czwartek, 4 kwietnia 2019

Juz kwiecien, ale post w sumie marcowy

Wracam do Was pomalu.

Wlasciwie to sama nie wiem czy mam ochote czy jej nie mam. Czuje sie zrezygnowana i bez energii. Niespelnione marzenia hamuja dzialania i pozbawiaja checi na cokolwiek...
Dosc ciekawe jest, ze sama strate przetrawilam dosc szybko, zostala tylko ogolna niechec do wszystkiego. Niestety, jak to w zyciu czesto bywa, najtrudniejszy jest pierwszy raz. Tamta strata w 2016 przywalila mnie ciezkim glazem i dlugo nie moglam sie po niej podniesc. Teraz poplakalam, posmucilam sie, po czym zacisnelam zeby i skupilam sie (a raczej probuje) na tu i teraz. Podejrzewam, ze pomoglo to, ze przeczuwalam, jak wiecie, ze cos jest nie tak. Poprzednim razem to byl ciezki szok, cos, czego kompletnie sie nie spodziewalam. Tym razem wiedzialam juz, ze tak sie zdarza, a do tego czulam sie... za normalnie. Nie mozna byc w ciazy i czuc sie tak zwyczajnie jak zawsze. Musza byc jakies przeslanki, bo hormony robia swoje. Ja, poza delikatnym pobolewaniem piersi (ktore zreszta pobolewaja nadal!), nie czulam absolutnie nic. Nie dawalo mi to spokoju i jak sie okazuje - slusznie.

Psychicznie nie jest wiec najgorzej, za to fizycznie... tragedia. Ciaza obumarla bardzo wczesnie. Wiek zarodka liczy sie od pierwszego dnia ostatniej miesiaczki, czyli ten przestal sie rozwijac w okolicach daty kolejnego okresu i tak naprawde tylko jakis zlosliwy wybryk natury sprawil, ze nie byla to ciaza biochemiczna. Spodziewalam sie wiec, ze tym razem poronienie powinno przebiec jak moze troche gorszy okres. Niestety, podejrzewam, ze dlatego iz wszystko sie "kisilo" przez kolejne 4 tygodnie, a poziom hormonow jednak byl wysoki (przeciez pozytywny test wyszedl mi, kiedy wedlug wszystkich przeslanek maluch juz nie zyl!), teraz mecze sie juz ponad tydzien. Plamic zaczelam we wtorek, po wizycie u lekarza. Plamilam rowniez w srode. Natomiast w czwartek zaczal sie hardkor. Skurcze, podpaska za podpaska i inne "interesujace" doznania. To samoistne poronienie troche pokrzyzowalo mi plany, bo lekarz przepisal mi te same tabletki co ostatnio i planowalam wziac je w nastepnym tygodniu, kiedy bede w domu z Potworkami (ferie wiosenne). Niestety, moj maluch zdecydowal sie opuscic mnie wczesniej. Postanowilam poczekac wiec do weekendu i wtedy wziac tabletki, zeby przyspieszyc proces. I co? I g*wno, chcialoby sie rzec... W czwartek ledwie bylam w stanie funkcjonowac. W piatek rano wszystko sie troche wyciszylo, zeby po poludniu znow "zaatakowac". Na noc, zgodnie z planem wzielam tabletki. Z zalozenia maja one wywolac silne skurcze. I wywolaly, ale w ukladzie pokarmowym. :/ W duzym skrocie, dostalam bolesci zoladka oraz biegunke. Zamiast zauwazyc wzmozone krwawienie oraz skurcze, cala sobote (po wzieciu kolejnej dawki) przespalam na zmiane z biegiem do toalety. :( W niedziele cale cialo ucichlo i zastanawialam sie czy juz moze po wszystkim, tymczasem w poniedzialek (w pracy!) znow rozpoczela sie akcja! :/ Niestety, tutaj nie ma zwolnien lekarskich, a brania dni z urlopu wolalabym uniknac, bo nie wiem ile to wszystko potrwa... Poprzednio zajelo 5 tygodni, prawie jak polog. :( Tym razem ciaza byla duzo mlodsza, wiec mam cichutka nadzieje, ze pojdzie szybciej, ale kto wie... :/

Pogadalam sobie z moim doktorkiem i uzgodnilismy pare rzeczy na przyszlosc. Nie wiem co prawda czy ta "przyszlosc" w ogole nadejdzie, bo nie jestem pewna czy w ogole uda mi sie zajsc jeszcze w ciaze (tym razem zajelo nam to 3 lata, a ja przeciez caly czas posuwam sie w latach!), ale jesli, przypadkiem, by sie jeszcze udalo, to po pierwsze: mam zglosic sie wczesniej. Pisalam juz, ze tutaj zwyczajowo umawia sie na wizyte dopiero w 7-8 tygodniu. Dla mnie jednak jest to zabojcze, bowiem w miare czekania rosnie nadzieja. Tym razem przeczuwalam przeciez, ze cos jest nie tak. Jednak uplywaly tygodnie, a ja coraz czesciej myslalam, ze moze sobie cos wkrecam, ze moze sama juz nie pamietam jak to bylo w poprzednich ciazach, ze moze... moze zdarzy sie cud. Kolejnym razem wiec, jesli on nastapi, mam umawiajac sie na wizyte powolac sie na swoja historie oraz mojego lekarza i powiedziec, ze chce on zobaczyc mnie wczesniej, okolo 5-6 tygodnia. To da nam wglad na rozwoj zarodka i wczesniejsze wylapanie jesli cos wyda sie podejrzane. Nie bedzie czekania tygodniami, robienia sobie nadziei i potem spadniecia z hukiem na ziemie. :/
Po drugie zas, jesli na tych wczesniejszych kontrolach wszystko bedzie wygladalo przyzwoicie, wlaczymy progesteron. Tutaj moj lekarz nieco sie krzywil, ze przy naturalnych ciazach progesteron nie jest potrzebny, bla bla bla, ale jesli nalegam, to moze go przepisac. To cos, co nie zaszkodzi, a jesli ma przypadkiem pomoc (nawet jako placebo), to czemu nie? Ja za to zastanawiam sie co mozna jeszcze zrobic? Przeciez musi byc jakas przyczyna, ze moje ciaze obumieraja? Moze rzeczywiscie mam pecha i to wina wad chromosomalnych (w koncu mam juz swoje lata), a moze jest jakas inna przyczyna... W koncu to juz druga strata pod rzad, a trzecia, jesli liczymy ciaze biochemiczna z listopada 2015... No i brak ciazy przez dlugie 3 lata... Statystyka nie jest dla mnie pomyslna...

W kazdym razie taki jest plan i daje mi on nieco komfortu psychicznego. Czuje po prostu, ze mam choc odrobinke kontroli nad obecna sytuacja. Ze moge zrobic cos wiecej ponad ograniczeniem kofeiny, wlaczeniem kwasu foliowego oraz... czekaniem. Nienawidze czekania.


*

Wracamy do rzeczywistosci.

Tak jak pisalam, zycie plynie nieublaganie dalej, chociaz dla mnie chwilowo stracilo blask. Nie mam ochoty na wielkanocne przygotowania. Nie mam ochoty wozic Bi na basen (ostatnie kilka razy zawiozl ja M.). Nie mam ochoty na poranne czekanie na autobus i szczebiotanie z sasiadkami. W ogole nie mam ochoty widywac ludzi. Szkoda, ze nie moge zamknac sie w domu...
Tak sie jednak nie da... Trzeba nalozyc usmiechnieta (niezbyt szczerze) maske i brnac dalej.

Ponizej wrzucam Wam maly skrot tego, co dzialo sie w ciagu ostatnich dwoch tygodni. Bez chronologii, ladu i skladu.


Amerykanie to patrioci. Ten ich patriotyzm objawia sie czasem infantylnie oraz nieco... glupkowato. Ostatnio np., na parkingu pod supermarketem wyczailam takie auto:


Jakby malo bylo, to niedawno stojac na swiatlach, spojrzalam odruchowo na tablice rejestracyjna auta przede mna, a tam: IM FAT. To sie nazywa samoakceptacja. ;)

Wiosna u nas pojawia sie w tym roku bardzo opornie, pomimo, ze marzec mielismy praktycznie bezsniezny i z przyzwoitymi (jak na marzec) temperaturami. W moim ogrodzie trawa nadal nie ma zamiaru rosnac, a pierwsze, wiosenne kwiaty dopiero niesmialo kielkuja. Za to udalo nam sie zobaczyc dywan krokusow w dziadkowym ogrodzie. Prawie jak mini dolina Chocholowska. ;)

Niestety, moj tato ma jakas drobniutka odmiane krokusow i kwiatuszki sa slabo widoczne...

Jak pisalam kilka postow wczesniej, moj tata polecial do polski. Pisalam tez wtedy o zachowaniach mojej mamuski. Coz, "kochana" malzonka nie tylko, ze nie przyleciala przywitac sie z rok niewidzianym mezem (z lotniska odbierala tate moja siorka z rodzina), ale tez oznajmila, ze nie widzi potrzeby zeby przyjezdzal do "niej", czyli do wlasnego mieszkania, wczesniej niz we wtorek (przylecial w poniedzialek) i najlepiej zeby przywiozl ze soba moje siostrzenice.
Taaa... Nie ma jak malzenska milosc po 40 latach...

Dostaje ostatnio szalu z kurierami, jesli mozna tak nazwac ludzi pracujacych w znanych na calym swiecie firmach - UPS i FedEx.
I pod poprzednim adresem i obecnie, zdarza sie, ze paczki nie sa dostarczane bo "Business closed" jak glosi wiadomosc pod linkiem do numeru za ktorego pomoca mozna "sledzic" zamowienie. Taaa... Bo moj dom to jest najwyrazniej budynek firmy... :/ Oznacza to, ze piep**ony kurier jest zwyczajnie leniwy i wbija pierwszy lepszy komunikat, zeby zawiadomic, ze paczka nie przyjdzie tego dnia. Ostatnio za to dostalam jeszcze "ciekawsza" wiadomosc! Brzmial on "Needs access code to the building". Taaa... Moze jeszcze klucze do domu mam im wreczyc?! Ciekawe, ze zazwyczaj nie ma problemu zeby podrzucic pakunek na frontowe schodki lub pod garaz...
Kiedys w koncu strace cierpliwosc i zadzwonie zeby spuscic solidna zjebke!
A! Jeszcze innym razem paczke dostarczono, a w komunikacie zaznaczone zostalo, ze zostawiona byla "in secure location". Paczke kurier polozyl na samym srodku chodniczka prowadzacego od garazu do frontowego wejscia. Bardzo bezpieczne miejsce, w rzeczy samej!!! :D

Pisalam ostatnio, ze nie nadazam z kupowaniem Kokusiowi nowych portek? No nie nadazam. Probuje zaszywac dziury na kolanach, ale zazwyczaj po jednym razie dziura jest od nowa rozerwana w tym samym miejscu. :/ Wpadlam ostatnio na pomysl, ze no kurde, majatek trace na ciagle zamowienia nowych spodni, sprobuje wiec moze naszywac laty? Zamowilam garsc takich ladnych, dzieciecych, po czym... musialy one nabrac mocy urzedowej, bowiem straaasznie nie chcialo mi sie szyc. ;) Chyba ze 3 tygodnie tak lezaly i patrzyly na mnie z wyrzutem, az w koncu stwierdzilam, ze dobra, poswiece jeden wieczor na jedna latke i moze jakos przezyje. Dopiero kiedy wyjelam latki z opakowania, wydaly mi sie jakies podejrzane. Jakas gume mialy od spodu... Przyjrzalam sie dokladniej napisowi na opakowaniu i... BINGO! Latki okazaly sie naprasowankami! :D Potem przezylam chwile niepewnosci, bowiem zelazka nie wlaczalam od kilku lat i nie bylam pewna czy zadziala... Wyciagnelam je z szafy pokryte gruba warstwa kurzu, ale przetarlam i dziala jak zloto. ;)


Niestety, piekne, kolorowe naprasowanki, Nik juz pierwszego dnia zdolal z kolan zedrzec, wydzierajac przy okazji dwa razy wieksza dziure. :/
Czyli czeka mnie jednak szycie...

Skoro juz o Kokusiu mowa, to dostal ostatnio w szkole "Rocky's Award". Rocky to maskotka szkoly - orzel, a dyplom jest przyznawany co miesiac 1-2 dzieci z kazdej klasy, ktore konsekwentnie zachowuja sie odpowiedzialnie, bezpiecznie i z szacunkiem dla innych.

Kokus jest namlodszy w klasie, ale jak widac, wcale nie najnizszy ;)

Jestem z Mlodszego baaardzo dumna, bo wiem, ze dyplom kosztowal go sporo pracy nad soba, a konkretnie nad ZAPRZESTANIEM - CIAGLEGO - GADANIA. :D

Czekamy z M. na rozpoczecie sie ostatniego sezonu "Gry o Tron". Z tej okazji, na Fejsie wyczailam taki trunek:


Aaaaa! Ja tez chce!!! Alkohol bym wylala (whisky, a fuj!), ale butle zachowala sobie na pamiatke! ;)

Az trudno uwierzyc, ale w nastepnym miesiacu mina 2 lata odkad jestem w nowej pracy. Tak, obecne miejsce pracy nadal jest dla mnie "nowe". Ciagle nie czuje sie tu 100% swobodnie (i ludzie w wiekszosci tego nie ulatwiaja, kazdy zajmuje sie wylacznie praca i nie ma prawie interakcji miedzy pracownikami) i mam wrazenie, ze gdybym miala odejsc, za nikim i niczym bym nie zatesknila.
Firma za to osiagnela juz niemal decydujacy etap. W kwietniu wysylamy dokumenty do rzadowej agencji (Food and Drug Administration), zeby dostac pozwolenie na rozpoczecie badan klinicznych (czyli juz nie na myszkach, a czlowiekach ;P). To przelomowy moment, a nas jest garsteczka. Szef chyba bardzo boi sie, ze ktos odejdzie (jedna dziewczyna, pechowo najfajniejsza i jedyna komunikatywna, odeszla na poczatku marca) i jak rok temu podwyzek nie bylo, tak w tym roku zalapalam sie na 10%, juhu! Nie tylko wiecej kasy mile widziane, ale jeszcze przyzwyczailam sie, ze w poprzedniej pracy podwyzka to bylo nedzne 2.5% lub 3%. Jak bylo 4% to wszyscy sie cieszyli, a 10% dostawalo sie tylko przy awansie. Ale za to podwyzki byly bankowo co roku, wiec sama nie wiem co lepsze. ;)
Podwyzka to jednak jedno. W poprzedni poniedzialek spotkala mnie jeszcze wieksza niespodzianka. Moj malzonek obsesyjnie sprawdza stan naszych kont. Wchodzi spojrzec czy nie ma podejrzanych transakcji, czy gdzies przez pomylke nie sciagnieto za duzo kasy i czy nasze pensje wplynely na czas. Czasem przewracam oczami na jego "hobby", ale prawda jest, ze sama nie wiedzialabym nawet ile mam kasy i zorientowalabym sie, ze konto jest puste dopiero, kiedy przy probie platnosci odrzuciloby mi karte. :D
Wracajac do poprzedniego poniedzialku. Rano otrzymalam od M. dosc nerwowego smsa, ze na konto zamiast mojej normalnej pensji, wplynelo ponad 3x tyle! :O Ja o niczym nie wiem, wiec natychmiast kolowrotek mysli, ze albo szef sie pomylil w przelewach, albo moze chce mnie tego dnia zwolnic i przelal wyprawke (tak, ja zawsze mam najczarniejsze mysli)? ;) Pytanie teraz co z tym fantem zrobic? Isc do szefa i spytac, czy udawac, ze nic sie nie wie, na wypadek gdyby to jednak byla pomylka? ;) Zartuje oczywiscie. Nawet jesli szkoda mi oddac taka soczysta kasiore, to uczciwosc jest zawsze na pierwszym miejscu. Poszlam wiec do szefa jak tylko pojawil sie w pracy powiedziec, ze chyba sie pomylil, a on na to, ze nie, ze to BONUS! Taki, kuzwa, na 300%!!! Myslalam, ze sie przewroce! Znowu, w poprzedniej pracy nauczylam sie, ze bonusiki roczne to takie ledwie ledwie, w dodatku odprowadzali od nich podatki i zostawalo moze wystarczajaco na skromne wakacje dla jednej osoby. :D

W poniedzialek atmosfera w domu byla wiec bardzo wesola. Ja, urodzona pesymistka, bojaca sie bycia zbyt szczesliwa, pomyslalam wieczorem, ze natura kocha rownowage i skoro tego dnia otrzymalam pomyslne wiesci, to kolejnego, u lekarza, beda one przykre. Jak wiecie mialam racje. I wcale mnie juz ten bonus nie cieszy... :(

Na szczescie Potworki to bardzo naturalni pocieszacze. Nie tylko sporo sie z nimi w domu dzieje, ale jeszcze potrafia autentycznie rozsmieszyc. Na przyklad, przedwczoraj, klikalam bezmyslnie w telefonie i w zdjeciach znalazlam takie niespodzianki:

Kokus pozowac nie umie za grosz ;)

Za to Bi jest urodzona modelka :)

Okazalo sie, ze dzieciaki rano podkradly moj telefon kiedy poszlam sie myc i popstrykaly sobie portrety. ;)

Trzymajcie sie, do przeczytania! :*

15 komentarzy:

  1. Mało to oryginalne, ale widocznie tak miało być. Podobno natura czasem sama się co będzie lepsze. Jestem pewna, że jeszcze uda ci się zająć w ciążę i tym razem będzie sukces i doczekacie się trzeciego malucha.
    U nas wiosna chyba przyszła na dobre, za nami już nawet pierwsze w tym sezonie koszenie trawy. Uwielbiam to. W zeszłym roku nie mogłam tego bronić ale w tym sobie odbije ��

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze ze Twoj lekarz podszedł tak do sprawy. Ja dostalam wzmożony progesteron juz w 5 tygodniu i dzięki temu mam swojego całego i zdrowego Tymusia. W poprzedniej ciąży tez taki konowal czekał do 7 tygodnia na jakiekolwiek działania bo ta piprzepona niby nieomylna natura.. Jak ja nie nawidze takiego podejścia - i ciąże stracilam, boleśnie psychicznie i fizycznie bardzo. Skończyło się zabiegiem i problemami, a zal prawdopodobnie wcześniej podany progesteron uratowałby nasze dziecko, długo nie dawał żyć :(

    Gratulacje dla Nika!!! Brawo, zuch chłopak.

    U nas też jeszcze nie trzeba kosic, uf. Ja taka niedynamiczna wiosnę lubię, dawno takiej nie bylo, od razu przychodziło lato i wszystko przekwitalo w mig. Dywan krokusikow śliczny u taty.

    Takie małżeństwo na odległość i sporadyczne odwiedziny chyba musi być mega trudne.. Troche chyba jest już fikcja dla Twojej mamy, moze stąd takie podejście?

    Wydzieranie spodni - och jak bardzo bliski nam temat. Tylko te gotowe laty i naprasowanki często kosztują tyle co połowa nowych spodni, więc zrezygnowałam juz z tego rodzaju reanimacji. Bo zaczęło się to mijac z celem gdy tak jak piszesz, kolejnego dnia lata przestawala istnieć :)

    Trzymaj się Agatko! Wiem jak straszny jest taki stan beznadziejnosci, kiedy nic nie cieszy, nie masz ochoty na towarzystwo itd Z doświadczenia wiem, że to minie na szczescie, przytulam i podtrzymuje na duchu w tym trudnym czasie :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam znajoma Irlandke,ktora ma podobny problem do twojego. Ma dwoch Synusiow i za soba 3 porobienia. A niby wszystko dobrze z nimi :-( Przykro mi,bo naprawde mialam nadzieje,ze sie tym razem uda,ale jednak Ty znalas swoje cialko najlepiej. Usmiechnij sie i popatrz na swoje Sloneczka. Masz dwa chodzace Cudy :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miniu, czy moglabys wyslac mi zaproszenie do swojego bloga? To, ktore dostalam, nie dziala... :(

      Usuń
  4. Przytulam mocno :* Nie wiem co napisać, bo nawet nie potrafię sobie wyobrazić Twojego bólu. Ale trzymam kciuki za to, żeby to marzenie o 3 dzieciątku się spełniło.

    Podoba mi się takie podejście w szkole, że dzieci są nagradzane za odpowiednie zachowanie i szacunek dla innych. Może jakby tak było w innych szkołach, to byłoby więcej życzliwości na tym świecie?

    Gratuluję takiego bonusu :) Krzysiek co roku ma podwyżkę o kilka stówek i do tego jeszcze raz do roku premię. Ktoś mógłby powiedzieć, że podwyżki nie są duże, ale mnie cieszy, że są systematyczne, a jak się podliczy te wszystkie lata, to wbrew pozorom wychodzi spora sumka co miesiąc na +.

    OdpowiedzUsuń
  5. Moja córka po trzech takich historiach - b. wczesne obumarcie zarodka - dostała receptę na zastrzyki p/zakrzepowe, zaczęła je brać jak tylko zobaczyła dwie kreseczki. Młody lada dzień kończy 5 miesięcy

    OdpowiedzUsuń
  6. Och, tak mi przykro, że musisz przez to przechodzić, przytulam.
    W grudniu miałam taką niespodziankę 0- 100 % nagrody, a w styczniu dowiedziałam się, że już tam nie pracuję.

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie wiem co Ci napisać... poza tym, że przytulam mocno...

    A co do Potworków, to jestem przekonana, że by się dobrze dogadały z moimi dziećmi 😉

    A bonusik, fiu,fiu. Totalnie nie do pomyślenia u mnie w pracy.

    OdpowiedzUsuń
  8. Aż nie chcę myśleć o tym co musisz przechodzić.. :( przytulam mocno! Przytulam i wysyłam słoneczko :) Anula

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo współczuję :(
    Może doczekasz się jeszcze trzeciego malucha, może ja doczekam się czwartego. Też mi wyszedł test pozytywny, a potem okazało się, że chyba hormony zaszalały, bo okres przyszedł normalnie, choć spóźniony. Bardzo przykre uczucie. Więc co dopiero musiałaś przechodzić Ty :(
    Współczuję. Pamiętam w modlitwie. Trzymaj się, dzielna niewiasto.

    OdpowiedzUsuń
  10. Agata, ciezko cos napisac...prezjsc do codziennosci rowniez... mam nadzieje, ze jeszcze sie usmiechniesz nad kolyska..buziaki ogromne :*
    Ps Menzon flaszke juz prawie wypil- dostal GOT na swieta, teraz koncowke trzyma na start ostatniego sezonu :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Eeech, wspolczuje serdecznie. Wiecej nie bede gledzic.

    OdpowiedzUsuń