wtorek, 12 lutego 2019

Szybkim krokiem przez luty

Luty mknie jak szalony, a ja nie nadazam z zapiskami! :)
Niestety, wynika to z tego, ze nawet w nowej pracy, spedzalam dziennie krotka (lub dluzsza :D) chwile piszac posty. Od kilku tygodni jednak, w firmie konsekwentnie robi sie coraz wiekszy kociol i brak mi nadwyzki czasu, ktory moglabym poswiecic na pisanie postow. Zostaly mi wieczory, po polozeniu Potworkow spac, ale wtedy jestem juz srednio przytomna i jesli zdarzy mi sie nastepnego dnia przeczytac to, co nasmarowalam, za glowe sie lapie i polowe kasuje. ;)

Nie zamierzam jednak w najblizszym czasie konczyc pisania, nie martwcie sie! Lubie ten moj wirtualny pamietniczek. Po prostu lojalnie uprzedzam, ze moje posty moga w najblizszym czasie byc bez ladu i skladu oraz jakiegokolwiek sensu.
Zaraz... W sumie to wszystkie moje posty tak wygladaja... :D

No dobrze, skoro juz wytlumaczylam, ze w tym miejscu nie mozna spodziewac sie wyszukanego slownictwa czy gramatyki, ze juz o gornolotnych tematach nie wspomne, wroce na momencik do zeszlego tygodnia. :)

W poniedzialek 4 lutego dzieci obchodzily w szkole 100 dzien szkoly i z tej okazji musialy wykonac plakaty. Pisalam juz o tym. Oczywiscie nie zebralam sie jeszcze, zeby odpisac na komentarze, napisze wiec zbiorowo tutaj. Wszystkie Wasze rady byly swietne, ale niezgodne z tym, czego oczekiwala nauczycielka. Plakat mial byc zrobiony na grubym papierze o konkretnych wymiarach. Papier mial byc kolorowy, ale ja mialam w domu bialy i stwierdzilam, ze trudno, wykorzystamy to, co jest. Plakat mial przedstawiac obrazek przyozdobiony lub ulozony ze 100 elementow. Nie wolno nawet bylo na nim rysowac! Wszystkie dodatkowe czesci obrazkow mialy byc wykonane z kolorowego, sztywnego papieru. Chociaz, po fakcie, kiedy pani wrzucila zdjecia, okazalo sie ze kilkoro dzieci jednak domalowalo dodatkowe czesci mazakami i tez bylo dobrze. A ja sie umeczylam wycinajac, klejac i goniac syna, zeby choc troche pomogl w jakby nie bylo swojej pracy. Wrrr... Zapomnialam na smierc zrobic zdjecie koncowego efektu, ale na szczescie nauczycielka Nika wyslala spora galerie.

Moje nasze dzielo ;)

Jak widac, plakat Kokusia przedstawia czerwonego pick-up'a. Mini pomponiki, z ktorych ulozylismy ksztalt pojazdu wybralam ja, bowiem szukalam czegos co ma szanse niezle trzymac sie papieru. ;) Design wybral juz sam Nik i wlasciwie to spodziewalam sie, ze bedzie to jakas forma auta. Koniec koncow wydaje mi sie, ze wyszlo to calkiem fajnie. :) I co najdziwniejsze, trzyma sie kupy, nawet po zwinieciu w rulon. ;)
Okazalo sie przy okazji, ze tylko pierwsze klasy musialy sie podjac tak ambitnego projektu. Zerowkowicze musieli przyniesc kolekcje stu rzeczy, natomiast II, III i IV klasy nie obchodzily setnego dnia kompletnie (Bi byla bardzo rozczarowana i oswiadczyla, ze oni mieli tylko nuuudne lekcje ;P). Pierwszaki zas przemaszerowaly przez cala szkole ze swoimi gotowymi plakatami. I super, tylko dlaczego to ja musialam spedzic dwa wieczory wycinajac i klejac na szkolna atrakcje, ktora trwala pol godziny? :/

Jak pisalam ostatnio, w zeszlym tygodniu panowaly u nas arktyczne mrozy. Tylko przez 3 dni, ale dolna czesc domu uparcie nie chciala sie nagrzewac do w miare przyjaznych temperatur. Szczegolnie salon z jego wysokim sufitem byl przerazliwie zimny. Wieczorami rozpalalismy wiec w kominku i zaraz robilo sie przyjemnie. Dla nas az za przyjemnie czasem i siadalismy na drugim koncu pokoju rozkoszujac sie widokiem ognia z daleka. Gorac buchajacy od kominka nie przeszkadzal natomiast zupelnie... Mai, ktora jak widac ukladala sie zaraz przed nim. Az dziwne, ze futro jej nie zaiskrzylo. :D

"Nieswiateczna" odslona kominka, tak przy okazji ;)

W sobote odbylo sie w koncu przyjecie urodzinowe Kokusia. Taaa... prawie 2 miesiace po faktycznych urodzinach. ;) Az glupio mi bylo, bo mialam wrazenie, ze to troche tak, jakbym dopraszala sie prezentow. Tak naprawde zas, w grudniu powiedzialam Kokusiowi, ze przyjecie dla kolegow odbedzie sie w styczniu, po czym zabralam sie za przygotowania swiateczne, a impreze zepchnelam gdzies w zakamarki pamieci. Minelo kilka tygodni i liczylam, ze moze Nik o calym przyjeciu zapomni, ale co jakis czas sobie przypominal i pytal, ze skoro jest juz styczen to kiedy bedzie ta impreza? Cholera. Po ktoryms takim pytaniu stwierdzilam, ze jednak nie zapomni i zabralam sie za szukanie wolnego miejsca. Niestety, zapomnialo mi sie, ze aby zarezerwowac impreze w sali zabaw na styczen, powinnam byla to zrobic jeszcze w grudniu. Teraz zupelnie nie bylo wolnych terminow, albo byly np. o 9 rano badz 18 wieczorem. ;) I tak Kokus doczekal sie przyjecia, ale w... lutym. ;)

W koncu przyjecie z okazji 6 urodzin Kokusia odbylo sie w miejscu gdzie ostatnio byly urodziny Bi. Tez szoste zreszta. :)
Bardzo ciekawa sprawa bylo, ze Nik stanowczo odmowil zaproszenia dziewczynek. Oswiadczyl, ze chce miec na imprezie samych chlopcow. Spelnilam zyczenie do pewnego stopnia. Z klasy rzeczywiscie zaprosilismy samych chlopakow. Bylo mi to zreszta na reke, bo nie mialam ochoty placic za ponad dwudziestke dzieciakow. ;) Mamy jednak dwie rodziny z sasiedztwa, z ktorymi sie blizej przyjaznimy, wiec wypadalo ich zaprosic. Pech (?), ze te rodziny maja same corki. Wsrod znajomych mamy za to praktycznie samych chlopcow (serio!), ale jeden z nich posiada siostre. Dodatkowo, na impreze dwoch urwisow przyszlo z siostrami (o ktorych nikt mnie nie uprzedzil, ech...) i w ten sposob mielismy 6 dziewczynek (liczac Bi) na 11 chlopakow. ;)

Cala (prawie) gromada :)

Z tymi siostrami to w ogole smieszna (czy tez moze wkurzajaca) sytuacja, bo nie dosc, ze nikt nie spytal czy moze przyprowadzic rodzenstwo zaproszonego dziecka, to jeszcze dzieciarnia ma tupet. I tak, przy rozdawaniu upominkow dla gosci, jeden z chlopcow na bezczelnego podszedl i oswiadczyl, ze jego siostra nie dostala. :O Tatus owego rodzenstwa stal obok, slyszal i nawet nie sprobowal zwrocic synowi uwagi. Na koncu jezyka mialam, ze o przybyciu siostry nic mi nie bylo wiadomo, a wiec i goodie bag nie przewidzialam, ale az tak wredna nie jestem. Tak sie zlozylo, ze dwoje z dzieci, ktore zadeklarowaly sie przyjsc, nie dotarlo, wiec akurat mialam dwa dodatkowe upominki. Tak naprawde to bylam przygotowana na taka sytuacje i w aucie mialam dodatkowe torebeczki oraz duperelki, zeby w razie czego poskladac do kupy dodatkowe goodie bags, nie mniej przy kazdym przyjeciu urodzinowym mnie to irytuje. Wiem, ze roznie bywa i tez zdarzylo mi sie zabrac oba Potworki na impreze, na ktore bylo zaproszone tylko jedno. Zawsze jednak najpierw pytalam rodzica organizujacego przyjecie, czy nie ma nic przeciwko. Na przyjeciu zas, kiedy rozdawano upominki dla gosci, tlumaczylam temu "dodatkowemu" Potworkowi, ze tak naprawde to impreza nie jego/jej kolegi i moze byc tak, ze dla niego/niej goodie bag nie bedzie. Choc w sumie jeszcze sie nie zdarzylo zeby nie bylo. :)

W kazdym razie dzieciaki wyszalaly sie i wylataly, a i mi udalo sie pogadac z kilkoma dawno-niewidzianymi kolezankami. Tort oczywiscie byl rozczarowaniem, ale w sumie sie nie przejelam, bo te hamerykanckie paskudztwa, ktore zamawiam na imprezy dzieciakow, maja "wygladac", nie smakowac. :D

Taka jestem "mundra", ze fote strzelilam przez pokrywe, a odkrytego torta ze swieczka juz zapomnialam uwiecznic ;)

Na imprezie tort cieszyl sie srednim powodzeniem i zostala go prawie polowa. M. chcial wyrzucic go do kosza, ale wzielam te reszte do pracy, postawilam na stole w kaciku z lodowka i mikrofala i... znikl w ciagu jednego poranka. ;)

Dwoch kolegow Kokusia (widocznych na zdjeciu) bylo tak podekscytowanych jakby to bylo ich przyjecie ;)

Po imprezie, w domu odbylo sie wieeelkie rozpakowywanie. Przybyla nam cala masa jezdzacych pojazdow i nawet jeden latajacy.

Lata, ale malo stabilnie i po kilkunastu probach lotu, Nik rzucil helikopter w kat, wkurzony na maksa ;)

Nik dostal tez klocki a'la Lego z pojazdami oraz figurkami Zolwi Ninja. Te poskladal dzielnie sam, natomiast polegl przy ukladaniu faktycznego Lego. Dostal ciezarowke policyjna z przyczepa i ta przyczepa wlasnie go przerosla. ;) Tradycyjnie juz, zapomnial o jednym wysokim klocku i w rezultacie wyszla mu krotsza o dwa "wypustki". Wtedy juz nic oczywiscie nie pasowalo i bylo mamo ratuj. :D W sumie ukladalismy ten zestaw do 21 wieczorem, bo Nik uparl sie, ze musi skonczyc tego wieczora. ;)
Niestety jednak, moj syn ukladac owszem, lubi, ale ma raczej nature kolekcjonerska. O ile Bi czesto rozklada swoje Lego na czesci pierwsze i tworzy wlasne konstrukcje, o tyle ulozone modele Nika walaja sie po stolach i polkach, nieruszane. Mam nadzieje, ze z wiekiem mu sie to odmieni i ruszy troche wyobraznia. ;)

Niestety, przyjecie urodzinowe w sali pelnej dmuchancow, gdzie potwornie szumialo, grala muzyka, a dzieci piszczaly, zaowocowalo strasznym bolem glowy... Kolejnego dnia chodzilam zamulona i ospala. Nie chcialo mi sie jechac ani na narty, ani na lyzwy, wiec w koncu spedzilismy spokojny dzien w domu. Wiedzac jednak, ze juz nastepnego dnia mialo przyjsc jakies szalone ocieplenie, wyszlam z Potworkami do ogrodu, zeby skorzystali ze sniegu, ktory wowczas jeszcze lezal calkiem przyzwoita warstwa. Teraz mamy tylko gdzieniegdzie male, brudne kupki. ;)

Nie widac, ale Bi pedzi z gorki na pazurki! :D

Potworki oczywiscie przeszczesliwe. Zjezdzali na "dupolotach", tarzali sie w tym sniegu, robili aniolki i skakali w niego niczym rozbrykane szczeniaczki. :D

Wyglada to calkiem "zimowo". Szkoda, ze juz kolejnego dnia prawie wszystko zmyl deszcz :/

Miniony tydzien obfitowal za to w "przygody". ;)

Po pierwsze, nie wroze naszemu psu dozycia do poznej starosci. Nie w naszym domu w kazdym razie. ;) Wiem, brzmi drastycznie, ale, choc probuje to ubrac w zart, tak naprawde potwornie mnie to martwi.
Niestety, nasza Maya ma nature wloczegi. W starym domu uciekala regularnie do sasiadow, poganiac  z ich psem. W koncu jednak uciekla dalej i zostala zlapana i zawieziona do schroniska, pamietacie? Pod obecnym adresem uciekla tuz przed Sylwestrem, a wiec ledwie ponad miesiac temu. M. jezdzil godzine szukajac tej cholery, ale na szczescie ja znalazl.

Tymczasem w zeszly wtorek, pies "tanczyl" przed drzwiami z samego rana. Zazwyczaj wypuszczam ja nieco pozniej, kilka minut przed naszym wyjsciem na autobus. Poniewaz jednak siersciuch wyraznie dawal sygnaly, ze chce wyjsc, stwierdzilam, ze moze strasznie musi sie zalatwic. Wypuscilam, po czym poszlam na gore myc sie i szykowac do pracy. Traf chcial, ze tego dnia Bi po cos przydreptala za mna, po czym wyjrzala przez okno w sypialni.
"Mama, Maya jest w ogrodzie sasiadow!" - slysze nagle! Nosz kurna! Nie musze dodawac, ze "niewidzialny pastuch" nie powinien jej tak daleko puszczac?! Polecialam na dol malo sie nie zabijajac na schodach, a Bi tylko za mna zawolala: "Mama, ona biegnie dalej!". Wypryslam z lazienki w takim tempie, ze nawet kapcie zostawilam u gory, wiec wygrzebalam spod lawy laczki, ktore ubiera moj tata kiedy nas odwiedza i w samym szlafroku wybieglam na dwor. Dobrze, ze tego dnia bylo w miare cieplo, ale do letniej to temperaturze bylo daleko. :/ Oczywiscie pies zdazyl juz zniknac. Stalam chwile wolajac, cmokajac i gwizdzac i nic. Co bylo robic? W szlafroku za nia pobiec nie moglam, a za kilkanascie minut po dzieci mial przyjechac autobus. Wrocilam do domu, skonczylam sie szykowac i stwierdzilam, ze kiedy wsadze dzieciaki w school bus'a pojade jej szukac. Trzymalam sie nadziei, ze znow pobiegla na gore naszego osiedla, gdzie ktos hoduje kury. Wsciekla bylam jednak jak cholera, bo przeciez nie mialam calego dnia, zeby jezdzic i nawolywac psa. Musialam jechac do pracy!
Wyszlam z Potworkami na autobus, ponuro opowiadamy sasiadce i innym dzieciakom, ze pies nam zwial... az tu przybiega Maya we wlasnej osobie! Gdzies od tylu, zza domow! Mialam ochote jednoczesnie usciskac te cholere i sprac ja po wlochatym tylku! ;)
Okazalo sie, ze padla jej bateria w obrozy od niewidzialnego pastucha... M. wymienil ja po powrocie do domu i myslelismy, ze to juz koniec problemu.
Tymczasem zaraz kolejnego dnia, wrocilam z pracy, weszlam do domu i pierwsze (po uwolnieniu sie z uscisku Potworkow) pytam, gdzie jest pies. Zazwyczaj bowiem, kiedy podjezdzam, ona siedzi przed garazem i czeka. Tym razem jej nie bylo, w domu rowniez nie i wziely mnie zle przeczucia.
Tak jak sie obawialam, M. wyjrzal na dwor z jednej strony, z drugiej, gwizdal i... nic! Niewidzialny pastuch wlaczony, obroza na szyi, baterie swiezo zmienione, a ona i tak jakims cudem zwiala!
Tym razem ponownie mielismy niesamowite szczescie, bo kiedy M. wyszedl przed dom i zagwizdal po raz kolejny, Maya przybiegla gdzies z gory po drugiej stronie ulicy. Od tego czasu mamy ja bacznie na oku. Wypuszczamy tylko na kilka minut i caly czas zerkamy przez okna, gdzie jest. Skonczylo sie latanie po pol godziny i wiecej. Narazie jest zima, wiec duzo nie traci, ale kiedy przyjdzie wiosna i cieplo szkoda mi bedzie psa, ktory cale dnie spedza w domu. Nie widze jednak wyjscia. Ta ostatnia ucieczka jest bardzo niepokojaca, bowiem teoretycznie "niewidzialny pastuch" nie powinien jej wypuscic z ogrodu. A jednak uciekla. Kiedy M. zmienil baterie wyszedl na ogrod i sprawdzil czy obroza pika jak trzeba. Wszystko wydawalo sie ok, a pies i tak zdolal sie wymknac. Pytanie tylko czy jest miejsce wokol domu gdzie "niewidzialny pastuch" nie lapie, czy Maya nalezy do tych psow, ktore kiedy poczuja "zew natury" nie patrza nawet ze obroza "kopie" je po szyi tylko leca na oslep. Jesli to drugie, to mamy przekichane. Maya udowodnila juz teraz, ze ma wloczegowska nature. To nie pies, ktory bedzie sie trzymal domu. I niestety, obawiam sie, ze to tylko kwestia czasu kiedy ucieknie i juz nie wroci, a my jej nie znajdziemy, albo znajdziemy w takim stanie, ze (Iwosia, zawsze przychodzi mi na mysl Wasz Fuksik)... wole o tym nie myslec. :(

No dobrze, poki co, smutki na bok. Maya lezy sobie na swoim poslanku, wtulona w cieply kaloryfer, niczego nieswiadoma. Moze sie myle i jednak uda jej sie oszukiwac przeznaczenie do poznej starosci? ;)

Kolejna "przygoda" zeszlego tygodnia jest juz smieszna, choc nie obylo sie bez mojej irytacji na sama siebie. ;)
Otoz, w czwartek rano, jak zwykle wsadzilam dzieciaki w autobus, sprawdzilam czy Maya ma wode, pozamykalam drzwi i pojechalam do pracy. Weszlam do biura, wlaczylam komputer, rozebralam sie, siegnelam po kapsulke z kawa, po czym... mentalnie rabnelam sie reka w czache! Przypomnialam sobie bowiem, ze tego dnia Nik mial rano umowiona wizyte u dentysty!!! Mialam ja wpisana w kalendarz i zapisana w komorce. Dwa dni wczesniej otrzymalam z gabinetu maila z przypomnieniem i jeszcze mowilam o niej M., bowiem dzieci konczyly lekcje wczesniej w czwartek i prosilam, zeby wyszedl w pracy o 13, bowiem ja przyjade rano 1.5 pozniej i nie chce z kolei urywac sie przed czasem. A potem sama na smierc zapomnialam! Normalnie musialam tamtego ranka dzialac na autopilocie! :D
Na szczescie wszystko dobrze sie skonczylo. Wizyta byla dopiero na 9:30, a szkola dzieci oddalona jest o 15 minut drogi od mojej pracy. Zdazylam wrocic po Nika, ktory raptem 20 minut wczesniej zaczal lekcje, podjechac do dentysty i jeszcze musielismy 10 minut czekac.
To jednak koniec dobrych wiadomosci. Niestety, Nik ma pierwszy ubytek. Dentystka zrobila przeswietlenie zeby zobaczyc go dokladniej i na szczescie nie jest zbyt gleboki, nie mniej jednak kazala umowic sie jak najszybciej, zeby zreperowac dziurke zanim rozrosnie sie w powazniejsze dziursko. :/

Zostal jeszcze piatek... Tego dnia Bi wrocila ze szkoly... z goraczka. :( Od dwoch dni miala nieco przytkany nos i od czasu do czasu odkaszlnela, ale wygladalo to na lekkie przeziebienie i tyle. I w zasadzie nadal tak wyglada, bo po zbiciu temperatury w piatek wieczorem, goraczka juz nie wrocila. Bi ma nos czerwony od tarcia i od czasu do czasu paskudnie, odrywajaco odkaszlnie. Poniewaz jednak nie wiadomo bylo czy nie jest to cos powazniejszego, caly plan na weekend sie rypnal. Na sobote umowiona bylam z kolezanka, ktorej syn chodzi do klasy z Kokusiem w polskiej szkole. Oczywiscie nie pojechalam, tym bardziej, ze sama nie jestem do konca zdrowa. W niedziele zas Bi miala miec Mistrzostwa Ligi w plywaniu! Tu rowniez, z bolem serca (i fochem Starszej, ktora umyslila sobie, ze chce medal, ktory niewiadomo czy w ogole by wygrala :D) musielismy zrezygnowac. Juz w piatek wieczorem napisalam do trenera, ze niestety Bi jest chora i nie poplynie. Mialam watpliwosci, ale dobrze zrobilam, bo Bi rzeczywiscie w niedziele nadal byla dosc porzadnie zasmarkana i kaszlaca, a przede wszystkim nie chcialam przeziebienia zamienic w zapalenie oskrzeli...

Spedzilam wiec relaksacyjny najnudniejszy weekend jaki pamietam. :/ Sprzatalam, robilam cos z dziecmi, skladalam pranie, czytalam, upieklam ciasto... a w niedziele po poludniu spojrzalam na zegarek z mysla "Kurna, dopiero 15?! Co ja bede robic przez reszte dnia?!". Taaa... Odwyklam od takiej ilosci wolnego czasu. ;)
Za to chalupa stanowczo skorzystala. Juz pisalam kiedys, ze mam wyrzuty sumienia, bo nigdy nie mam jej calej posprzatanej w tym samym czasie. Zawsze albo sa pomyte podlogi, albo posprzatane lazienki, albo starte kurze... albo cos innego. Ale praktycznie nigdy nie jest to wszystko zrobione na raz. No to w poprzedni weekend bylo. :D

Niestety, jak wspomnialam wyzej, ja sama niedomagam. Nic specjalnego, ot lekki bol gardla i laskotanie w nosie. Ale trwa to juz od 3 dni i zero poprawy. Nie pogarsza sie, co chyba jest dobrym znakiem, ale tez nie polepsza. :/ Nik za to wlasnie jakby zaczal wychodzic z 3-tygodniowego, ciagnacego sie kataru, a teraz tylko patrzec jak zarazi sie od siostry... :/
Najgorsze w tym wszystkim, ze na nadchodzacy (dlugi) weekend mamy zaplanowany wyjazd i to taki ze spedzeniem wiekszosci dnia na swiezym powietrzu, wszyscy wiec musimy bezwzglednie wydobrzec do soboty. M. prycha ironicznie i juz namawia, zeby odwolac rezerwacje, a mi jest tak straaasznie szkoda... :/

A dzis Matka Natura zeslala nam prezent w postaci sniegu. Szkoly jak zwykle pozamykane na glucho, wiec "pracuje" z domu. :D Smieje sie, ale przezornie zapakowalam sobie stos papierow i zamierzam byc jak najbardziej produktywna. Zobaczymy jak to wyjdzie "w praniu". ;)
Jest 11 rano i snieg dopiero zaczyna niesmialo proszyc, wiec szkoly jak zwykle pozamykali na wyrost. Narzekac jednak nie bede, bo Potworki i ja nadal jestesmy lekko kaszlacy i dzien w domu na pewno dobrze nam zrobi. Zobaczymy ile tego sniegu napada i czy utrzyma sie dluzej niz jeden dzien. :D

Buzki!

7 komentarzy:

  1. Maya dzieciom nie "zjada"zabawek? ;) mojego brata pies też ma takie zapędy, im więcej ludzi tym on pierwszy i kupili mu nadajnik gps, bo rok temu ktoś chciał go sobie przygarnąć. U nas w Poznaniu przedwiośnie! Śniegu oczywiście zero, więcej deszczu. Ale plus 5/7 st tylko wiatr lodowaty. Zdrówka życzę. W województwie ful ludu chorych na grypy i grypopodobne coś :/

    OdpowiedzUsuń
  2. Zdrowia dla Was życzę! Oby do soboty przeszło i plany się udały :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Impreza 2 miesiące po urodzinach wygrała;)))
    A co do nadprogramowych dzieci, to doskonałe Cię rozumiem i mocno selektywnie podchodzę do zapraszania osób na urodziny;)) A gdy ja muszę zabrać dwoje dzieci, gdy zaproszone jest tylko jedno, to zawsze informuję o tym fakcie i płacę za drugie dziecko.

    Zdrowia i by wyjazd się udał:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wasz samochód prezentuje się pięknie - jestem pełna podziwu. Ale przyznam przyznam szczerze, że nigdy nie mogłam zrozumieć zadawania tego typu prac, skoro wiadomo, że dziecko nie jest w stanie go samodzielnie zrobić i tak naprawdę większość robi rodzic.

    Takich zachowań jak na urodzinach Nika też nie rozumiem. U Oliwki raz mama pytała czy może zostać siostra, a że dwójka odmówiła to nie widziałam problemów - ostatecznie nie została, bo dziewczynka nie chciała. Za to jak my jak jedziemy, to albo zabieramy Jasia ze sobą na zakupy, albo wchodzi też na kulki, ale to my opłacamy mu wejście i nie idzie wtedy na tort itd. Ale to też kwestia tego, że uważaliśmy, że jest za mały, żeby z nimi biegać. Raz tylko się zdarzyło, że wszedł i nie płaciliśmy, bo właśnie ktoś odwołał i mama solenizanta sama mówiła żebyśmy nie płacili, bo jest opłacone.

    Zdrowia Wam życzę, żebyście mogli wprowadzić swoje plany w życie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękny macie kominek, aż mi się ciepło zrobiło od samego patrzenia na zdjęcie. Bardzo mi się takie podobają :)

    Ja też muszę pilnować Sanczeza. Normalnie siedzi w domu i wychodzi tylko na siku i wraca, ale czasem coś się akurat robi i się go wypuści. Zawsze przy nim stałam, gdy widziałam, że biegnie w górę, w stronę drogi, ale gdy leciał na ogród - pozwalałam mu latać. Do czasu. Okazało się, że ta gnida specjalnie biegła na dół, bym spuściła gada z oka, a wtedy leciał pod ogrodzeniem sąsiadów i na wieś :D

    Od tej pory pies cieszy się ograniczonym zaufaniem, a ze mnie się Kocur śmieje, że chodzę po ogródku z książką jak nawiedzona poetka. Ale coś musze robić, gdy pies kupka :D

    OdpowiedzUsuń
  6. U nas normą jest przychodzenia na urodziny całymi rodzinami, wiekszwię grzecznie uprzedza bądź pyta o pozwolenie. Często jednak sami organizujący piszą, że zaproszenie jest również dla rodzeństwa.
    Niezłych atrakcji dostarcza wam piesior. Mam nadzieję że się opamięta.
    Zdrowka, się by plany udalo się zrealizować.

    OdpowiedzUsuń
  7. Urodziny Nika wygladaja z fotek i opisu na udane, pomimo zawirowan frekwencyjnych. 11 chlopcow i 6 dziewczynek to niezly tlumek, gratuluje ogarniecia imprezki. A co wtedy robia rodzice? Nie ma ich na przyjeciu, bo zostawiaja dzieci i przychodza je pozniej odebrac, czy siedza plotkujac w tylnej lawce, jak mamusie na zdjeciu?

    OdpowiedzUsuń