poniedziałek, 4 lutego 2019

Idzie luty, podkuj buty :D

No to mamy luty. I powiem Wam, ze jak sierpien jest dla mnie takim poczatkiem konca lata, tak luty stanowi poczatek konca zimy. Tak, tak, wiem, ze jeszcze nawet w marcu zdarzaja sie sniezyce, a tamperatury zazwyczaj odmawiaja podniesienia sie na "wiosenny" poziom, ale tak juz mam i kropka.
Moje Drogie, tak wiec WIOSNA idzie! :D Zreszta, od kilku dobrych lat, w lutym mamy anomalie pogodowe, gdzie temperatury podnosza sie do niemal letnich temperatur. Bodajaze dwa lata temu zrobilam Potworkom zdjecie na ostatniej kupie sniegu... w krotkich rekawkach. ;) Rok temu, podczas przeprowadzki, ktoregos dnia przenosilismy pudla w jednych, cieniutkich bluzeczkach. We wtorek temperatura ma dojsc do 14 stopni. W sloncu bedzie pewnie 18...

Tymczasem... kiedy zaczynam pisac, za oknem mam od dwoch dni -14 stopni (w dzien!). Dzis (piatek) temperatury maja dojsc do zawrotnych -6 stopni. ;) Nawet snieg mamy, ha! Ale spokojnie, przy temperaturach zapowiadanych na ten tydzien, wszystko zniknie. ;)

Pisze dalej w poniedzialek i juz dzis, moi Panstwo, mielismy calutkie 14 stopni! Na samym poczatku lutego! :O

Cofnijmy sie jednak do przedostatniego, czyli ostatniego styczniowego weekendu. Byla (jest) zima, bylo nawet zimno, ale nie bylo (jeszcze) sniegu. To grozilo tym, ze dzieciaki spedza weekend w domu, przed ekranami tabletow lub jeczac, ze im sie tak strasznie nuuuudziiii... ;) Recepta? Znalezc im zajecie i przy okazji samemu ruszyc dupke.
Jak wiecie, ze mnie i M. nie sa zbyt towarzyskie stworzenia. M. znajomi sa w ogole do niczego niepotrzebni, ja towarzystwo lubie... od czasu do czasu. ;) Nie dla nas wiec jezdzenie od znajomych do znajomych i z jednej imprezy na inne spotkanie towarzyskie. Zreszta, piszac o znalezieniu "zajecia" mam na mysli cos, co zapewni dzieciakom sporo ruchu i swieze powietrze jak sie da. A przy okazji, poruszac sie chce ja, bo choc okazjonalna "posiadowka" przy winku nie pogardze, to czesciej wole jednak rozruszac stare kosci. W koncu codziennie 8 godzin spedzam siedzac za biurkiem, chociaz wiec w weekend chce sprawdzic czy zostaly mi jeszcze jakies miesnie. A wnioski po tamtym weekendzie sa kiepskie, oj kiepsciutkie. W poniedzialek bolesnie czulam kazdy miesien nog, a wstawanie z krzesla odbywalo sie przy akompaniamencie stekniecia. Starosc nie radosc... :D

Co wiec takiego robilismy? To znaczy, robilam ja i Potworki, bo M. sie na nas w sumie wypial? Starzeje sie ten moj maz, mimo, ze jest tylko o 2 lata ode mnie starszy... :D Czy to znaczy, ze za dwa lata ja tez tak "zdziadzieje"? O rety...

W zasadzie byl to jeden z tych weekendow, ktore mielismy zaplanowane juz od kilku tygodni. Mialo byc chaotycznie, ale niezbyt spontanicznie. Oczywiscie, plany planami, a zycie zyciem, wiec spontan sam sie wkradl, niepytany. ;)

W sobote odbyl sie bal karnawalowy w polskiej szkole. Z tej okazji, Bi, ktora polskiej szkoly nie znosi, pedzila do niej jak na skrzydlach, zas lubiacy ja Nik, ktory za to czuje sie niepewnie przy zmianach planow oraz schematow, marudzil, ze nie chce na bal. ;) Pocieszylam syna, ze matka zglosila sie do pomocy, wiec jesli nie bedzie chcial, schowa sie za mna i nie wyjdzie do konca. Pomoglo. ;)

Tygrys i transformers :)

Swoja kandydature zapisalam do pomocy na sali i przypadlo mi w udziale robienie tymczasowych tatuazy. Cale 3 godziny spedzilam wiec przykladajac, psikajac woda i przytrzymujac malutkie karteczki do malych, pulchnych raczek. Musze przyznac, ze dzieciaki byly bardzo cierpliwe, bo niektore tatuaze byly felerne i trzeba bylo trzymac je 2-3 minuty (zamiast 20 sekund) zeby wyszly, inne zas nie wychodzily w ogole. Poza tym naprzygladalam sie brudnym i polamanym, dlugim paznokciom, co pocieszylo mnie, ze nie jest z Potworkami najgorzej. Czasem bowiem spojrze przelotnie na ich lapki i malo sie nie przewroce! ;) Zawsze mam wtedy wyrzuty, ze co ze mnie za matka, ze dzieciaki chodza z takimi szponami. Okazuje sie, ze nie ja pierwsza i nie ostatnia. ;) A kolejnym wnioskiem wysnutym przeze mnie bylo, ze maniery dzieciakow strasznie sie popsuly. Mimo, ze ja po skonczonym dziele zawsze wesolo wolalam "Prosze bardzo!", malo ktory malolat odpowiedzial "Dziekuje". :/
Przy okazji "tatuowania" dzieciarni wspaniale sobie tez poplotkowalam, bo bylo nas przy stole az szesc babek, wiec dyskusjom (glownie na temat naszych wlasnych dzieci) nie bylo konca. ;)

Bal udal sie naprawde znakomicie. Dzieciaki mialy malowanie twarzy:

Bi miala z jednej strony motylka, z drugiej kotka ;)

Tatuaze, rozne zajecia plastyczne, pokaz klauna (ktory okazal sie nudny jak flaki z olejem), zawody sportowe (ktore jednak byly marnym pomyslem, bowiem sporo dziewczynek przebranych bylo za ksiezniczki i w dlugich sukniach trudno bylo im biegac na czworaka i robic przewrotki :D):

Tutaj Nik w wyscigu w worku :D

...oraz tance z balonami. Dzieciarnia miala tez szybki poczestunek w klasach, ale bawily sie tak dobrze, ze wlasciwie do tych klas wracac nie chcialy.

Tu pojawil sie problem, ktorego nie przewidzialam. Cieszylam sie, ze Potworki tak dobrze sie bawia, jasne. Szczegolnie Bi, ktora normalnie nie znosi polskiej szkoly. Szkopul tylko w tym, ze tego popoludnia Starsza miala tez zawody plywackie! Troche zawinilam tu ja, bowiem z maili od nauczycielek, wynikalo dla mnie, ze zabawa karnawalowa odbedzie sie od 9 do 10:30, a potem dzieci wroca do klas. Zawody plywackie mialy sie zaczac o 12:20, wiec stwierdzilam, ze luzik, zawioze Potworki na bal, a o 10:30 ich zgarne, pojedziemy do domu sie przebrac, a nastepnie akurat na spokojnie dojedziemy na wyscigi. Niestety, w polskiej szkole okazalo sie, ze bal mial zajac calutki poranek, bowiem odbywala sie rotacja rocznikow miedzy atrakcjami. W zeszlym roku bowiem podobno wszystko odbywalo sie w sali w jednym czasie i byl niesamowity balagan. Jak na zlosc, rotacja odbyla sie w jakims dziwnym systemie, bowiem Potworki sa przeciez rok po roku, pomyslalby wiec ktos, ze beda przechodzic atrakcje jedno po drugim. Caly czas mialam bowiem nadzieje, ze uda mi sie ich wywabic przed tancami juz dla wszystkich klas, ktore mialy sie odbyc na koncu. Niestety, zabawa byla dla klas 0-II i najpierw pojawily sie zerowki, ale potem na dluzszy czas zniknely, a zamiast klas I, do czesci wyznaczonej na atrakcje zeszly klasy... II. Kiedy w koncu o 10:30 udalo mi sie dorwac Bi, ta rozplakala sie, ze taka fajna zabawa i ona nie chce jechac i nie chce plywac. I miala gdzies, ze juz ma wyznaczone wyscigi, ze ja zglosilam sie do mierzenia czasu, nic nie przekonywalo jej zeby porzucic bal.

Tu juz na koniec taniec wszystkich klas. Tak, ta dziewczynka przed Kokusiem jest w jego klasie i tak, ma 6 lat. Strasznie wysoka panna! :D

W zasadzie jej sie nie dziwie (choc wtedy bylam wsciekla), bo chyba kazdy 7-latek postawiony przed takim wyborem, wybralby impreze. ;)

Na szybko wyslalam wiec maila do trenera zawiadomic, ze Bi nie bedzie oraz przeprosic, ze powiadamiam w ostatniej chwili. A najlepsze, ze kiedy dojechalismy w koncu do domu po godzinie 13 i jeszcze raz zaserwowalam Bi wyklad, ze tak sie po prostu nie robi, ona niefrasobliwie oznajmila, ze "No to teraz mozemy jechac!". Taaa... Tym razem zawody byly w miasteczku oddalonym od naszego o 40 minut i to bez korkow, ktore sa na tamtej trasie, w sobote popoludniu wiecej niz murowane. Zanim bysmy dotarli na miejsce, byloby po polowie zawodow... :/

Co bylo robic z nagle wolnym popoludniem? Poniewaz od kilku tygodni szykowalam sie, ze spedze go na basenie, teraz jakos nie pasowalo mi poswiecenie go na tance z odkurzaczem oraz mopem, choc chalupa stanowczo o to prosila. ;) Wybralam zabranie Potworkow na lodowisko. O dziwo, Nik byl pierwszy chetny, ale Bi stwierdzila, ze woli zostac w domu. Byl oczywiscie ku temu powod, a imie jemu - tablet. :) W ciagu tygodnia dzieciaki maja dostep do elektroniki skrupulatnie ograniczany, w weekendy jednak daje im wiecej swobody pod tym wzgledem. Zaraz wiec po powrocie z polskiej szkoly, Bi zadowolona zasiadla na kanapie z tabletem i nie miala ochoty go odkladac. Dopiero kiedy M. uswiadomil ja, ze owszem, moze zostac w domu ale na pewno nie spedzi kolejnych dwoch godzin z nosem w ekranie, z fochem zgodzila sie jechac jednak lyzwy. ;)

M. oczywscie stwierdzil, ze chyba mi odbilo pchac sie na ten ziab (nawet mrozu nie bylo!), wiec zostal w domu, pojechalam wiec sama z Potworkami i cala nasza trojka swietnie sie bawila. :) Jestem naprawde pod wrazeniem umiejetnosci Potworkow! Bi jezdzi juz tak pewnie, ze upadla moze ze dwa razy, a Nik zapierdziela jak wyscigowka!

 Speedy Gonzales ;)

Rzecz jasna, przez to, ze tak pedzi, co chwila lezy, ale nic sobie z tego nie robi. Wywroci sie, wstanie, otrzepie (albo i nie) i... pedzi dalej. :) W szoku jestem, bo to byl przeciez dopiero jego trzeci raz kiedy odwazyl sie jezdzic bez "balkonika"!
Najwazniejsze jednak, ze oboje lubia i maja troche ruchu oraz swiezego powietrza. Zamkniete lodowiska jakos mnie nie ciagna. :)

Nie pytajcie mnie co to za poza ;)

Na niedziele plany rowniez mielismy juz od kilku tygodni. Jestesmy czlonkami klubu narciarskiego i zrzeszenie wszystkich klubow w naszym Stanie, wlasnie w miniona niedziele organizowalo impreze na jednym z naszych lokalnych stokow. Impreza polegala na tym, ze dzieci mialy dwie godziny darmowych lekcji narciarstwa, a rodzice znizkowy (50%!) bilet na caly dzien. Na koniec serwowana byla pizza, salatki oraz napoje.
Wiele sobie w zwiazku z tym wydarzeniem obiecywalismy i jak to bywa, troche sie rozczarowalismy. Znaczy sie, ja troche, M. mocno. ;) Zapisujac bowiem dzieci, trzeba bylo okresic na jakim sa poziomie. Poniewaz wzielismy ich na stok 3 tygodnie wczesniej i okazalo sie, ze praktycznie ucza sie jezdzic od nowa, wpisalam im odpowiednio poziom 2 i 3 (na 8 mozliwych). W opisie poziomu 3 bylo wpisane, ze dziecko potrafi wjechac wyciagiem krzeselkowym. Uznalam wiec, ze na tym poziomie Bi powinna juz cwiczyc na gorce dla poczatkujacych. A guzik! Przekazalismy dzieciaki grupie trenerow i patrzylismy z zaskoczeniem, ze Bi zabrano na taka plaska osla laczke, razem z Nikiem.

Nik probuje swoich sil :)

Pomyslalam, ze moze chca sprawdzic jak sobie dzieciaki radza i potem rozdzielic pod wzgledem poziomu, ale nie. Mimo ze widzialam grupke dzieci mniej wiecej w wieku Bi jezdzacych slabo, ale cwiczacych na normalnym, zielonym stoku, ona zostala na dwie godziny na tej "lace".

A tu Bi usiluje chociaz sie rozpedzic ;)

Mysle, ze wszystko wyniklo z tego, ze impreza byla dla klubow narciarskich z calego Stanu, mieli naprawde mase dzieciakow i zapewne za malo instruktorow. Na zamknietym terenie szkolki narciarskiej latwiej dzieci upilnowac, w "teren" zas musialoby jechac przynajmniej dwoch instruktorow na malutka grupke dzieci. O ile ja stwierdzilam, ze czegos na pewno sie naucza (a w koncu lekcje byly darmowe, znacie zas przyslowie o darowanym koniu), o tyle M. sie wsciekl, oswiadczyl, ze powinnam zrobic awanture i zabrac Bi z tamtad (no tak, on sie wscieka, a ja mam robic afere, niedoczekanie! :/), po czym... byl tak nabuzowany, ze oswiadczyl, ze on jezdzic nie bedzie. A mial i buty i narty spakowane, zas za taka cene to raczej dlugo nie pojezdzimy, no ale jego wybor...

Ja skorzystalam i choc wtedy zostalo raptem 1.5 godziny, a poza tym smutno bylo mi troche jezdzic samej, to w ogolnym rozrachunku dobrze sie bawilam. Przez kolejki do wyciagow zdazylam co prawda zjechac tylko dwa razy z gorki dla poczatkujacych (na rozgrzewke), a potem kolejne dwa razy z zielonego stoku i czulam lekki niedosyt, ale co tam. :) Przekonalam sie, ze miesnie nog mam w zaniku, ale za to nowe buty sa rewelacyjnie wygodne. I nie moge sie doczekac kolejnego razu na stoku. :)
A co do nauki Potworkow, to (oczywiscie :D) mialam racje. Dobra, Bi w sumie nie wiem, bo po odebraniu jej z zajec, oswiadczyla, ze nogi ja bola i juz jezdzic nie chce, natomiast Nik chetnie pojechal ze mna juz na normalny stok dla poczatkujacych. Wjechalismy wyciagiem krzeselkowym, z ktorego bez problemu wysiadl, a potem zjechal pieknie trzymajac pozycje plugu, aka pizzy. ;)

Z drogi sledzie, bo Kokus jedzie! :D

W porownaniu z tym, co zaprezentowal poprzednim razem, to bylo niczym niebo i ziemia. Czyli lekcje, nawet na niemal plaskiej lace, cos zawsze daja. ;)

Miniony tydzien za to przyniosl dwie niespodzianki - pogodowa oraz zdrowotna. Na wtorkowe popoludnie zapowiadali niewielkie opady sniegu. Nasze miasteczko jak zwykle znalazlo sie na pograniczu i prognozy same nie wiedzialy czy spadnie nam tego sniegu sporo, czy nic. ;) Zajecia pozalekcyjne zostaly odwolane, w niektorych miasteczkach szkoly wczesniej skonczyly lekcje, tymczasem snieg zaczal padac duzo, duzo pozniej... Prognozy sklanialy sie raczej ku opcji "nic", wiec niefrasobliwie uznalam, ze nie mam co sie szykowac na prace z domu. Blad! Matka powinna byc gotowa na wszystko! Pomijajac bowiem pogode, we wtorek wieczor Nik dostal goraczki! To znaczy w sumie to nie do konca, bo mial 37.8. Malzonek moj oczywiscie gderal, ze to na pewno przez te narty, ze na pewno przemarzl i teraz sa efekty. Smaczku dodawal fakt, ze tego samego dnia rano, Nik wzial ostatnia dawke antybiotyku na zapalenie ucha,a  tu wieczorem stan podgoraczkowy! Humory byly wiec wisielcze, bo M. otwarcie winil mnie, ja zas uparcie twierdzilam, ze zlapal jakiegos wirusa i to na bank nie na nartach, tylko w szkole, polskiej szkole badz w kosciele. Wirusy lapie sie w miejscach publicznych, nie na stoku. ;)

W kazdym razie, wiedzialam juz, ze kolejnego dnia bede udupiona w domu z chorym dzieckiem, wiec nie przejmowalam sie za bardzo sytuacja za oknem. Tymczasem snieg mial zaczac padac o 16, zaczal o 18, ale jak juz opady ruszyly, to nagle zrobilo sie bialo, a puchu uparcie przybywalo. Okazalo sie, ze rzeczywiscie znalezlismy sie na pograniczu. Pekalam ze smiechu kiedy wymienialam smsy z moim tata, ktory nie mogl uwierzyc, ze mamy juz z 15 cm, kiedy u niego ledwie zakrywalo trawe. Tata mieszka niecale 12 km od nas, a roznica byla diametralna! Az poprosil mnie o zdjecie, bo chcial wyslac swojemu szefowi, ktory mieszka w miasteczku okolo pol godziny drogi od nas, w ktorym to w tym czasie padal... deszcz. ;)

To wlasnie zdjecie wyslalam jako material dowodowy. ;) Stan z 21 wieczorem...

Kolejnego dnia szkoly opoznily poczatek lekcji o 2 godziny, ale Bi byla bardzo rozczarowana, ze nie oglosili dnia wolnego od zajec. ;) W sumie spadlo nam okolo 30 cm, wiec sama bylam zaskoczona. A potem wsciekla, bo na popoludnie zapowiadali przelotne sniezyce i postanowili skonczyc lekcje o godzine wczesniej. W rezultacie dzieciaki poszly do szkoly na okolo 3 godziny! Bez sensu, mogli juz zamknac kompletnie. Przez wiekszosc dnia bylo zreszta piekne slonce i nie bardzo dowierzalam prognozom. Jak to jednak bywa w Nowej Anglii, nagle, o 16 sie zachmurzylo, a godzine pozniej zaczelo sypac i to tak, ze chwilami nie widzialam sasiedniego domu. Az zastanawialam sie, czy jechac z Bi na basen, w koncu jednak pojechalam, bo to doslownie dwie minuty drogi. A powinnam byla jednak zostac, ale nie uprzedzajmy wypadkow. ;)

Cala srode temperatura Kokusiowi doslownie skakala. Az zastanawialam sie czy to nie moj termometr. Rano byla normalna, w poludnie podskoczyla do 37.4 i podejrzewalam, ze na wieczor bedzie juz bardzo wysoka. Tymczasem o 17, termometr znow pokazal normalne 36.6, za to przed samym snem rowne 37.0. Ki diabel? ;) W kazdym razie zaryzykowalam, nie podalam mu na noc syropu (mimo, ze M. naciskal, ze jest potrzebny) i okazalo sie, ze goraczka juz nie urosla.
Za to wieczorem, pod koniec treningu, Bi wyszla z basenu trzesac sie jak galareta, szczekajac zebami i marudzac, ze juz nie chce plywac. Wlaczyla mi sie czerwona lampka, bowiem chociaz woda jest chlodna, to temperatura wokol basenu jest tam potwornie wysoka i jeszcze nie zdarzylo sie zeby Bi bylo zimno. Cos mi jednak nie gralo i kazalam Bi nie wyglupiac sie i wracac do wody. Bi poszla z fochem, ale po skonczonym treningu nadal cala sie trzesla, nawet wytarta i ubrana w sweter, spodnie oraz kurtke i czapke. Okazalo sie, ze czesciowo plywac nie chciala bowiem trener zwrocil jej uwage, ze ma plynac, a nie stawac, ona zas stawala bo bolaly ja nogi. Tu zapalila mi sie kolejna lampeczka, bo kiedy Nikowi temperatura szla we wtorek do gory, tez skarzyl sie, ze nogi go bola. W domu Bi nadal trzesla sie skulona pod kocem, a termometr pokazal 37.9. Ech.

W czwartek zostalam wiec w domu z dwojka dzieci i stwierdzilam, ze poniewaz Nik ma za soba dwa dni stanu podgoraczkowego, wypadaloby pokazac ich oboje pediatrze. Poza skaczaca temperatura, oboje od czasu do czasu musieli odkaszlnac, a Nikowi dodatkowo cieklo z nosa. No i dopiero co byl po zapaleniu ucha... Poza tym niepokoil mnie ten bol nog i zastanawialam sie czy to przypadkiem nie lagodnie przebiegajaca grypa.
Wizyta u lekarza czesciowo mnie uspokoila, czesciowo zaniepokoila. Dobra wiadomosc - to nie grypa! :) Zla wiadomosc - mimo, ze ucho Kokusia wyglada juz dobrze, ciagle widoczny w nim byl plyn. Moze sie wiec okazac, ze nadal sie nie doleczylo. Na tym etapie pediatra nie potrafila mi powiedziec, w ktora strone moze to pojsc... Ja trzymam kciuki, zeby to byly tylko pozostalosci po zapaleniu... :/

Dzieci zafundowaly mi wiec dwa dni pracy z domu i znow doszlam do wniosku, ze to nie dla mnie. No nie powiem, fajnie bylo w srode odprowadzic Bi na autobus w dresie i bez malowania oka, a w czwartek w ogole siedziec przy laptopie w pizamie do 10 rano. Pierwszego dnia jeszcze mi praca jakos szla, choc odbywalo sie to kosztem Kokusia, ktory wiekszosc dnia ogladal bajki. Nie mniej, ciagle cos mi wpadalo do glowy. A to zmywarka do rozladowania, pranie do wstawienia, tu cos przetrzec, tam ogarnac, dziecku chociaz cokolwiek do jedzenia wcisnac, itd. W czwartek juz praca nie szla mi kompletnie, tym bardziej, ze dzien rozbity byl przez wizyte lekarska... Nie potrafie sie skupic z dziecmi w domu, tym bardziej, ze kiedy bylo ich dwoje, ciagle wybuchaly klotnie i co chwila ktores jeczalo, ze jesc, piciu i sryciu. Kiedys trafil mi sie za to dzien, gdzie czulam na tyle zle, ze nie poszlam do pracy, ale na tyle dobrze, ze bylam w stanie przegladac papiery w domu. I to juz byla bajka! Dzieciaki wsadzilam w autobus, a potem zasiadlam przy stole w jadalni. Bedac sama, moglam spokojnie skupic sie na pracy i (prawie) uciszyc wyrzuty sumienia, ze nie ogarniam chalupy. Tak dalabym chyba rade pracowac. Ale nie mam pojecia jak robia to mamy, ktore posiadaja male, nie uczeszczajace do placowek dzieci. Chyba, ze pracuja po nocach. Tak czy owak, dla mnie niewykonalne. :)

Skonczylo sie zas tak, ze w czwartek juz ani jedno ani drugie stanu podgoraczkowego nie mialo, a za to roznosila ich energia. Za zgoda pediatry wyslalam wiec oboje do szkoly w piatek, sama zas wrocilam z ulga do biurka i kompa w pracy. :)


I na tym lepiej skoncze. Moglabym napisac jeszcze o minionym weekendzie bo znow sie dzialo, ale znow stworzylam tasiemca, lepiej wiec tutaj przerwac i dokonczyc kolejnym razem. :)

13 komentarzy:

  1. Co się dziwić, że chorzy jak temperatura tak skacze. U nas w Poznaniu kilka dni było wręcz wiosny +10, +7 a dziś znowu zimna jesień, bo szaro ponuro i zimno.
    Też już odliczam do wiosny.. Do choćby +10 na dłużej 😂. Nam nie dane było tej zimy nacieszyć się śniegiem.. Jak się pojawia tak znika w ciągu kilku godzin.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ladnie bylo znowu - ale sie wynartowaliscie i wylyzwowaliscie. Pozazdroscic.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dla mnie też luty oznacza zbliżającą się wielkimi krokami wiosnę! Obojętnie czy mamy akurat śnieg, pluchę czy słońce ;)
    Podobają mi się Wasze aktywne weekendy. Ja na nartach jeździć nie umiem ale jak tylko Michalinka podrośnie, chciałabym zacząć jakiś rodzinny kurs :) Ale najpierw zadowolę się łyżwami. Brawo dla Potworków, że tak świetnie sobie radzą :)

    OdpowiedzUsuń
  4. U Nas tez raz zimno,raz zimniej. Raz mokro,raz sucho. Dziwna ta pogoda. O sniegu jednak mozemy zapomniec :-) moj M.probowal pracowac z domu bez chlopakow,a i tak mu nic nie wychodzilo,bo najzwyczajniej dom kojarzy mu sie z odpoczynkiem i nabieral lenia :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Lusia też w ten weekend zaliczyła zapalenie ucha, a ja głupia początkowo myślałam, że to zęby. Ale to pierwsze zapalenie ucha w mojej rodzicielskiej karierze, sama też nigdy nie miałam.
    Oby Potworki już wyszły na prostą z chorobami, w końcu wiosna idzie ��

    OdpowiedzUsuń
  6. Oj Agata, ta pogoda..u nas wiosna, za chwile zima i czlowiek sie z choroba rozkracza, a co dopiero dzieci. Zdrowka, na dzis i na zapas!
    Fajnie, ze inwestujesz czas i energie o kosztach nie wspominajac "inwestujac" w Potworki- to sie naprawde zwraca.
    Widze po moich Piklakach.
    Chorobowo pozdrawiam z wiosennego Niemcowa!

    OdpowiedzUsuń
  7. Dla mnie z kolei to początek marca jest już takim wyraźnym początkiem końca zimy i czuję się już jedną nogą w krainie zwaną wiosną :D Rzeczywiście anomalia pogodowe strasznie, od -14 do +14... U nas też pogoda fiksuje, ale nie aż tak. Śniegu porządnego w tym roku nie mieliśmy, jakieś takie byle co i aż żal mi patrzeć, że Lila która porządnej zimy nie zna, cieszy się strasznie nawet z tego "byle gówna"... Już mamy w planach na przyszłe ferie jechać w góry, żeby zobaczyła i poczuła zimę na własne oczy :D ręce i tyłek :D
    Nie wiem czy słyszałaś, ale rzeczywiście- mężczyźni starzeją się szybciej niż kobiety. Do tego pewnie dochodzą jakieś cechy charakteru i masz potem tak, jak z Twoim M. Po Marcinie też zaczynam to powoli widzieć. O ile do wyjść z domu aż tak nie trzeba Go jeszcze namawiać i wyciągać na siłę (choć już też się zdarzyło), o tyle zaczyna marudzić jak stary dziad :) A już tyrady, którymi raczy Elizę, mam zawsze ochotę podsumować słowami: zapomniał wół, jak cielęciem był!
    Bal super, dzieci zazwyczaj lubią takiem imprezy, syna co prawda nie mam, ale po chłopcach z przedszkola widzę, że Im jednak zdarza się na pewno podchodzić do takich imprez z mniejszym entuzjazmem :) Lila też pewnie by protestowała, gdybym chciała wyrwać Ją z takiej imprezy i zawieźć na zawody. Dzieciaki! Co zrobisz :)
    Jestem pod wrażeniem jazdy Nika. Lila co prawda była tylko raz, ale z jeżdżeniem to nie miało nic wspólnego, prawie leżała na tym pchaczu :)
    Martwi mnie to uszko Nika, bo często Mu się przecież zdarza łapać te infekcje :(
    Dziękuję za zmotywowanie mnie do napisania :) Postaram się poprawić! Tymczasem post styczniowy czeka :) Wyrobiłam się. Jupi!

    OdpowiedzUsuń
  8. Jestem pod wrażeniem jazdy na lodzie Twoich Potworków:) WOW!
    Co do balu w polskiej szkole, to mimo, że tam nie chodzimy, to co roku jesteśmy tam zapraszani;) I co roku jest tak samo - zbyt głośno i ciemno. Jesteśmy tam max. 1O minut i zazwyczaj to Marta zaczyna płakać Mamelek też zachwycony nie jest) i po imprezie. W tym roku powiedziałam, że kategorycznie zostaję w domu, bo nie widzę w tym żadnego sensu. MąŻ się jednak uparł. Skończyło się OCZYWIŚCIE jak zawsze. Tym razem byliśmy tylko 5 minut...

    OdpowiedzUsuń
  9. byłabym rozczarowana gdyby nie było tasiemca, uwielbiam :)

    OdpowiedzUsuń
  10. U nas jakieś resztki śniegu są jeszcze, w nocy -1C, w dzień +1C od kilku dni, ale przez trzy dni padał śnieg więc się jakoś utrzymywał. ogólnie w ferie nie brakowało go, Tymon ma już chyba dosyt w końcu i to najważniejsze. ja za wiosną jeszcze nie tęsknię, bo wiem ile zaraz będzie pracy w ogrodzie ;)
    jest dobrze, może jeszcze być zima dla mnie :p

    Postępy Nika imponujące, dzieciaki szybko łapią jak chcą takie rzeczy. Brawa dla niego. Moi idą jak burza na łyżwach, bo im się to podoba. Na nartach myślę, że może też by im to szło, ale w końcu nie wypróbowaliśmy, plany się nieco rozmyły.

    Wy już po balu, u Tymona też już był, u Toli dopiero 22.02. Piękne przebrania :)

    Zdrowia i raz jeszcze zdrowia. Ja nie chcę zapeszac, ale moi jeszcze w tym roku nie zachorowali, także ciiiii ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Ale obiecujesz z tą wiosną? bo mam dość :P
    Buziaki <3

    OdpowiedzUsuń
  12. Intensywnie u Was i wiele się działo. Takie dni i wspólnie spędzony czas z pewnością jest niesamowity. Ja osobiście uwielbiam takie wypady :)

    Dlatego ja wstaję o 4.40 i pracuję do 6.40 (jeśli Oliwia idzie na rano), albo do 9 (gdy idzie na popołudniu). Nie umiem pracować jak oni nie śpią, chyba, że cicho bawią się w pokoju, to mogę np. przeczytać to co napisałam i wysłać.

    OdpowiedzUsuń
  13. Zdrówka Wam życzę!
    Mam nadzieję, że z tą wiosną masz rację.... niby wczoraj czułam w powietrzu taki wiosenny powiem, ale co z tego, jak dzisiaj śniegiem smaga :(

    OdpowiedzUsuń