wtorek, 9 maja 2017

Co nowego, ciekawego?

Duzo. Jak na moje slabe nerwy, troche za duzo. Kiedy pod koniec marca pisalam o intensywnym kwietniu oraz maju, nie przypuszczalam, ze beda az tak intensywne. Kto by sie spodziewal, ze dojdzie mi jeszcze nerwowe przegladanie ofert pracy, wysylanie podan i bieganie na rozmowy kwalifikacyje? :/

O tym jednak kiedy indziej. Co poza tym?

Ogrod mi rozkwita. Po upalach, ktore nawiedzily nas w okolicach Wielkanocy, poczatek maja okazal sie zimny i deszczowy. Roslinom jednak zupelnie to nie przeszkadza. Wrecz przeciwnie, radza sobie znacznie lepiej niz podczas letniego goraca i suszy.
Wiekszosc wczesnowiosennych kwiatow juz przekwitla, ale trzyma sie nadal jakas pozna (i piekna!) odmiana tulipanow:


Zakwitla tez roslina, ktora kupilam w zeszlym roku na przecenie i nie bylam pewna czy przetrwa. Nie wiem jak nazywa sie po polsku, tutaj zwa ja Bleeding Hearts:


Poza tym, wczesnie jak na nas (zazwyczaj ociagamy sie do konca maja), ale posadzilismy juz wszystkie sadzonki warzyw. Niestety, nie pstryknelam zdjecia... Oraz, kolejne niestety, na dzisiejsza noc zapowiadaja przymrozki, wrrr... :/

Jak juz wspomnialam kilka razy, dzieciaki zaczely zajecia na basenie. Tak jak planowalam, oboje.

(Pierwszy trening Kokusia)

Nik podszedl do nowych zajec dosc nieufnie, a po pierwszej lekcji oswiadczyl, ze sie bal i juz nie chce tam wracac. ;) Matka przeklnela w duchu, bo wlasnie zaplacila za cala serie za oba Potworki, ale postanowila potraktowac ow komentarz jako probe zwrocenia na siebie uwagi. W czasie zajec, syn bowiem pokazywal cos zgola przeciwnego: usmiech mial od ucha do ucha i do kazdego cwiczenia zglaszal sie pierwszy. Tak jak rodzicielka podejrzewala, na kolejna lekcje pojechal z radoscia i entuzjazmem. :)

(Ciemno tam jak cholera, ale ta mala glowka przy drabince, to Nik)

W dodatku, Mlodszemu tak spodobaly sie zajecia sportowe, ze zachcialo mu sie jeszcze tenisa. Jak mozecie zauwazyc na zdjeciu u gory, po drugiej stronie okna sa korty. I co tydzien, Potworki przed i po plywaniu, maja okazje poobserwowac dzieciaki uczace sie gry w tenisa, co zaowocowalo prosba Kokusia. Coz, nie wszystko na raz. Poki co - basen. Potem sie zobaczy. Zreszta, w tym klubie, na lekcje tenisa przyjmuja dzieci od lat 6. Nik musi wiec poczekac. ;)

A Bi? Na wzmianke o basenie, az skacze ze szczescia. I radzi sobie coraz lepiej. Na kolejnym poziomie rzeczywiscie ucza sie coraz wiecej. To juz nie oswajanie sie z woda, tylko przygotowanie do prawdziwego plywania.


Jako ciekawostke dodam, ze zajecia w jej grupie prowadzi ta sama instruktorka, co w poprzedniej sesji. Ta, ktora notorycznie sie spozniala lub nie pojawiala. :) Musze jej jednak oddac sprawiedliwosc, ze na trzy zajecia, ktore Potworki dotychczas mialy, zjawila sie na oba i to punktualnie. Mozliwe, ze po prostu nie jest rannym ptaszkiem. Podobnie zreszta jak ja. ;) Na tym poziomie, dzieciaki maja zajecia o 9:45, co pozwala mi pochrapac do 8. Nie ukrywam, ze przyjmuje to z rozkosza. ;)

Zamowilam dla Bi przyjecie urodzinowe w sali zabaw. I tu sprawy sie pokomplikowaly przez jakas mamuske - idiotke, rodzicielke kolegi Bi. Wypisalam zaproszenia dla dzieci z klasy, Starsza rozdala je w szkole, a dzien pozniej otrzymalam telefon od tej kobiety. Okazalo sie, ze zarezerwowala przyjecie dla swojego syna w ten sam dzien, ale nie rozdala jeszcze zaproszen, bo stwierdzila, ze ma czas! Najlepsze, ze pyta sie mnie "A kiedy Bi ma urodziny? Bo moj syn 20ego (dzien przed przyjeciem). I co teraz?". No jak to, co teraz?! Przekladaj, kretynko! :D Spokojnie, na glos jej tak nie nazwalam, chociaz w myslach kilkakrotnie. Przeciez, kurna, skoro zaproszenia juz rozdalam, to nie moge teraz szukac kontaktu ze wszystkimi rodzicami z klasy i informowac, ze zmieniam date! Ona jeszcze nikogo nie zaprosila, wiec jest w o wiele lepszej sytuacji... Chociaz przez cala rozmowe mialam wrazenie, ze probuje delikatnie naciskac na mnie, zebym to JA przesunela przyjecie! No, niedoczekanie! Oswiadczyla w koncu, ze sprobuje, ale nastepnego dnia zadzwonila, ze najblizszy wolny termin maja na polowe czerwca, a to prawie miesiac po urodzinach jej synusia. Wiec ona zostawi termin tak, jak jest. Pominelam milczeniem to, ze sama organizowalam przyjecie mojemu synowi miesiac po urodzinach i jakos od tego nie umarl. Podejrzewam, ze kobieta wzdryga sie na mysl, ze jej syneczek moglby swietowac kilka tygodni po faktycznym swiecie. Och, biedaczek! :D Stwierdzilam, ze niech robi, co chce.
Tak jak przypuszczalam, "dzieki" tej idiotce, frekwencja na przyjeciu Bi raczej nie dopisze. Ona wyslala elektroniczne zaproszenia, mam wiec wglad w liste i widze, ze juz kilka osob, ktore odpisaly, ze nie beda na urodzinach Bi, zgodzily sie przyjsc na przyjecie jej syna. Wcale im sie nie dziwie, bo samej nie chcialoby mi sie spedzic polowy niedzieli, wozac dziecko z jednego przyjecia na drugie... Coz, trudno. Moze tym razem nie bede musiala doplacac za dodatkowe dzieci? ;) A jak sie uda, to za rok jej syna na pewno nie zaprosze... Chociaz, w sumie to nie wina dziecka, ze ma durna matke...

Poza tym, mlodsze dziecko wpadlo nam pod kosiarke. Spokojnie, tylko w przenosni! ;) M. wzial sie za strzyzenie w pelnym sloncu, zle widzial, ale zanim pomyslal zeby przeniesc sie w cien porobil na glowie Nika pare "zebow". Kiedy zaczal je wyrownywac, okazalo sie, ze ostrzygl syna prawie na "pale".


No coz, to tylko wlosy. Odrosna. ;)

W miniona niedziele, Bi swietowala swoje 6 urodziny kolejny, drugi juz raz. :) Tym razem zebralo sie nasze miniaturowe grono rodzinne, zeby uczcic rocznice narodzin Starszej. A szanowny rodziciel (nie rodzicielKA, nie!) postanowil samodzielnie upiec corce tort! :O Coz, kiedy wspomnial o "torcie", wyobrazilam sobie cos zupelnie innego - biszkopta przekladanego masa i udekorowanego masa cukrowa. Tymczasem "tort" smakowal troche jak sernik (choc nie bylo w nim ani grama twarogu) i polany zostal galaretka. Trzeba jednak przyznac, ze zrobil furore! Kazdy z gosci wszamal po dwa kawalki (jednen gosc nawet trzy), oboje z M. dopchnelismy wieczorem i w dwa dni po ciescie nie zostalo ani sladu. ;)
A Bi i jej domowy torcik, prezentowali sie tak:


Dostala tez niezwykly prezent urodzinowy od... samej siebie, o czym napisalam w dopisku pod poprzednim postem. Otoz, w niedziele przy sniadaniu, oznajmila, ze zabolal ja zab kiedy ugryzla rogala. Poniewaz Bi lubi dramatyzowac o byle bzdurke, nie przejelam sie szczegolnie. Chwilke jednak pozniej, kiedy czesalam jej wlosy, Starsza wrocila do tematu i pokazala mi zeba, ktory ja zabolal. Hmmm... no taki jakby lekko przekrzywiony, a Bi zabki miala zawsze prosciutkie... Popycham go delikatnie paznokciem... Wyraznie sie rusza! Narazie delikatnie, ale to tylko kwestia czasu az rozbuja sie porzadnie i w koncu wypadnie! Lepiej teraz miec zawsze w portfelu w pogotowiu jakiegos dolarka dla Wrozki - Zebuszki. :D

A ja, kolejny juz raz w mojej 6-letniej karierze matki, poczulam uklucie zalu. Ciesze sie razem z Bi z tego ruszajacego zabka, bo wiem jak bardzo na to czekala... A jednoczesnie jest mi jakos tak rzewnie... Wypadajace mleczaki to kolejny krok, dalszy etap dorastania. A ono nastepuje stanowczo za szybko...
Chcialabym choc na chwilke zatrzymac czas, nacieszyc sie Potworkami, takimi, jakimi sa teraz... Nie da sie, cholera, no nie da...

Przy okazji ruszajacego sie zeba Bi, awanture urzadzil Nik. Ze on tez chce, oczywiscie... A ja, przytulalam placzacego synka, usmiechajac sie jednoczesnie do mysli, ze chociaz on jest nadal moim maluszkiem. Przynajmniej tymczasowo... ;)

Zapomnialam tez dopisac (sorki dla tych z Was, ktore czytaly posta we wtorek), ze w poniedzialek oficjalnie zapisalam Nika do zerowki... Moje malenstwo... Przyznac jednak trzeba, ze Mlodszy swietnie tam pasuje. Juz na wstepie, przybil piatke "odzwiernemu", a kiedy przyszedl czas, zeby isc z paniami do klasy, ustawil sie pierwszy w szeregu (umawiane bylo 5-6 dzieci na ta sama godzine) i pomaszerowal nawet sie nie ogladajac.
Dla przypomnienia, w zeszlym roku, Bi rozplakala sie, kiedy miala isc do klasy i pani musiala ja wziac za reke, bo sama nie poszlaby za zadne skarby. ;)
Kiedy Nik wrocil, pochwalilam prace, ktore wykonal pod okiem nauczycielek oraz dyskretnie zerknelam na kartki innych dzieci. Wiecie, nadal troche mnie gryzie to poslanie go do zerowki w tym roku... ;) Na szczescie nie zauwazylam, zeby jego rysunki w jakikolwiek sposob "odstawaly", a i wzrostem zupelnie sie nie wyroznial.
A kiedy panie ocenialy "gotowosc" mego syna, ja zrobilam koleczko pomiedzy dyrektorka, sekretarka oraz szkolna pielegniarka, rozdajac kazdej odpowiednie dokumenty. 

Klamka wiec zapadla. Od wrzesnia bede miala dwoje "szkolniakow" w domu. Przed nami (kolejny) nowy etap... :)

16 komentarzy:

  1. serduszka. https://pl.wikipedia.org/wiki/Serduszka_okaza%C5%82e

    OdpowiedzUsuń
  2. Przede wszystkim najlepsze życzenia dla Solenizantki! Boże 6 lat, kiedy to zleciało? :-) Współczuję Ci tej gonitwy i nadprogramowego stresu. U mnie jest to samo. Za jakiś czas przyznam się na blogu dokładniej ;-) W każdym razie bywają takie dni, kiedy mam po prostu ochotę zapaść się pod ziemię, zniknąć, przestać myśleć, kombinować, martwić się...
    Wiosna w Waszym ogrodzie przepiękna. A wiesz, że dzisiaj u nas, w najcieplejszym mieście w PL, mieliśmy raptem 6 stopni??? W prawie połowe maja. No comment.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasia, ja sama nie wiem kiedy minelo te 6 lat! Dopiero co gapilismy sie z M. w szoku na test ciazowy... ;)

      Usuń
  3. Jak uroczo Bi wygląda na tym zdjęciu z sernikiem.
    Fajnie, że Pociechy mogą sobie poużywać na basenie. Ja wysyłam M z Synkiem, ale jakoś się nie spieszy. Boi się chyba reakcji Młodego.
    Czas jakby przyspieszył. Ja kwietnia nie zauważyłam a za chwilę połowa maja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mojego M. w zyciu nie przekonalabym zeby pojechal na basen z dziecmi. To ja jestem u nas ta lubiaca wode. ;)

      Usuń
  4. Dzieci fajnie wam rosna i rozwijaja sie. Nie ma co narzekac. Z natura nie wygrasz.
    Zazdroszcze meza, ktory umie upiec ciasto, tort. Kiedys chyba juz pisalas, ze maz zrobil rybe czy barszcz na wigile. Moj maz w kuchni jest kiepski. Moze dlatego, ze na niewiele mu pozwalam, bo nie lubie pozniej po nim sprzatac. Dobrze jednak grilluje mieso, kazdego rodzaju.
    Kwiatki serduszkowe tez mam w ogrodzie. To hit ostatnich kilku lat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Musze przyznac, ze z gotujacym chlopem to dobrze trafilam. Chociaz balagan tez robi niemozliwy. ;)

      Dzieci rosna, niestety - stety... Smutno tylko troche kiedy czlowiek sobie uswiadomi, ze jeszcze 10 lat z hakiem i uciekna do College'u. ;)

      Usuń
  5. Sentymentalną matko, jak ja cię doskonale rozumiem :) Ja też próbuje zatrzymać swoje maluchy i ich czas na dłużej, a one nieubłaganie rosną i w nowe etapy wchodzą, ech.

    Wszystkiego dobrego dla Jubilatki :)
    Z akcją urodziny - o matko co za kobieta!! Jak można nie rozdać od razu zaproszeń właśnie choćby aby uniknąć takich sytuacji. Jak widać myśli że tylko jej syn obchodzi urodziny. Głupia sytuacja, co.
    Piękne te tulipany :)
    U nas wczoraj wypadł trzeci mleczak i Tola jak Nik też już chce ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokladnie. Baba najwyrazniej widzi tylko czubek wlasnego nosa. :/

      Hehe, u nas awantura o wypadajace zeby trwa caly tydzien. Nik ryczy, tupie nogami, a co mam zrobic? Wziac obcegi i wyrwac mu jednego? ;)

      Usuń
  6. nie ma to jak strzyżenie włosów:) ja u fryzjera byłem raz w życiu. Tak to zawsze na krótko mnie ścinali i tak zostało do dzisiaj:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moj maz sie nieco zagapil tym razem i przysieglam, ze wiecej nie dam mu dotknac czupryny Mlodego. ;)

      Usuń
  7. Wszystkiego najlepszego dla córci:)
    Mój synuś też od września do szkoły! Szok!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wlasnie, szok! Gdzie te nasze maluszki???

      Usuń
  8. Uwielbiam te serduszka! Zawsze chciałam je mieć w ogrodzie' ale ograniczam się do podziwiania kwiatów sąsiadki:-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Asia, polecam je, naprawde. NIC z nimi nie robilam oprocz posadzenia. Same sie rozrosly i jeszcze pieknie zakwitly. ;)

      Usuń