niedziela, 11 sierpnia 2019

I znow dopisala pogoda, czyli kemping #4

Musze przyznac, ze mamy w tym roku niesamowite szczescie. Oprocz drugiego kempingu, ktory musielismy skrocic z powodu zapowiadanego, ulewnego deszczu, podczas wszystkich innych (poki co) udalo nam sie wstrzelic w ladna pogode. :) Nie inaczej bylo tym razem. W srodku zeszlego tygodnia popadalo i przyszlo lekkie ochlodzenie (28 stopni zamiast 32, hehe), a potem na sobote straszylo burzami. Nie bardzo bylo mi to w smak, bo w sobote czekalo nas ostatnie kilka godzin pakowania (to niesamowite ile zajmuje te kilka rundek po domu i gora - dol do przyczepy), a potem 3-godzinna jazda, ale co robic. Z pogoda nie wygrasz. ;) Okazalo sie jednak, ze burze sie poprzesuwaly i spakowalismy sie na sucho. Potem chmury oraz grzmoty gonily nas wieksza czesc drogi. Zaczelo w koncu padac. W ktoryms momencie lalo tak, ze swiata nie bylo widac i ludzie stawali na autostradzie (ryzykowne, ale co robic, kiedy nie widzisz nic na 2 m przed autem?). Ale zanim dojechalismy na miejsce, chmurzyska przesunely sie w innym kierunku i na kempingu przywitalo nas slonce. :) Reszta wyprawy uplynela przy pieknej pogodzie. Lepiej nie moglismy trafic.

Nasza miejscowka. Gdzie te tlumy?! ;)

Tym razem czekalo nas zupelnie inne doswiadczenie niz poprzednie dwa wyjazdy. Jechalismy w nieznane miejsce troche na polnoc w glab Stanu Nowy Jork. Droga czesciowo prowadzila przez lancuch gorski - Berkshires. Nie sa to Gory Skaliste, nie sa to nawet Tatry (nawet nie Sudety :D), ale sa dosc znane na poludniu Nowej Anglii i stanowia popularna miejscowke na narty zima. Najwyzszy szczyt ma okolo 1000 mnp, wiec nie powalaja wysokoscia, ale ja i tak namietnie pstrykalam widoki z autostrady. :)

Droga na kemping - pomalu wyjezdzamy z gor. Widac mokry asfalt, ale juz swieci slonce :)

A tu powrot - pomalu wspinamy sie w gore

Mijalismy najwyzej polozone miejsce na autostradzie I-90 na wschod od Poludniowej Dakoty. Jesli podskoczylyscie z podnieceniem, ostudze je - 1724 stopy to ledwie okolo 550 m npm. Zadna sensacja. ;)

Kemping byl w gestym lesie nad brzegiem jeziora. To "nad brzegiem" to troche na wyrost, bo choc z niektorych miejsc widac bylo wode, to pole kempingowe polozone bylo na wysokiej i stromej skarpie. Zejscie nad wode z tamtad to byloby samobojstwo i cieszylam sie, ze z dzieciakami wyladowalismy po przeciwnej stronie kempingu. ;) Juz widze jak Nik co chwila stalby nad brzegiem skarpy i probowal wspinaczki. :O

Kemping okazal sie malo popularny, bo choc w sobote naokolo pelno bylo ludzi, to w niedziele wiekszosc sie spakowala i wyjechala. Najwyrazniej byli to weekendowi biwakowicze. ;) Nagle zostalismy sami, bez widoku na inne przyczepy czy namioty jak okiem siegnac. Dobra, mocno przeszkadzaly w tym drzewa oraz krzaki, ale naprawde w bezposrednim sasiedztwie nie bylo nikogo! Zreszta, szybki rekonesans przekonal nas, ze cale pole kempingowe swiecilo pustkami. Z jednej strony fajnie, bo piekny, sloneczny las i cisza, z drugiej w nocy troche straszno... :D Tylko nasza przyczepa i cwierkanie ptaszkow.

Nasz prywatny kawalek lasu :)

Srodek lasu, ludzi brak, wiec ucieszylismy sie, kiedy pod wieczor jakis starszawy jegomosc zaparkowal przyczepa zaraz naprzeciwko nas. Nasza radosc nieco opadla kiedy wieczorem do pana przyjechali goscie i choc poczatkowo zachowywali sie poprawnie, to urzadzili glosna, pijacka awanture o... 1 nad ranem. :O Na szczescie byl to jednorazowy wybryk. ;)

Najwieksza atrakcja wyprawy bylo oczywiscie jezioro. Po lipcowych upalach woda byla w nim cieplutka i Potworki mogly z niej praktycznie nie wychodzic. Zreszta ja sama pluskalam sie z przyjemnoscia, co sporo mowi, bo normalnie straszny ze mnie zmarzluch. ;) Temperatury powietrza byly tam troche nizsze niz w domu, a do tego dosc mocno wialo, wiec jak sie czlowiek zanurzyl, to juz siedzial w wodzie do oporu. ;)

Nowe dmuchance tez zrobily furrore. Najlepsza zabawa byla oczywiscie kiedy tata udawal rekina i Potworki z dmuchancow zrzucal ;)

Dodatkowa atrakcja byly lawice malych rybek, ktore podplywaly smialo jak tylko czlowiek stanal bez ruchu i podgryzaly po nogach. Jedne, paradoksalnie wieksze, tylko lekko dotykaly, natomiast mniejsze, ktore byly narybkiem jakiejs drapieznej ryby (jeden z "tubylcow" powiedzial jakiej, ale zapomnialam ;P) laskotaly niczym stadko malenkich igielek.

Widzicie te ciemne "przecineczki" wokol nogi Bi? To wlasnie rybki :)

Byly tam dwa place zabaw. Jeden ogromny przy plazy i drugi, mniejszy, ale ciekawszy, kolo kempingu.

Mikroskopijny "park linowy" :D

Wszystko to sprawilo, ze Potworki juz dopytuja czy za rok tam wrocimy.
Czy tak bedzie? Zobaczymy, ale o obiekcjach pozniej.

Bylismy tam od soboty do wtorku, a wiec 3 noce i choc ja znow czulam lekki niedosyt, to M. juz w poniedzialek dopytywal czy moze skrocic pobyt o jeden dzien i wrocic do domu. Mojemu mezowi to miejsce zdecydowanie srednio podpasowalo. ;) Na szczescie byl przeglosowany, bo po pierwsze Potworki byly zachwycone, a po drugie ja chcialam miec wiecej niz jeden calkowicie relaksujacy dzien, kiedy nie musze martwic sie o pakowanie i trase. Wlasciwie to niedziela tez nie byla tak do konca "luzna", bowiem M. uparl sie oczywiscie jechac do kosciola. Naprawde tesknie za kempingami dwa lata temu, kiedy na czas wyjazdu rezygnowalismy z mszy i cala niedziele mielismy swobodna. Niestety, rok temu tescie tak nagadali M. na ten temat, ze nie odpusci. Musi jechac do kosciola i koniec. Dla mnie to pol niedzieli zmarnowane, ale coz... :/
Kosciol jednak, a raczej kaplica, do ktorej trafilismy, byla... inna. Niby katolicka, wiec ogolny obrzadek ten sam, ale juz wystroj przypominal raczej pokoj z lawkami niz kosciol (sufit tak nisko, ze wyciagajac reke niemal moglam go dotknac, zaslony w oknach i te sprawy). Do tego nowoczesna, chrzescijanska muzyka, do ktorej jeden pan przygrywal na gitarze, drugi na keybordzie, a trzeci na... perkusji.

Troche bylo mi glupio, ale po prostu musialam pstryknac fote. Po lewej, na koncu, widac "orkiestre" ;)

Po prostu czad i nawet Potworki przez dluzsza chwile przygladaly sie jak zaczarowane, zamiast jak zwykla jeczec kiedy idziemy. :D A na koniec, przy Komunii, poza oplatkiem, serwowano... WINO!!! To M. ominal z daleka, bowiem serwowano je z jednego kielicha, przecierajac tylko brzeg serwetka po kazdej osobie. Bleee... A potem kazda mijajaca mnie osoba (siedzialam z samego brzegu) tak zionela tym winem, ze fuj! Ale doswiadczenie - niepowtarzalne! :D

Poza niedzielna "atrakcja", kemping spedzilismy, jak kazdy inny, czyli relaksujac sie na maksa! Matka i ojciec pili hektolitry kawy siedzac na turystycznych krzeselkach, a dzieciaki ganialy po lesie. Godzinami skakaly tez na skakankach, liczac ktore ile razy skoczy. I namawiajac na skoki MNIE. Jako jedyna potrafie bowiem skakac krzyzujac ramiona i skaczac przez "petelke". Potwory nie moga sie nadziwic i ciagle kaza sobie pokazywac jak sie to robi. Od powrotu minelo kilka dni, a moje nogi nadal czuja te skakanie. :D
Jezdzilismy tez na plac zabaw...

Zasiadla niczym kura na grzedzie i kazala sobie zrobic zdjecie :)

Nie wiem do czego mogly sluzyc owe konstrukcje, ale Nik uznal, ze beda idealnymi lezakami dla dziecka wymeczonego zabawa ;)

...oraz obowiazkowo nad jezioro...

Bi to urodzona modelka, Kokus w najlepszym wypadku sztywno pomacha ;)

...a wieczorami byly ogniska z nieodlacznymi s'morsami.

Fota z mamuska i nieodlaczna... skakanka. ;) Widzicie ten piach? To byla moja zmora. Nie dosc, ze piasek, to jeszcze permanentnie wilgotny (wysokie wody gruntowe). Nosil sie niesamowicie. Mimo chodnika przed wejsciem i wycieraczek na schodach, w kolko mylam w przyczepie podloge, a mop za kazdym razem byl doslownie czarny :/



Mniam, mniam, mniam

Nawet ja jakos przekonalam sie do ich smaku, za to M. kategorycznie odmawia. ;)

Dodatkowa atrakcja byla kreda do rysowania po chodniku (tutaj - asfalcie), a hitem staly sie stare, dobre klasy. Tylko, ze tradycyjne, z 9-cioma kwadratami szybko sie znudzily. Potworki dorysowywaly wiec kolejne i kolejne, az doszly do... 30. :D

Bi "lewituje" :D

Bi probowala jazdy na rolkach i choc szlo jej bardzo dobrze, to drugiego dnia wywalila sie, trzepnela rolkami o ziemie i stwierdzila, ze sa glupie i wiecej ich nie zalozy. ;)

Tu jeszcze usmiech, ale nie na dlugo... ;)

Skoro bylo tak fajnie i w ogole, cud, miod i malina, to dlaczego M. ma opory przed powrotem w te miejsce za rok? Pomijam fakt, ze moj malzonek ogolnie lubi jezdzic w coraz to nowe miejsca i jesli gdzies wraca, to znaczy, ze naprawde byl zachwycony. ;) Tutaj jednak, problemem bylo ogolne polozenie kempingu. Jak wspomnialam wczesniej, znajdowal sie on na skarpie nad jeziorem. Dodatkowo, byl po przeciwnej stronie jeziora od plazy, a poza nia, nie bylo zadnego, "dzikiego" dojscia nad wode, chyba, ze ktos lubi przedzierac sie przez geste krzaki. ;) Mimo, ze kemping byl juz kawalek poza gorami przez ktore musielismy przejechac, to tereny byly tam nadal mocno gorzyste. I niestety, caly teren kempingu, to byly spore pagorki i doliny i nawet na rowerze z przerzutkami mialam problem zeby podjechac pod niektore wzniesienia. Nie mowiac o Potworkach, ktore jezdza nadal na zwyklych rowerach. W polowie gorki musieli z rowerow zsiadac i je prowadzic, oczywiscie glosno narzekajac na swoj los. ;) A ze plaza znajdowala sie, jak wspomnialam, po przeciwnej stronie jeziora, to jadac glowna droga, trzeba je bylo niemal calkowicie okrazyc. Powrot zas bylby niemal caly czas pod gore i to ostro. My z M. moze i bysmy jezdzili rowerami. W koncu dobrze jest rozruszac nieco te stare kosci. Z dziecmi jednak ta opcja odpadala. ;)
Byl co prawda skrot, prowadzacy czesciowo przez kemping, a czesciowo sciezka wzdluz jeziora. Jezioro to mialo bowiem ksztalt litery 8 i w tym zwezeniu zbudowano mostek.

Nikt nie robi tak bezsensownych zdjec, jak ja. Chlopaki sa i o nich mi glownie chodzilo, ale nie pomyslalam juz, zeby ujac przejscie posrodku jeziora. Zalapal sie tylko slupek od mostka... :/

Mozna bylo wiec przeciac kemping, a nastepnie jezioro niemal po srodku, wyjezdzajac zaraz przy plazy. Haczyk? Byl i haczyk, a jakze! ;) Znowu ta skarpa! Skrot biegl wlasnie przez nia, w jej stosunkowo lagodnej czesci, choc i tak sciezka biegla stromo w dol. Nasze nieustraszone chlopaki (tak, Nik tez!) zjezdzaly odwaznie w dol i to dosc szybko. Ja za drugim razem rowniez odwazylam sie zjechac, choc ostro hamujac i ze smiercia w oczach. :D Bi konsekwentnie prowadzila rower w dol, nawet nie probujac ujechac, a za to placzac, ze zostaje w tyle. ;P
Najwieksza wada owego skrotu bylo jednak to, ze w drodze powrotnej trzeba bylo rowery wtaszczyc ta stroma sciezka w gore. ;) M. jakos dawal rade wjechac (jego rower ma specjalne mechanizmy na jazde po takich terenach), smiejac sie ze swojej malzonki oraz potomstwa, ktorzy czerwoni, spoceni i sapiacy docierali w koncu na gore, potrzebujac potem kilku minut na zlapanie oddechu. :D

Pamietajac, ze zdjecia optycznie wyplaszczaja, musicie uwierzyc mi na slowo, ze tam bylo naprawde bardzo stromo! :)

Dodatkowo, jadac na rowerach nie bylo jak zabrac dmuchancow do zabawy, wiec zazwyczaj jednak bralismy auto. ;)
I wlasnie ten brak terenow do jazdy na rowerze chyba najbardziej uwieral M. Mnie zreszta nieco tez. W koncu rowery kupilismy glownie do jazdy po kempingach... A tu tereny byly jednak nieprzyjazne dwukolowcom. ;)

Ogolnie jednak wyjazd zaliczam na duuuzy plus, chociaz, czy ja kiedys bylam rozczarowana kempingiem? Nawet jesli pol wypadu pada, albo trzeba go skrocic, ja i tak jestem zadowolona z kilkudniowej zmiany scenerii. :)

Kokusiowi nie smakuje kolacja :D

Czekam juz na kolejny wypad. Szkoda, ze odbedzie sie on tydzien po rozpoczeciu roku szkolnego. To zawsze juz dodatkowy stres, bo i codziennosc zmienia sie mocno wraz z powrotem dzieci w szkolne mury...
Jeszcze tylko 2 tygodnie do rozpoczecia szkoly... Poza plecakami dla Potworkow, z wyprawki nadal nie mam NIC. ;P

8 komentarzy:

  1. To Matko Agato, do dzieła, wyprawkę szykować czas :D
    Piękne miejsce i fajne są te wasze wyjazdy <3
    Co do kościoła, uważam że msze powinny się w końcu "unowocześnić" i... być bardziej radosne? Dla mnie religia to nie tylko umartwianie się :P

    Buziaki <3

    OdpowiedzUsuń
  2. To super,że kolejny kemping udany i z taką ładną pogoda! Macie szczęście :)

    U nas 3 tygodnie wakacji zostało..też malutko, zleci moment.. Ale jeszcze jeden ostatni wakacyjny wyjazd przed nami :))

    OdpowiedzUsuń
  3. Ładnie prezentują się te tereny, szkoda tylko, że nie było wygodnego dojścia do plaży. Ja podobnie jak M. uwielbiam odwiedzać nowe miejsca i prawdę mówiąc nie lubię jechać dwa razy do tego samego miasta - no chyba, że mocno mnie urzeknie (jak Kraków), albo chcemy je pokazać dzieciakom, bo jest tam coś ważnego albo fajnego.
    Uwielbiam msze na których pojawia się gitara i bębny. Szkoda, że tak rzadko na nie trafiam - tego mi najbardziej chyba brakuje z pielgrzymek. Tam codziennie na mszach były gitary, skrzypce, bębny :)
    My jutro mamy w planach jechać po wyprawkę dla dzieciaków.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale suuuper. Fajnie, ze mimo niedogodności wyjazd się udał. My teraz musimy co robić w długi weekend. Miało być morze, ale pogodę zapowiadaja średnią, więc myślimy nad inna opcją. A po powrocie też będziemy kupować wyprawkę do zerówki.

    OdpowiedzUsuń
  5. W Anglii też się udziela Komunii pod dwiema postaciami. Może to taki zagraniczny zwyczaj.
    Te kempingi to fajna sprawa. Spędzacie czas razem i to jest najważniejsze!!!

    OdpowiedzUsuń
  6. No i znowu mieliscie fajny wyjazd. Brawo!
    Ale z tym niedzielnym kosciolem to M jednak chyba przesadza.

    OdpowiedzUsuń
  7. Podziwiam Was z tymi kempingami. Fajnie ze pogoda mimo że tak nastraszyla, byla łaskawa. Widoki faktycznie piękne. Z tym kościołem M chyba bym oszalała :) niezly wpływ mają tesciowie, strach się bać ;)
    Tez bym tego wina nie tknela, o rany :D
    No wlasnie, wyprawka, zupełnie o tym nie pomyslalam ze trzebaby juz zacząć kupować, choc na szczescie u nas to kwestia kilku zeszytów i przyborów do pisania, choc niekoniecznie bo to jest jeszcze z poprzedniej klasy, a jakie zeszyty to pani poda na poczatku roku, książki kupi szkoła, czyli w sumie luz.

    OdpowiedzUsuń
  8. Dawno nie komentowałam, bo nie mam czasu otworzyć komputera, a w telefonie nie mogę napisać komentarza. Ale czytam! Więc po pierwsze: gratulacje z okazji urodzin bloga - to nie byle jaka rocznica! Ja prowadzę blog niespełna cztery lata, a i tak mam wrażenie, że to pół życia.
    Po drugie: jak zawsze zazdroszczę kempingów. Zmiana scenerii, nowe miejsca, jeziora, lasy, góry, oceany, wycieczki rowerowe, place zabaw, nooo, nieziemsko. Co odpoczniecie, to Wasze. Ja mam w tym roku niedosyt wyjazdowy i żałuję, że nie zostaliśmy w Lubiatowie dłużej. Ale that's life, czasem tak bywa.
    Po trzecie: ja też nie mam nic z wyprawki szkolnej, nawet plecaka dla mojego zerówkowicza i zaczyna mnie ogarniać lekka panika :D A jeszcze za pasem szóste urodziny! Aaaa! :D

    OdpowiedzUsuń