poniedziałek, 9 września 2019

Troche o pierwszym tygodniu szkoly i duzo o dlugim weekendzie

W Polsce minal pierwszy tydzien roku szkolnego, ale nam zlecial juz drugi i po trosze wpadlismy w rutyne. Oczywiscie ta "rutyna" byla dotychczas taka polowiczna, bo Potworki nie zaczely ani zajec pozalekcyjnych ani Polskiej Szkoly. Z czego zreszta sie ciesze, bo przynajmniej mieli pierwsze 2 tygodnie zeby wdrozyc sie w szkolna codziennosc, zanim dojda kolejne obowiazki. Jednak zaczyna sie wlasnie trzeci tydzien szkoly, w ktorym dochodza wszyskie zajecia, wiec dotychczasowa rutyna sie rypnie i bedziemy sie przyzwyczajac do nowej od poczatku. ;)

Wracajac jednak do pierwszego tygodnia szkoly. Nie dzialo sie w nim zbyt duzo, choc w porownaniu z czasem polkolonii, kiedy popoludnia byly leniwe i tylko dla nas, wraz z rozpoczeciem roku szkolnego, musialy przyjsc zmiany. :)
A najwieksza zmiana i dla Potworkow i dla mnie jest to, ze obie ich nauczycielki, juz od pierwszego dnia zaczely wyznaczac prace domowa! :O Nosz, kurna! Mialam nadzieje, ze chociaz pierwszy tydzien sobie odpuszcza... Oczywiscie zdaje sobie sprawe, ze te pierwsze zadania sa tak samo dla dzieci, jak i rodzicow. Podejrzewam, ze nauczycielki troche "badaja teren", ktorzy rodzice sprawdzaja co dzieci maja zadane i ktorzy dzieciom pomagaja i kontroluja jak praca domowa jest wykonana, itd. Dodatkowo, kilka przyslanych do domu kartek bylo konkretnie do mnie. Znaczy sie, do "rodzica", ale ze M. paluszkiem nie kiwnie przy szkolnych sprawach, wszystko "ze szkoly" wpada automatycznie w moje lapki. ;) I tak, musialam wypisac bzdurne ankiety, przysylane co roku, w ktorych mialam okreslic "mocne" strony mojego dziecka, jego "slabe" strony, wspomniec co chcialabym zeby dziecko osiagnelo w danym roku, itd. Zawsze to samo...

Wroce na chwile do samego rozpoczecia roku.

Pierwsza wersje tego zdjecia juz widzalyscie. To jest druga. Kiedys robilam ich 5-6 i nie moglam wybrac, ktore najladniejsze. Teraz szybko, jedno na schodach, drugie przed kwiatami i dziekuje, jak wyjda, tak wyjda :D

Wielokrotnie juz wspominalam, ze tutaj nie ma uroczystych rozpoczec (ani zakonczen) roku. W naszej szkole pani dyrektor wyglasza krotkie przemowienie, grupa dzieci na ksztalt naszych polskich Zuchow wciaga na maszt flage, wszyscy wyglaszaja przysiege, po czym dyrektorka wywoluje po kolei wszystkie klasy od zerowki po IV (wywoluje po imieniu wychowawcy, tak tutaj odrozniaja klasy).

Nik z ulubionym kumplem :)

Dzieci wchodza do szkoly w akompaniamencie oklaskow rodzicow, nauczycieli oraz innych uczniow (slyszalam narzekania jakiejs dziewczynki, ze juz ja rece bola :D).

Bi ze swoja, ukochana juz od pierwszej klasy, psiapsiolka. Chociaz w tym roku dziewczyny oswiadczyly, ze nie sa juz BFF (best friends forever), tylko po prostu BF (best friends) ;)

Zazwyczaj ida chodnikiem prostopadlym do wejscia, co daje rodzicom dobra pozycje na pstrykniecie pamiatkowej foty. W tym roku niestety latem remonotwano elewacje szkoly i trawnik przed glownym wejsciem jest strasznie poorany i pokryty blotem od maszynerii.

Mialam szczescie stac nieco z boku w stosunku do Nika, wiec udalo mi sie uchwycic chociaz profil

Dzieci wchodzily wiec tylnym wejsciem, a rodzicow ustawiono z tylu, widzieli wiec jedynie plecy swoich pociech. ;)

U Bi moglam podziwiac tylko plecak :)

I tyle, to cale rozpoczecie. Reszta dnia uplywa juz dzieciakom na poznawaniu nowych kolegow oraz nauczycielki i wdrazanie sie w plan dnia. Skromnie, ale nie bede narzekac. Kolezanka z sasiedniego miasteczka opowiadala bowiem, ze u nich nie ma w ogole rozpoczecia, ani wczesniejszego poznania wychowawcy. Dzieci przychodza do szkoly pierwszego dnia, rodzic moze podejsc i przedstawic sie, zostac 15 minut zeby pomoc dziecku znalezc swoja lawke i szafke, po czym... wyganiany jest z klasy bo musza zaczac sie normalne zajecia. :O
W kazdym razie Potworki byly bardzo szczesliwe ujrzawszy swoich najlepszych przyjaciol. Nik i jego kumpel nawet sie usciskali, choc widzieli sie latem, wiec raczej az tak sie za soba nie stesknili. ;) Dla Kokusia w tym momencie przestalam wlasciwie istniec i tylko z obowiazku krazylam miedzy jednym Potworkiem, a drugim, dzieci bowiem ustawione byly w rzedach klasami i w dodatku rocznikami, Bi stala wiec od Nika w sporej odleglosci. Starsza za to uwieszala sie na mnie za kazdym razem kiedy podchodzilam z kolei do niej i gdyby  mogla, pewnie przymusilaby mnie, zebym usiadla z nia w jednej lawce. ;)

Poza codzienna praca domowa oraz nudnymi ankietami, pierwszy tydzien szkoly uplynal spokojnie, poza lekkim podniesieniem cisnienia, kiedy przyszly przypomnienia o wynajmie instrumentow smyczkowych. Otoz, nie pamietam czy pisalam, ale juz pod koniec maja, pierwszaki mialy sie okreslic czy chca uczyc sie gry na instrumencie w II klasie i jesli chca, to na jakim. Duzego wyboru w naszym miescie nie ma, bo albo skrzypce, albo altowka albo wiolonczela. Niestety, z jakiegos powodu szkoly (podstawowe) w naszym miescie upatrzyly sobie instrumenty smyczkowe. :)
Do brzegu. W maju Nik uparl sie na... wiolonczele. :D Musze przyznac, ze kompletnie nie byla mi ona w smak. Oczami wyobrazni widzialam malego Kokusia taszczacego ogromny futeral do autobusu szkolnego i z powrotem. Probowalam rowniez przekonac samego zainteresowanego, ze moze cos mniejszego, ze dlaczego akurat wiolonczela, ze to-to bedzie wieksze od niego (co oczywiscie jest gruba przesada, bo wielkosc instrumentow dobierana jest do rozmiarow muzykanta), itd. Nik byl nieugiety. On chce wiolonczele i koniec. W koncu machnelam reka i stwierdzilam, ze to w koncu on bedzie uczyl sie gry, wiec niech uczy sie na wybranym przez siebie instrumencie. W tym czasie zreszta toczylam batalie z Bi, ktora po roku gry na skrzypcach oswiadczyla, ze albo zmieni na wiolonczele (obsesja jakas, czy co?!) albo nie chce w ogole dalej uczyc sie gry. :O Kiedy moje argumenty spelzly na niczym, wymienilam kilkanascie maili z jej nauczycielka, ktora stanowczo odradzala zmiane instrumentu, bo dziecko bedzie musialo sie go wlasciwie uczyc od nowa. W koncu stanelo na tym, ze owa pani, ktora byla tylko na zastepstwie, miala przekazac informacje o zmianie stalej nauczycielce muzyki Bi. Tymczasem podczas wakacji Bi sie odmienilo i stwierdzila, ze jednak chce dalej grac na skrzypcach! Na szczescie (bo juz szykowalam sie na pelnego skruchy maila, ze jednak zmiany instrumentu nie bedzie) komunikacja miedzy nauczycielkami gdzies po drodze zawiodla i  Starsza dostala kartke z potrzebnym rozmiarem... skrzypiec! :D
Wrocmy jednak na chwile do Kokusia. Jak wspomnialam wyzej, ten mlody czlowiek uparl sie jak ten osiolek, ze chce wiolonczele i koniec. Przyniosl wiec ze szkoly zawiadomienie o potrzebnym rozmiarze, po czym oznajmia, ze... tak, mozecie sie domyslic... on jednak chce skrzypce! :O Tu juz nie wytrzymalam i dostal solidna zje*ke, bo serio, czasem nie wytrzymuje nerwowo z tymi moimi Potworami! Jedno sie awanturuje, ja pisze cale eseje do nauczycielki, po czym dzieciak... zmienia zdanie! I teraz mam pisac do tej samej kobiety, ze drugie z moich dzieci tez ma problemy z podejmowaniem decyzji?! Toz ona pomysli sobie, ze u nas w domu dzieci rzadza i robia, co chca! Para poszla mi uszami, ale po wscieklej wedrowce w te i z powrotem po kuchni (dziwne, ze sciezki w kaflach nie wytarlam ;P), polaczonej ze zrzedzeniem oraz intensywnym mysleniem, uznalam, ze ok, napisze do nauczycielki w sprawie zmiany tej cholernej wiolonczeli na bardziej poreczne skrzypce. W koncu sama w maju przekonywalam Kokusia, ze wiolonczela to kiepski pomysl. Na szczescie, poniewaz lekcje gry sie jeszcze nie rozpoczely, tym razem pani nie widziala problemu ze zmiana. Teraz czekam na potwierdzenie wynajmu z firmy wypozyczajacej instrumenty, bo ci, juz tradycyjnie, mieli przyslac potwierdzenie, a poki co nic nie przyslali... :/

Pierwszy tydzien szkoly zakonczyl sie z przytupem, bo... dlugim weekendem! ;) Podobno kiedys dzieci w naszym Stanie zawsze zaczynaly szkole po tym wlasnie, ostatnim letnim dlugim weekendzie, co, wedlug mnie, ma znacznie wiecej sensu. Obecnie tylko pojedyncze miasteczka zaczynaja po nim, a wiekszosc powrot do szkoly ma wyznaczony na gdzies w ostatni tydzien sierpnia. Ciesze sie przynajmniej, ze Potworki szly do szkoly pelne 5 dni zanim nadszedl dlugi weekend. Sa bowiem w naszym Stanie miasteczka, gdzie dzieciaki ida w czwartek i piatek, a potem maja znow 3 dni wolne. Bez sensu! :O

Dla nas, dlugi weekend nie moze oznaczac nic innego jak kolejny kemping, oczywiscie! Juz ostatni w tym roku, chlip, chlip... :(
Znowu ruszylismy w nieznane i znowu w gore Stanu Nowy Jork. Przez wiekszosc trasy jechalismy tak, jak poprzednio, ale ostatnia godzine, zamiast piac sie nadal na polnoc, odbilismy na zachod. Ostatnio trafilismy raczej srednio, tym razem adrenalina byla wiec wysoka, bo nie wiedzielismy jak wszystko bedzie wygladalo. Poczatki byly stresujace, ale na szczescie pozniej wszystko potoczylo sie wedlug powiedzenia "pierwsze sliwki robaczywki". :)
Zeby przedluzyc sobie jeszcze ten dlugi weekend, postanowilismy wyruszyc juz w piatek. Mimo oczywistej zalety (wiecej pelnych dni relaksu!), ma to spora wade. Bierzemy pol dnia wolnego z pracy, a wiec zaczynamy pakowac sie pozno i co za tym idzie, dojezdzamy na miejsce dopiero pod wieczor. Jak jeszcze po drodze wpadniemy w korki, docieramy na kemping z trudem lapiac ostatnie swiatlo dzienne na rozlozenie obozowiska. ;) W zeszly piatek pakowanie szlo nam calkiem sprawnie, ale i tak, kiedy o 14 Potworki dojechaly autobusem ze szkoly (konczyli 2 godziny wczesniej) nadal mielismy troche rzeczy do upchniecia na pace auta M., a ja dodatkowo chcialam wrzucic szybko do zmywarki ich kubki oraz pojemniki na lunch, zeby wszystko bylo gotowe na wtorkowy powrot do szkoly i pracy. Wyjechalismy wiec dopiero okolo 15, a na miejscu bylismy po 18. Na dzien dobry przywitalo nas "biuro" kempingu, ktore przypominalo... budke. Bardzo mala budke. Taka doslownie 1.5m na 2m. Jedna osoba w okienku rejestrowala gosci, a tych byla spora kolejka, bo wiadomo - dlugi weekend i mnostwo ludu ucieka w plener.
Przy okazji, niektorzy ludzie nie maja wyobrazni. Kiedy podeszlam do "budki", zdziwilo mnie auto, ktore zaparkowane bylo na srodku, zaraz przy okienku. Dla scislosci, po obu stronach "biura" byly uliczki wjazdowa oraz wyjazdowa z pola kempingowego, miejsca parkingowe byly zas kawalek dalej, z boku. Ten samochod stal sobie w martwym pukcie przed samiutkim okienkiem obslugujacym gosci. Ci zas stali, nerwowo popatrujac na siebie i zerkajac na zegarki i telefony. Ja bylam ktoras z kolei, ale szybko zorientowalam sie, ze przy okienku stal sobie starszawy jegomosc, ktory, kompletnie ignorujac fakt, ze za nim stoi juz kilkanascie osob, podjal rozmowe z pracownikami kempingu, pytajac o droge we wszelakie miejsca, proszac o mapki, instrukcje, opinie i Bog wie, co jeszcze. Krotko mowiac, marnowal czas wszystkich naokolo i wkurzal innych biwakowiczow, ktorzy zerkali na siebie przewracajac oczami i marzyli zeby sie w koncu zameldowac i rozlozyc na swojej miejscowce. W koncu, z tego auta zaparkowanego na srodku wyskoczyla starsza dama, dziarskim krokiem podeszla do okienka z pytaniem dlaczego tak dlugo, po czym szybko oceniwszy sytuacje, zaczela ostro ochrzaniac malzonka, zeby przestal juz gadac, ze czy nie widzi, ze ludzie czekaja, zeby sie stamtad zabieral i przy okazji ze zaparkowal auto na samym srodku. Wczesniej bylam juz lekko poirytowana czekaniem, ale teraz az mi sie zrobilo goscia zal! :D Potem juz poszlo sprawnie, zameldowalam nas, ale kiedy dotarlismy na nasza miejscowke, okazalo sie, ze przyczepa sie na niej nie miesci! :O to znaczy, przyczepa moze by i wlazla, ale drozka przed nia byla za waska, wjazd blokowaly po bokach drzewa, a na wprost ustawione byly trzy wielkie namioty. M. zostal wiec zupelnie pozbawiony pola do manewru, bo auto z przyczepa nie moglo sie "zlozyc" pod takim katem. Probowal z jednej strony, z drugiej strony i za kazdym razem przyczepa wjezdzala w drzewo. Gdyby nie bylo tych namiotow naprzeciwko, moglby wyjechac na lake i wycofac idealnie na wprost, ale przeciez nie bedziemy prosic ludzi o przeniesienie wszystkich maneli bo my nie mozemy wjechac. :/ Z dusza na ramieniu wrocilam do budy biura, wytlumaczylam sytuacje i spytalam czy nie ma innego miejsca, gdzie moglibysmy sie zatrzymac. Szczerze, to mialam juz wizje ponad 3-godzinnego powrotu do domu przy akompaniamencie ryku Potworkow, bo byl przeciez dlugi weekend, a wiec wiekszosc pola kampingowego byla zajeta. Na szczescie jednak znalezli dla nas inna miejscowke. Hurra! Przez te ceregiele zrobilo sie oczywiscie tak pozno, ze ledwie zdazylismy sie rozlozyc, a zapadl zmrok, ale od tego momentu caly weekend uplynal juz naprawde swietnie. :)

Przez sama zmiane miejsca, wyszlismy wlasciwie na lepsze. Nigdy nie bylismy na tym kempingu, wiec kiedy robilam rezerwacje, wybralam miejscowke bazujac na bliskosci jednego z placow zabaw, ktory byl tuz obok. Uznalam po prostu, ze Potworki beda sie cieszyc (wszystko dla tych dzieci; zeby to jeszcze docenily! :D). Okazalo sie jednak, ze miejsce to bylo w lasku, otoczone zewszad drzewami i nie wiem, czy w ogole dochodzilo tam slonce. Co bylo nie bez znaczenia, bowiem temperatury byly tam sporo nizsze niz w domu. Nowe miejsce otoczone bylo wysokimi krzakami, ktore zapewnialy prywatnosc, ale jednoczesnie praktycznie nie bylo tam wielkich i gestych drzew, wiec przez wiekszosc dnia swiecilo slonce. W ogole ta czesc kempingu byla bardzo fajnie urzadzona. Jadac droga, praktycznie nie widzialo sie zadnych biwakowiczow, dopoki nie bylo sie bezposrednio przed wjazdem na ich miejsce. Gdzieniegdzie wystawal kawalek auta lub widac bylo unoszacy sie z ogniska dym. I tyle.

To byl widok, kiedy przejezdzalo sie przez te czesc kempingu :)

Kazdy mial na wlasnosc mala, zielona zatoczke. :)

Bi postanowila "zapozowac" ;)

Robiac rezerwacje na kempingi, zawsze biore pod uwage dwie rzeczy: ma byc jakas woda (obojetnie czy basen, jezioro czy ocean) oraz plac zabaw. Czyli dwie rzeczy, ktore zapewnia choc troche rozrywki Potworkom.

Ten byl nad samym jeziorem, chociaz fota zrobiona od strony parkingu :)

Ten kemping mial nawet dwa place zabaw (co za luksus! :D) i jezioro, spelnial wiec obydwa warunki, ale dodatkowo i calkiem niespodziewanie, zapewnial tez kilka bonusowych atrakcji! ;)
Te "atrakcje" mialy swoja cene niestety... na szczescie nie pieniezna. Zaplacilismy za nie bolem uszu, ale o tym pozniej. ;)

Jak napisalam wyzej, w piatek mielismy tylko tyle czasu, zeby rozbic obozowisko, posiedziec przy ogniu, zjesc kolacje oraz s'mores'a na deser i pojsc spac.

Potworzaki wcinaja s'morsiaki :)

Za to w sobote od rana zaczelismy odkrywanie okolicy, ktora okazala sie bardzo ciekawa. Pierwszy punkt "programu" zauwazylismy juz jadac dzien wczesniej przy drodze na kemping. Droga prowadzi wzdluz skarpy, z ktorej rozciaga sie widok na cala, rozlegla doline ponizej.

Widzicie te widoki?! :O

Wrazenie niesamowite! I adrenalina, bo od przepasci, ludzi oddziela tylko niski murek. Caly czas trzeba bylo pilnowac Nika, ktory, zadny lepszego widoku, podjal probe wdrapania sie na niego i potem juz mu nie ufalismy na tyle, zeby choc na sekunde spuscic go z oczu. ;)

Za cwiercdolarowke, mozna bylo przez minutke przyblizyc sobie widoki

Mapa, na ktorej naszkicowane byly glowne szczyty widoczne w oddali i wieksze punkty w dolinie, pozwalala zorientowac sie, jak niesamowicie daleko mozna bylo siegnac wzrokiem. Znajdowalismy sie na plaskowyzu o wysokosci okolo 360 mnp. Po lewej widac bylo gory Adirondacks, na wprost kilka szczytow gorzystego Stanu Vermont, a po prawej najwyzszy szczyt Stanu Massachussetts. Tak, bylismy okolo godziny jazdy od miejsca, w ktorym lacza sie trzy Stany. :)

W dole widok byl idealny na piekna chalupe z basenem :)

Przy okazji wyjasnilo sie, dlaczego bylo tam tak pieronsko zimno. ;) Nie dosc, ze bylismy troche dalej na polnoc, to jeszcze wyzej nad poziomem morza! Temperatury w dzien ledwie dochodzily do 20 stopni, a w nocy spadaly do 8-10. Ja lazilam prawie caly czas w bluzie, a wieczorem siedzialam niemal w ognisku. ;)

Nawet Maya (z nieodlaczna pilka), wieczorami lezala tuz przy palenisku. Ktokolwiek je zreszta zaprojektowal, powinien dostac kopa w 4 litery! przez to, ze jest tak wysoko, zeby sie zagrzac, trzeba doslownie stac nad nim! :/

Wracajac jednak do soboty. Wzdluz trasy widokowej ustawione byly tablice informujace o zwierzetach zamieszkujacych park oraz troche o historii tego miejsca. Z nich dowiedzielismy sie o interesujacym szlaku idacym nizej wzdluz skarpy i postanowilismy go znalezc. Chwycilam wiec mapke i wrocilismy na kemping zjesc cos zeby miec sile na wedrowki. :) Niestety, zadne z nas nie doczytalo jak nazywa sie owy szlak, ktory nas interesowal, wiec troche bladzilismy, zapedzajac sie na drugi koniec parku i trafiajac nawet na ludziskow przygotowujacych sie do karkolomnej wspinaczki po skarpie. Szkoda, ze dla alpinistow przygotowane bylo osobne wejscie, a caly teren ogrodzony byl wysokim plotem, nie moglismy wiec podejrzec ich w akcji. :)
W kazdym razie, zniecheceni, stwierdzilismy, ze skoro nie mozemy znalezc tego jednego szlaku, ktory mial miec po drodze jaskinie, poszukamy wiec szlaku z wodospadami, ktory wedlug mapki mial znajdowac sie zaraz kolo centrum informacyjnego. I calkiem przypadkiem trafilismy na miejsce, o ktore nam chodzilo! ;) Tu musze dodac, ze Potworki wypatrzyly przy parkingu fajny plac zabaw i Bi wlasciwie odmowila wedrowki, jeczac, a potem ryczac, ze ona chce sie pobawic, ze nogi ja bola (ale w zabawie na placu jakos by jej to nie przeszkadzalo) i ma dosc chodzenia (ktore tak naprawde dopiero zaczelismy). Typowe wymuszanie. Ignorujac wycie, ruszylismy sciezka wzdluz skarpy, zeby uniknac skrecenia w ktorys z bocznych szlakow. Od przepasci oddzielal nas plot, ale Bi, nakrecona wlasnym rykiem, zaczela histeryzowac, ze spadniemy, na pewno spadniemy i ona sie tak strasznie boi! :D Doszlismy w koncu do schodow prowadzacych w dol miedzy skalami, a z tamtad do metalowych schodkow, prowadzacych juz na wlasciwy szlak.

Widzicie te mine Bi? A to byl dopiero poczatek... :D

Od razu nas zachwycil, bowiem wil sie wzdluz skalnej sciany i oferowal zapierajace dech w piersiach widoki na formacje tworzone z wapiennych skal. Szlak nazywa sie Indian Ladder Trail, czyli w wolnym tlumaczeniu "szlak indianskiej drabiny" i ma prawie 6 km. Szczerze, to kiedy nim szlismy, wydawal sie duzo krotszy, nie dalabym mu tych szesciu kilosow. ;)

Chociaz jedno zadowolone...

Jest latwy, bo niemal plaski (poza schodami na obu jego koncach) i nawet z dzieciakami przeszlismy go w niecala godzine. Ktorej nawet sie nie czulo, bo za kazdym zakretem czaily sie niesamowite widoki na skaly i glazy. :)

To byl chyba najbardziej charakterystyczny punktcalego szlaku. Taka plytka, ale szeroka jaskinia, czy raczej wyzlobienie w skalach

Niestety, podziwianie krajobrazu psula nam Bi, ktora kontynuowala wycie, tym razem o to, ze na pewno jakis glaz na nas spadnie, albo zlecimy w przepasc, ze ona sie strasznie boi i chce wrocic!

Nawet matka sie na fote zalapala ;)

Swoja droga, to dziwie sie, ze w tym kraju, gdzie wszystkich o wszystko sadza, nie bylo lepszych zabezpieczen. Miejscami od sciezki wystarczylo zrobic krok, zeby spasc w dol zbocza, ktore opadalo pod zabojczym katem.Tylko w kilku miejscach postawiono barierki lub murek, a reszta byla otwarta niczym zacheta dla samobojcow. ;) I nie tylko samobojcow, bo widzac ludzi pozujacych do zdjec na samym brzegu sciezki, zastanawialam sie czy nie brak im wyobrazni, kiedy wystarczy sie potknac aby sturlac sie w dol.
Po drodze mialy byc wodospady, ale ze w tym roku lato bylo zdacydowanie suche, a lipiec w dodatku bardzo goracy, zostaly z nich doslownie struzki wody, ktore ciezko bylo nawet zlapac na zdjeciu, choc usilnie probowalam. ;)

Na tle tego ciemnego kamienia mozna dojrzec spadajace krople ;)

Za to w dwoch miejscach ze skaly wytryskiwaly podziemne zrodelka.

Nik przy takim wlasnie zrodelku

Pomimo rykow Bi, udalo nam sie przejsc caly szlak bez przeszkod i spadajacych glazow. :) Na samym koncu czekaly na nas jeszcze bardziej karkolomne schodki niz na poczatku oraz wyjasnienie nazwy szlaku. Otoz, ponad 100 lat temu, na trase mozna sie bylo dostac po drabince idacej pionowo w dol wzdluz litej skaly. Coz... ciesze sie, ze jednak zejscie nieco unowoczesniono, bo zoladek zaciskal mi sie w supel kiedy spogladalam w dol ze schodkow. Na drabinke za cholere bym nie weszla. :D
Wiele tras spacerowo - rowerowych w tym parku tworzylo petle, gdzie wracalo sie do punktu wyjscia, ale niestety nie ten. Szedl on w lini prostej, wiec kiedy znow znalezlismy sie na gorze, musielismy przejsc niemal ten sam szlak, tylko gora. ;) Miejscami moglismy podziwiac z gory miejsca, ktorymi przed momentem przechodzilismy oraz naocznie przekonac sie, dlaczego z wodospadow nie leci woda.

Strumyk? :D

W jednym strumieniu zostaly praktycznie tylko kaluze, drugi wyschniety na pieprz! :) A po powrocie na parking trzeba bylo dotrzymac obietnicy i pozwolic Potworkom wyhasac sie na placu zabaw. ;)

Oni nadal maja sile na szalenstwa! :O

Po powrocie na kemping, kiedy juz pozwolilismy nogom troche odpoczac, uznalismy, ze jesli dzieciaki maja pochlapac sie w jeziorze, to tego dnia, nastepnego mialo byc bowiem niemal caly czas pochmurnie. Podjechalismy na rowerach na plaze, ale nawet Bi miala problem z zanurzeniem. Woda byla calkiem ciepla (sprawdzilam!), ale za to na dworze bylo ledwie 20 stopni i wial chlodny wiatr. W koncu jednak obydwoje zamoczyli sie oraz pochlapali i... nie wiem czy to nie dlatego teraz oboje sa podziebieni. :D

Brrr ;)

W kazdym razie w jeziora wyszli trzesac sie jak dwie galaretki i jak zazwyczaj wracaja w strojach na kemping gdzie sie na spokojnie przebieraja, tak tutaj musialam ich pozaslaniac recznikami i przebrac na miejscu, bo zeby doslownie im lataly.
Poznym popoludniem Bi odmowila jakiejkolwiek aktywnosci, podobnie jak M., ktory zalegl na lozku w przyczepie, za to ja i Nik postanowilismy wycisnac z tego dnia, ile sie da i z mapa w reku, ruszylismy na wyprawe. Najpierw wybadalismy szlak przy kempingu prowadzacy przez las. Bylo juz jednak pozno, w lesie panowal mrok i szczerze mowiac mialam lekkiego cykora. ;) Nie wiedzac ile zajmie nam przejechanie trasy, zarzadzilam odwot, obiecujac jednoczesnie Nikowi, ze wrocimy tam rano z tata. Pojechalismy za to w innym kierunku, gdzie mapa pokazywala szlak wiodacy do zabytkowej szkoly. Tutaj troche pokrazylismy, bo znalezlismy parking, znalezlismy droge, ale szlaku nie moglismy poczatkowo znalezc. W koncu wyczail go Nik i okazalo sie, ze "szlak" to paseczek wykoszonej laki, wijacy sie wsrod pol! :D

Zolty "szlak". Kolor calkiem akuratny, bo wokol zlocila sie Nawloc :)

Pojechalismy kawaleczek, ale po calodziennej aktywnosci nogi juz solidnie nas bolaly, a po skoszonej trawie i koniczynie jechalo sie bardzo ciezko. Kolejny szlak trafil na liste "na nastepny dzien". :) Potem juz tylko dwie godzinki przy ogniu i wszyscy padlismy z ulga do lozek. Osobiscie balam sie, ze po takiej aktywnosci, kolejnego dnia nie bede mogla sie ruszyc i wzorem M. zalegne na lozku, a Potworki rozniosa nasze obozowisko. ;)

Na szczescie, kolejnego dnia jakos udalo sie zwlec z wyrka i pomimo pochmurnego nieba, ruszylismy ponownie odkrywac okolice. Na pierwszy rzut poszedl szlak prowadzacy przez las, ktory znalazlam dzien wczesniej z Kokusiem. Okazal sie on bardzo ciekawy na jazde rowerami - krety, z mostkami, waziutkimi sciezynkami przez krzaki oraz blotnistymi kaluzami, ktore trzeba bylo ostroznie omijac.


Tak sie jechalo! :D



Ja, M. oraz Nik bawilismy sie przednio, a Bi... znow ryczala!  :D Tym razem, ze nogi ja bola i juz nie moze... (przewrot oczami). Wada trasy okazala sie jej dlugosc, czy raczej "krotkosc" - przejazd calosci zajal nam moze 15 minut. :D Chlopaki ruszyli wiec na runde numer 2, a ja, choc tez mialam ochote, solidarnie zostalam z corka. Ech...

Tymczasem po poludniu, ta sama Starsza, ktora dnia poprzedniego ryczala cala droge kiedy szlismy wzdluz skalek, oswiadczyla, ze chcialaby pojsc tam jeszcze raz! :O Warunkiem bylo, ze chciala koniecznie zabrac Maye. Widze to dziecko w przyszlosci jako jedno z tych ludzi, ktorzy zabieraja ze soba do samolotu pieski, kotki, fretki, itp. jako "emotional support animal". :D Poniewaz poprzedniego dnia widzielismy kilka psow, wiec wiedzielismy, ze wolno je tam przyprowadzac, a dodatkowo Mi tez nalezal sie porzadny spacer, uznalismy, ze czemu by nie przejsc sie tamtedy jeszcze raz. Widoki byly naprawde piekne, a niewiadomo kiedy i czy w ogole jeszcze tam kiedys wrocimy.

"Grotolaz" ;)

Poszlismy wiec kolejny raz, ale ze trase juz znalismy i nie zatrzymywalismy sie co chwila dla podziwiania skal, wiec przeszlismy ja duzo szybciej.

Jak widac, kolejnego dnia Bi miala juz zupelnie inna mine ;)

Po wdrapaniu sie ponownie w gore, uznalismy, ze przejdziemy sie szlakiem po drugiej stronie parku. Zmierzajac w tamta strone, odkrylismy, ze ktos mial swietny pomysl i z boku mieszczacego sie na pagorku centrum informcyjnego, umiescil spora zjezdzalnie. Nawet M. skusil sie na zjazd, a Potworki w ogole wbiegly na gore i zjechaly kilka razy. :)


Kiedy doszlismy do poczatku zaplanowanego szlaku, w zamierzeniu mielismy dojsc tylko do drugiego wodospadu, ktory (wedlug mapy) mial znajdowac sie calkiem blisko punktu wyjscia. Liczylam na to, ze moze po tej stronie woda bedzie plynac bardziej wartko i uda nam sie zobaczyc cos faktycznie przypominajacego wodospad. Niestety, tutaj rowniez susza dala sie we znaki i choc widzielismy miejsca, gdzie wiosna mogly plynac kaskady wody, tutaj jednak woda tylko kapala. Nie bedac pewnym jednak czy to "to" miejsce, parlismy dalej, az doszlismy do rozwidlenia szlaku i okazalo sie, ze doszlismy duzo dalej niz planowalismy. :) A skoro juz tam dotarlismy, postanowilismy zrobic koleczko i wrocic okrezna droga. To spotkalo sie z radoscia Kokusia (przygoda!) oraz... tak, tak, rykiem Bi. Znowu cala droge histeryzowala, ze sie boi i chce wracac, nawet kiedy powiedzielismy jej ze przeszlismy juz ponad polowe i powrot zajmie nam dwa razy dluzej. Nawet wowczas ona koniecznie chciala zawrocic. Najwyrazniej to co znajome, bylo dla niej bezpieczniejsze. ;) Tym razem nie pomagala nawet obecnosc Mai. Pies za to wybornie sie przydal, bo mimo dlugiego spaceru ciagnal jak durny, wiec wspaniale pomagal wspinac sie pod gorke, pod ktora piela sie polowa szlaku. ;) Zapomnialam tez chyba dodac, ze cala trasa prowadzila przez las, a ze bylo pochmurno, ten robil sie momentami bardzo mroczny, co nie poprawialo samopoczucia Starszej. ;) Przyznaje tez, ze w ktoryms momencie sama lekko spanikowalam i spogladalam na mape, przekrecajac ja na wszystkie strony. Doszlismy bowiem do rozwidlenia, gdzie w jedna strone prowadzil szlak czerwony, a w druga niebieski. Wedlug mapy zas, mielismy pojsc polaczeniem szlaku czerwonego, niebieskiego oraz zoltego! I co teraz?! Tylko strzalka pokazujaca kierunek na jakis punkt widokowy pozwolila nam stwierdzic, ze my musimy jednak isc w przeciwnym kierunku, chociaz mialam juz wizje bladzenia po lesie do wieczora, albo i w nocy... Tak, jestem mistrzem paniki i Bi ma to, niestety, po mnie. ;) Okazalo sie jednak, ze po prostu ktos ch*jowo oznaczyl szlaki, bo kilkanascie metrow dalej w las, na drzewie widnialy juz jasno wszystkie 3 kolory oznaczajace trase, ktora chcielismy isc. :)
Tutaj ciezko bylo policzyc calosc trasy, bo skladala sie z kilku laczonych szlakow, ale pi razy oko wyliczylam, ze przeszlismy jakies 8 kilometrow. Do tego dodac 6 na trasie ze skalkami i dzienna norme mielismy przekroczona chyba 10-krotnie. ;) Dzieciaki nie chcialy juz nawet na plac zabaw, a Maya po powrocie na kemping wlazla do swojej "budy" z mina "odczepcie sie juz ode mnie" i poszla spac na dobra godzine. :D
My rowniez klaplismy na krzeselka i dogorywalismy przez dluzsza chwile. Pod wieczor jednak, kiedy nogi troche odpoczely, postanowilam podjac jeszcze raz prowadzaca przez laki trase do tej zabytkowej szkoly, takiej naprawde rodem z "Domku na prerii". To byl naprawde krociutki szlak, a strasznie mnie ta szkola ciekawila. Takich jednosalowych szkolek utrzymanych jako muzea jest w Stanach sporo. W miasteczku sasiednim do naszego jest jedna, ale mimo, ze przejezdzam kolo niej dosc czesto, to nigdy nie mam czasu sie zatrzymac. Teraz mialam okazje podjechac do innej. Poniewaz na nastepny dzien zapowiadali opady deszczu, stwierdzilam, ze zostawienie tego na "jutro" to ryzyko i jade dzis. :) Nik na haslo "przejazdzka rowerem" zerwal sie oczywiscie na rowne nogi, M. niezbyt entuzjastycznie, ale postanowil tez sie przejechac. Tylko Bi podniosla larum, ze nie chce i czemu my ciagle musimy gdzies jezdzic. To bylo jednak do przewidzenia. ;) Przecielismy kemping i wyjechalismy na parking otoczony lakami. Pisalam wczesniej, ze strasznie ciezko jedzie sie po skoszonej trawie i nie wiem kto w ogole nazwal taki skoszony pasek "szlakiem".  :) Pojechalismy wiec troche naokolo po zwirowej drodze, a lake przecielismy w ostatniej chwili. Zajelo to doslownie kilka minut, ale te kilka minut minelo przy ciaglych protestach i rykach Bi. Mowie Wam, na tym kempingu Starsza doprowadzala nas doslownie do bialej goraczki. W koncu jednak dotarlismy do otoczonej drzewami szkolki i... zgadnijce komu sie ona najbardziej podobala? Poza mna oczywiscie, bo ja ogolnie lubie muzea i starocie? No wlasnie Bi!

Zdjecie zrobione przez okno, a wyglada jakbym stala w srodku. :) Widac lawki, biurko nauczycielki, a na srodku piec majacy zapewnic cieplo uczniom w zimie. Oprocz tego pomieszczenia, byl jeszcze przedsionek i... to cala szkola :)

Muzeum otwarte jest tylko dla szkolnych wycieczek i niektorych miejscowych uroczystosci, wiec moglismy zajrzec tylko przez okna, a Starsza nagle ozyla, z zachwytem podziwiala misternie skonstruowane laweczki i dopytywala o kazdy szczegol. To zainteresowanie, plus fakt, ze droga powrotna prowadzila delikatnie w dol, sprawilo, ze litosciwie przestala marudzic. A oba Potwory mialy jeszcze sile na zabawe na kempingowym placu zabaw. :)

Bardzo sie ciesze, ze te dwa pelne dni wycisnelismy niczym cytrynke, bowiem juz w nocy obudzil mnie odglos padajacego deszczu. Kolejny ranek nie byl niestety lepszy. Naprzemian lalo i kropilo. Potworki marudne i z rozpierajaca ich energia, wiec wyciagnelam schowane na czarna godzine kreatywne zestawy.

Deszczowy poranek na kempingu

To zajelo ich na tyle, ze dali mi spokojnie zjesc sniadanie i sie ogarnac oraz pozwolili nam - doroslym zaczac sie pakowac. Prognozy pokazywaly bowiem jasno, ze mialo padac gdzies do godziny 1 po poludniu, a tego dnia i tak musielismy wracac do domu. M. zaczal wiec lapac "okienka", kiedy deszcz padal nieco mniej i podlaczac i ladowac wszystko na pake lub do przyczepy. Ja zajelam sie ogarnianiem srodka, bo na droge blaty musza byc puste. Pewnie nie wiecie, ale taka przyczepa podczas drogi strasznie "skacze" na wybojach, duzo bardziej niz auto, wiec wszystko zostawione na wierzchu lata po calej przyczepie i moze wyrzadzic sporo szkod.
A kiedy okolo poludnia bylismy juz praktycznie gotowi do drogi, nagle, w ciagu kilku minut przestalo padac i wyszlo slonce! :O Typowa pogoda Nowej Anglii, choc nie wiem nawet czy polnoc Stanu Nowy Jork jeszcze sie do Nowej Anglii zalicza. :)
Niestety, mielismy juz niemal wszystko spakowane, rowery przypiete, dodatkowo nawet na placu zabaw byloby mokro, uznalismy wiec, ze nie ma sensu zostawac na sile dluzej. I choc szkoda mi bylo tych dodatkowych kilku godzin, to przynajmniej choc raz dojechalismy do domu na tyle wczesnie, ze na spokojnie rozpakowalam przyczepe, ogarnelam pranie, wykapalam Potworki i siebie i obylo sie bez zwyczajowego, po-kempingowego wyscigu z czasem. :)

I tak minal nam pierwszy tydzien szkoly. Teraz musze jeszcze dodac zdjecia i zanim skoncze posta bedzie pewnie polowa trzeciego. :D
Wyrobilam sie jednak troche szybciej, bo skonczylam juz w poniedzialek. No, wtorek polskiego czasu... ;)

13 komentarzy:

  1. Ok czuje ta chcec podróży! Widoki i wędrówki swietne. Szkoda tylko że Bi maruda....może z tego wyrośnie. To męczy i Was i ja i otoczenie.
    Jesteś pewna że to już ostatni wyjazd?

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajna wycieczka. Aż wam jej zazdroszczę ☺️

    OdpowiedzUsuń
  3. Jejku,Ty masz dar do pisania. Fajnid,ze lubicie sobie pokempingowac. U nas nie warto sprawdzac prognoz.. Pogoda zmienia sie diametralnie co chwile :-(

    OdpowiedzUsuń
  4. W UK to już w ogóle nie ma uroczystych początków/końców roku szkolnego;) Dzień jak co dzień;))

    Mega miejsce wybraliście na kemping! Trasy koło jaskiń fantastyczne. A z tym
    marudzeniem u nas tak samo:(

    Maleńka szkoła rzeczywiście piękna!

    OdpowiedzUsuń
  5. Przepiękne widoki! Super, że pomimo marudzenia Bi, spędziliście miło czas. Teraz czas na wieści ze szkoły ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. To nieco nietypowe podejście do rozpoczęcia roku szkolnego wydaje mi się bardzo fajne. Każdy jest oklaskiwany, nie ma jakichś pompatycznych akademii - fajna sprawa :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo ładne widoki :) Fajna wycieczka :)

    U nas też już prawie drugi tydzień szkoły na boku ;) Czas ucieka szybko..

    OdpowiedzUsuń
  8. Wypad bogaty w emocje. My czasem mamy problem z marudzacym Stefano, chwilami się odechciewa wszystkiego, jak wlecze się za nami i marudzi.
    U nas rok szkolny zaczął się wczoraj, dzieci idą bezpośrednio do klasy i zadania domowe od pierwszego dnia (naturalnie nie obyło się bez kłótni).

    OdpowiedzUsuń
  9. Wyjazd mieliscie super, pomimo marudzacej Bi. Ja znam troche upstate NY, bo kiedys mieszkalam w sasiednim stanie. Obok malowniczego Vermontu - fantastyczne miejsca na wszelkie wakacje.

    OdpowiedzUsuń
  10. Cieszę się, że wyjazd się Wam udał :) A widoki śliczne, aż Wam ich trochę zazdroszczę. Takie nasze klimaty :)
    A Bi to faktycznie jest straszna maruda pod tym względem.

    OdpowiedzUsuń
  11. powiem WOOOW super taki wyjazd! okolica, skały..no mega! ah podobałoby mi się tam :D :D buźki!

    OdpowiedzUsuń
  12. Pierwszy tydzień spędziliście uroczo, ale pewnie dzieciaki umęczone taką podróżą?
    Powiem , że Wam zazdroszczę.
    Mimo chłodu poznaliście przepiękny zakątek

    OdpowiedzUsuń
  13. Super, że wykorzystaliście ostatnie chwile lata na maxa :) I to jeszcze w takim miejscu! Uwielbiam:D Na marudzenie nie ma rady, czasem po prostu tak jest. Ja to nazywam 'dniem focha" Czasem uda się go wykopać za drzwi (otwieram i razem próbujemy) a czasem nie. Myślę, że dzieci tak jak dorośli mają po prostu gorsze i lepsze chwile.
    Pamiętam jak spaliśmy na jednym z kempingów w Szwajcarii, pod namiotem, a że była to dolinka, to w ciągu dnia było ok.30 stopni, a w nocy temperatura spadała do 6!! Mieliśmy dobre śpiwory, na głowie kaptury i było ok, ale budziłam się rano z pełnym pęcherzem i nie było mowy, żebym wyszła z ciepełka. Czekałam jak słońce wejdzie na namiot, bo wtedy w 5 minut człowiek z niego uciekał, tak się gorąco robiło ;) W sierpniu odwiedzili nas znajomi kamperem i moje dzieci zachorowały na taki sposób podróżowania. My też byśmy chcieli, ale w Polsce jednak nadal nie jest to tania sprawa. (znajomi pożyczają kamper od teściów) Naszym marzeniem jest podróż do USA i tam wypożyczenie, ale to może jak zniosą wizy? Albo jak wygram w Lotto? ;) Zupełnie nie znam tego regionu o którym piszesz.

    Rozpoczęcie i zakończenie roku to zmora nauczycieli, bo trzeba przygotowywać akademię. Dla dzieci może nie tak źle, bo wiadomo, mogą być zwalniane przez to z lekcji, by ćwiczyć, ale czy to ma jakiś sens??? Może w 1klasie. Sama nie wiem. My na razie wróciliśmy "spóźnieni" do przedszkola i czekamy co dalej.
    Wszystkiego dobrego dla Potworków na nowy rok szkolny! Gra na instrumentach - wspaniały pomysł!
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń