wtorek, 9 stycznia 2018

Poczatek roku

Rok 2018 rozpoczal sie z przytupem. :)

Po swiatecznym leniuchowaniu, dlugim spaniu i wygrzewaniu sie w cieplutkim domku, baaardzo niechetnie wrocilismy do pracy i szkoly...

Nasze zrzedzenie zostalo najwyrazniej wysluchane, bo juz po dwoch dniach nad wschodnie wybrzeze Stanow nadplynela sniezyca - gigant. Zrzucilo jakies 30 cm sniegu (u nas), szkoly zamkneli na dwa dni, a ja zmuszona bylam pracowac z domu. Przynajmniej czesciowo, bo wiadomo jak "pracuje" sie przy dwojce energicznych dzieci. :)

Po otwarciu drzwi zastalam taki widok (Maya zdazyla juz przebiec przez snieg). A prog mamy dosyc wysoki...

Z tym sztormem i tak nam sie upieklo. Jestesmy odsunieci na zachod od wybrzeza na tyle, ze ominelo nas epicentrum. Nadmorskie miejscowosci na wschodzie mialy sie znacznie gorzej...W naszych okolicach, wiecej szkod wywolaly, trwajace nieprzerwanie przez 2 tygodnie, mrozy. I to takie fest. Do poniedzialku, w dzien mielismy po -10 stopni, a w nocy temperatura spadala czesto ponizej -20. W wielu okolicznych miasteczkach popekaly rury, a w urzedach i szkolach popsuly sie instalacje grzewcze, zapewne przestarzale i nieprzystosowane do tak dlugich mrozow. W koncu to nie Alaska. ;)

Zabawa podczas burzy snieznej. Wyszlismy pozno, po 16, dlatego swiatlo takie kijowe...

O ile w czwartek fajnie bylo posiedziec w cieplym domu i popatrzec na sniezyce przez okno, o tyle, kiedy po poludniu zaczely nadchodzic wiadomosci, ze okoliczne szkoly, jedna po drugiej zamykane sa rowniez na piatek, moje mysli ulozyly sie bardziej w cos na ksztalt "oh, f*ck". :D W koncu chcialabym gdzies w tym roku pojechac na urlop, a nie zuzyc wszystkie dni wolne na cholerne snow days w szkole! Dzieki temu, ze M. pracuje teraz w takich "dzikich" godzinach, udalo mi sie skoczyc do pracy rano na dwie godziny, a troche papierow znow wzielam do domu, zeby uzbierac razem chociaz te pol dnia roboty.

Piatkowy poranek pod praca

 I druga strona zimowej krainy, eee... parkingu :)

Jednak nocna zmiana malzonka mego miala te nieoceniona zalete (ale o tym juz chyba pisalam), ze nie musialam sie martwic o zadne dni wolne ze szkoly, bo Potworki zostawaly po prostu z nim. Teraz musimy kombinowac... :/
A pozamykanie szkol w piatek okazalo sie mocna przesada, bo drogowcy naprawde odwalili kawal dobrej roboty i drogi byly zupelnie przejezdne. Przynajmniej te czesciej uzytkowane. :)

Niestety, poczatek roku okazal sie rowniez chorobowy. Zaczelo sie ode mnie. Juz w Sylwestra czulam, ze cos mnie "bierze". W Nowy Rok juz zdecydowanie rozlozylo mnie przeziebienie. Dwa dni pozniej zaczal smarkac M.
My jednak wyszlismy z walki z wirusem obronna reka. Polegl za to Nik.
Pomimo siarczystych mrozow, korzystajac z wolnego od szkoly, jeszcze w czwartek i piatek wyszlam z Potworkami choc na moment na snieg.

 -10 na termometrze, ale zabawa przednia :)

 Tylko pies zmarzniety, wzrokiem blaga o wpuszczenie do domu ;)

A w piatkowy wieczor, Kokus zaczal sie pokladac. Najpierw nie zwrocilam na to uwagi, bo dzien wczesniej, po polozeniu "spac", buszowali z Bi w swoim pokoju prawie do 22 (wiedzialam, ze maja wolne, wiec nie gonilam ich do snu), a rano wstal juz o 6:30. Myslalam wiec, ze jest zwyczajnie niewyspany. Kiedy jednak wydal mi sie podejrzanie cieply, siegnelam po termometr, a tam... 38.2. :/ Super! Piatek wieczor, klinika zamknieta, poza tym nasza lekarka na emeryturze, wiec chwilowo jestesmy bez stalego pediatry... :( Idealny czas na chorobe!
Niestety, goraczka utrzymala sie w sobote oraz w niedziele. Noce mielismy przerywane, bo dziecko, rozpalone jak piec, budzilo sie z placzem. Poza tym jednak nic specjalnego mu sie bylo. Lekko przytkany noc, odkaszlnal sobie 3-4 razy dziennie. I tyle... Tylko ta goraczka. Ominelo go wyjscie na gimnastyke z Bi (z jakiegos powodu Nik traktuje godzine w poczekalni jako atrakcje :D)...

 To w niebieskim stroju z przodu, to Bi. Mostek wychodzi juz jej calkiem niezle ;)

...ominelo wyjscie na przyjecie urodzinowe w niedziele...

W niedzielny wieczor goraczka spadla w koncu do normalnej temperatury i wydawalo sie, ze wychodzimy na prosta... Niestety, tej samej nocy Nik znow obudzil sie o 1:30 caly rozpalony! :/ W poniedzialek zostal wiec w domu z M., a ja rozpoczelam misje: umowic sie do lekarza. Co okazalo sie naprawde "misja", bowiem wszyscy w klinice krecili nosem, ze nie wybralam jeszcze nowego pediatry. Coz... Nasza pani doktor odeszla na emeryture cale 8 dni wczesniej i spodziewalam sie, ze mam jeszcze chwile... W kazdym razie najpierw pani administratorka marudzila, na moja prosbe, zeby umowic syna do kogokolwiek (w klinice jest 5-ciu pediatrow), ze ona musi miec wpisanego "oficjalnego" lekarza dzieci, po czym... oswiadczyla, ze zadzwoni do mnie pielegniarka... :/
Pielegniarka oddzwonila godzine pozniej, kiedy siedzialam akurat na meetingu (ech...) i po wysluchaniu, ze dziecko goraczkuje od piatku i poza lekkim "przytkaniem" zdaje sie nie miec innych objawow, stwierdzila (przypominam, ze "diagnoza" telefoniczna!) infekcje wirusowa gornych drog oddechowych i polecila, zeby zbijac goraczke, nawilzac powietrze, a na kaszel (ktorego Nik praktycznie nie ma) podac lyzeczke miodu. Na moje pytanie, ile dni ma mi dziecko goraczkowac, zeby obejrzal je lekarz, odpowiedziala zdziwiona pytaniem "to pani chciala dzis sie zobaczyc z lekarzem?".
No kuzwa, nie, tak sobie z nudow wisze w pracy drugi raz na telefonie! :/

W kazdym razie w koncu udalo mi sie umowic, M. pojechal z Kokusiem, a tam, niespodzianka: obustronne zapalenie ucha!!! :/ Najdziwniejsze jednak, ze Nik wcale na uszy nie narzekal!
Nie pamietam czy pisalam, ze na bilansie 5-latka, nasza owczesna jeszcze pediatra stwierdzila, ze w uchu "cos sie dzieje" (i wtedy, kilka dni wczesniej Nik skarzyl sie, ze ucho go boli), ale uznala, ze juz samo przechodzi. Najwyrazniej nie przechodzilo, tylko sie wlasnie rozwijalo i teraz, niemal rowniutkie 3 tygodnie pozniej, mamy juz "wspaniale", rozwiniete zapalenie. :/

Swoja droga, co to dziecko ma z uszami! Jak tylko zlapie leciutki katar, zaraz schodzi mu na uszy! :( Lekarz tlumaczyl, ze musi miec kanaliki laczace uszy z zatokami przynosowymi idace pod bardzo lagodnym katem, dlatego wydzielina z nosa wiecznie dostaje sie do uszu wywolujac zapalenia (czy jakos tak). Pocieszajace, ze jak ze wszystkiego i z tego powinien wyrosnac. ;)
Wyladowal oczywiscie na antybiotyku i co moze byc szokiem dla polskich czytelniczek, lekarz powiedzial, ze nastepnego ranka dostanie trzecia dawke i moze spokojnie isc do szkoly! ;) W Hameryce nie ma zwyczaju trzymania dzieci w domu az skoncza antybiotyk i potem kolejny tydzien, zeby nabraly odpornosci. :D

Mimo ze nie zamierzalam, na polska modle, trzymac Kokusia 2 tygodnie w domu, w poniedzialek po poludniu nadal goraczkowal i nawet pomimo tego, ze na wieczor temperatura w koncu mu spadla, nie puscilam go we wtorek do szkoly. Powagarowal sobie w domu z tatusiem i mam nadzieje ze pozwolilo mu to w pelni odzyskac sily.
A kiedy po poludniu wrocilam z pracy, zastalam dziecko pedzace po domu niczym antylopa, skaczace jak kangurek i ryczace jak lew. Czyli w zasadzie zdrowe. I z wielka radoscia i ulga odstawie je jutro z powrotem do placowki edukacyjnej. ;)

A poza tym, kustykam sobie, bowiem moje stluczone upadkiem kolano "poprawilam" uginaniem odsniezajac w czwaratek taras i zbuntowalo sie zupelnie, postanowilo sztywniec oraz bolec... Dzis juz chodzilam prawie normalnie, ale proby podbiegniecia do zamykajacych sie drzwi czy zejscia po schodach, skonczyly sie malo przyjemnie. :/ Liczylam na male szusowanko w nadchodzacy weekend, ale widze, ze marne szanse... Nawet jak odzyskam pelna sprawnosc, to raczej bede chciala dac kolanu odpoczac. :( Pozostaje miec nadzieje, ze wypad na narty uda sie w innym terminie. I jeszcze tej zimy. ;)


Jak tylko nadeszla odwilz, szklany dach nad jednym z korytarzy w pracy zaczal masowo przeciekac. Idac do lazienki, trzeba urzadzac slalomik miedzy wiaderkami :D

Oprocz tego jednak, nic sie nie dzieje. ;D

12 komentarzy:

  1. Jak ja wam zazdroszczę tego śniegu. U nas ani widu, ani słychu. W górach co prawda jest cala masa, ale tu gdzie my mieszkamy (godzinę jazdy od gór) nie ma ani grama.
    Dobrze, że Nik doszedł już do siebie, po co ma się chłopak męczyć

    OdpowiedzUsuń
  2. U nas też zero śniegu, zazdroszczę więc Wam z jednej strony, a z drugiej... cóż, ciepła zima ma też swoje zalety :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zazdroszcze wam tego sniegu. U nas tez zima, jak nigdy przedtem w historii nie notowana. Jednak sniegu mamy malo, chociaz temperatury syberyjskie na calym Wsch. Wybrzezu.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wow, sniegu napadalo... ach, biedny Kokus. U nas sa tez takie darmowe konsultacje telefoniczne z lekarzem lub pielegniarka, ale takim 'specdm' to ja moge byc tez:-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Kurcze tyle śniegu, jeszcze trochę i się do was wprowadzam, u nas chyba wiosna przyjdzie bo pąki na drzewach.
    Powiem Ci, że dziwnie z tymi uszami bywa, ja pamiętam jak Niuniek miał gorączki 40 stopni przelewał się przez ręce i plamy wielkości pomarańczy na całym ciele - diagnoza zapalenie ucha środkowego. Niech już nie choruje szkoda marnować takiego śniegu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Haha, faktycznie nic się u Was nie dzieje ;)
    U nas o śniegu nie ma co marzyć, ponoć na północy kraju sypie, ale umbrysjkie niebo nie zapowiada opadów (w sumie to nic nowego, już nawet tu na snieg nie liczę). Biedny Kokuś, dobrze że już z tego wyszedł. Na marginesie to we Włoszech też posyła się dzieci na antybiotyku do placówwek oświatowych - jak to mówią po 48h godzinach dziecko juz nie roznosi zarazków - no chyba, że choroba wysoce zakaźna czy jakieś zapalenie oskrzeli.

    OdpowiedzUsuń
  7. A to już wiem, gdzie cały śnieg polazł :P

    OdpowiedzUsuń
  8. Jak biało. My cieszyliśmy się śniegiem całe 20 minut i to w mżawce. Ale bałwan powstał. Ciekawa jestem czy będzie jeszcze choć jeden tej zimy.
    Zdrówka dla Was.

    OdpowiedzUsuń
  9. Alaska haha, na Saharze też podobno śnieg ;) Tylko u nas brak.
    Widok świetny. pamietam takie zimy, szkoda, że moje dzieci tego nie mają szans zobaczyć na własne oczy.
    Niezłe jaja z tą pielęgniarką. Zdrówka Kochana!
    Szokiem dla mnie jest trzymanie dziecka jeszcze tydzien po antybiotyku w domu ;) Ale faktycznie trzeciego dnia leciec już do szkoły, też dziwne.
    Cieknący szklany dach mnie rozbawił :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym trzymaniem tydzień po antybiotyku, to ma swoje racjonalne wytłumaczenie- antybiotyk wyjałowienia organizmu. Kiedy mówimy w kontekście dzieci, które świeżo po chorobie wracają do placówek, i tym samym na wirusowo-bakteryjny front, to z marszu narażone jest o wiele bardziej na kolejną infekcję. Tyle teorii. W praktyce wygląda to tak, że niewielu rodziców może pozwolić sobie, aby po zwolnieniu na czas choroby, "siedzieć" w domu jeszcze kolejny tydzień. To raz, a dwa- praktyka pokazuje, że z dziećmi nie ma reguły. Jedne faktycznie wpadają z choroby w chorobę, inne wracają wciąż jakby chore i w końcu Im przechodzi, a potem trzymają się całkiem nieźle.
      W każdym razie- to indywidualna kwestia, jak ze wszystkim, co dotyczy dzieci :D

      Z tym zapaleniem ucha, to nie zazdroszczę. Całe szczęście, że Kokuś nie cierpiał, ja często miewałam zapalenie ucha w Jego wieku i to był koszmarny ból. Pamiętam kilka nocy podczas których mama kołysała mnie na kolanach, a byłam nawet starsza od Kokusia, bo tak mnie bolało, że płakałam z bólu.

      Miło popatrzeć na ten Wasz śnieg z ciepłego mieszkanka ;)

      Heh, mostek Bi dla mnie rewelacyjny. Ja bym się z pozycji leżącej raczej w górę nie podniosła :)

      Usuń
  10. ale śnieg tam u Was:)))
    Mój synuś też ciągle ma coś z uszami:( Już w apteczce mam na stałe krople z oliwy z oliwek. Pomagają idealnie!

    OdpowiedzUsuń