środa, 6 stycznia 2021

Skok w Nowy Rok

I rozpoczal sie kolejny rok... Przysmaki swiateczne juz albo zjedzone, albo wyrzucone, skoro nikt juz nie mial na nie ochoty (lacznie ze mna). Dziwne, ze cos w ogole zostalo, bo to taki okres, kiedy caly czas cos sie przezuwa. ;) Zmywarka wyrabia ponad norme. Zwykle wlaczam ja srednio co drugi dzien, a w okresie swiatecznym, kiedy tu talerzyk, tam miseczka, przydaloby sie i dwa razy dziennie. ;)

Pierwsze dni poswiatecznego tygodnia, spedzilismy bardzo spokojnie. Potworki przechodzily w pizamach niemal cale dnie. Ubierali sie dopiero, kiedy po poludniu zarzadzalam wyjscie na spacer, zeby sie troche przewietrzyc. ;) W poniedzialek i wtorek M. szedl do pracy, ale wychodzil juz o 8:30 rano, wykorzystujac reszte urlopu. Po pracy jechal a to na zakupy, a to cos zalatwic, dzieki czemu ja mialam spokoj i nie musialam krazyc. Mile to, choc niekonieczne, bo wiedzac, ze w pracy wiekszosc planowala wziac wolne, otwieralam tylko komputer, zeby sprawdzic, czy ktos czegos ode mnie nie potrzebuje i to by bylo na tyle. Spokojnie moglam sie wyrwac z domu po jakies "sprawunki". Czasu mialam wiec mnostwo, co spozytkowalam na gruntowniejsze porzadki "przedswiateczne" zrobione po Swietach (;P), zmiane poscieli, itd.

Od srody M. mial juz wolne i postanowilam to wykorzystac, wyciagajac malzonka oraz corke na... narty. Syna wyciagac nie musialam, bo sam az sie palil. :D Ogolnie to po prostu zapytalam czy M. oraz Bi maja ochote, bo jak nie, to zabiore sie sama z Kokusiem. Ku mojemu zaskoczeniu, malzonek sie zgodzil, a Starsza wrecz podskoczyla z entuzjazmem slyszac, ze chce wybrac sie tam, gdzie jezdzila z klubem narciarskim ze szkoly. Entuzjazm dlugo sie nie utrzymal i dwa dni przed planowanym wypadem, urzadzila histerie, ze ona jednak jechac nie chce, ze zostaje w domu, nie lubi nart i koniec. Wk*rw niebezpiecznie mi uderzyl, bo przeciez panne zapytalam wczesniej... Teraz mialam juz bilety, a w tym roku trzeba je zamawiac z wyprzedzeniem i niewykorzystane przepadaja! :/ Na szczescie, tym razem chyba Bi byla zwyczajnie przemeczona, bo akcje urzadzila wieczorem, ale poplakala sobie, potupala nogami, powyla do psa, po czym jej przeszlo i wiecej o tym nie wspomniala. :O Tak szczerze, to juz w dzien wypadu mi tez sie srednio chcialo, po pierwsze jednak, mialam juz karnety, a po drugie, patrzac na przyklad Polski, stwierdzilam, ze trzeba korzystac poki jeszcze stoki mamy otwarte. ;) I tak w tym roku jestesmy ograniczeni do wlasnego Stanu, bo we wszystkich innych wymagaja kwarantanne, odpada wiec jazda na wieksze, fajniejsze stoki na polnocy. :/ Chociaz ciekawa jestem jak zamierzaja to sprawdzac i egzekwowac...

W kazdym razie, w srode wstalismy dosc wczesnie, bowiem M. byl umowiony i musial byc na 14:30 w domu. Oczywiscie mial pretensje, ze kupilam bilety na ten akurat dzien, wygodnie "zapominajac", ze pytalam go i sie zgodzil. A poza tym, zawsze mu przypominam zeby, do cholery, wpisywal wszystko w kalendarz. Po to przeciez wisi na scianie. Ja mam do ogarniecia wszystkie wizyty swoje i dzieci. Nie moge pamietac jeszcze o jego. Jak nie zapisze, to niech sie potem nie dziwi, ze zapomnialam. Sam zreszta tez zapomnial. ;) Tak czy srak, dojechalismy na stok i przezylismy szok.

Bi stwierdzila, ze okropnie mi w dwoch warkoczykach. Taka z niej "komplemenciara" :D

 Na stronie internetowej napisane bylo o koronowym regulaminie, o ograniczonej ilosci osob na stoku i w schronisku, itd. Tymczasem, mamy dzien powszedni (choc fakt, ze przerwa swiateczna), jest 9:30 rano, a parking prawie pelny! :O Przy stolikach tlumy, choc kazdy w maseczkach... Niestety, kilka tras zamknietych, w tym wiekszosc tych najtrudniejszych. M. z miejsca zaczal stekac, ze bez sensu bylo przyjezdzac. Tak miedzy Bogiem a prawda, ja sama tez tak wczesnie w sezonie moze bym nie jechala, ale jak napisalam wyzej, zastanawiam sie ile stoki pozostana otwarte...

Z Kokusia jest naprawde swietny narciarz i nie wiem dlaczego na zdjeciach zawsze wychodzi tak pokracznie jakby mial sie zaraz wywalic :D
 

Na szczescie potem juz wszyscy sie niezle bawili. Nik byl oczywiscie zachwycony, ale i Bi wydawala sie zadowolona i kiedy ja w koncu wymieklam, jezdzila w chlopakami na czarnym (najtrudniejszym) szlaku i wolala o wiecej.

Ciekawe, ze przy tych tlumach na stoku, udalo mi sie strzelic zdjecie, na ktorym wydaje sie jakbysmy mieli trase tylko dla siebie ;)
 

A ja... coz. Jestem kompletnie bez kondycji i bez miesni okazuje sie. ;) Po kilku zjazdach tak zaczely mnie napierdzielac uda, ze kazdy manewr to byla tortura. Co odpoczelam chwile na wyciagu, to w polowie drogi w dol marzylam juz zeby usiasc. Pojechalismy na 4 godziny, ale po trzech odeslalam Potworki z tata, a ja odpoczywalam na dole. Dopiero przy ich ostatnim zjezdzie dolaczylam na pozegnanie stoku.

Zadowolony maly narciarzyk :)
 

Przed kolejnym wypadem musze sie ostro wziac za miesnie ud. :D

Sylwestra spedzilismy na kanapie, przed telewizorem. Dzien przed przyszedl nam w koncu fire stick z telewizja polska oraz hamerykanska, wiec zafascynowani (tak to jest, jak sie od kilku lat nie mialo tv) siedzimy przed grajacym pudlem dluzej, niz powinnismy. ;) Jeszcze w dzien Potworki zbudowaly domki z piernika, do ktorych zestaw kupilam im przed Swietami, ale wczesniej jakos nie bylo na nie czasu ani checi.

Czesci domku trzeba polaczyc za pomoca lukru, a potem udekorowac. Na szczescie nie trzeba samemu go piec, choc pewnie wiele ambitnych jednostek tak robi
 

To takie tradycyjne zajecie amerykanskich dzieci w okresie okolo bozonarodzeniowym. Calkiem fajnie to Potworkom wyszlo. :)

Potworki zgodnie orzekly, ze nasze domowe pierniczki smakuja duzo lepiej (bo teraz domki juz zostaly lekko nadgryzione :D)
 

W kazdym razie, wieczor Sylwestrowy byl juz telewizyjno kanapowy. Pierwszy raz Potworki uparly sie towarzyszyc nam do polnocy. To znaczy uparla sie Bi. Nik pewnie nie protestowalby przed pojsciem spac o normalnej porze, ale ze siostra chciala siedziec, to przeciez nie mogl byc gorszy. ;) O 23 wzielam Potworki na dwor zapalic zimne ognie, przewidujac, ze Nik jednak do Nowego Roku nie wytrzyma... Dzieciaki byly zachwycone, wrzeszczeli (nieco przedwczesnie) "Happy New Year" na cala okolice i mam nadzieje, ze najblizsi sasiedzi jeszcze nie spali. :D


 

Mielismy tez jeden, zachomikowany skads fajerwerek, ale najpierw okazalo sie, ze zabraklo mi benzyny w zapalniczce, a jak w koncu znalazlam druga, po zapaleniu fajerwerek blysnal trzy razy wiekszymi iskrami, po czym... zgasl. To by bylo na tyle z pokazu sztucznych ogni. ;) Potworki faktycznie wytrzymaly do polnocy, choc ostatnie 15 minut Nik pokladal sie juz na kanapie. Na moja zachete zeby szedl spac, odpowiadal jednak, ze nie jest zmeczony. :D Niespodzianka bylo zas to, ze o 23:25 wymiekl M. i choc od Nowego Roku dzielilo go raptem pol godziny, oswiadczyl, ze pierdzieli i idzie spac. "Party pooper". :D

Nowy Rok oraz weekend po nim, to juz byl relaks przez duze "R". Kompletnie nic nie robilismy, poza codziennymi spacerami, zeby rozruszac kosci i lyknac tlenu. Nooo, ja musialam ogarnac takie typowe domowe rzeczy jak pranie i zmywarke, niestety. ;) W niedziele mama ulubionego kolegi Nika zorganizowala wirtualne spotkanie dla kilku kumpli na szkolnych kompach. Jest nauczycielka w jednej z szkol w naszej miejscowosci, wiec wiedziala jak to ogarnac. :) Chlopaki byli przeszczesliwi mogac zobaczyc sie chociaz przez ekran.

Fota cichcem strzelona :D
 

Pomysl szybko podchwycila Bi. Okazuje sie, ze ich nauczycielka zalozyla dla nich wirtualne "pokoje konferencyjne" do pracy w grupach i Starsza umowila sie na jednym ze swoja kolezanka. Szkoda tylko, ze na te wszystkie spotkania wpadli dopiero w niedziele, bo od poniedzialku dzieciaki i tak wracaly do szkoly. :) Dobra, u Bi mialo to troche sensu, bo jej kolezanka oraz jej mama sa chore, maja objawy grypopodobne, a wiec siedza na kwarantannie az do wynikow testu na korone... A ja ciesze sie, ze dzieciaki nie widzialy sie jednak w czasie przerwy swiatecznej. Planowalysmy zorganizowac im spotkanie u nas lub u nich i akurat w zaplanowany dzien, sasiadka napisala, ze jedna z jej corek ma goraczke, wiec musza odwolac... Cale szczescie, inaczej mozliwe, ze i my wlasnie siedzielibysmy na kwarantannie! :O

W niedziele w nocy niespodziewanie sypnelo lekko sniegiem. Prognozy wahaly sie raz w jedna, raz w druga strone, od deszczu, przez deszcz ze sniegiem, az po sam snieg. Ostatecznie spadl snieg, choc niewiele, raptem kilka cm.

Pozno-poranny spacer. "Tyyyle" sniegu ;)
 

Coz, trzeba sie cieszyc z choc tego, bo na reszte tygodnia w prognozach cisza i temperatury w dzien nadal kilka stopni na plusie. Taka to zima...

W poniedzialek dzieciaki wrocily do szkoly i choc spodziewalam sie marudzenia i rozleniwienia, to pojechali bez stekania, a Bi wrecz z entuzjazmem. Jedyne co, to przyzwyczaili sie do pozniejszego wstawania i teraz ciezko im sie przestawic. Przed przerwa, Bi buszowala nieraz juz od 6:30 rano, a Nik wstawal zaraz po 7. Teraz Bi wstaje okolo 7:45, a Kokusia musze nieraz wolac z dolu o 8, zdzierajac sobie gardlo. ;) Na szczescie nadal nie jezdza autobusem, ktory odbieralby ich juz o 8:10. Do szkoly musze ich dowiezc miedzy 8:45 a 9, wiec wyrabiamy sie bez problemu.

Jak widac, po poludniu (zdjecie zrobione przed szkola, po odebraniu Potworkow) ze sniegu zostala praktycznie tylko kupa powstala przy odsniezaniu boiska...
 

We wtorek M. zgadal sie z kolega z pracy, ze ten ma do odsprzedania rower po swoim synu. Malzonek w koncu ulegl i zgodzil sie kupic Kokusiowi drugi rower. Wczesniej upieral sie, ze najpierw sprzeda stary i dopiero kupi nowy. A Mlodszy w placz, bo choc propozycja roweru z przerzutkami byla baaardzo necaca, to swojego BMX'a kocha miloscia ogromna. M. twierdzi, ze rower jest na Kokusia za maly, co jest bzdura. Jako "normalny" rower, tak, rama jest juz troche nieproporcjonalnie mala do wzrostu Mlodszego. Ale kazdy kto widzial mlodziez wyczyniajaca sztuczki na takich rowerach wie, ze one zazwyczaj wydaja sie smiesznie male w stosunku do wlascicieli. Nik ukochal ten rower wlasnie do jazdy po schodach, kamieniach i innych przydomowych wertepach i na to jest on wrecz nadal za duzy. ;) Na rodzinne przejazdzki, Nik jednak chcial rower z przerzutkami, bo nasza okolica to gory i doliny, wiec zawsze wymiekal i jojczal. W koncu surowy ojciec sie ugial, bo widzac jak Mlodszy kocha jazde na rowerze, wie, ze oba beda w uzytku. Jedyne co, zastanawiam sie, jak Nik bedzie decydowal, ktory rower zabrac na kemping. Tu bowiem ciezko bedzie targac oba i wiem, ze M. w zyciu sie nie zgodzi. Jak znam "zdecydowanie" Kokusia, skonczy sie placzem. :D

Fura, skora i komora :D
 

No i po 9 miesiacach z pandemia, korona uderzyla bliziutko nas. Nasi sasiedzi - Hindusi, rodzina ukochanej przyjaciolki Bi, we wtorek dostala pozytywne wyniki testu. A konkretnie to mama i starsza corka, nie jestem pewna czy tata i mlodsza tez byli testowani. Troche mam cykora, bo pisalam juz chyba, ze Potworki spedzily u nich godzine dzien przed Swietami. Nie mam pojecia czy juz byli zainfekowani, czy juz zarazali, pocieszam sie tylko, ze minely 2 tygodnie i nic nie "wylazlo", wiec mam nadzieje, ze tym razem sie wywinelismy. I dziekuje opatrznosci, ze w dzien kiedy sasiadka ponownie zapraszala dzieciaki, akurat bylismy na nartach, przelozylysmy na nastepny dzien i wtedy juz musiala odwolac, bo corka dostala goraczki. Jak pisalam wyzej, inaczej i my wlasnie bylibysmy na kwarantannie... Najdziwniejsze jest to, ze oni wydawali sie byc tak ostrozni! Pisalam juz kiedys, ze nawet kiedy zaprosili dzieci na urodziny corek, wszyscy musieli byc w maseczkach. Sasiadka pisala, ze nie ma pojecia gdzie mogla sie zarazic... Mam nadzieje, ze to nie Potworki, kiedy u nich byly, przypadkiem przyniosly im wirusa. To jednak by oznaczalo, ze nasza cala czworka przeszla korone asymptomatycznie. Czy to mozliwe, ze mielibysmy az takiego fuksa? Watpie... W kazdym razie, na razie sasiedzi przechodza korone lagodnie, objawy to lekka goraczka i przytkany nos. Oby tak juz zostalo...

W pracy, ledwie wkroczylismy w Nowy Rok, ponownie zaczal sie kociol. Nie wiadomo w co wlozyc rece i nie dosc, ze aktualne sprawy maja opoznienia i nie mozna ich zamknac, to jeszcze ciagle dochodza nowe... Tymczasem, ze spraw domowych, Bi ma jutro wizyte u dentysty i niecnie planuje wyslac ja z tatusiem. On ma na nia bardziej uspokajajacy wplyw, moze uda mu sie powstrzymac histerie. ;) 

Tak w ogole, przytocze Wam, jak czesto wygladaja moje interakcje z nadal mala, ale wyraznie dojrzewajaca, hormonalna corka, ktora na dodatek ma "charakterek". Scenki z poranka.

Tradycyjnie rano pospiech i lekka bieganina, ale Bi oczywiscie ma czaaas. Zostawiam Potworki jedzace sniadanie, polecajac zeby konczyli szybko jesc, ubrali sie i szli myc zeby i uczesac wlosy. Po okolo 20 minutach schodze z gory juz uszykowana i natykam sie na corke, ktora snuje sie korytarzem, ze sluchawkami w uszach. Co prawda ubrana, ale rozczochrana niczym wiedzma. Mowie "Bi, idz sie uczesac". Na to moje dziecko z warknieciem: "And what do you think I'm doing?!" [A myslisz, ze co robie?!]. No coz, szla w przeciwnym kierunku niz lazienka, wiec mysle, ze moje przypomnienie bylo jak najbardziej na miejscu. ;) Chwile pozniej patrze na bluzke, ktora "odziedziczyla" po sasiadce i ktora tak jej sie podobala kiedy wyciagnelysmy ja z worka i okazalo sie, ze w koncu pasuje. Napomykam, ze "O, masz ubrana te fajna bluzke!". Co na to Starsza? "It's PINK, I hate it!" [Jest rozowa, nienawidze jej!]. Tak po prawdzie, to bluzka ma kolor lososiowy, ale najwyrazniej odcien jest wystarczajaco rozowawy, zeby trafic na czarna liste Bi. Nie mniej, jesli chodzi o gusty ubraniowe, to jest z niej prawdziwa choragiewka, slowo daje. ;) Jeszcze moment pozniej, przypominam corce, ze musi umyc zeby. "Nie!". Tutaj juz nie zdzierzylam i powtorzylam polecenie ostrzejszym tonem. "NIE!!!". Dopiero kiedy poradzilam, zeby pomyslala nad zachowaniem albo moze zapomniec i wieczornym czasie na tablecie, poszla. Tupiac nogami na schodach. Z calej sily.

Taaa... Bi to zdecydowanie promyk cieplego, wiosennego slonca. A bedzie tylko gorzej... :D

9 komentarzy:

  1. Jak najbardziej popieram zapobiegawczy wyjazd na narty, w tym sezonie to nigdy nie wiadomo, kiedy i co zamkną :/
    Bi kompleneciara, no i charakterek to ma, poradzi sobie w życiu ;) Gorzej z rodzicami... A tu człowiek myśli, że bunt 2-latka to już COŚ :D
    I zawsze macie jakieś fajne atrakcje dla dzieci, czy to domek z piernika, czy to narty. Super!
    Zdrówka życzę, oby Covid Was nie dopadł!

    OdpowiedzUsuń
  2. Piekna ta wasza charakterna coreczka :) A te wlosy :O wielbiam!
    U nas stoki przygotowane, jest awet bialo i....zamkniete policyjnie bo pandemia itp, itd - takze nie pytaj ja moje chlopaki wam zazdroszcza!
    Fajnie, ze Kokus ma jednak dwa rowery- twoj "stanowczy? uparty? charakterny?-hmmmm, jak Bi? ;))) Maz jednak ulegl. Wyobrazam sobie radoche w domu :)

    usciski i...zdrowka, na dajcie sie coronie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajnie, że udało Wam się wybrać na stok - wiem, że to lubicie:) U nas oprócz otwartych parków wszystko zamknięte na głucho:( A wyjść można z domu (oprócz do pracy) tylko na godzinę dziennie.
    Super, że Nik dostał drugi rower! Już widzę, tę jego radość:)
    A Bi widzę oczyma wyobraźni jak skręca akcje. Mamo bądź dzielna;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ufff... Jak dobrze, że to paskudztwo Was ominęło i oby tak dalej. Niech trzyma się z daleka.
    Fajnie, że macie chwilami tyle śniegu. Dzieciaki mają radochę. I narty się udały. Korzystajcie póki jest możliwość.
    Bi ma charakterek. Wyobrażam sobie, że nie jest łatwo. Zresztą jak czasem mam akcję z Tygrysem, to zastanwaim się, jak to będzie w wieku kilkunastu lat, skoro już teraz niektóre odzywki doprowadzają mnie do pasji.
    Dużo zdrowia dla Was

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale macie fajnie z tymi stokami! U nas zamknięte wszystko na amen i zapowiada się, że będzie zamknięte jeszcze dłużej. Eh. Ileż można? Nie wiem jak Wam, ale mi najbardziej brakuje basenu. A teraz by mi się bardzo bardzo przydał - leczniczo. No ale góra wie lepiej :/

    Co do Bi - charakterek ma. U nas bunt dwulatka w pełni i jak tak czytałam o Bi to zaczęłam się zastanawiać co u nas będzie za te kilka lat.

    Co do covid - dopiero jak ktoś blisko zachoruje to człowiek zaczyna panikować. Widzę po sobie .. a mieliśmy być szczepieni. Tylko oczywiście musiała się zrobić awantura że wszyscy o tym teraz piszą 🤦

    Życzę Wam dobrego weekendu (jeszcze) ze Śląska.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja w zeszłym roku robiłam taki domek z piernika i tyle co nawyzywałam, to masakra. Dach się co chwilę rozjeżdżał, ściany też. W końcu jakoś udało się to połączyć, ale najpiękniej to on nie wyglądał. Zastanawiałam się czy to ja jestem takim antytalenciem, czy po prostu coś tam z tym domkiem było nie tak. Ale on też był dość spory, bo na długość to połączone domki Bi i Nika. ;)
    U nas też dzieciaki mają mnóstwo czasu na ubieranie, zwłaszcza Jasiu. Non stop ma coś do powiedzenia, do zrobienia, a jak go pospieszam to się wkurza i złości. Ostatnio mu powiedziałam, że jak się nie zmieni, to jego żona będzie z nim biedna. Co usłyszałam... Wiem :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Wyjazdu na narty zazdroszcze. U nas sniegu ani-ani, a nawet gdyby byl - zamkneliby wyciagi, jak w PL. Rower Nicka super fajny, juz taki calkiem dla duzego chlopca. Dobrze, ze ojciec zmiekl i syn ma radosc. A coreczka... - niezla aparatka. No i dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja nie rozumiem czemu ludzie nie kumaja, ze test PCR nie sluzy do testowania, nie zostal stworzony do testow i wiecej nic pisac na ten temat nie trzeba. Jesli nie odizolowano wirusa w laboratorium pytanie nasuwa sie same : co oni testuja??!
    10 miesiecy szalenstwa, a ludzie nadal nie mysla. Szok!!!! Super, ze was grypa/przeziebienie nie zlapalo i ze na szczescie nie musieliscie robic zadnych testow.
    Fajnie minela wam poswiateczna przerwa i Nik dorobil sie ladnego, nowego roweru :-)

    OdpowiedzUsuń
  9. Bossssszz...czytam o Bi i slysze to tupanie, fukanie, negowanie jakby to było tu i teraz. Agata, obie mamy identyczne zouzy w domu 🤭 I tak, wiem, teraz niby hihihi, ale w momencie kiedy wyprowadzają nas tym z równowagi, to nie jest tak do śmiechu i człowiek bezsilnie lapie się takich argumentów. No wypisz wymaluj Bi identyczna jak mój mały diabeł.

    Pieknie Ci w tych warkoczach! Ja czasami tez tak się czeszę, lubię i Tola też. Pamietam moja mama w luźne dni też tak zwiazywala włosy - uwielbialam.

    Rower wypas!! Dobrze, ze M zmiękł, mi tak Tymon moj podebral, choć kocha swoj, to mój nieco większy i podoba mu się to. Mój zabrał do domu, swoj zostawił nad morzem, ciekawe jak z tego wybrnie, no mi mój i tak nie potrzebny bo go nie lubie, chce wymienić sobie na taki miejski, żebym mogła w końcu prosto siedzieć ;) Już nie te lata..

    W naszym środowisku znajomych bliższych i dalszych, oraz w rodzinie juz bardzo dużo osobom wyszły testy pozytywne. Wszyscy przeszli to zwyczajnie, jak male przeziębienie, bądź nawet i nie. Obcuję z tym bez paniki, bardziej mierzi mnie konieczność ewentualnej kwarantanny z tego powodu. Dobrze, ze Was to ominęło i oby tak dalej.

    OdpowiedzUsuń