoku, to jeszcze pare razy musialo go przekoziolkowac! A w tym wieku, to wiadomo, kazda kontuzja leczy sie dlugo i ciezko. Mial szczescie, ze nic nie zlamal i miejmy nadzieje, ze sie po tym "wyczynie" nie pochoruje! Nie powiem jaki mi sie epitet cisnie na usta z tej okazji. ;)

Trzymajcie sie cieplutko i podeslijcie troche sniegu!

8 komentarzy:

  1. Współczuję kochana. Ja taką kolkę miałam w ciąży z Juniorem. Nie polecam nikomu.
    Junior nie podziela naszego entuzjazmu co do skoków narciarskich, a my bardzo je lubimy. Polska TV to teraz dla Was atrakcja co? My ostatnio rzadko kiedy coś oglądamy. Przerzuciliśmy się na Netflixa.

    OdpowiedzUsuń
  2. Aha - a tesciu szalony ����

    OdpowiedzUsuń
  3. Współczuję tego bólu!
    Hasełka Potworków świetne:))
    A teściu chyba wrażeń szuka;))

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie wiem co się dzieje- wszyscy mają jakieś choroby, infekcję, z kim bym nie rozmawiała to coś się dzieje niedobrego. U mnie w domu szpital od prawie miesiąca, nie potrafimy się wykaraskać z przeróżnych dziwnych choróbsk. Trzymaj się !

    OdpowiedzUsuń
  5. Oj, wspolczuje bolu. Moj Maz mial kiedys cos podobnego i podobnie sie zginal. Dobrze, ze nie robili Ci testow, a rozmowki jak zwykle przefajne. FBI mnie powalilo na kolana. Przeslodkie masz dzieciaki!!!! A dla Tescia - szacun!

    OdpowiedzUsuń
  6. Oj znam ten ból, aż za dobrze. W Sanoku miałam taki atak, aż wylądowałam na sorze. Okazało się, że mały kamyczek zablokował ujście i stąd całe problemy. Ale podobnie jak u Ciebie antybiotyk pomógł i później już problem się nie pojawił. Wyszło, że po antybiotyku prawdopodobnie kamyczek się rozpuścił i poszedł dalej. Więc mimo wszystko u Ciebie też mógł być problem z kamyczkiem, niekoniecznie z zapaleniem nerki. Do tego wyszło, że wymioty to coś normalnego w tej sytuacji, bo dochodzi do zatrucia organizmu. Ale masz rację, nie życzę najgorszemu wrogowi i nie mam ochoty jeszcze raz tego przeżywać.

    Rozmówki dzieciaków są świetne. U nas Jasiu najczęściej rzuca takimi tekstami, albo filozoficznymi przemyśleniami, a ja się zastanawiam skąd mu się to bierze :)

    Teść niesamowity - dobrze, że nic mu się nie stało.

    OdpowiedzUsuń
  7. Haha teściu mnie rozwalił! Ale szczerze mówiąc wolę takie akcje, niż totalne spierniczenie na starość :D Może po 80-tce nauczę się jeździć na nartach?
    Teksty dzieciaków boskie! A bólu i choroby współczuję :/ Łykaj grzecznie te prochy i oby szło ku lepszemu!

    OdpowiedzUsuń
  8. O matko, bólu nie zazdroszczę i obym nigdy go nie poznała...
    My polską telewizją zachwycaliśmy się w zeszłym roku, bo wtedy się jej dorobiliśmy :D I też akurat była zima więc siedziałam z małą Misią i kibicowałyśmy :)
    Teksty dzieciaków super, ale rozpłynęłam się przy "Beautiful lady" <3

    OdpowiedzUsuń