czwartek, 19 września 2019

Szkolna (i nie tylko) rzeczywistosc

Slyszalam, ze do Polski przyszla jesien? Czy to juz nieaktualne wiesci? ;)
U nas, poki co, zazwyczaj w dzien jeszcze letnio, czyli 22 - 24 stopnie, ale noce, a przez to i ranki, sa juz lodowate. Potworki ubieraja krotkie spodenki, ale wychodzac na autobus, na koszulki narzucaja bluzy, a i tak czesto narzekaja, ze im chlodno. Taka zdradliwa pogoda... Jednoczesnie w niemal kazdym tygodniu trafia sie jeden dzien, kiedy jest ponad 30 stopni i 70% wilgotnosci i trzeba wlaczyc wieczorem klime bo nie da sie spac. Zupelnie jakby lato chcialo zawolac: "Hola, ja nie powiedzialem jeszcze ostatniego slowa!". :D Z tego miedzy innymi powodu, nie schowalismy jeszcze basenu, choc jak narazie Potworkom udalo sie w nim wykapac tylko raz, dwa tygodnie temu. :)

 4 wrzesien. Tak niedawno, a wydaje sie jakby wieki temu...

Narzekali, ze woda zimna, ale wyjsc i tak nie chcieli. I nie wiem czy to ta woda, czy fakt, ze na kempingu wszyscy nieco przemarzlismy, czy to po prostu wina szkolnych wirusow, ale wlasnie zmagamy sie z pierwszym, po-letnim przeziebieniem. O losie...
Zaczelo sie od Bi i jak to z Potworkami bywa, ona pokaszlala dwa dni, po czym przekazala wirusa bratu i... wyzdrowiala. Nik w poprzedni piatek nie tylko byl wyraznie przytkany, ale jeszcze mial stan podgoraczkowy. Przez weekend stan podgoraczkowy zniknal, ale przytkany nos pozostal. Potem wydawalo sie, ze pomalu jest coraz lepiej, az do... kolejnego piatku, kiedy Nik wrocil ze szkoly skrzypiac niczym stary gramofon, narzekajac, ze gardlo go boli i nie moze przelykac. Powrocil tez stan podgoraczkowy. :(
Poniewaz Mlodszy "wybral sobie" rozchorowanie sie prosto na weekend (typowe!), przez kolejne dwa dni staralismy sie mu ulzyc na roznorakie domowe sposoby. W ruch poszly wszystkie posiadane syropki oraz plukanie gardla sola, do czego tylko tata daje rade Kokusia przymusic. ;) Niestety, nasze wysilki przynosily marne rezultaty. W niedziele popoludniu Nik doslownie stracil glos i mogl mowic tylko szeptem. Przez caly weekend malo tez co jadl, bowiem nie bardzo mogl przelykac. :(
Co bylo robic? Czwarty tydzien szkoly rozpoczelam wzieciem wolnego z pracy i zabraniem Mlodszego do lekarza, powaznie zaczelam bowiem podejrzewac angine, choc na moje oko to Nik troche sie za dobrze, jak na nia, czul i goraczka byla za niska. Oprocz bowiem narzekania na bol gardla, Nik biegal, bawil sie i szalal z siostra jak zawsze (tylko gadac jak nakrecony przestal ;P). No, ale zawsze lepiej sprawdzic. U lekarza niestety - stety, padl werdykt: wirus. Stety, bo wiadomo, wirusowa choroba zazwyczaj jest lzejsza niz bakteryjna, a niestety, bo na bakteryjna przepisza antybiotyk i wiem, ze nastepnego dnia po dziecku nie bedzie znac choroby. Zeby nie bylo, absolutnie nie jestem fanka antybiotykow i ciesze sie, ze dotychczas trafiamy na pediatrow, ktorzy nie przepisuja ich niczym cukierkow, ale czasem chcialoby sie po prostu podac choremu malolatowi cos konkretnego. W Polsce na byle g**no dostaje sie cala liste syropkow, pastylek, itp. A tutaj? Dla dzieci jest kilka substancji sprzedawanych bez recepty, wszystkie z praktycznie tym samym skladem i w dodatku taka sama dawka dla 6-latka oraz 12-latka! Czy Wam tez nie wydaje sie to podejrzane? Przeciez taki 12-latek jest dwa razy wiekszy! W kazdym razie, oprocz tych podejrzanych "lekow", ktore dla mnie sa zwyklym plecebo, maja tez syropki, ktorych sklad to praktycznie roztwor miodu. Dziekuje, mam miodek od znajomego pszczelarza i juz wole dziecku podac lyzeczke takiego swojskiego.
I to wszystko.
Zalecenia od lekarza to podawac srodek na zbicie goraczki jesli trzeba, syrop przeciwbolowy, zeby Kokusiowi lepiej sie przelykalo i... czekac az przejdzie. :/

Malwinka w komentarzach pod ostatnim postem pytala o szkole, wiec prosze bardzo, bylo o szkole i rozsiewanych przez nia chorobskach! ;)

A poza chorobami, to moi drodzy, szkola w sumie dopiero sie zaczela, a ja juz jestem nia zmeczona. Zreszta nawet Potworki pytaja co rano, czy jest wolne. ;) I na tym mozna w sumie skonczyc (ale wiadomo, ze nie skoncze). :)

Drugi tydzien nie przyniosl wiekszych fajerwerkow. Potworki lekko zszokowane zmiana rutyny pytaly tylko dlaczego teraz tak malo moga biegac po podworku. Korcilo mnie zeby im odpowiedziec, ze to dlatego, ze maja debilne panie zadajace prace domowa juz od pierwszego dnia, ale ugryzlam sie w jezyk. ;) Taka jest jednak prawda, ze Potworki wracaja ze szkoly pol godziny pozniej niz z polkolonii, potem cos zjesc (a szczegolnie Nik je dluuugo), odrobic lekcje i na ganianie po ogrodzie zostaje jakas godzinka. To znaczy "zostawala", bo w trzecim tygodniu doszly dodatkowe zajecia i w taki poniedzialek np., dla Bi nie ma czasu na swobodne ganianie, w srode dla obojga jest mocno ukrocone, a w czwartek skrocone tylko dla Kokusia. Ale o zajeciach pozalekcyjnych pozniej.

Najwiekszym "dramacikiem" jak dotychczas, sa lekcje gry na skrzypcach, a raczej poszukiwania instrumentu i skrajne nieogarniecie zyciowe Kokusia. Wiecie, te hamerykanckie szkoly wymagaja od dzieci samodzielnosci oraz pilnowania siebie i swoich rzeczy juz od zerowki, gdzie zaczynajac ja, wiele dzieci nie ma jeszcze pieciu lat. Rodzice nie sa wpuszczani do szkoly, chyba ze jako wolontariusze, wiec nie maja szans zeby czegokolwiek przypilnowac. :/ Nik ma teraz niespelna 7 lat i niestety trzeba jeszcze za nim biegac i w kolko mu o wszystkim przypominac. Zreszta, Bi ma 8 i prawie pol i jest niewiele lepsza. Np., zaraz w drugim tygodniu szkoly, oba Potwory wrocily pewnego, pieknego dnia bez bidonow oraz pojemnikow na przekaski, a Bi dodatkowo bez foldera na prace domowa. Co prawda zapewniala mnie, ze Pani kazala im foldery zostawic bo nie bylo nic zadane (oprocz czytania, bo to maja codziennie), ale nastepnego dnia znalazlam w nim formularz do wypelnienia, z data wlasnie tego "zapomnianego" dnia, wiec mam wrazenie, ze dziecko mnie robi w bambuko. ;) A Nik bidonu zapomnial dwa dni pod rzad i juz zaczynalam spisywac go na straty, ale kolejnego dnia jakims cudem dotarl on do domu. :)
Wracajac jednak do skrzypiec, bo odplynelam nieco od brzegu. Byly juz zmiany instrumentu na ostatnia chwile. Teraz fajnie byloby ten instrument sprowadzic do szkoly i domu. Formularze z wymaganymi rozmiarami skrzypiec przyszly juz w pierwszym tygodniu szkoly. Jeszcze przed dlugim weekendem weszlam na strone wypozyczalni i zamowilam obie pary. Dostalam potwierdzenie, dostalam rachunek za wypozyczenie oraz potencjalne zniszczenie ($200 za sztuke, auc!), po czym przyszla sroda kiedy obydwa Potworki mialy pierwsze lekcje gry. Po powrocie do domu pytam dzieci gdzie ich skrzypce, a oni na to, ze ich nie bylo. Hmmm... Nastepnego dnia, w czwartek, Bi miala lekcje grupowe. Znow wrocila do domu twierdzac, ze jej skrzypiec nie ma w szkole. W piatek rozpoczelam wiec akcje "dodzwonic sie do wypozyczalni". Juz rok temu bowiem sie przekonalam, ze ciezko tam kogos zlapac. Najczesciej automatycznie przelaczaja cie na zostawienie wiadomosci, ale potem i tak nie oddzwaniaja. Postanowilam wiec nie bawic sie w prosby o kontakt, tylko dzwonic az do skutku. Mialam szczescie, bo dodzwonilam sie za trzecim podejsciem. ;) A tam mily pan oznajmia, ze instrumenty zostaly dostarczone w poprzednia srode lub czwartek. :O Jeszcze kazalam mu upewnic sie, ze szkola i miasto sie zgadza, bowiem, zeby nie bylo za latwo, w naszym Stanie sa dwie szkoly o tej samej nazwie, ale w dwoch roznych miasteczkach. :D
W kazdym razie, po powrocie do domu okazalo sie, ze Bi swoje skrzypce znalazla (chociaz nie miala lekcji gry) i przyniosla do domu. Pytam Nika, gdzie sa jego, a on znow twierdzi, ze ich nie bylo. Dla scislosci, wszystkie instrumenty trzymane sa na specjalnych polkach naprzeciwko sali muzycznej. Pytam wiec syna czy sprawdzal polki. "I feel like it's not there" - taka odpowiedz otrzymalam. Jemu wydaje sie, ze ich nie ma! :O Ale sprawdzales? Nie. O ludzie! :D
To byl piatek, wiec przez weekend nic nie dalo sie zrobic. W poniedzialek rano przypomnialam synowi przynajmniej 5 razy, ze ma poszukac instrumentu. Ostatni raz jeszcze mu to krzyknelam kiedy wsiadal do autobusu. Po powrocie z pracy, pierwsze co, to pytam syna o skrzypce. Nie ma. A szukales? Troche. Co to znaczy troche? Sprawdziles polke z instrumentami, czy nie?! Troche sprawdzilem.
Trzymajcie mnie, bo zwariuje! :D
Kolejny dzien, wtorek. Znow przypominam o poszukaniu skrzypiec, bez wiekszej juz nadziei. W srode mialam isc na spotkanie organizacyjne z nauczycielkami, wiec stwierdzilam, ze sama przeszukam cala polke, skoro moj syn nie potrafi. Po powrocie do domu po poludniu pytam, czy znalazl, ale Nik twiedzi, ze tym razem przeszukal z nasza sasiadka (ktora poszukiwala swojej altowki) calusienka polke i jego skrzypiec nie bylo. Wzdycham tylko, ze kolejnego dnia, po spotkaniu z nauczycielkami, pojde sama sprawdzic. Syn przekonuje mnie, ze on naprawde sprawdzil cala polke. Sama juz nie wiedzac komu wierzyc, stwierdzilam, ze zanim zadzwonie do wypozyczalni i zrobie awanture i zanim sama rozpoczne poszukiwania, napisze jeszcze raz do nauczycielki muzyki, ktora jest odpowiedzialna za program "smyczkowy" (strings program). Wieczorem wiec siadlam i walczac ze zmeczeniem, sklecilam maila tlumaczac, ze Nik juz 1.5 tygodnia "szuka" swojego instrumentu, ze wypozyczalnia twierdzi, ze go dostarczyla i czy mozliwe, ze skrzypce sa gdzies w sali muzycznej, albo ze jakis inny "Nicholas" wzial instrument mojego Kokusia nie patrzac na nazwisko, itd.
A teraz zakonczenie!
Maila wyslalam we wtorek wieczorem. W srode rano otrzymalam odpowiedz, ze nauczycielki muzyki (jest ich 3) beda mialy oczy szeroko otwarte i na pewno instrument sie znajdzie. Wracam z pracy, a Nik z duma pokazuje mi odnalezione cudem skrzypce! Okazalo sie, ze znalazla je Bi i ze byly... na polce z instrumentami!
Kurtyna. :D

Janko muzykant :)

Takie to byly przeboje ze skrzypcami. Podejrzewam, ze nie ostatnie, bo jestem pewna, ze Nik jeszcze nie raz i nie dwa skrzypiec zapomni. ;)

W sobote, pomiedzy drugim a trzecim tygodniem szkoly, znow trzeba bylo odwiedzic biblioteke, bowiem otrzymalam maila przypominajacego o oddaniu ksiazek, no i stosik lektur zaczal sie nieco kurczyc. ;) Celowo pojechalismy troszke pozniej, zeby Potworki zalapaly sie na jazde na mechanicznym koniu, ktory uruchamiany jest zaledwie raz dziennie na godzine.

Nik na tym koniku jeszcze jako tako wyglada, ale Bi wydaje sie ogromna i boje sie o maszyne :D

Musze cos zrobic z tymi wizytami w bibliotece, bo Potworki coraz czesciej, zamiast szukac ksiazek, wsiakaja w gry komputerowe. Gry niby edukacyjne, no ale nie z tym kojarzy mi sie biblioteka. W miniona sobote to ja buszowalam wsrod regalow przynoszac Potworkom coraz to inne potencjalne tytuly, a oni siedzieli z nosami w ekranach. Ojjj, tak to nie bedzie. ;) Gwoli scislosci, Potworki nadal darza ksiazki spora dawka milosci. Bi czesto zaszywa sie z ksiazka na kanapie, Nik umila sobie czytaniem jazde autobusem szkolnym, oboje uwielbiaja nasza wspolna wieczorna lekture... Ale w bibliotece komputery ciagna ich jak magnes, moze dlatego, ze w domu nie maja zadnych gier. ;)

Nik tak pochloniety gra, ze nawet glowy nie odwrocil...

A w sobote Bi otrzymala kolejnego jednoslada. ;)
Mialam nadzieje, ze rower, ktory dostala od dziadka dwa lata temu, posluzy jej jeszcze z rok - dwa. I moze i by posluzyl, chociaz przyznaje, ze dziadek dostal go juz uzywanego, a Bi oraz kempingi, kiedy rowery stoja po kilka dni na zewnatrz, nieraz podczas kiepskiej pogody, jeszcze go dobily. Pojazd jest dosc ciezki jak na dzieciecy rower, w wielu miejscach mocno pordzewial, no i siodelko peklo i ostry plastik wbijal sie Bi w dupke. Oczywiscie, daloby sie jeszcze cos z tym zrobic. Siodelko mozna bylo wymienic, albo kupic nakladke. Rdze oczyscic, lancuch nasmarowac, itd. Tylko, po pierwsze, ten pojazd to juz byl starszawy grat, a po drugie, po minionym lecie, kiedy Bi jeczala przy kazdej gorce, M. uparl sie, zeby poszukac jej pojazdu z przerzutkami. Osobiscie jestem nastawiona dosc sceptycznie, bowiem Bi jest ogolnie mekola. Jedziemy na rowery - jeczy. Idziemy na przechadzke - jeczy. Zima jezdzilismy na nartach - wszyscy zadowoleni, Bi... jeczy. :D Nie jestem wiec pewna, czy nowy rower na dluzsza mete cos zalatwi. ;)
W kazdym razie, jak M. sie na cos uprze, to dopnie swego. Szukal oczywiscie okazji z uzywanymi rowerami dzieciecymi, bo mam nadzieje, ze za dwa lata, na Komunie, sprawimy dzieciakom po normalnym, porzadnym "goralu". Poki co, sa jeszcze mali, szybko rosna, wiec nie ma co zbyt duzo inwestowac w pojazdy.
I wlasnie w sobote dopisalo nam szczescie. Pojechalismy obejrzec pojazd, ktory z grubsza jest wielkosci starego, ale ma przerzutki! :) Wiekszego nie ma co Bi narazie kupowac, bo to panikara, na zbyt duzym rowerze znow nie chcialaby jezdzic, zreszta taka wielkosc spokojnie starczy jej jeszcze na nastepny rok (siodelko oraz kierownica ra regulowane), chyba, ze nagle wyskoczy 20 cm w gore. ;)

Bi wykrzykuje co chwila, ze jej rower ma taki piekny kolor, choc do niedawna zapewniala, ze ona nienawidzi rozowego ;)

A skoro Starsza doczekala sie nowego roweru, trzeba go bylo wyprobowac! ;) W niedziele przyjechal jak zwykle moj tata i chetny byl na przejazdzke. Tym razem urzadzilismy sobie naprawde dluuuga wyprawe. Pojechalismy trasa rowerowa do skrzyzowania z ulica, do ktorego zwykle dojezdzamy. Zamiast jednak zawrocic albo dalej jechac sciezka rowerowa, zjechalismy wzdluz ulicy w dol i dojechalismy do parku, w ktorym ostatnio bylysmy, tego z placem zabaw i skatepark'iem.

A tam znowu pustki...

Dalismy Kokusiowi moment w skatepark'u, po czym ruszylismy boczna trasa, ktora wydawalo sie powinna prowadzic przez pola, tymczasem niespodziewanie pojechala przez las i wdluz rzeki.

Bi zamiast akrobacji rowerowych, woli robic przewroty ;)

Miejscami sciezka rozszerzala sie i schodzila az do wody tworzac miniaturowe dzikie plaze. Mimo, ze upalu absolutnie nie bylo, w jednym miejscu widzielismy grupe nastoletnich chlopcow, skaczacych z linki zawieszonej na drzewie do wody. Zaluje, ze nie zrobilam zdjecia. :) W koncu dotarlismy do polanki gdzie ustawione byly dlugie lodzie i domyslilismy sie, ze tam trenuje zaloga wioslarzy z lokalnego high school. Podejrzewamy, ze sciezka prowadzi gdzies dalej poza to miejsce, ale ze i tak dojechalismy dosc daleko, a jeszcze trzeba bylo wrocic do domu, wiec niechetnie zawrocilimy. Niestety, M. wybral inna sciezke i wszyscy pojechalismy za nim, zeby sie nie pogubic. Sciezka okazala sie prowadzic przez lasek, wiec nie udalo mi sie pstryknac zdjec rzeki (mialam zatrzymac sie w drodze powrotnej, no i klops). Kiedy w koncu wyjechalismy na otwarty teren, okazalo sie, ze dotarlismy do tego samego parku, z ktorego wyjechalismy, ale odbilismy sporo w prawo. Droga powrotna prowadzila obok placu zabaw, ktoremu Potworki oczywiscie nie mogly przepuscic. ;)

Niezmordowani :D

Dopiero, kiedy uswiadomilam im, ze czeka nas jeszcze droga do domu, niechetnie wsiedli znow na rowery.
Powiem Wam tylko, ze ta przejazdzke faktycznie odczulismy. Po powrocie, wszyscy (lacznie z dziecmi) padlismy jak konie po westernie. ;) Po schodach ledwie sie wdrapywalam przez reszte dnia. ;)

A potem zaczal sie trzeci tydzien szkoly i grafik nam sie niespodziewnie napial do granic wytrzymalosci. ;) W skrocie, w poniedzialki i srody Bi ma treningi druzyny plywackiej, rowniez w srody Nik ma trening tenisa, a w czwartki Mlodszy ma lekcje plywania. Poczatkowo chcialam je ustawic na poniedzialek, kiedy Bi ma trening, zeby nie jezdzic kolejnego dnia, ale okazalo sie, ze tego dnia nie ma lekcji na jego poziomie. W ten sposob zostal czwartek, a jedynymi "spokojnymi" dniami pozostaly wtorki oraz piatki. Co zaraz sie zmieni, bo w sobote zaczela sie polska szkola, wiec piatek wieczorem przepadnie na odrabianiu lekcji... :/

W srode w ogole latalam jak kot z pecherzem, bowiem po pracy (z ktorej wyszlam 15 minut wczesniej) musialam doslownie pedzic do domu, do ktorego wpadalam tylko zgarnac towarzystwo, po czym pedzilismy do klubu, gdzie maja zajecia. Oczywiscie latwiej by bylo gdyby to M. ich zawozil, a ja odbierala. Moglabym wtedy wyjsc z pracy o normalnej porze i nie jechac na wariata. Niestety, moj maz uwaza, ze Potworkom dodatkowe zajecia nie sa do niczego potrzebne, a skoro ich pozapisywalam, to teraz mam sobie ich wozic. :/
Zreszta, poza tym pospiechem na poczatku, nie jest zle. Oboje zaczynaja o 16:30 i problem mam tylko z dojechaniem na czas, zeby zawiezc ich na zajecia. Prosilam M., zeby dal im tylko szybka przekaske i zeby byli gotowi do wyjscia, tymczasem on zrobil im... jajecznice i kiedy przyjechalam oboje nie zjedli nawet polowy, a Starsza nie miala ubranego stroju. :/
Bi konczy trening o 17:15, mam wiec czas zeby pomoc jej sie przebrac zanim Nik skonczy swoj o 17:30. A ze do domu mamy dwie minutki, wiec jestesmy z powrotem dosc wczesnie. :)
W zeszla srode mialam jednak dodatkowe opoznienie, bowiem na 18 w szkole Potworkow zaczynaly sie spotkania z nauczycielkami. Wpadlam wiec, na szybkiego sie odswiezylam, bo byl to jeden z tych 30-stopniowych dni i juz mnie nie bylo. ;)
Spotkania jak to spotkania. Robia je co roku i tak naprawde to praktycznie za kazdym razem mowia to samo. Jezdze na nie tylko, zeby pokazac nauczycielkom, ze interesuje sie edukacja swojego potomstwa. ;) Tym razem rowniez nie dowiedzialam sie niczego porywajacego. ;)

Potworki przyjely zajecia dodatkowe z umiarkowanym entuzjazmem. A konkretnie to Bi urzadzila karczemna awanture na pierwszym treningu. Okazalo sie bowiem, ze w czasie wakacji wiekszosc dzieci z jej grupy zostala przeniesiona z "poczatkujacej" na "srednio - zaaawansowana". Podejrzewam, ze dlatego, ze przybylo im sporo dzieciakow do tej pierwszej. W kazdym razie Bi zobaczyla wiekszosc obcych twarzy, odwrocila sie tylem, zalozyla rece na piersi i oswiadczyla, ze ona tych dzieci nie zna i nie bedzie z nimi plywac! :O Oczywiscie odparowalam na to, ze oczywiscie, ze bedzie plywac, bo nie przyjechala na spotkanie towarzyskie, tylko na trening, a poza tym, po kilku zajeciach te dzieci juz nie beda obce. ;) Starsza stala tam tupiac nogami i ze lzami wscieklosci w oczach dobra chwile. Przyszedl jeden trener, przyszedl drugi, przyszla babka, ktora odpowiedzialna jest za program plywacki. Wszyscy powtarzali, ze super, ze wrocila, zeby wskakiwala do wody, ze w grupie sa nadal znajome dzieci tylko tego dnia jakos sie spozniaja (potem okazalo sie, ze byly, tylko Bi ich nie rozpoznala). Starsza stala tam 20 minut, a ja zastanawialam sie jak ja zmusic do wejscia do wody, wiedzialam bowiem, ze jak juz do niej wejdzie, obudzi sie w niej milosc do tego sportu. No bez jaj, przeciez Bi uwielbia wode! W koncu, wkurzona, podeszlam do niej i oznajmilam, ze jezeli nie zacznie w tej chwili plywac, to straci codzienny przywilej na tableta oraz slodycze do konca tygodnia. Dopiero wtedy, Bi, nadal wsciekla, weszla do basenu.
I co? I mialam racje! Nie minelo kilka minut, a widzialam jak Bi cala sie rozluznia, jak zaczyna krecic sie w kolko, nurkowac i  koncu usmiechac! Przeciez to jest nasza rodzinna "ryba", jak zwie ja dziadek! :)

Na kolejny trening pojechala juz z szerokim usmiechem ;)

Niestety, to nie byla moja ostatnia bitwa o plywanie... W czwartek swoja lekcje mial Nik i po kilku minutach wyszedl z basenu, rozryczal sie i odmowil ponownego wejscia do wody. I nie moglam wydusic z niego, o co mu chodzilo... Co sie dzieje? On sie boi. Ale czego sie boisz, co sie stalo? Nie wiem, po prostu sie boje. To samo dziecko, ktore bez strachu nurkuje na glebokosci 3 m i ktore skacze z kladki na glowke! Minal tydzien, a ja nadal nie wiem, co bylo przyczyna tej histerii, choc mam kilka teorii. Po pierwsze, trafila mu sie bardzo duza grupa. Dziewiecioro dzieci na jedna instruktorke, to troche przesada. Potem okazalo sie, ze jakies dzieci nadrabialy stracone zajecia, inne przyszly z nizszego poziomu, zeby sprawdzic czy poradza sobie na tym i zrobila sie gromada. Niektore dzieciaki wygladaly na troche starsze i moze Nik sie ich wystraszyl? Poza tym, matka - sklerotyczka, zapomniala spakowac jego gogli, a moje dzieci uwazaja, ze bez gogli nie da sie plywac i juz. ;) A trzecia teoria na Kokusiowa histerie jest to, ze juz kolejnego dnia ponownie rozlozyl go wirus. Podejrzewam, ze w czwartek juz go cos "bralo", mysle, ze nie czul sie do konca dobrze i moze stad ta afera... Jedno jest pewne, az sie wzdrygam na mysl o kolejnych zajeciach. Niestety, w tym tygodniu Nik nadal jest jeszcze lekko zasmarkany i kaszlacy, wiec na basen go nie wezme, a taka przerwa nie zrobi mu za dobrze... :/

Za to srodowa lekcja tenisa przebiegla duuuzo lepiej! Ogolnie Nik jest zachwycony i gdyby mogl, spalby z rakieta.

Zdjecie robione przez szybe i odbija sie w nim balustrada trybun ;)

Moj kochany maz sarkastycznie mruczy, ze wybralam sobie najdrozszy sport z mozliwych, problem tylko w tym, ze ja go wcale nie wybieralam. Po prostu od dwoch lat namawialam Kokusia na jakakolwiek aktywnosc, ale on uparcie nie chcial niczego sprobowac. Najbardziej widzialam go na pilce noznej. W koncu to poniekad rodzinna tradycja, ale Mlodszy uparcie odmawial. Nie chcial tez sprobowac ani baseball'u ani koszykowki. Nawet gimnastyke mu proponowalam, bowiem w grupie, do ktorej uczeszczala Bi, bylo dwoch chlopcow. Nie i juz. Na basen zapisalam go bez pytania, bo znajomosc plywania jest po prostu potrzebna, a przy tym idealna na prawidlowa postawe, ale jesli pamietacie, Nik od poczatku raz na jakis czas urzadza histerie, odmawia plywania i wlasciwie to nikt nie wie dlaczego. Kiedy wiec oznajmil, ze "moge" zapisac go na tenisa (w ktorego gral na polkoloniach) podskoczylam radosnie i czym predzej popedzilam to zrobic. Reka lekko mi zadrzala przy cenniku, ale co tam. Najwazniejsze, ze dziecko zachwycone, a poki co macha sobie rakieta raz w tygodniu i cena jest do przelkniecia (z tylko lekka grozba zadlawienia :D). Co prawda malzonek burczy co bedzie jak trenerka powie, ze przydaloby sie wiecej, ale nie wybiegam az tak daleko w przyszlosc. Poki co, ciesze sie, ze Nik z wlasnej woli zainteresowal sie jakims sportem. ;)

A skoro juz o Kokusiu pisze, to 9 wrzesnia wypadl mu kolejny zab. Ruszalo mu sie ich naraz az 3, ale co ciekawe, zamiast najpierw pozbyc sie gornych jedynek, szczeka mlodszego eksmitowala... dolna dwojke. ;) Mlodszemu tak naprawde wsio ryba, byle by kasa od Wrozki Zebuszki sie zgadzala. :D

W miniona sobote rozpoczal sie rok szkolny w polskiej szkole. Musze przyznac, jak od miesiaca na wspomnenie o niej Potworki urzadzaly ostry protest, tak kiedy przyszlo co do czego, pojechaly juz pokornie jak cielatka. A moze to bylo pogodzenie z losem? ;)
Nik ponownie mial szczescie i trafila mu sie bardzo sympatyczna Pani, wiec chociaz o to jestem spokojna. O nauczycielce Bi slyszalam dosc niepokojace opinie, ale kiedy juz ja poznalam, stwierdzam, ze jest ok. Przynajmniej pierwsze wrazenie zrobila poztywne. ;) Potem juz tylko wyskoczyc ze stowki za podreczniki (normalnie rozboj w bialy dzien!), pogadac chwile ze znajomymi i mozna bylo zabierac dzieciaki do domu.

Przed Polska Szkola... czyli budynkiem liceum najblizszego wiekszego miasta. ;) Bylam jedna z niewielu matek, ktore ubraly dzieciaki na galowo. A w zeszlym roku bez przerwy o tym przypominano...

Okazalo sie, ze Polska Szkole przeniesli w tym roku w inna czesc budynku. Fajnie, bo wszystko miesci sie na jednym pietrze, a niefajnie, bo sale Potworkow zostaly umieszczone po przeciwnych stronach tego pietra. Tak czy owak czeka mnie wiec bieg z jednego konca labiryntu korytarzy do drugiego. Coz, przynajmniej nie musze latac gora dol po schodach, jak w zeszlym roku. ;)

Po poczatku roku w Polskiej Szkole, reszta soboty byla do naszej dyspozycji, ale bylo tak ponuro, pochmurno i wilgotno, ze korcilo nas, zeby rozpalic w kominku i pogrzac dupki. Normalnie jesien, Panie Dziejku! Na szczescie, mimo dosc ponurej aury, temperatura skoczyla w gore i zrobilo sie nieco przyjemniej, to znaczy duszno i parno, ale za to cieplo. ;) Postanowilam wiec wyciagnac rodzinke na przejazdzke rowerowa do biblioteki. Juz jakis czas temu wyczailam, ze zamiast jechac naokolo glownymi ulicami, mozna przeciac osiedla i dojechac do niej od tylu. Pisalam juz kiedys, ze kilka sasiednich osiedli ma takie "laczniki" dla ruchu pieszego i rowerowego. Wydrukowalam wiec mapke i ruszylismy na wyprawe, ktora zajela nam... 6 minut! :D To jest normalnie szok, bo tyle zajmuje jazda do biblioteki samochodem, kiedy trzeba te kilka osiedli objechac naokolo. W kazdym razie, teraz nie ma mowy zebym latem, wiosna i jesienia (taka wczesna) jechala do biblioteki inaczej niz na jednosladzie! ;)

A! I jeszcze w sobote maz wykonczyl mi podloge w szafie! ;) M. jest "robotny", ale dosc czesto ogrania go (nie)chec do prac kolodomowych jak z tego zartu, ze "przeciez pamietam i nie trzeba mi przypominac co pol roku!". Od poltora roku wiec, kilka takich "wykonczeniowek" po przeprowadzce, lezy odlogiem i w koncu nabraly mocy urzedowej. Na pierwszy rzut poszly malenkie kafelki wykanczajace przestrzen miedzy blatem a wiekszymi kaflami na scianie. To jednak byl naprawde drobiazg i nawet M. stwiedzil pozniej, ze nie wie, dlaczego az tyle mu zajelo wziecie sie za to. Ja tez nie wiem. :D
Nastepnie wzial sie w koncu za szafe! ;) Kiedy po przeprowadzce wymienial podloge w naszej sypialni, stwierdzil, ze wymieni ja tez w szafie, mimo, ze mowilam mu, ze do szaf nikt nie zaglada i moga tam byc stare panele. Nie, moj maz - perfekcjonista, musi miec wszystko pasujace. :/ Kiedy skonczyl sypialnie, okazalo sie, ze zabraklo paneli na pokrycie calej podlogi w szafie i... tak minelo 1.5 roku i M. dopiero teraz zabral sie za ich zamowienie i skonczenie. Przez ten czas dreptalismy tam po takiej gabce, ktora kladzie sie pod panelami. Na szczescie w koncu mam jednak podloge i w szafie, a co lepsze, moglam do niej przeniesc moja szafke z bielizna, ktora dotychczas kwitla u Kokusia. ;)

To teraz juz z takich "drobiazgow" zostalo przybic i pomalowac listwy podlogowe w sypialni, pomalowac salon (w koncu bede mogla wybrac jakies obrazy i zaslonki!) oraz wyrownac, zaszpachlowac i przeleciec farba sciane w kuchni, rozkuta przy probie wcisniecia lodowki we wneke. Co prawda M. obiecal mi, ze wyremontuje dwie pozostale lazienki, ale cos mu zapal opadl i teraz twierdzi, ze lazienki to w przyszlym roku. Moze. :D

W niedziele Mlodszy niemal zupelnie stracil glos, poniewaz jednak bylo bardzo cieplo, a Nik poza tym biegal, bawil sie i rozrabial jak zwykle, postanowilam wyciagnac malzonka na maly festyn. Odbywal sie on teoretycznie w sasiednim miasteczku, ale ze mieszkamy na pograniczu, wiec w praktyce mielismy na niego jakies 3 minutki autem. Mialam ochote pojechac rowerem, ale niestety nie prowadzi tam ani sciezka rowerowa, ani nie ma chodnikow. :O Do tego nie bylam pewna czy potem bedzie gdzie tymi rowerami zaparkowac, wiec zrezygnowalam. Tymczasem okazalo sie, ze parking byl pod znajdujaca sie w poblizu szkola, ktora ma stojaki na rowery, wiec akurat z tym problemu by nie bylo. :D Coz, moze w przyszlym roku.
Jesli w ogole jeszcze kiedys sie na ten festyn wybierzemy, bo wiekszosc karuzel i atrakcji byla taka sama jak na festynie, ktory odbyl sie w naszym miasteczku w lipcu! :D Te zas inne, wszystkie byly z rodzaju krecacych sie w kolo i jeszcze kazdy wagonik wokol wlasnej osi! W koncu Potworki przejechaly sie na prawie wszystkich.

Te karuzele chyba zle zainstalowano, bowiem krzeselka krecily sie... do tylu! Rzyg... :/

Ominely tylko jedna, ktora wirowala tak szybko, ze balam sie, ze puszcze pawika od samego patrzenia. ;P Potem juz okupowaly naprzemian maly labirynt oraz wielka zjezdzalnie.

Taka prosta zabawa, a dla Potworkow zawsze najwieksza atrakcja :)

Oczywiscie obie atrakcje byly na przeciwnych koncach terenu, wiec biegalismy sobie w te i we wte. Poniewaz jednak kupilam Potworkom po bransoletce upowazniajacej do jazdy na karuzelach ile sie chce, chcialam maksymalnie wykorzystac atrakcje. I tak jak wczesniej na festynie w naszym miasteczku, nie mieli bransoletek a chcieli jezdzic i jezdzic az skonczyla mi sie kasa na bileciki, tak tutaj jak na zlosc Nik byl chetny jezdzic dluzej, ale z Bi, jej zas na jednej z karuzel zrobilo sie wyraznie niedobrze (wcale sie nie dziwie) i oswiadczyla, ze chce tylko wate cukrowa (czyli chyba az tak jej nie mdlilo ;P) i do domu. Z trudem przekonalam ja, ze a moze jeszcze raz zjezdzalnia? A moze jeszcze tor przeszkod? ;)

Nik przejechal sie jeszcze taka "dzidziorkowa" karuzela i cieszyl sie, ze jedzie "Tomkiem" ;)

W koncu jednak oboje zgodnie oswiadczyli, ze bylo fajnie, co najwazniejsze. Rodzicom bylo mniej fajnie, snuli sie w sumie znudzeni, a matka w dodatku zjarala sobie czolo. ;)


I choc post byl w sumie wesoly, skoncze go na zupelnie inna (smutna) nute. Jedenastego wrzesnia minela rocznica planowanego terminu porodu mojej ciazy utraconej w 2016 roku. Wlasnie planowalabym trzecie urodziny jakiegos brzdaca. :(
Tak, nadal pamietam, nadal boli...
(*)

W srode po raz pierwszy Potworki zalozyly do szkoly dlugie spodnie, bo ranek przywital nas 8-mioma stopniami... Swiatlo pada juz pod innym katem. Inaczej skrzy sie poranna rosa na trawie. Niektore drzewa zaczynaja zmieniac kolory. Do naszego (ciagle rozlozonego) basenu, co chwila z pluskiem wpadaja zoledzie. Idzie jesien, nieublagalnie. A mi jest smutno...

Zeby jeszcze pogorszyc mi nastroj, w nadchodzacy weekend ma byc goraco (ech ta zmienna pogoda!) i planowalismy jeszcze jeden kemping zanim trzeba bedzie w koncu zabezpieczyc przyczepe na zime, ale jak to bywa, akurat w ten piatek mamy miec kociol w pracy i musze byc na miejscu. :(

14 komentarzy:

  1. U was jak zawsze intensywnie. Z tymi skrzypcami podejrzewam byłoby podobnie u nas bo Junior też jest mega nieogarniety �� bidon przynosi, ale w pierwszym tygodniu na przykład zapomniał bluzy.
    Fajne macie te ścieżki rowerowe, może jutro też wybierzemy się na przejażdżkę, dziś mam zebranie w szkole, więc nie da rady.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jejkuu ileż się u Was dzieje!!! aż nie wiem co skomentować :P ja też "wróciłam do szkoły" :D mój dzień jest dopasowany do planu lekcji :P :D a poza tym...jesień! jesień! i jeszcze raz jesień. Jeszcze w poniedziałek było ciepło, a od wtorku deszcz, wiatr, szaro buro ponuro i zimno! 13st w najcieplejszym momencie dnia! no masakra jakaś! W słoneczku ciepło, ale już prawie nie świeci :( buziaki z zimnej Polski :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj, nie takiego początku roku się spodziewałam ;/ Ale co do leczenia, to tutaj też króluje Paracetamol i więcej nic.
    Nik jest niemożliwy. Wiem, że to było na pewno irytujące, ale sytuacja ze skrzypcami mnie rozbawiła ;p
    Z remontami to niestety tak jest, zawsze coś się znajdzie do roboty... U nas i schody do garażu i toaleta jeszcze nieskończone, a już słyszę, że 'jak będę mieć wolny weekend to zrobię cośtam'. Nie! Kurczę, skończmy najpierw to co jest zaczęte, bo już na to patrzeć nie mogę ;P
    Przytulam mocno :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja córka zaczęła lekcje pływania. Lekcja pierwsza powrót do domu. Pytam gdzie ma mokry ręcznik i strój. Nie wiem. Zostawiłaś na basenie/w szkole/w autobusie? Nie wiem. Po obiedzie biorę plecak by wyjąć lunchbox. Nie ma. Pytam, gdzie jest lunchbox? Nie wiem.

      Zaczęła lekcje gry na skrzypcach (my już za nie musimy płacić). Pytam, grałaś na skrzypcach w tym tygodniu. Tak. A czemu nie przyniosłaś skrzypiec do domu? Nie wiem.

      Dlatego też to co piszesz jest dla mnie mocno znajome;)

      Ps. Przytulam:*

      Usuń
  5. Po pierwsze przytulam..

    A co do skrzypiec...
    Młodszy ostatnio uparcie twierdził, że worek ze strojem gimnastycznym został w zerówce. Jak mu pokazałam, że leży w przedpokoju, stwierdził, że się poprostu pomylił 😁. Na szczęście to mija....
    A pływanie.... Cały poprzedni rok toczyliśmy boję o basen. Dopiero przenosiny na dorosły basen poprawiły notowania u Młodszego.
    A powroty "do szkoły" bywają ciężkie..... dla Rodziców 😁

    OdpowiedzUsuń
  6. Mocne uściski Agatko!
    I my zmagamy się z pierwszym przeziębieniem. Miśka jeszcze nie, ale my z Kocurem smarkamy :/

    OdpowiedzUsuń
  7. Czytając o skrzypcach Nika powiem szczerze, że się uśmiałam. Ale jednocześnie łączyłam się w bólu, bo mam to samo z obydwojgiem. Oliwka jeszcze jest trochę bardziej ogarnięta, pewnie przez wiek, ale Jasiek to kompletnie. Stoją obok rzeczy, którą mają wziąć, ale jej nie widzą, chociaż ja widzę ją z drugiego końca pokoju... Ach te dzieci...
    Widzę, że też latasz, nawet więcej niż ja, bo ja miałam zwariowane tylko takie 2 tygodnie i teraz pewnie będzie spokojniej. Ale powiem szczerze, podziwiam za cierpliwość do M., nie wyrobiłabym, gdybym ja miała latać, chociaż on mógłby ich zawieźć. W końcu też mu powinno zależeć na rozwoju dzieciaków i powinien je wspierać, i Ciebie przy okazji też.
    Myślę, że zawsze będziesz pamiętać i zawsze pewnie w jakiś sposób będzie boleć. Przytulam :*

    OdpowiedzUsuń
  8. U nas przedszkole to zdecydowanie niej obowiązków, ale jedno jest to samo - choróbska. Młody od 2 września przytkany. A codzienne wyjścia. Coś strasznego. Póki co przekupuję naklejkami z biedronki, ale za chwilę się skończą :) Fajnie, że macie tyle zajęć do wyboru i że Potworki z nich korzystają. W naszym miasteczku też by się coś znalazło, ale Tygrys na wszystko reaguje histerycznie. Angielski nie. Piłka kiedyś. Ostatnio zabraliśmy go na tańce. Z koleżanką z przedszkola więc myśleliśmy,że będzie dobrze. A gdzie tam. Sztywny spięty. Po pół godzinie płacz i do domu. Czekam. Może kiedyś.
    Strata zawsze zostaje w sercu. Przytulam

    OdpowiedzUsuń
  9. To prawda, mieliśmy już tydzień prawdziwej zimnej jesieni, od tego weekendu jakby jest lepiej, przyszła piękna złota jesień, choć noce i ranki dość chłodne ale w dzień i 20C tez bywa :) Idę poczytać dalej i pewnie też coś zaległego, bo chyba z miesiąc mnie nie było. Zupełnie nie wiem gdzie ten miesiąc mi umknal. .. buziaki, do potem ♡♡♡

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doczytałam. Duuuuuzo tego :) Rok szkolny pełna para widzę, ech. Dzieci mają dużo na głowie, ale rodzice chyba jeszcze więcej wraz z początkiem roku szkolnego :) M doczeka się w końcu lania od nas jak tak w kółko na wszystko będzie burczal pod nosem, zostawiając Cię z tym wszystkim na głowie ;) Tenis faktycznie drogi sport.Znajomych córka trenuje od wielu wielu lat, jest 15 w Polsce jeśli chodzi o poziom i umiejętności, ale koszty ogromne!!! 15 miejsce to jeszcze za mało na konkretnego sponsora, ale i za dużo aby z tego zrezygnować bo szanse na karierę są...
      Jak czytałam o akcji Bi na basenie to pocieszałam się ze nie tylko ja mam taką małą Zolze w domu ;)
      Skrzypce tez mnie rozbawiły :D Tymon tak 3 dni kluczyka do szafki szukał który znalazł się w...jego plecaku 😁😁
      Do uduszenia są ;)

      Nigdy nie zapomnisz, nie da się ...przytulam ♡♡♡♡♡♡♡

      Usuń
  10. Czyli jak to mówią najciemniej pod latarnią tak? :) Dobrze, że skrzypce odnalezione ;) Na tenis nie narzekaj, kto wie, może to następca Federera i kiedyś będziesz jeździć po świecie i kibicować :)
    Życzę Wam dużo zdróweczka, pozdrawiam leżąc pod kocykiem, zasmarkana z głową jak balon...

    OdpowiedzUsuń
  11. Mam nadzieje,ze juz ze zdrowkiem lepiej. U Nas tez juz jesiennie,a raczej bardziej mokro niz latem ;-)
    My zdrowi, tylko Fisiowi za uszkiem skorka peka i zastanawiam sie czy to nie alergia na mleko krowie. Dobrze,ze Bi wrocila do zajec na basenie. Ona jest naprawde dobra - moze kiedys moi chlopcy dorownaja do jej poziomu ;-)

    OdpowiedzUsuń
  12. Nadrobilam ten zalegly dla mnie post. Jak zwykle u Potworkow nie ma nudy. Akcja poszukiwanie (bez zagladania na polke) skrzypiec byla na medal. No i histeria na basenie tez niczego sobie. Eeech, dzieci. Maja swoje prawa, bo to dzieci.

    OdpowiedzUsuń