sobota, 20 kwietnia 2019

Dwa weekendy pelne wrazen, a pomiedzy nimi malo pozytywny tydzien

Cos mi ostatnio nie po drodze z blogiem. Napisalabym, ze nie mam czasu, ze w pracy zapieprz, ze w domu kociol i niby to wszystko prawda... ale po namysle stwierdzilam, ze przeciez w zeszlym tygodniu Potwory mialy ferie wiosenne i trzy dni spedzilam z nimi w domu. Czyli jednak az tak zalatana to nie bylam, a jednak czas kompletnie przelecial mi przez palce... Nie mam wiec zadnego usprawiedliwienia dla ciszy na blogu, poza pospolitym niechciejem. ;)

A co dzialo sie od ostatniego posta? W weekendy dzialo sie sporo, a w tygodniu niby napiecie bylo, ale to bardziej nerwowka niz faktyczne aktywnosci...

Po pierwsze, z boku domu scielismy caly zagajnik drzew. Lubie drzewa wokol domu i bronie sie przed ich scinaniem, ale tym razem jest to faktycznie zmiana na lepsze. Dzieki temu bedzie duzo wiecej swiatla z tylu ogrodu, co bardzo mnie cieszy. Obserwujac w zeszlym roku pozycje slonca wzgledem mojego planowanego warzywnika stwierdzilam, ze istnieje ryzyko iz plony beda zadne, bowiem slonce dochodzilo w te czesc tylko na jakies 3 godziny dziennie. Teraz powinno swiecic od dosc wczesnego ranka, az po pozne popoludnie, kiedy niestety nieuchronnie przesuwa sie za dom.
Po scieciu zostala straszna pustka obok szopki oraz caly stos belek, konarow i ogolnie wielkich kawalow drewna, ktore ktos (czyt. M.) musi porabac na mniejsze kawalki i poukladac (tu moze zlituje sie i mu pomoge :P) do suszenia. Beda jak znalazl na kempingi i letnie ogniska przy domu.

Taki tam stosik ;)

Na ostatnie przed wiosenna przerwa zajecia w Polskiej Szkole, Potworki popedzily jak na skrzydlach. Dlaczego? Dlatego, ze dla klas 0 - III, szkola organizowala tego dnia egg hunt. To tutejsza tradycja, ze wszedzie naokolo organizowane jest dla dzieciakow takie "polowanie na jajka" na mniejsza lub wieksza skale. Ja sama, jesli pamietacie, chowam dla Potworkow jajka w ogrodzie na wielkanocne poszukiwania. ;) W Polskiej Szkole pomysl troche slabo wypalil bowiem podobno zazwyczaj takie jajeczne polowanie odbywa sie na boisku do pilki noznej, naprzeciwko szkoly. Tym razem jednak pogoda pokrzyzowala plany. Dzien wczesniej spadl ulewny deszcz i boisko bylo grzaskie i blotniste. "Polowanie" odbylo sie zatem na sali gimnastycznej, ale sadze ze dzieciakom bylo wsio ryba. Byle nazbierac jak najwiecej wypelnionych slodyczami jajek. Potworki zebraly prawie pelne koszyki i byly wniebowziete. :)

Poza tym, Potworniccy zostali zapisani na polkolonie w pobliskim klubie, tam gdzie Bi trenuje z duzyna plywacka. Co prawda nie wiadomo jeszcze co z moja praca (jak pisalam kiedys, teraz zaczynaja sie "wazyc" losy firmy, a maj - czerwiec beda decydujace i moze sie nagle okazac, ze w wakacje bede bezrobotna), ale bojac sie, ze zabraknie miejsc, wolelismy zaklepac je Potworkom wczesniej. Nie trzeba bylo wplacac zadnego zadatku, wiec tym bardziej nic nie stalo na przeszkodzie. Polkolonie mozna z czystym sumieniem nazwac "sportowymi", bowiem oprocz normalnych zajec plastycznych, gotowania, placu zabaw, itp., miejsce to ma sale gimnastyczna przeznaczona dla dzieciakow, a ze miesci sie przy popularnej sieci silowni (a dawnego fitness klubu), dodatkowo (pol)kolonisci beda mieli codzinnie trening tenisa, lekcje plywania oraz czas na "wolne" zabawy w wodzie. Maja zarowno korty jak i basen kryte oraz na swiezym powietrzu, wiec zajecia odbeda sie bez wzgledu na pogode. Jak dla mnie, rewelacja. :) I mam nadzieje, ze Potwory beda wracac codziennie do domu niezle wymordowane. ;)

Na te same polkolonie zapisana jest najlepsza kolezanka Bi, wiec Starsza jest przeszczesliwa i juz nie moze sie doczekac. Nik natomiast, jak to Nik. Placze, ze nie chce, bo nie bedzie tam mial kolegow. Zupelnie nie pociesza go fakt, ze jest spora szansa, ze zapisani zostana jacys jego koledzy, jesli nie z klasy, to chociaz ze szkoly, a poza tym, jako przyjacielskie stworzenie, raz dwa znajdzie kumpla...

Zeby zapoznac choc troche dzieciaki z miejscem gdzie spedza prawdopodobnie wiekszosc wakacji, w poprzednia niedziele zabralismy je na zorganizowany przez klub dzien otwarty. Korzystajac ze zblizajacych sie Swiat, zorganizowane zostalo tam "polowanie na jajka" (dzien po "polowaniu" w Polskiej Szkole"; toniemy teraz w plastikowych jajeczkach! :O), a dodatkowo "moonlight tennis" ("tenis w swietle ksiezyca", nazwa tyle ciekawa co nie do konca adekwatna, ale o tym pozniej) oraz czas wolny na basenie.
Przyznaje, ze sama pojechalam z ciekawoscia. Chodze tam z Potworkami na lekcje plywania od ponad 2 lat, a nie wiedzialam, ze maja cala dziecieca sekcje! To znaczy, wiedzialam niby, ze klub ma swoje przedszkole, a takze ze zapewnia opieke nad dziecmi dla rodzicow korzystajacych z silowni, ale nie mialam pojecia, w ktorej czesci budynku sie to wszystko sie znajduje.

Pojechalam wiec na "zwiady'. ;) Ogolnie, dla nas, miejsce jest wprost wymarzone. Nie dosc, ze beda to polkolonie sportowe, to jeszcze klub znajduje sie po drodze do pracy zarowno dla mnie jak i M. oraz jest doslownie 2 minuty autem od naszego domu! Gdyby nie to, ze przy drodze nie ma chodnikow, moznaby smialo chodzic piechota albo jezdzic rowerem. :)
Najpierw odbylo sie szukanie jajek. Dzieciaki byly podzielone na grupy wiekowe, ale i tak Potworki okazaly sie byc najstarszymi w swojej grupie. Troche zalowalam, ze nie ma wiecej dzieci w wieku zblizonym do ich, bo liczylam, ze moze poznaja jakichs innych przyszlych kolonistow. No coz, nie udalo sie, ale bycie najstarszym ma tez swoje zalety. Mimo ze tutaj jajka byly naprawde pochowane, a nie po prostu rozsypane na podlodze, Potwory zdecydowanie sie oblowily.

Pedzi Nik...

Widzialam inne dzieci (te bedace na tyle duze zeby rozumiec ducha rywalizacji) zagladajace z zazdroscia do ich koszykow. ;)

Pedzi i przejeta rusalka z rozwianym wlosem. ;)

Poza tym dzieciaki mogly sie pobawic na sali gimnastycznej, ktora najwyrazniej sluzy tez jako sala zabaw oraz serwowano do oporu przekaski, popcorn i wode. Zyc nie umierac jesli ma sie mniej niz 10 lat. ;)

Nik dorwal rowerek, co prawda trzykolowy, ale za to ogromny :)

Nastepnie mielismy isc na basen, ale pomyslalam, ze jesli wpuszcze Potworki do wody to moge miec spory problem zeby ich potem z niej wyciagnac. Do tego doliczyc czas wycierania oraz suszenia wlosow Bi i balam sie, ze nie zdazymy na sesje tenisa. Zdecydowalam wiec, ze najpierw zaliczymy "moonlight tennis". ;) Potworki kochajace wode cos tam burczaly pod nosem, ale poszly i... okazalo sie, ze to rewelacja! Swiatlo "ksiezyca" stanowily niebieskie lampy jakie czasem maja na dyskotekach, powodujace, ze wszystkie jasne kolory zdaja sie swiecic. :) W rezultacie biala bluzeczka Kokusia i moje skarpetki swiecily niczym odblaski, pileczki tenisowe zdawaly sie swiecic w ciemnosci i pacholki ustawione dla porzadku rowniez dawaly lekkie swiatlo. Potwory bawily sie swietnie mimo, ze bylo to ich pierwsze zetkniecie z tenisem.

Zdjecia niestety slabe bo, nie uwierzycie... ciemno bylo! :D

Dobra zabawa skonczyla sie jednak w momencie kiedy Bi potknela sie w ciemnosci i wywalila. Nic jej sie nie stalo, kolano miala tylko lekko zaczerwienione ale nawet skory nie zdarla. Jednak oswiadczyla, ze dosc ma zabawy i chce juz isc. ;)

Tutaj celuje Bi ;)

Zanieslismy wiec koszyki z uzbieranymi jajkami do auta, zgarnelismy stroje kapielowe i ruszylismy na basen. Potwory szalaly, po jakims czasie przyszedl M. (ktory niby z nami byl, a jednak nie byl, bo w czasie kiedy ja pilnowalam dzieci, on cwiczyl na silowni) i wszystko wydawalo sie w jak najlepszym porzadku. Do czasu. W jednej chwili Nik skakal do wody, plywal "pieskiem" i skarzyl sie, ze Bi machnela noga i go kopnela, a w kolejnej wyszedl z wody dzwoniac zebami i proszac zeby jechac do domu bo mu zimno.

Tu jeszcze radosne szalenstwa

Zaalarmowalo mnie to ale tylko lekko. Woda jest w tym basenie przystosowana do intensywnych cwiczen, czyli dla takiego zmarzlucha jak ja, zimna. Za zimna. Tyle, ze wczesniej jeszcze sie nie zdarzylo zeby Potworkom zrobilo sie w niej chlodno. Tym razem Nik mial jednak dluzsza przerwe w plywaniu, bo jak pamietacie, wypisalam go z lekcji ze wzgledu na nawracajace zapalenia ucha. Moja pierwsza mysla bylo wiec, ze odzwyczail sie od temperatury wody, ktora tam maja. Kiedy jednak Mlody nawet owiniety recznikiem nie przestawal sie trzasc, zarzadzilam odwrot. I tak szaleli tam dobre 40 minut.

W domu niestety, termometr pokazal u Kokusia 37.3. Bylo juz jednak kilka razy wczesniej, ze Bi i Nik mieli stany podgoraczkowe, ktore utrzymaly sie dzien, dwa, po czym same przechodzily. Ani ja, ani M. szczegolnie sie wiec nie przejelismy. Dopytywalam kilka razy czy na pewno nie boli Kokusia ucho (wiadomo :D), ale kiedy uparcie zaprzeczal, wzruszylam ramionami. Jakis wirus. Przejdzie.
Kolejnego dnia, w poniedzialek, zaczelam miec pierwsze watpliwosci. Nik nie mial wysokiej goraczki, oscylowala w okolicach 38.2 kresek, ale Mlodszy byl wyraznie nieswoj. Nie szalal jak zwykle, pokladal sie, a kiedy goraczka sie podnosila, caly sie trzasl od dreszczy. Mial przy tym podpuchniete oczy, a wieczorem wyrazne wypieki na buzi. Goraczka, choc niezbyt wysoka, tez byla dziwna. Nie dawala sie kompletnie zbic. Dopiero podane w tym samym czasie dwa rozne srodki przeciwgoraczkowe, zbijaly ja do konca. Pojedynczy srodek dawal tyle, ze spadala do stanu podgoraczkowego. Dopiero pozniej doczytalam, ze to dosc charakterystyczne. Kiedy goraczka nieco opadala, Nik lekko odzywal, probowal sie bawic, ale widac bylo, ze to nie jest to samo, pelne energii dziecko. Poza goraczka, skarzyl sie, ze gardlo boli go przy przelykaniu sliny. Zajrzalam - czerwone. Tyle, ze czerwone gardlo to jeszcze zadna wielka wskazowka... Mimo to, chcialam zabrac Nika do lekarza juz w poniedzialek. Powstrzymal mnie M. uparcie twierdzac, ze to jakis wirus i za 2-3 dni przejdzie. Ja mialam watpliwosci. Martwilo mnie, ze nawet kiedy zbijam Nikowi goraczke, ten wyraznie kiepsko sie czuje i najchetniej caly czas by polegiwal. No ale fakt, ze mnostwo razy pedzilam z Potworkami do lekarza zeby uslyszec: "Wirus. Czekac i wrocic jakby goraczka nie spadla za 3 dni lub pojawily sie dodatkowe objawy". Wbrew wlasnemu instynktowi wiec, cala spieta czekalam.
We wtorek rano Nik przyszedl nad ranem do mojego lozka skarzac sie, ze tak strasznie chce mu sie pic, a kubek na stoliku nocnym ma pusty. Przynioslam mu wiecej wody, po czym pomacalam glowe (przez 3 dni robilam to wrecz obsesyjnie, az Nik zaczal sie ode mnie odganiac :P). Rozpalony jak piec. Tym razem temperatura skoczyla az do 39.2. Reszte nocy spedzil ze mna w lozku. A rano... okazalo sie, ze caly pokryty jest drobniutka wysypka, zas policzki oraz uszy ma jednolicie zarozowione. Jedno spojrzenie i wiedzialam juz z czym mamy do czynienia. Widzialam juz taka wysypke, do tego bol gardla i nie potrzebowalam nawet lekarza. Umowilam sie jednak na wizyte bowiem potrzebowalam antybiotyku. ;)
Nik mial szkarlatyne.
Dla nieswiadomych, szkarlatyne wywoluja paciorkowce, pokrewne tych, ktore wywoluja angine. I angina jest czesto pierwsza diagnoza, zanim pojawi sie wysypka. Gdybym zabrala Nika do lekarza w poniedzialek, zapewne to bym wlasnie uslyszala. Jest to zreszta niewazne bo i jedno i drugie leczy sie antybiotykiem. :)
To jest niesamowite - 3 dawki i Nik wyraznie odzyl. Zeszla mu tez opuchlizna z oczu oraz zaczerwienienie buzi. Kolejne dwie dawki i wysypka praktycznie zniknela, a dziecko zaczelo szalec jakby nigdy nic mu nie dolegalo. ;) Szkoda, ze to juz bodajze trzeci antybiotyk Nika od wczesnej zimy, ale jak mus to mus. :/

Niestety, choroba Nika pokrzyzowala mi zupelnie plany. Jak gdzies wyzej wspomnialam, Potworki mialy w zeszlym tygodniu tygodniowe ferie wiosenne. Ja wzielam wolne w pon., wt. i sr., a M. w czw. i pt. Na "moje" dni porobilam (mentalnie) mnostwo planow. Wyszukalam dwa muzea do odwiedzenia, chcialam zabrac dzieciaki do kina, umowilam sie z kolezanka... i na planach sie skonczylo. W poniedzialek i wtorek Nik naprawde zle sie czul i jego aktywnosc ograniczala sie do godziny, po ktorej musial sie polozyc. W srode bylo mu juz wyraznie lepiej, ale nadal nie odzyskal do konca sil. Tak naprawde dopiero w czwartek byl w pelni soba, ale wtedy ja musialam wrocic do pracy. Potworki zostaly z M., ktory zabral ich... do warsztatu, przyciemnic okna w aucie. Nie ma jak ferie z tatusiem... ;)
Nik jak Nik. On akurat faktycznie potrzebowal tego czasu zeby wyzdrowiec i dobrze sie zlozylo, ze akurat mieli wolne w szkole. Strasznie mi jednak zal Bi, ktora byla zdrowa i mogla fajnie z tego czasu skorzystac a utknela w domu z chorym bratem...

Zamiast jezdzic na wycieczki, wyciagnelam wiec zachomikowane przybory do zabaw techniczno - plastycznych. Potworki uwielbiaja tego typu zajecia. Na pierwszy rzut poszly witraze na okna do samodzielnego wykonania. Nika byly nieco prostsze i zrobil je wszystkie w jeden dzien.

Kiedy goraczka spadala Nik nawet sie bawil...

Bi swoj nadal konczy. ;)

W syrence brakuje juz tylko pojedynczych elementow, ale Bi stracila zainteresowanie... :/

Nastepnego dnia, kiedy czekalismy w aptece na wymieszanie antybiotyku, Nik wyczail takie dziwne cos. Ja pierwszy raz to widzialam, Nik oczywiscie ogladal wczesniej na niezawodnym YouTube. ;) Ogolnie zabawa polega na wylozeniu bryly w miske (lub na podworku, bo smieci to-to jak cholera) i za pomoca specjalnego narzedzia rozlupywaniu po trochu gliny, wylaniajac kolejne czesci figurki (pirat - kosciotrup, brrr...) oraz skrzynie ze "skarbem".

Tu widac jak zapuchnieta i czerwona byla buzia Kokusia

Po skonczeniu mozna poskladac figurke do kupy (swoja Nik predko wsadzil na dno skrzyni z zabawkami, twierdzac, ze sie jej... boi :D), a do skrzyni nalac wody w celu rozpuszczenia musujacego proszku zaslaniajacego "skarb". U Nika skarbem okazal sie srebrny sygnet, a Mlody rozczarwany byl, ze nie zloty. ;) Owy sygnet zgubil juz dzien pozniej. :D
W koncu wyciagnelam tez nieco bardziej "tematyczne" materialy i Potworki sklecily z pianki ramke do zdjec z zajaczkiem, wieszadelko w ksztalcie koszyczka oraz domek w ksztalcie jaja.

Nastepny dzien i po Kokusiu juz w ogole nie znac choroby ;)

Wszystko bylo super do czasu, kiedy zaczeli skladac do kupy domki. Okazalo sie, ze te ledwie sie trzymaja bowiem pianka jest elastyczna i wysuwa sie z otworkow. Zlosci bylo co nie miara, ale w koncu domki zostaly skonczone i baaardzo ostroznie zaniesione w docelowe miejsca. Kokusiowy dolaczyl do ozdob na kominku. ;)

Jesli juz mowa o ozdobach, to kupilam tez wiosenny wieniec na frontowe drzwi, a takze nie moglam oprzec sie bratkom w wiszacej donicy. ;)

Moje wience zawsze slabiutko widac przez te szybe :(

Kominek tez zyskal nowa, Wielkanocna odslone ;)


Pomalu zakwitaja nam tez w ogrodzie wiosenne kwiatki. Mam wrazenie, ze jakis strasznie pozno i nie wiem zupelnie dlaczego.

Pierwsze krokusy zawsze ciesza oko :)

Przejezdzalam kolo starego domu i widzialam, ze tam zasadzone przeze mnie hiacynty sa juz w pelnym rozkwicie. A u mnie? Paki maja nadal mocno scisniete przy lodydze. Minie jeszcze dobrych kilka dni zanim zakwitna. Zauwazylam tez z zaskoczeniem (bo nie pamietalam tego z zeszlego roku), ze tutaj nie mam zadnych zonkili! Sa krokusy, widze kielkujace tulipany, a zonkila ani jednego! Jesli znow nie umknie to mojej pamieci, na jesien bede musiala wkopac cebulki.

W sobote wrocil w koncu z Polski moj tata. Pisze "w koncu", ale tak naprawde to te 3 tygodnie smignely mi nie wiem kiedy i wlasciwie to zupelnie nie odczulam jego nieobecnosci. Powrot mial zas tata taki, ze stwierdzil, ze zaczyna wierzyc w pechowego 13-ego. ;)
Zaczelo sie od tego, ze w Gdansku byly przymrozki i samolot opoznili bowiem musial byc odmrozony. Tu jednak wielkiej szkody nie bylo, oprocz lekkiego zniecierpliwienia. Potem bylo jednak coraz gorzej. Samolot z Niemiec do Chicago musieli wymienic, bo pierwszy podstawiony mial jakas usterke. Mialo to zajac okolo godziny, zajelo ponad dwie. W rezultacie uciekl tacie samolot z Chicago do naszego Stanu (lecial jakims szalonym polaczeniem, z dwiema przesiadkami). Nastepnie kolejka do odprawy imigracyjnej byla tak dlugasna, ze uciekl mu kolejny samolot do domu! W koncu zalapal sie na trzeci, ten jednak byl 3 godziny pozniej. W rezultacie zamiast wyladowac o 17 z groszami, wyladowal... o 21:50.
Dla nas oznaczalo to siedzenie cale popoludnie jak na szpilkach, bowiem mielismy odebrac go z lotniska. Pogoda byla piekna, staralismy sie porobic troche porzadkow w ogrodzie, poza tym planowalismy isc do przedswiatecznej spowiedzi, tymczasem ciagle odbieralam coraz to nowe wiadomosci od taty.

Jakby malo bylo kredy do rysowania po asfalcie, kupilam Potworkom specjalne farby do tych samych celow, ktore okazaly sie wielkim hitem dla Bi

Nik okazal sie zas ogromnym pomocnikiem w pracach okolodomowych. To dziecko uwielbia wprost grabic i jezdzic taczka! :D

Najpierw, ze spoznil sie samolot. Nie wiadomo ktory, gdzie, czy przyleci dzis czy juz sie nie zalapie? ;) Na sms'y nie odpowiada, telefonu nie odbiera. I wez tu sie czegos dowiedz. W koncu telefon z wiescia, ze stoi w kolejce do odprawy w Chicago i nie wie, czy zdazy na nastepny samolot do naszego Stanu. Poltorej godziny pozniej znow polaczenie, ze nie, jednak nie zdazyl i czeka na kolejny. W koncu dotarl szczesliwie choc bez bagazu (ten dowiezli dopiero nastepnego wieczora) i tylko Potworki byly rozczarowane, bo nie pojechaly po dziadzia na lotnisko. Niestety, ale godzina prawie 22 to stanowczo dla nich za pozno, tym bardziej, ze czekal nas intensywny kolejny dzien.

Wlasnie. Ale za to niedziela... chcialoby sie zaspiewac. ;) Niedziela byla szalona.
Rano msza, jak zwykle. Nastepnie wpadlismy tylko do domu, Potworki migusiem sie przebraly i popedzilismy na urodziny naszego malego sasiada, a przy okazji kumpla Nika z autobusu. Urodziny odbyly sie w znanej tutaj sieci Chuck E. Cheese. Potwory wybawily sie przednio, bowiem cala sala zabaw to automaty, ktore po grze "wypluwaja" karneciki z punktami.

To byla bardzo fajna paralotnia, unoszaca sie w gore kiedy dzieciaki pedalowaly :)

Te karneciki zbiera sie i na koniec mozna za zebrane punkty wybrac sobie nagrode. Nie dosc wiec, ze dzieciaki napchaly sie pizzy oraz torta, nie dosc, ze dostaly goodie bags, to jeeeszcze polecialy podniecone po nagrode.

Pizza! :D

Tu, nie obylo sie oczywiscie bez Kokusiowego focha, choc sam jest sobie winien. Bi bowiem podeszla do gier ambitnie i skupila sie na zebraniu jak tajwiekszej ilosci karnetow. A Nik? On gral glownie w gry, ktore najbardziej mu sie podobaly, czyli wyscigi samochodow. Sek w tym, ze z jakiegos powodu, akurat te gry nie wydawaly karnetow. Raz za razem przypominalam mu, ze bedzie mial malo karnecikow, zeby sprobowal tez innych gier, ale bez rezultatu. Skonczylo sie tak, ze Bi miala karnetow blisko 200, a Nik... 43. :D I potem byla obraza majestatu, kiedy siostra wybrala sobie porzadna nagrode, a jemu starczylo raptem na zelka w ksztalcie pierscienia. ;)

Po imprezie wrocilismy do domu, ale tylko na 2 godziny. W czasie ktorych... przyjechal moj tata! Nie powiem, cieszylam sie, ze znow go widze, w koncu nie bylo go trzy tygodnie... Tego dnia jednak, jego wizyta zupelnie nie byla mi na reke. Usilowalam ugoscic go i pogadac, jednoczesnie wstawiajac pranie, rozladowujac zmywarke, itd.
Po dwoch godzinach zas... popedzilam na kolejna impreze, dla odmiany z samym Kokusiem! :O Normalnie w zyciu nie zgodzilabym sie na dwie imprezy jednego dnia. Tym razem jednak obaj chlopcy byli na urodzinach Kokusia, a do tego jeden jest naszym sasiadem, a drugi oprocz tego, ze chodzi z Kokusiem do klasy, to jest w druzynie plywackiej z Bi i znam jego rodzicow. Nie byli to wiec jacys przypadkowi koledzy z klasy, ktorych sie wczesniej na oczy nie widzialo. Po prostu wypadalo jechac.

Ulubione automaty Kokusia ;)

A zeby sobie jeszcze dolozyc, druga impreza skonczyla sie o 18, a po niej pojechalam jeszcze z Nikiem do spowiedzi, bo sala zabaw znajdowala sie 15 minut od naszego kosciola, w ktorym wlasnie o tej godzinie zaczynala sie przedswiateczna spowiedz.

Kiedy o 19 w koooncu wrocilam do domu, mialam ochote walnac sie prosto do lozka, a tu jeszcze trzeba bylo wykapac dzieciarnie, przygotowac ubrania i jedzenie na kolejny dzien, itd. ;) Ale czego sie nie robi dla potomstwa. Nik chyba z piecdziesiat razy dziekowal mi, ze pozwolilam mu jechac na obydwa przyjecia. ;) Na drugim byla wiekszosc chlopcow z jego klasy oraz kilku dodatkowych. Mozecie sobie wyobrazic bande chyba dziesieciu 6-7 latkow, latajacych jak wsciekli w te i we wte.

Banda. ;) To z tylu, w czerwonej masce, to Nik

Glowna atrakcja bylo laser tag, wiec w ogole byla to impreza - marzenie dla kazdego malego chlopca. Nik juz teraz, 8 miesiecy wczesniej, prosi mnie, zebym urzadzila mu urodziny w tym samym miejscu. :D

No. Zdazylam akurat skonczyc na czas, zeby zlozyc Wam zyczenia.

Wesolych Swiat!!! 
Smacznego Jajka, Mokrego Dyngusa oraz Pamietnych Chwil w Gronie Rodzinnym!!!

15 komentarzy:

  1. Agatko, niestety u nas jest dokładnie 23;14, nie dam rady przeczytać posta ale życzę Ci Kochana spokojnych, radosnych, pełnych wiary i nadziei Świąt :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Wesolego Alleluja!
    Na reszte roku - oby bylo lepiej, niz gorzej!

    OdpowiedzUsuń
  3. Spokojnych i radosnych świąt Wielkanocnych. Gosia

    OdpowiedzUsuń
  4. Spokojnych i bez chorobowych świąt!:*
    Ale tam u Was fajowe atrakcje dla dzieci! Super miejsca! Aż chciało by się mieć znów 6 lat :D
    Zdjęcie Bi polującej na jajeczka - mega :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Radosnego Alleluja! Ale mieliście atrakcji, nie zawsze fajnych (szkarlatyna...), ale jak zwykle nie ma u Was nudy. Ja mam wrażenie, że u nas nie dzieje się nawet w połowie tyle.
    Uściski!

    OdpowiedzUsuń
  6. Agatko nie zdążyłam, ale mam nadzieję że święta były udane i życzę najlepszego po nich :-) cieszę się że jednak przelamalas blogowa ciszę bo już się za Wami stesknilam! Całujemy mocno!

    OdpowiedzUsuń
  7. Kurcze,ale sie narobilo. Szkarlatyna. I znowu biedny Nikus. Mam nadzieje,ze wszyscy juz zdrowi. Twojemu tacie tez nie zazdroszczw tych opoznien. To musialo byc bardzo stresujace. Mnie meczy jedno polaczenie,a tu tyle przesiadek. Sciskam mocno.

    OdpowiedzUsuń
  8. Och te urodziny kolegów- znam to ;)

    Jak tam święta Wam minęły? Mam nadzieje, ze w zdrowiu!

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja z zyczeniami nie wyrobiłam się w ogóle, ale dziękuję za te tu i te u mnie od Ciebie Agatko.
    U nas święta mało świąteczne niestety były. mam nadzieję, że u Was to się ładnie poukładało i odetchnęłas troszkę, zdrowie dopisało i radość do serca zajrzała.
    Tata swoje widze przeżył, a szkarlatyny nie zazdroszczę, pamiętam jak Zuza miała.
    Ściskam!

    OdpowiedzUsuń
  10. To mieliście intensywne dni. Jak tak patrzę na te imprezy urodzinowe u Was, to mam wrażenie, że te u nas to nic takiego.
    Dobrze, że mimo tych wszystkich problemów Twój tata bezpiecznie wrócił.
    Jak tam po świętach?

    OdpowiedzUsuń
  11. Wesołego po Świętach ;) Wróciliśmy, a tu co? U Was jak zawsze tyle się dzieje! Kominek boski w każdej odsłonie <3
    Imprezki urodzinowe dzieciarnia ma wspaniałe, rozbawił mnie Nik z tymi wielokrotnymi podziękowaniami ;)
    A tata biedny, ale cóż to za szalony pomysł lecieć z tyloma przesiadkami? No ale kto by pomyślał, że będzie mieć problem z KAŻDYM z tych wszystkich samolotów...
    Idę zobaczyć, czy nie przegapiłam jakiegoś posta ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. U Was jak zwykle Bardzo energetycznie.
    Z doświadczenia wiem, że choroby w przyszłości uodporniają organizm, ale te skoki gorączki naprawdę mogą dobic
    Wszystkiego Dobrego Agato

    OdpowiedzUsuń
  13. Ech, biedny Niko!
    Eliza miała szkarlatynę jako 1,5roczne dziecko. Początek choroby też był dziwny, początkowo lekarka nie rozpoznała się, że to to. I czekała nas powtórna wizyta. Ale kiedy temperatura znacznie wrosła, pojawiła się wysypka, już nie było wątpliwości. I to też właśnie było w Wielkanoc, gdzie Marcin był chrzestnym syna naszych znajomych. My oczywiście zostałyśmy wtedy w domu.

    No to tata miał powrót. Aż się wierzyć nie chce. To normalnie długi lot, a co dopiero z takimi atrakcjami w trakcie.

    Lilce to polowanie na jajka bardzo by przypadło do gustu :)
    Ściskam Was serdecznie. Jestem ciekawa jak Wasze Święta.

    OdpowiedzUsuń