czwartek, 12 lipca 2018

Aktywnie i goraco - jak zwykle ;)

Lipiec nadal mija upalnie. W zeszly piatek przyszly burze. Postraszyly tylko troche i na odleglosc, ale za to przyniosly zmiane. Pierwszy raz od tygodnia, wilgotnosc spadla do 30%. Mozna bylo wreszcie otworzyc okna i wpuscic rzeskie powietrze! W piatek w nocy bylo tak chlodno, ze spiac przy uchylonym oknie, nad ranem przykrylam sie koldra. :D Ulga trwala calutkie trzy dni...
Od poniedzialku wilgotnosc powietrza znow wzrosla. Bez szalu, bo do piecdziesieciu kilku %, ale roznica byla odczuwalna. Wieczorem, pomimo otwartych okien, temperatura w domu wyniosla 29 stopni. A ja znow przegralam bitwe o klimatyzacje, bo na dworze byla przyjemna bryza. Tescie stwierdzili, ze w nocy sie schlodzi, wystarczy pootwierac wszystkie okna. Coz, watpilam (i mialam racje), ale tlumaczenie nic nie daje. Ci ludzie musza wszystkiego doswiadczac na wlasnej skorze. ;) We wtorek przeszly lekkie burze i w srode znow sie "ochlodzilo". Pisze w cudzyslowiu, bo wilgotnosc spadla, wiec temperatura odczuwalna jest nizsza (czyli normalna :D), ale i tak dochodzi do 28-29 kresek. Nadal jest wiec to upal. ;)
Co ciekawe, nasza lokalna stacja telewizyjna, w prognozach zaznacza, ze jest goraco, jesli temperatura wzrosnie do 32 stopni, albo wyzej. Takze wiecie, jak jest 31 stopni, to jest tylko cieplo. :D

Ale pogoda to jedno, w koncu lato jakie jest, kazdy widzi. ;) Co u Potwornickich?

Tak jak napisalam poprzednio, w sobote mieli pierwsze zajecia plywania w nowej sesji. Ku mojemu rozczarowaniu, odbyly sie one wewnatrz budynku. Tyle sie nasluchalam, ze latem lekcje plywania sa na zewnatrz, a tu taki klops. Nie po to zapisuje Potworki latem, zeby nawet wtedy wdychaly opary chloru. :/ Moze jednak powodem byla pogoda. Bylo pieknie i slonecznie i po poludniu temperatura wzrosla do 26 stopni, ale po piatkowym ochlodzeniu, noc byla brutalnie zimna i w sobote rano termometr pokazywal raptem 14 stopni. Zobacze gdzie beda kolejne zajecia i jak cos, pojde zlozyc reklamacje do wyzszej instancji. ;)
Poza tym, bardzo mnie zdziwilo, ze malo jest dzieci w grupach. U Kokusia byl jeszcze tylko jeden chlopczyk (mialo byc dwoje dzieci, ale jedno nie dotarlo), a Bi jest w grupie sama. :O Ma wiec lekcje prywatne, w cenie grupowej. ;) Myslalam, ze latem bedzie kupa dzieciakow, bo to jest taka pora kiedy spedza sie czas nad woda. Wtedy wiele osob przypomina sobie, ze plywanie to pozyteczna i fajna umiejetnosc. Tymczasem spotkala mnie niespodzianka. Chociaz tu moze problemem jest dzien tygodnia, bo wiedzac, ze jesli nawet wyjedziemy na kemping (a narazie nawet nie mam nic zarezerwowanego) to Potworki straca raptem jedna lekcje, zapisalam ich na sobote. Nie chcialo mi sie po pracy pedzic jeszcze z wywieszonym jezorem na lekcje plywania... Mysle, ze sporo dzieci moze chodzic na zajecia w tygodniu, bowiem w soboty latem, wiekszosc osob planuje wyjazdy i wycieczki. No trudno, Bi jest wszystko jedno, byle woda byla, a Nik dobrze, ze ma tego chlopczyka, chociaz i tak latwo nie bylo... ;)
Pierwsze zajecia to zawsze dla Kokusia lekki szok. Mimo, ze mial kolege - rowiesnika, po kilku minutach zaczal plakac! Kiedy podeszlam, zeby spytac o co chodzi, oswiadczyl, ze napil sie wody. ;) Pocieszylam, ze to nie trucizna i ze nic mu nie bedzie i polecilam, zeby wskoczyl z powrotem do basenu. Niestety, kilka minut pozniej Nik dalej siedzial na brzegu i zawodzil. :/ Pamietajac tamta sadna sesje, kiedy po pozwoleniu Nikowi na wyjscie, juz do wody nie wrocil, czulam lekka desperacje. Oraz irytacje. ;) Podeszlam jeszcze raz i powiedzialam, ze musi wejsc z powrotem do wody i koniec. Obiecalam, ze bedzie fajnie, na koniec beda na pewno skakac do basenu (tu trenerzy ochoczo przytakneli), a potem pojdzie zagrzac dupke w jacuzzi. Nic nie pomagalo. Nik nadal poplakiwal siedzac na brzegu. W koncu powiedzialam trenerce, ze moze go po prostu wsadzic do wody i jakos to pojdzie. Tak zrobila i Kokus nawet poslusznie poplynal, ale caly czas slyszalam jego zawodzenie. Przezylam prawdziwa walke samej ze soba, bo moje matczyne serce wyrywalo sie, zeby wyjac go z tej "okropnej" wody, zeby juz nie plakal, a rozsadek powtarzal, zeby dac mu jeszcze chwile, bowiem Nik nie ryczal naprawde mocno, histerycznie, tylko bylo to bardziej takie placzliwe marudzenie. W koncu, kiedy zaczynalam sie juz poddawac, Nik... przestal plakac i do konca zajec mial juz usmiech na buzi. Skad ta zmiana? Nie mam pojecia... ;) Chociaz mam swoja teorie, od czego sie zaczelo. Wydaje mi sie bowiem, ze "napicie sie wody" bylo tylko wymowka.
Po pierwsze, zajecia prowadzi para nowych instruktorow, ktorych Nik nie zna i widzialam juz na poczatku niepewnosc na jego buzi. Obcy to nie to, co Kokusie lubia najbardziej, mimo, ze na spacerach sam chetnie do wszystkich mijanych osob wola "Hello!". ;) Potem dolaczyl do niego chlopczyk, ktory chociaz byl jego rownolatkiem, a w dodatku mniejszym i drobniejszym, to plywal bez pomocniczych gabek. A przy tym okazal sie urodzonym plywakiem i zaraz przy pierwszym cwiczeniu szybko zostawil Nika w tyle. ;) Mam podejrzenia, ze wszedl Kokusiowi na ambicje, bo juz do skokow na koniec, Nik zdjal gabki, a pozniej oswiadczyl, ze na nastepnych zajeciach chce plywac w ogole bez pomocy.
Zobaczymy jak mu pojdzie. ;)

Niestety, nasz domowy basen musielismy zlozyc. Tak jak wspomnialam ostatnio, teren wymagal wyrownania, a dodatkowo ta wiszaca galaz... Jeszcze w czwartek ostatnie chlapanie:


W piatek spuscilismy wode, a w sobote, M. z ojcem zabrali sie za robote. To znaczy robote odwalil M., dziadek tylko trzymal drabine. ;) Ja z tesciowa patrzylysmy na ich "wyczyny" ze zgroza w oczach. ;) Mialam juz wizje, ze zostaje mloda (haha) wdowa, bowiem galaz wisiala jakies 10 m nad ziemia. Gdyby M spadl, jak nic zginalby na miejscu, albo zostal warzywem...

Zaznaczylam koleczkiem jasna plame, czyli M. wsrod galezi. Zeby oddac wysokosc, najlepiej jest porownac z sylwetka tescia przy drabinie

Na taka wysokosc, po chybotliwej drabinie, M. nie mogl wziac pily tarczowej, bo ta trzeba operowac obiema rekami. Scinal wiec twardy, debowy konar, grubosci sredniego drzewa, zwykla reczna pilka. :O Ktora rozgrzewala sie niemal do czerwonosci i co chwila utykala. Dwie godziny (z krotka przerwa) sie mordowal, a konar jak wisial tak wisial. :/ W koncu (to byl moj pomysl, ha!) wzial siekierke i najpierw troche te galaz "podrabal", tak, zeby pila mogla wejsc glebiej.
Dopiero kiedy konar w koncu spadl i lupnal o ziemie, przekonalismy sie, dlaczego M. mial taki problem. Mieszkamy w nowym domu niecale 5 miesiecy, wiec nie wiedzielismy kiedy dokladnie ta galaz uschla. Co typowe, to tesciowie narobili paniki, ze ojeju, konar caly jest juz pekniety, pewnie piorun w niego uderzyl (w jedna z najnizszych galezi, hmm...), w kazdej chwili moze na kogos spasc! Kiedy w koncu wyladowal na ziemi, okazalo sie, ze musial uschnac dopiero tej zimy lub wiosny, bowiem peknieta byla tylko kora z wierzchu, natomiast w srodku drewno wygladalo nadal zdrowo i solidnie. Wisialby sobie spokojnie jeszcze ze 2-3 lata...
No, ale juz go nie ma. ;) Po scieciu, M. mogl w koncu wziac pile tarczowa, poodcinac galezie i pociac konar na rowne szczapki do ogniska. Reszta (czyli tesciowa, ja, a nawet Bi) zbierlismy pociete drewno i ukladalismy na kupki, a potem grabilismy trawnik z resztek galazek i wior. Tylko Nik jezdzil wokol nas na rowerze. Sobotnie popoludnie bylo wiec bardzo pracowite i satysfakcjonujace, chociaz nie ukrywam, ze wolalabym je spedzic na lezaku z ksiazka. ;)
Minelo kilka dni, myslalam, ze tesc zacznie wyrownywac teren pod basen, ale ze zabral sie za kompletnie inna robote, wreszcie spytalam kiedy planuje to zrobic. W koncu lato leci i wkrotce nie bedzie sie juz oplacac napelniac basenu. ;) Okazalo sie, ze bez konsultacji ze mna, M. uzgodnil z ojcem, ze wytna jeszcze kilka drzew. :/ A ze beda musieli je kierowac wlasnie na otwarta przestrzen na ogrodzie, czyli tam gdzie bedzie stal basen, wiec narazie nie ma sensu go rozkladac. Cos mi sie wydaje, ze to by bylo na tyle z basenem w tym roku. :(
Wkurza mnie niemilosiernie, ze kiedy sa u nas rodzice M., on po jakims czasie zaczyna sie zachowywac jakby to oni byli tu gospodarzami. Wszystko co robi uzgadnia z nimi, mnie - zone, pomijajac zupelnie, chyba ze sprawa naprawde dotyczy bezposrednio mojej osoby. :/

Z przyjemniejszych tematow, odkrywam nasza miejska biblioteke na nowo. :) Okazuje sie, ze maja sporo zajec dla mlodszych i starszych dzieci. Niestety, wiekszosc odbywa sie RANO. :O Rozumiem, ze sa wakacje, ale przeciez malo kto moze sobie pozwolic na rezygnacje z pracy na dwa miesiace. Wiekszosc dzieci zapisana jest wiec na polkolonie. Kto przychodzi na te zajecia?!
Mala dygresja. Wlasciwie to znajda sie takie szczesliwe jednostki, ktore latem nie pracuja, lub nie pracuja po prostu w ogole.
Bi dostala zaproszenie do kolezanki na urodziny. Niestety, mama urzadza przyjecie w srode o... 13:30! Czyli w porze, kiedy normalni ludzie sa w pracy! :/ Oczywiscie Bi poryczala sie, kiedy powiedzialam, ze nie pojdzie, ale bez zartow! Nie bede brala pol dnia wolnego, zeby moje dziecko pojechalo na urodziny! Jeszcze gdyby to byla godzina 16, czy nawet 15, moze bym sie i urwala, zeby ja zawiezc. Ale w samym srodku dnia?! Mowy nie ma! Znam wazniejsze powody zeby zwolnic sie z pracy... Co jednak ciekawe, zaproszenie wyslane bylo nietypowo, bowiem przez... grupowy sms. Odpowiedzi przychodzily wiec do wszystkich, ktorzy wlaczeni byli w grupe. I okazuje sie, ze wiekszosc ludziskow odpowiedziala tak! :O
Wracajac jednak do biblioteki. Rzucilo mi sie w oko "cos", odbywajacego sie dwa razy w miesiacu i to wieczorem (jaka mila odmiana!), pt. "storytime in Polish". Ha! Pomyslalam, ze Potworkom przyda sie dodatkowa ekspozycja na jezyk przodkow, szczegolnie w miejscu, ktore zdazyli juz poznac i polubic. Grupa wiekowa na stronie internetowej okreslona zostala jako 0 - 5, wiec pomyslalam, ze Nik sie akurat zalapie, a Bi moze jakos specjalnie nie znudzi. O naiwnosci! Srednia wieku dzieci (a bylo ich raptem osmioro) to byly 2 lata! :D Nie liczac Potworkow, najstarsza dziewczynka miala moze 3 latka, a kilkoro to byly niemowlaki. Zajecia okazaly sie przeczytaniem jednej ksiazeczki, zatanczeniem kilku ruchowych piosenek, np. "My jestesmy krasnoludki", czy "Glowa, ramiona, kolana, piety" oraz przyklejeniem papierowego misia do kartki (bo bajka byla o niedzwiadku). Dodatkowo, akurat tego dnia jedno z dzieci swietowalo urodziny, wiec smarkateria otrzymala slodki poczestunek i zaspiewala sto lat.

Widzicie tych "kolegow z klasy" Potworkow? :D

Slowem, zajecia byly dla maluszkow i te 5 lat to bylo mocno naciagane. Dla mnie gorna granica wiekowa powinno byc maksymalnie 3 lata. ;)
Po wyjsciu mruknelam do Potworkow, ze to byl chyba nasz pierwszy i ostatni raz, bo sa za duzi na takie zajecia, a oni w krzyk, ze fajnie bylo i chca jeszcze wrocic! :O
Dowiedzialam sie, ze nasza biblioteka ma tez sekcje z ksiazkami dla dzieci po polsku, ale ta okazala sie bidniutka. ;) Ksiazek moze kilkanascie, a z tego wiekszosc to zbiory basni, ktorych sami mamy kilka egzemplarzy w domu. Cos tam dla siebie jednak Potworki znalazly...

Zapomnialam jeszcze o niedzieli. Po poludniu podlaczylam dzieciakom "zraszacz" (do podlewania dzieci, a nie trawy, haha!). ;) Basenu juz nie mielismy, byl upal, a ze jakis czas temu kupilam Potworkom takie cos tryskajace woda, wiec czemu nie skorzystac? ;) Oczywiscie nie ma latwo, wiec troche sie z podlaczeniem tego cholerstwa umordowalam.
Niby takie proste: podlaczyc weza, odkrecic wode i gotowe. Tylko, ze nasz stary waz przeciekal, wiec M. kupil nowego. Zamiast jednak wziac zwyklego, gumowego weza, wzial cos zwane wezem "magicznym". Na czym ta magia polega? ;) Pod wplywem wody waz sie rozciaga. Robi sie nawet 5 razy dluzszy! Pomysl w sumie niezly, bo zaoszczedza miejsca. Kiedy nie jest w uzyciu, zamiast zwojow i zwooojow tradycyjnego weza, jest tylko krotka, zmarszczona rurka. Nie powiem Wam, co mi caly ten proces przypomina... ;)
Dobra, do brzegu (jak mawia Klarka). W czym wiec byl problem? Ano, tryskajace woda ustrojstwo chcialam ustawic w konkretnym miejscu, mianowicie na trawie i koniecznie na sloncu, bo woda z weza, wiadomo, jest lodowata. "Magiczny" waz, napelniony woda, spokojnie siegal gdzie chcialam. Problem w tym, ze musiala leciec z niego woda. Kiedy tylko ja wylaczalam, kurczyl sie i "uciekal" mi z docelowego miejsca! Przy podlaczaniu zabawki podczas wlaczonej wody, ta pryskala na wszystkie strony, najpierw z przyblokowanego weza, potem ze zraszacza. Kiedy podlaczylam zabawke "na sucho", uciekla mi (razem z kurczacym sie wezem) z trawnika daleko, az na podjazd! :D Szybko odkrecilam kurek, ale ze zabawka ma za zadanie pryskac woda, to zaczela to oczywiscie robic. A zeby waz rozciagnal sie na odpowiednia dlugosc, wode musialam odkrecic na maksa. Skonczylo sie to tak, ze nioslam zraszacz (pryskajacy az milo) na miejsce, pomalu, w miare jak waz sie rozwijal. Wyszlam z tego mokrusienka, mimo, ze staralam sie go odwrocic od siebie! :D
Nie ma latwo, nie ma... :D Ale Potworki mialy frajde, choc Nik po chwili wymiekl.

Tu jeszcze razem

To zadziwiajace, ze dziecko, ktore tak strasznie sie poci (pomyslec wiec mozna, ze mu goraco), jednoczesnie jest niesamowicie wrazliwe na niskie temperatury... Bi jest znacznie wytrzymalsza.

Tu juz Bi zostala sama, Nik przygladal sie tylko z daleka...

We wtorek bylo potwornie goraco i wybieralam sie z Potworkami na basen, ale niespodziewanie przyjechala moja kolezanka ze swoimi blizniakami (o rok starszymi od Bi). Pierwszy raz zobaczyla nasz domek. Dzieciaki nie widzialy sie gdzies od stycznia, wiec na poczatku byly lekko oniesmielone, ale szybko sie dogadali i biegali wokol i wewnatrz domu bawiac sie w chowanego, wdrapywali na nasze glazy oraz malowali muszle przywiezione jeszcze z kempingu. Niestety, nie dala sie namowic na wypad na basen (mimo zapewnien, ze to blisko, a Nik chetnie uzyczy kolegom kapielowek), ale sobie jak zwykle milo pogadalysmy.
Okazuje sie wiec, ze tydzien mija nam calkiem towarzysko, czyli tak jak lubie, a co rzadko sie zdarza. Bedac pracujacymi rodzicami naprawde trudno sie zgadac. Nawet teraz, R. miala przyjechac we wtorek. W poniedzialek napisala, ze nie da rady i czy moze w srode. Odpisalam, ze sroda tez jest ok, ale we wtorek rano dostalam od niej smsa, czy moze przyjechac jednak tego dnia. ;)

Z drobniejszych wydarzen, to pod moja prace przyszla ostatnio mama sarna z dwojka mlodych. Slodkie byly!!!

Niestety drugie mlode ciagle chowalo sie glebiej miedzy drzewami i na zdjeciach widac tylko kawalek jego dupki. ;)

Po trzech latach, w koncu mam nowe patrzalki! :)
Dzieci nie moga sie napatrzec. Bi stwierdzila, ze wcale nie wygladam jak mama. ;) Trzy lata to dla nich wiecznosc. Kiedy wyrobilam stare, Bi miala 4 lata, a Nik 2.5. Wlasciwie to nie pamietaja mnie z zadnymi innymi okularami na nosie, a tu taki szok! ;) Tym bardziej, ze zmiana jest naprawde wyrazna. ;)
Pokaze Wam. Zazwyczaj, chroniac moja tozsamosc, zaslaniam na zdjeciach oczy. Tym razem oczy zostawie, za to zaslonie reszte twarzy, niczym posluszna, muzulmanska zona. :D
Przed:





Po:


Ktore ladniejsze? ;)


A z panem malzonkiem mamy ciche dni... Dawno ich nie bylo i moja poczatkowa furia przeszla poprzez irytacje, a pozniej znudzenie, naszym obecnym "stanem", do ponownego wkurzenia, ze dni mijaja, a malzonek nie ma zamiaru mnie przeprosic. ;) Nie narzekam na brak rozmowcow, bo sa i dzieci i tesciowie, wiec wlasciwie mi to nawet nie ciazy, no ale ile mozna sie dasac... Poza tym chichram sie zlosliwie pod nosem, bo M. obrazony (choc to on zachowal sie jak swirus) zabral posciel i spi na wersalce w piwnicy. Mam nadzieje, ze rano stare kosci niezle daja mu o sobie znac, bo ta wersalka jest naprawde okropnie niewygodna, a przy tym przykrotka. No ale "na zlosc mamie, zlamie sobie reke". Jak chce koniecznie pokazac jak bardzo mnie nie lubi, to niech pokazuje. Rzeczywiscie straaasznie sie przejelam! :D

Dopisek po kilku dniach:
A jednak znow mamy basen! Tesciowa, bo to ja spytalam czy tesc planuje wyrownywac teren, musiala pogadac z naszymi "panami". Jeszcze tego samego dnia, kiedy wrocilam z pracy, miejsce pod basen zostalo przygotowane, a ten napompowany i napelniony. Widocznie dotarlo moje tlumaczenie, ze to teraz jest pora na chlapanie w wodzie. W sierpniu przychodza zazwyczaj zimne noce i woda szybciej sie schladza niz nagrzewa. Tak bylo w zeszlym roku. Pod koniec sierpnia, Potworki juz nawet nie chcialy wchodzic do basenu...
Na szczescie ten przetrwal zimowe przechowanie (to pierwszy, ktoremu udala sie ta "sztuczka"!), podobnie jak pompa, ktora o dziwo zadzialala. Znow zaczyna sie wiec odmierzanie chemikaliow i mierzenie stanu wody papierkiem lakmusowym. ;) Poki co, kolejnego dnia po napelnieniu nadszedl pochmurny dzien i woda nie miala sie jak zagrzac. A pierwszym pytaniem Bi, po moim wejsciu do domu, bylo oczywiscie: "A mozemy do basenu?". :D

To chyba na tyle wiesci. Kolejne trzy dni jest u nas w miasteczku festyn przy szkole dzieci, organizowany przez jedna z remiz strazackich (nasze miasteczko ma ich ze 3). Wybieralam sie z Potworkami, ale troche boje sie brac ich sama w tlum ludzi. Liczylam, ze pojedziemy cala rodzina (nawet tesciow bym wziela, niech znaja moje chamskie serce! :D), ale ze nadal nie odzywamy sie do siebie z M., to nie wiem czy sie odwaze...

W tym tygodniu juz sie raczej nie odezwe, wiec: milego weekendu! U nas zapowiada sie duszny i goracy, oh yeah! :)

16 komentarzy:

  1. No i zazdroszczę. Zazdroszczę ciepła i słoneczka. U nas po upałach koniec maja/połowa czerwca już nie ma śladu i słuch chyba zaginął. W tym tygodniu to w ogóle zimno (poniżej 20) i dosłownie dwa dni potężnego deszczu. Co prawda deszcze jest mega potrzebny (trawa na działce jest żółta i sucha) ale nie mogłoby padać w nocy... I zdecydowanie niech ta temperatura się trochę podniesie. Tak się cieszę, że braliśmy dzieciaki nad wodę wtedy ile się tylko dało, bo teraz kiedy są wakacje- dupa blada!

    A wiesz, że my od lutego nie mieliśmy cichych dni? Dla nas to jest kosmicznie długo :) I jak mamy jakąś sytuacje, kiedy któreś z nas się irytuje, to mówimy sobie "co, chcesz się w końcu pokłócić?!"
    No tak, świetna godzina na imprezę urodzinową dla dzieci. Tak jak mnie zawsze irytowała godzina występów u Lilki w przedszkolu. Dla kogo to jest? Dla mam na macierzyńskim?! Kurczę, przecież człowiek nie ma tyle tego urlopu, żeby brać dzień wolny na takie coś, co zazwyczaj potrwa 2godzinki...
    Mam nadzieję, że następne zajęcia dzieci będą miały na zewnątrz.
    Masz rację- M. wszedł bardzo wysoko. Dobrze, że macie to za sobą :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak sobie myślę teraz, że my jesteśmy małżeństwem już 13lat i jeszcze nie mieliśmy "cichych dni" nigdy ;) Kłótnie owszem zdarzają się, jak u każdego, ale powiemy sobie co myślimy i na tym się kończy, nie obrażamy się na siebie i nie mamy cichych dni potem ;)

      Usuń
    2. To bardzo dobrze Inesko. ciche dni to nic dobrego...
      Agata, już lepiej?

      Usuń
    3. Lepiej, Kochana, lepiej. Dzieki za troske! :*

      Usuń
  2. Zmiana oprawek okularów dała faktycznie efekt dużej zmiany! Bardzo ładnie ci w tych czerwonych oprawkach :)
    Fajnie mają Potworki z tym basenem przy domu, na pewno mają frajdę!
    Udanego weekendu życze! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Czarne są ładne, ale te czerwone są super ładne! Fajnie zobaczyć kawałek Ciebie:)

    Za rok też rozpoczniemy przygodę z pływaniem. A potem Fruźka będzie uczyć nas ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Okularnica pozdrawia okularnicę;)))
    W obydwu oprawkach Ci fajnie!
    Ja w zeszłym roku (po trzech latach) z miętowych przerzuciłam się na granat z fuksją:)
    Ps. Męskie fochy są mi znane;)))

    OdpowiedzUsuń
  5. No Agata, wreszcie milo Ciebie zobaczyc. Te czerwone ramki nadaja ci sexapilu :-)
    Ciesze sie, ze wreszcie macie piekna, letnia pogode. U nas po heatwave, ale nadal temp ok 20'C. Dla mnie to jak na zbawienie.
    No I uwielbiam ten wasz basen... sama bym sie w nim wykapala :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Napatrzeć sięna to słońce nie mogę, bo u nas deszczowo niestety. Basen stoi i leci do niego deszczówka :( Nawet kółko-kaczka jakby oklapła przez nieużywanie ;)

    W sobotę mam gości! I bardzo się cieszę, bo na codzień mieszkają w Krakowie, więc do mnie blisko nie mają, także mam nadzioję na poprawę pogody i posiedzenia wieczorem :)

    W obu okularach Ci dobrze, ale czerwone odmładzają buzię więc fajnie, że się zdecydowałaś na taką zmianę :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Agata, dotarlam...az wstyd bo ZAWSZE czytam Twoje wpisy a na komentowanie jakos nie mam czasu :( Bije sie w persi ;)
    Krotko podsumowujac, nie lubie gosci na dlizsza mete i sorry wcale ale to wcale nie jestm sklonna zaparaszac tesciow czy Pana K do nas...taka zaraza ;)
    Ciesze sie ale i troce wystarszylam gdy uswiadomilam soebie ze Potworniccy juz szkolnniaki :O gdzie te babys-usie??? Kolocic sie nie lubie a juz ciche dni to tragedia, pol dnia ewentualnie jeden takiego wyiszenia i dystansu ale na dluzsza mete?? nie!! Okulary ladne i powiem ci, ze podobaja mi sie obie wersje :)
    Cieplote lubie, wiec chetnie ja znosze- u nas tez slonecznie i letnio :)
    Milego weekendu!!

    OdpowiedzUsuń
  8. Szkoda, że przesyłka taka droga, bo chętnie wysłałybyśmy z Mili jakieś książki do biblioteki. U młodej przyda się remanent, bo sporo tego mamy. Trochę po dzieciach rozdajemy, ale w sumie to wielkiego zainteresowania nie widzę :P

    OdpowiedzUsuń
  9. Jak dla mnie czerwone! Bardzo twarzowe :)
    U nas też zraszacz jest genialny do zraszania dzieci :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Śliczne to nowe oprawki i bardzo Ci w nich do twarzy! Ja też pół roku temu wymieniałam swoje okulary, bo dzieci potłukły mi stare i też rozważałam czerwone, ostatecznie jednak poszłam w zachowawczy brąz ;)

    Szkoda, że te polskie zajęcia dla dzieci to takie dla maluszków. Powinni robić podobne dla starszaków, byłaby to na pewno dobra sprawa dla dzieci wychowywanych na obczyźnie, jeśli już nie dla polskiej wiedzy, to choćby dlatego, że poznaliby inne polskie dzieci. Moi kuzyni, którzy wyjechali do Niemiec w wieku 3-5 lat, już zupełnie nie znają polskiego, ale i w domu, mimo że wujek i ciocia to Polacy, mówili od zawsze głównie po niemiecku. Kiedyś mnie to dziwiło, dziś myślę, że pewnie tak było wygodniej - gdy dzieci zaczęły używać niemieckiego jako głównego, to i rodzice się przestawili. Podziwiam Was za to, że walczycie.

    A tak poza tym to faktycznie sporo się u Was dzieje... Jak Ty nadążasz? Praca, dom, zajęcia dodatkowe, rety.

    Pozdrawiamy Was serdecznie, uściskaj Potworki kochane od naszych dzieci, nie znamy się, ale czasem, gdy oglądamy mapę, to pokazuję dzieciom, gdzie na świecie mieszkają różni krewni, jedna ciocia z kuzynką w Islandii, jeden wujek z rodziną w Niemczech, wujek w Argentynie, w Irlandii, Anglii, prababcia mieszkała pod Lwowem i tak dalej, a w Ameryce obowiązkowo pokazuję miejsca, gdzie wyjeżdża w delegacje mój wujek i mniej więcej miejsce, gdzie mieszka Nik i Bi, bardzo to nasze dzieci ciekawi :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Cudne te czerwone oprawki :) Nie ukrywam, że się uśmialam czytajac o przygodzie z podłączaniem zraszacza ;) U nas również upały, choć nie tak jak w ubieglym roku. Jako że my mieszkamy w bloku, ogrodu brak i większść dnia spędzamy w domu!

    OdpowiedzUsuń
  12. No hej :) masz takie sympatyczne oczy! :D A okulary rzeczywiście takie seksi. Bardzo Ci w nich ładnie. Wyostrzają Ci oko. Zazdroszczę upałów! U nas od tygodnia leje. Od weekendu ma być jednak znów lato, więc będziemy korzystać do oporu.

    OdpowiedzUsuń
  13. Terrorystka jesteś😁😂😀
    Tak chłopa pokarać
    Mój synek pływał przez całą
    podstawówkę
    Do dzisiaj uwielbia ten sport

    OdpowiedzUsuń