piątek, 6 lipca 2018

Swieto Niepodleglosci w ukropie

Witam w lipcu! :)

Nasz czerwiec zakonczyl sie goracem i tak tez zaczal sie siodmy miesiaczek roku. Upaly rozpoczely sie niesmialo, bo temperatura okolo 28-29 stopni, ale nadal chlodnymi nocami oraz niska wilgotnoscia. Codzien wieczorem toczylam walke o wlaczenie klimatyzacji i codziennie ja przegrywalam, kiedy tesciowa otwierala drzwi na taras i oznajmiala: "Ale po co, zobacz jakie idzie zimne powietrze!". Te "zimne" powietrze mialo okolo 22 stopni. Ale w porownaniu z 27 w chalupie rzeczywiscie wydawalo sie chlodne. ;) Dopiero w sobote, kiedy wilgotnosc skoczyla do 85%, nastapila kapitulacja. Tesciowka, po wyjsciu spod prysznica zaczela narzekac, ze taka mamy wilgoc, ze nie moze wysuszyc wlosow. Suszarka dmucha i dmucha, a one dalej wilgotne. :D Oczywiscie tylko na taki komentarz czekalam i z triumfem polecialam na gore przelaczyc termostat na chlodzenie. ;) Zeby nie bylo, sama jestem zmarzluchem i klime mam nastawiona na 24 stopnie, ale w porownaniu z temperatura na zewnatrz to i tak ogromna ulga. W niedziele, termometr w aucie pokazal, ze jest... 41 stopni! :O

Konkretnie to bylo 106 F. ;) I jak widac, zblizal sie juz wieczor, ale ukrop nie mial zamiaru odpuszczac...

Oprocz chlodzenia, klimatyzacja dodatkowo wysusza powietrze, co jest po prostu nieocenione, bo znika to ohydne uczucie, ze mieszkamy w tropikalnej dzungli i nawet jak siedzi sie i nic nie robi, pot splywa po du... czole. ;)
Nic wiec dziwnego, ze w miniony weekend spedzilam z Potworkami sporo czasu na basenie. ;) Chyba wspominalam juz, ze mamy basen publiczny doslownie 3 min jazdy od naszego domu, w parku, do ktorego kiedys sie wybralismy w poszukiwaniu placu zabaw?

Dac im odrobine wody i jest pelnia szczescia :)

Niestety, basen lezy zaraz poza granica naszego miasteczka i za wstep musimy uiszczac oplate dla nie-rezydentow. :( To nie jakas fortuna, ale $24 za mnie i dzieciaki ($8 od osoby) kazdego dnia, zeby 2 godzinki pochlapac sie w basenie, szybko stalo sie dosc pokazna sumka. :/ Zauwazylam, ze sporo osob, zeby wycisnac z oplaty jak najwiecej, bierze koce, jedzenie i spedza tam wiekszosc dnia, jednak jakos to do mnie nie przemawia. To tylko tak naprawde jeden basen (drugi jest dla maluszkow), zadnych atrakcji w rodzaju zjezdzalni i w dodatku praktycznie zero cienia. Ogolnie baseny ladne, duze i czyste, ale chyba przeniose sie z Potworkami do najblizszego parku stanowego ze stawem z wydzielona plaza. Co prawda to juz 20 min jazdy, ale za to wstep za darmo. ;)

Potworkom oczywiscie wsio ryba gdzie sie chlapia, byle by woda byla. ;) Basen jest fajnie urzadzony, bo od wiekszego i glebszego odchodzi jakby mniejsze kolko , w ktorym woda jest dosc plytka. W najplytszym miejscu siega Nikowi do pach, w najglebszym lekko mu juz zakrywa glowe. Dzieki temu szybko nabral pewnosci w wodzie.

Nie ludzcie sie patrzac na te drzewa i cienie. Zdjecie zrobione bylo o 5:30 po poludniu. W srodku dnia slonce stoi wysoko, a cien jest tylko pod widocznymi pawilonami, mieszczacymi maksymalnie dwa lezaki...

Pierwszego dnia - w piatek zbiegal po schodkach i skakal do wody nasladujac siostre, tyle ze ona natychmiast nurkowala, a on wyciagal szyje jak najwyzej, byle nie zamoczyc glowy. ;) Juz w niedziele zas (czyli 2 dni pozniej), znow biorac przyklad z Bi, skakal do basenu w miejscu gdzie w ogole nie czul nogami dna! Stalam obok i asekurowalam, ale szybko przekonalam sie, ze moj syn zaczyna plywac! Jego styl nazwalabym, hmm... rozpaczliwym (:D), bo gwaltownie wymachuje ramionkami na "pieska", ale to juz poczatek. ;) Wazne, ze przez te kilka sekund jest w stanie utrzymac sie na powierzchni. Od czegos trzeba w koncu zaczac. ;)
A od soboty znow zapisalam Potworki na lekcje plywania. Musze kuc zelazo poki gorace. ;)

W srode tego tygodnia trafilo nam sie Swieto Niepodleglosci i dzien wolny. Szkoda, ze w samym srodku tygodnia, ale jak sie nie ma co sie lubi... Dobry i jeden dzien. ;)
Mimo, ze byl to srodek tygodnia, chcielismy spedzic ten dzien rodzinnie. Gdzies pojechac, zapewnic Potworkom jakies atrakcje... Pierwszym pomyslem bylo zoo, ale ten dosc szybko sobie odpuscilismy. To byl bowiem juz kolejny dzien, kiedy zapowiadano prawie 33 stopnie (a w sloncu jeszcze wiecej) przy 85% wilgotnosci powietrza. Na mysl o lazeniu przez kilka godzin w "dzungli", czulam jak samoistnie sie roztapiam.
Potem uznalam, ze w taki ukrop nie ma jak posiedziec na plazy. Tam zawsze bedzie kilka stopni chlodniej oraz przyjemna bryza. M. troche stawal okoniem, ale w koncu go przekonalam. Juz mialam wyciagac z kempera wszystkie nasze plazowe klamoty, kiedy moje plany popsul... telefon. Cos ostatnio nie mam szczescia do tego sprzetu... ;)
Nie wiem czy pamietacie, ale jakies dwa miesiace temu popsula mi sie komorka. Po prostu pewnego dnia sie nie wlaczyla i juz. Nawet uprzejmym ludziom w sklepie Apple nie udalo sie jej reanimowac i dostalam nowa. Co mnie jednak w tej nowej wkurzalo, to to, ze miala strasznie malo pamieci. Dla mnie, ktora porzucila juz dawno aparat fotograficzny na rzecz telefonu, bo zawsze mam go przy sobie, bylo to niemozliwie irytujace. Co chwila musialam kasowac stare fotki, zeby zrobic miejsce na nowe. Po usunieciu wszystkich kwiatkow i krajobrazow, zostawaly zdjecia dzieci, ktore z bolem serca musialam po kolei wywalac, zeby moc pstryknac kolejne. Dopiero moj malzonek pomyslal i sprawdzil, ze srajfon mial tylko 16 GB pamieci. On wlasnie sprawil sobie najnowszy model, wiec zaproponowal, ze odda mi swoja 8-emke, ktora mial poczatkowo sprzedac. Strasznie nie lubie zmieniac telefonow, bo od nowa musze sobie wszystko ustawiac i wgrywac, nawet jesli jest to nadal srajfon. Problem z tym, ze pamiec na iCloud skonczyla mi sie w lutym, wiec wszystkie dodatkowe zdjecia, notatki i zapiski z kalendarza, musze przenosic recznie. Ale ze wizja wiekszej pamieci byla niezwykle kuszaca, zgodzilam sie. ;) Poprzenosilam wszystko, powkurzalam sie nieraz przy tym nieziemsko (nie pamietalam hasel, wiec musialam szukac karteluszkow, na ktorych mialam je zapisane), pouzywalam telefon przez kilka dni i... okazalo sie, ze nie da sie z tym zlomem funkcjonowac! Nie wiem jak M. wytrzymal ostatnie dwa tygodnie!
Zaczelo sie juz na kempingu, kiedy komorka nalezala jeszcze do M. Probowal on dzwonic do rodzicow, zeby sprawdzic czy wszystko ok i nie mogl sie polaczyc. Wolal "Halo!" w sluchawke, oni odkrzykiwali "Halo, HAAALO!!!" i tak sobie krzyczeli, az w koncu jedna strona poirytowana sie rozlaczala. Albo M. nie slyszal rodzicow, albo oni jego. Dopiero za 3-4 razem mogli pogadac. Poniewaz jednak bylismy na koncu swiata gdzie ledwie byla jedna kreska zasiegu, zwalilismy to na slaba siec. Dziwne tylko, ze z mojego telefonu M. dzwonil bez problemu, hmmm...
Wrocilismy do domu i chociaz przy rozmowach slychac bylo halasy i nieraz pytalam M. gdzie on jest, ze tak piszczy i szumi mi w sluchawce, ale dalo sie wytrzymac. Az kilka dni temu przejelam ten telefon, przekopiowalam wszystkie pliki ze starego, ucieszona zaczelam go uzytkowac i... zonk.
O matko i corko! To byl koszmar! Wszyscy, ktorzy ze mna rozmawiali, pytali, czy jestem na zewnatrz, bo mysleli, ze to wiatr hula mi w sluchawce. Ja ze swojej strony slyszalam delikatne "pykanie". Nie bylo to szczegolnie uciazliwe, ale dodatkowo nie slyszalam wyraznie co ktos do mnie mowi. Dla mnie brzmialo to, jakby ktos zakryl sobie usta dlonia i tak ze mna rozmawial. Rozumialam ogolny sens, ale kazdego slowa juz nie wylapywalam.
Telefon mialam cale 3 dni, kiedy stwierdzilam, ze dalej tak nie pociagne i albo musze wrocic do starego (2-miesiecznego, haha!), albo musze sie przejechac do Apple, zeby zobaczyli co mu dolega. Na szczescie na wizyte mozna umowic sie internetowo. ;) Niestety, najblizszy termin mieli na popoludnie wlasnie swiatecznego dnia. Musielismy pozmieniac wszystkie plany, ale wyszlam (znowu!) z nowym telefonem! :) Okazalo sie, ze w starym - nowym padl dolny mikrofon, usterka jest nie do naprawy i wymienili mi go na nowke niesmigana. Licze, ze ta zostanie ze mna dluzej, bo to przeciez juz moj drugi telefon w ciagu 2 miesiecy i trzeci w troche ponad rok! :D

Moja wizyta w Apple niestety wymusila na nas zmiane planow na wolny dzien. Na plaze nie bylo sensu jechac, bo to na tyle daleko, ze siedzielibysmy jak na szpilkach, co chwila sprawdzajac godzine i stresujac sie, zeby na drodze nie bylo korkow. M. rzucil propozycje pobliskiej farmy, Bi uslyszala i ucieszyla sie, ze przejedzie sie na kucyku i tak klamka zapadla. Pojechalismy i nawet udalo sie wyciagnac babcie i dziadzia na mala wycieczke. Niestety, mimo ze specjalnie wybralismy sie z rana,  bylo tak wilgotno i goraco, ze plulam sobie w brode, iz nie uparlam sie jednak na plaze. Nie dosc, ze splywalismy potem, nie dosc, ze wiekszosc zwierzakow pochowala sie w cieniu z dala od zwiedzajacych, to okazalo sie, ze przejazdzki na kucykach sa tylko w weekendy! Bi zaczela plakac, a ja nie moglam tego pojac: owszem, byla sroda, ale dzien swiateczny! Wiekszosc osob mialo wolne, na pewno mieli duzo wiekszy ruch niz na codzien, juz mogliby urzadzic te przejazdzki! :/ Dodatkowo, farma prowadzi polkolonie (ktore o dziwo byly czynne w swieto) i dla tamtych dzieciakow przejazdzki sie odbyly, co wywolalo kolejna fale rozpaczy (i pretensji) u Bi.
No ale coz. Pochodzilismy, nakarmilismy te zwierzeta, ktore zechcialy do nas wyjsc (na szczescie byl ranek, wiec po nocy byly jeszcze glodne)...

Jak ten piekny kon pociagowy. Nie widac tego na zdjeciu, ale byl naprawde ogromny, a przy tym niezwykle delikatny

Po nakarmieniu wiekszego inwentarza (najbardziej lakome byly kozy, wspinajace sie na ogrodzenia, zeby pierwsze dopchac sie do zarcia), Potworki usilowaly wywabic spod traktora kure. ;)



Ta sie nie dala, ale nieco dalej, przy wejsciu do kurnika dorwali nieco smielszy egzemplarz, ktory za troche ziarna dal sie nawet poglaskac. :D



Nastepnie weszlismy do sklepiku, gdzie maja zazwyczaj balie pelna kurczaczkow.

Jak bylo goraco mozna zobaczyc po buzi Bi - czerwonej i blyszczacej od potu. Podejrzewam, ze ja sama nie wygladalam duzo lepiej :D

Tam to juz byla istna sauna i po kilku minutach zaczelam przekonywac Potworki do wyjscia, ale nie chcieli porzucic puchatych kuleczek. W koncu przekupilam ich lodami, ktore milosiernie sprzedawali w sklepiku. :D

Na farmie maja tez kilka miejsc na tematyczne zdjecia:

Nik nie mogl dosiegnac do otworu na glowe "farmera", ale kiedy zaproponowalam, zeby sie zamienili, oburzyl sie, ze nie chce byc dziewczyna. Maly seksista! :D

Ale z byciem swinka nie mial problemu:



Wracajac, planowalam zajechac nad pobliski staw, zeby Potworki mogly schlodzic sie w wodzie. M. przypomnial mi jednak, ze dwa dni wczesniej rozlozylismy nasz basen. Planowalam wody nalac tylko troche, zeby zobaczyc czy bardzo bedzie splywac na jedna strone. Mimo bowiem, ze wybralam najbardziej plaski kawalek ogrodu, to do idealnego poziomu troche mu brakuje. Lalismy te wode i lalismy, bo wydawalo nam sie, ze powinno byc ok, az w jednym koncu basen sie caly napelnil. Niestety, teren jest tam jednak zbyt pochyly dla basenu wyporowego, czy jak to sie zwie. Pochylosc jest minimalna, ale roznica poziomow sprawia, ze jedno z wejsc do pompy jest ponad powierzchnia wody, a to z kolei nie pozwala na jej wlaczenie. Poczatkowo myslelismy o spuszczeniu wody i przekreceniu basenu, zeby odplyw znalazl sie pod woda, ale niestety, basen tez wyraznie przechyla sie na ta napelniona strone i grozi peknieciem. Poza tym, zauwazylismy, ze idealnie nad basenem sterczy uschniety konar drzewa. Trzeba go sciac zanim spadnie i kogos zabije, tym bardziej, ze juz jest pekniety... Nie mniej, skoro woda chwilowo jest i to nagrzana, pozwolilismy Potworkom na kapiel. ;)

A nie pisalam, ze tam gdzie jest woda, jest radosc? Nawet jesli siega ledwie nad kolana ;)

Woda robila sie juz jednak metna, wiec dzis ja spuscilismy. Teraz trzeba sciac konar, nawiezc ziemi, zeby wyrownac teren i wtedy mozna zrobic kolejne podejscie z basenem. ;)

Co jeszcze z ciekawszych rzeczy...

W zeszla sobote pojechalam z Potworkami do naszej miejskiej biblioteki. Wstyd sie przyznac, ale nie bylam tam od urodzenia dzieci, a moja karta stracila waznosc w 2013 (!) roku. :D Od starego domu mielismy kawalek zeby tam dojechac i zupelnie nie po drodze do nikad, a dodatkowo i lenistwo sprawialo, ze wolalam kupic uzywana ksiazke na Amazon (nawet z kosztami przesylki) niz specjalnie dralowac do biblioteki. Teraz mamy 5 minut autem, wiec mozna tam szybko podjechac, chociazby zeby oddac ksiazki. Potworkom zas nudza sie zbiory, ktore mamy w domu, do tego dodac mnie i na coraz to nowe lektury dla trzech osob, szybko mozna wydac fortune. ;) Dlatego uznalam, ze czas wprowadzic ich w swiat "wypozyczalni". Bi ma swoja karte biblioteczna, ktora zalozyla rok temu na wycieczce szkolnej, teraz i Nik zalozyl swoja. Ja, okazalo sie, ze nie figuruje juz nawet w bibliotecznych rejestrach, wiec tez musialam wyrobic nowa. Ale wstyd... :D
Biblioteka ma piekny dzial dzieciecy, nawet z mini placem zabaw, ktory jednak przeznaczony jest raczej dla maluszkow. Nik znalazl caly stos ksiazek o pojazdach (biblioteka nie ma limitu na ilosc wypozyczanych egzemplarzy), Bi kolejna czesc serii "Ranger in time". Dodatkowo, w bibliotece znajduje sie mechaniczny konik, na ktorym mozna sie przejechac. Mielismy szczescie, bo przejazdzki sa dozwolone tylko przez godzine dziennie. :)

Ten kon to normalnie wspomnienie z dziecinstwa! Kiedy bylam mala, takie koniki byly przy wejsciach do prawie kazdego supermarketu. Zawsze blagalam o przejazdzke! ;)

Zeby przejechac sie na tym koniu na szczescie nie potrzeba drobnych (bo ich nie mialam!). Pani bibliotekarka daje zeton. Ale za to jest limit jednej przejazdzki na wizyte. ;)

We wtorek bylam u okulisty. Rok temu mielismy korowody z ubezpieczeniem i w koncu nie poszlam, nie mialam wiec  badanego wzroku przez 2 lata.
Na szczescie dowiedzialam sie, ze moja wada sie nie zmienila, ani poki co nie potrzebuje okularow do czytania. Co za ulga... :D Moje stare bryle maja juz 3 lata i chociaz jakos sie trzymaja, a i szkla nie sa porysowane, to jednak antyodblaskowa powloczka gdzieniegdzie odchodzi, farba z ramki odprysnela w jednym miejscu, no i po prostu mi sie znudzily. Po chyba polgodzinie przymierzania i krecenia nosem, poszlam na zywiol i wybralam... czerwone oprawki! :O Poza tym kupilam sobie okulary przeciwsloneczne, ktore naklada sie na zwykle okulary. Nie chcialam bowiem placic za druga pare szkiel korekcyjnych. ;)

Za to moi tescie mieli w czwartek "przygode" i obawiam sie, ze teraz juz nie odwaza sie wyjsc na spacer. ;) Mianowicie, zaraz na nastepnej ulicy od naszej, natkneli sie na nic innego, tylko niedzwiedzia! :O Szedl sobie spokojnie wokol czyjegos domu. Najedli sie strachu, ze hej! Tesciowa nie pozwolila potem Potworkom nawet zejsc z tarasu do ogrodu. ;)

Dodam Wam tez ostatnie teksty moich dwujezycznych rozrabiakow:

Nik: "Czy wzielas komary spray?"
Bi: "Daddy is cleaning his szybe."

Ostatnio dosc czesto rozmowy schodza nam na tematy rodziny i malzenstwa. Bi dopytuje sie czy koniecznie trzeba miec meza, zeby miec dziecko. Odpowiadam szczerze, ze nie trzeba, ale fajnie jest miec milego tate dla dzieci. Bi jednak oburza sie, ze ona chce byc weterynarzem, wiec nie moze miec meza (nie wiem dlaczego wg. niej ta profesja kloci sie z posiadaniem malzonka :D) i bedzie miec tylko jedno dziecko, koniecznie dziewczynke. Coz, szybko nauczy sie, ze plany planami, a zycie zyciem, wiec wzruszam ramionami, ze jesli nie zechce to moze nie wychodzic za maz, to nie jest w koncu obowiazkowe. Dodaje jednak, ze niektorzy ludzie chca wziac slub i to tez jest ok. Bi dodaje przejeta:
"Tak i wtedy pan powie dziewczynie: You look beautiful, madam!".

Zadna sie nie oprze takiemu podrywowi. :D

Teraz humor sytuacyjny. Kilka dni temu, Kokus usilowal na migi, przez zamkniete drzwi tarasu (bo w srodku hulala klima) przekazac, ze chce ogladac bajki na tablecie:
Zlozyl raczki w blagalnym gescie, narysowal w powietrzu paluszkiem prostokat, po czym przyblizyl piastki po obu stronach buzi, idealnie odwzorowujac wpatrywanie sie w ekran.
Nadaje sie do kalamburow, agent jeden! :D

A na koniec wrzucam Wam zdjecie mojej rozy, o ktora balam sie, bo byla doslownie pokryta mszycami. Poza tym praktycznie nie miala paczkow i zastanawialam sie, czy zakwitnie. Opryskiwalam ja przez jakis czas regularnie i odwdzieczyla sie w koncu takim widokiem:


Piekna, prawda?

I tu Was juz zostawiam. Trzymajcie sie cieplo, goraco, albo i chlodno, w zaleznosci od pogody i upodobania. ;)

7 komentarzy:

  1. Ale swietna sprawa z tymi publicznymi basenami. U Nas nie ma ani jednego - ciekawe czemu :-) a basen macie duzy I porzadny. Zazdroszcze. Chlopcy pewnie by z niego nie wychodzili :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. U nas też niesamowite upały i gorące noce (na dworze niby nie, ale w domu skwar, że ciężko usnąć). Nie narzekam, bo chyba pierwszy raz w życiu pasują mi te upały;)
    Fotka z farmy wymiata (tam, gdzie Kokuś nie sięga;)
    Też mamy basen w ogrodzie, ale przy Waszym wygląda jak miseczka do lodów;))

    OdpowiedzUsuń
  3. U Was to się jednak ciągle coś dzieje. Ale tych upałów to Wam nie zazdroszczę. Ja przy naszych 24 stopniach pływam...

    OdpowiedzUsuń
  4. Lody zawsze działają :)
    I u nas upały, a Tygrys wypiął się na basenik i tyle mego.

    OdpowiedzUsuń
  5. U nas też gorąco choć chyba nie aż tak bardzo jak u was. Trawa wyschla już na wior. Fajnie macie z tym otwartym basenem w okolicy. To super sprawa

    OdpowiedzUsuń
  6. Wolę się jednak trzymać ciepło, dziękuję :)
    U nas też śliczna pogoda, upały, ciepłe wieczory. Grecja normalnie! :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Fajnie macie z tymi basenami miejskimi, a i Wasz niczego sobie ;) Nasx przy tym Waszym to maleństwo ;)
    Róża piękna!
    A tego skwaru nie zazdroszczę.. U nas zrobiło się chłodniej i przyjemnie :)
    Pozdrowienia :))

    OdpowiedzUsuń