wtorek, 29 listopada 2016

Otoczyly mnie indyki...

Nie, to nie przytyk dla mojej rodziny, tudziez kolegow z pracy! ;) To po prostu wstep do opowiesci o tygodniu "dziekczynnym", czyli naszych obchodach Thanksgiving.

Kiedys to bylo prosto... Poniewaz Indyk wypada zawsze w ostatni czwartek listopada i w wiekszosci firm jest dniem wolnym od pracy, zapraszalismy mojego tate (ciotka M. dolaczyla do tych obchodow dopiero kilka lat temu; wczesniej wolala umawiac sie ze znajomymi) i "swietowalismy", czyli siedzielismy, jedlismy oraz popijalismy winko. ;) Po pierwszym wspolnym Dniu Dziekczynienia, zgodnie stwierdzilismy, ze zadne z nas za indykiem nie przepada, serwowalismy wiec to, na co akurat naszla nas chetka. Czasem pieklismy kurczaki. Czasem robilam salatke, a drob olewalam. Czasem naszlo mnie na bigos. Zawsze jednak machnelam jakies ciasto, bo slodkosciami nikt przeciez nie pogardzi. No, ja w kazdym badz razie nie pogardze. ;)

Od kiedy jednak przyszly na swiat Potworki, a wlasciwie odkad troche podrosli, zaczynam czuc presje, zeby obchodzic Thanksgiving bardziej uroczyscie... W koncu to moi mali Amerykanie! ;) Malzonek moj moze sobie przewracac oczami i twierdzic, ze to zadne swieto, ciotka M. moze marudzic pod nosem, ze to nie jej swieto (w tym roku sobie odpuscila i cale szczescie, bo bylam w dosc wojowniczym nastroju i jeszcze bym ja wyprosila za drzwi...), ale dla Potworkow, tak jak dla wiekszosci Hamerykanow, bedzie to rownie wazne swieto, co Boze Narodzenie oraz Wielkanoc.

Dla dzieci wychowanych tutaj, obchody Thanksgiving beda zreszta najnaturalniejsze na swiecie... Poprawnosc polityczna sprawia, ze w placowkach edukacyjnych o zabawach wielkanocnych (np. poszukiwaniu jajek zorganizowanym rok temu przez przedszkole) mowi sie "Spring Games", a okres bozonarodzeniowy okresla jako "Winter Holidays". Malo kiedy paniom wymsknie sie normalnie "Easter" czy "Christmas"... Natomiast Thanksgiving obchodza wszyscy, bez wzgledu na wyznanie. Nie jest polaczone z zadna religia, nikogo wiec nie razi i szkoly oraz przedszkola z entuzjazmem z tego korzystaja. Przez cale trzy szkolne dni w zeszlym tygodniu, dzieciaki wycinaly, rysowaly, wyklejaly i sklejaly niezliczona ilosc indykow. :) I nie tylko. Uczyly sie rowniez, ze maja za co byc wdzieczne:


Oficjalne obchody "naszego" Thanksgiving, rozpoczelo spotkanie artystyczno - plastyczne w klasie Bi. Pisalam juz wczesniej, ze w zasadzie wybralam sie tam tylko dlatego, ze nie bylo mnie na paradzie przebierancow z okazji Halloween. Potem, na zdjeciach przeslanych przez nauczycielke, okazalo sie, ze bylam jednym z nielicznych rodzicow, ktorzy sie nie pojawili... Glupio mi sie zrobilo i chociaz w poniedzialek akurat przeziebienie rozkrecilo mi sie na dobre i marzylam zeby po prostu pojechac do pracy i klapnac za biurkiem, zacisnelam zeby i poczlapalam do szkoly. I cale szczescie, bo frekwencja znow dopisala. Wczesniej, wiele osob (lacznie ze mna) przewidywalo, ze jak tym razem sie wybiore, to nikogo nie bedzie. Nic z tych rzeczy! Z calej klasy, tylko jeden chlopczyk byl bez rodzica! :O A mina Bi na moj widok, wynagrodzila mi calkowicie to "poswiecenie". :)

Pomoglam wiec wykleic Bi opaske na glowe udajaca indyka.


A potem jeszcze statuetke indora z przyspiewka. ;)


Nastepnie, kazdy z rodzicow mial poczytac swojemu dziecku ksiazeczke. To ostatnie bylo dosc dziwne, bo klasa nie jest ani zbyt duza, ani szczegolnie przytulna. Kazdy probowal znalezc nieco odosobniony kacik, czesc rodzicow przycupnela po turecku na dywanie, ale ogolnie przy takiej ilosci osob, w klasie panowal ciagly halas, szum i nastroju do czytania w ogole nie bylo... Nie mowiac juz, ze zadna z ksiazeczek nie miala tematyki Thanksgiving. ;) Mysle, ze to cale "zamieszanie" ma na celu promocje czytania dzieciom na glos. Mocno naciagane, wedlug mnie. Albo sie dzieciom czyta ksiazki, albo nie, a jesli rodzic tego nie lubi (jak moj M.) to takie przymuszanie w szkole napewno go do tego nie przekona. :)

Calosc trwala okolo godzinki, a potem zwyczajnie popedzilam do pracy, postraszyc kolegow glosem, ktory ledwie moglam z siebie wydobyc. ;)
Wtorek to byl dzien na pochrzakanie i posmarkanie "na spokojnie" w pracy. I nadgonienie zaleglosci, bo w srode bralam dzien wolny. Dobrze, ze pomimo zawalonych zatok i koszmarnej chrypy, wlasciwie czulam sie zaskakujaco dobrze. ;)

W srode, jak juz pisalam ostatnio, przeziebienie jakby zaczelo popuszczac, za to nawiedzily mnie "te" dni. ;) Poniewaz jednak juz wczesniej zadeklarowalam sie, ze przyjde na Harvest Feast w przedszkolu Kokusia oraz ze upieke na ta okazje dyniowe ciasteczka, a takze wzielam specjalnie dzien wolny, nie bylo mowy o leniuchowaniu.

W przedszkolu za to rozczarowanie. Mimo, ze panie zebraly obie grupy razem, rodzicow bylo moze 4-5. Jakos Bi ma szczescie trafiac do klas z bardziej zaangazowanymi mamusiami, bo pamietam, ze rok temu bylo sporo osob... Moglam wobec tego srode sobie darowac, ale ciesze sie, ze poszlam. Nik z duma oprowadzil mnie po salce, pokazywal wszystkie swoje "dziela", domagal sie, zebym usiadla obok niego przy stoliku, po prostu cieszyl sie, ze jestem. Po zjedzeniu, ruszylismy do poszczegolnych "stacji" z zabawami. Panie stanely na wysokosci zadania i wszystko bylo z indykiem lub pielgrzymami w tle. :)



 (Maly pielgrzym :D)

Nik przyniosl do domu nawet zalaminowana tacke z indykiem stworzonym za pomoca odciskow wlasnych raczek! Sliczna jest, wiec zatrzymalam ja na pamiatke. :)


Potem na chwilke do domu i zaraz musielismy pedzic po Bi, ktora w srode konczyla lekcje juz o 1:15. Tym razem nie posiala karteczki (pisalam w ogole, ze kiedys dala ja nie tej pani co trzeba i M. czekal pod szkola, tymczasem nauczycielka wyslala ja na swietlice? :D), wiec zostala odstawiona do wyjscia. Bi zawsze prosi czy moze isc na "parent pick-up", ale z racji naszej pracy, zwykle nie ma takiej mozliwosci. Musi isc na chwile na swietlice. Kiedy sie wiec przydarzy, Starsza jest wniebowzieta! Taka mala rzecz, a ile radosci! ;)

A pozniej, w koncu, moglam sie zabrac za pichcenie! ;) W sumie to nie nagotowalam sie jakos strasznie i rozlozylam to sobie na dwa dni, wiec tragedii nie bylo. Mielismy nawet indyka, chociaz tu akurat wyszla nasza gapowatowosc. To znaczy, ze ja jestem gapa, to wiedzialam od zawsze. Wiecznie czegos nie zauwaze, nie doczytam i potem wychodza cuda. Ale ze moj maz... :D W kazdym razie, na 5 doroslych i dwoje dzieci - niejadkow, nie potrzebowalismy niewiadomo jakiego indora. W sklepie znalezlismy wiec zamrozony pakunek, ksztaltem z grubsza przypominajacy indyczka, na ktorym napisane bylo "young turkey". Mlody, maly indyk, o to nam chodzilo, tak? Dopiero w domu, kiedy pakunek odtajal, doczytalismy calosc: "young turkey breast"! Okazalo sie, ze byly to nie tyle piersi indycze, ale caly kadlub, tylko bez nozek i skrzydelek. ;) Coz, upieklismy co mielismy, a M. stwierdzil, ze przynajmniej nie bedzie wyscigu o to, kto pierwszy zlapie udka (dla malzona najlepsza czesc ptaszyska). No i nie bylo. ;)

Oprocz indora zrobilam salatke oraz obowiazkowo upieklam slodkie ziemniaki. Za to z reszta mialam zagroske. Chcialabym na Thanksgiving gotowac cos bardziej "amerykanskiego" i tradycyjnego, a nie bigos z kielbasa i salatke warzywna... Kiedy pytalam znajomych Amerykanow, o ich ulubione danie na Thanksgiving, wiekszosc wspomniala o "green bean casserole". I chodzi mi ta zapiekanka po glowie juz od paru lat, ale... No wlasnie, ale... Po pierwsze, M. nie znosi ani fasoli, ani grochu. Nie ruszylby wiec tego dania. O Potworkach nie mowiac... Poza tym, spojrzalam na przepis na ta slynna zapiekanke i mina mi zrzedla. Wbrew "zdrowej" nazwie, tam nie ma nic swiezego! Fasolka z puszki, zupa - krem z pieczarek z puszki... Masakra! :D Znalazlam za to przepis na kabaczki (chyba "kabaczki"; nie mam pojecia jak po polsku nazywaja sie butternut squash oraz acorn squash...) zapiekane w parmezanie z czosnkiem. Wyszly przepyszne, polecam! ;)

Z ciastem sie nie wysililam, bo mialam kilka przejrzalych bananow, wrecz blagajacych, zeby cos z nich zrobic. Upieklam wiec chlebek bananowy w wersji dla "doroslych", czyli z orzechami oraz rodzynkami (Potworki jedza wylacznie "czysty", bez dodatkow :D). Upieklam tez dyniowe muffinki, ale dopiero w piatek, wiec w sumie sie nie liczy. ;) A ciotka M. doniosla dwie salatki i koniec koncow, wyzerke mielismy calkiem niezla.

A co zjadly Potworki? Bi skubnela kilka plasterkow slodkich ziemniakow, a Nik odrobine indyka. Bez komentarza... ;)

Poza tym, w samo Thanksgiving, Nika dopadla kompletna glupawka i faza na glupie miny. Probowalam Potworkom zrobic jakies ladne zdjecie na pamiatke. A gdzie tam. Wszystkie powychodzily tak:




I na tym chyba skoncze. Mam do opisania jeszcze kilka watkow, a jak, ale znow zblizam sie niebezpiecznie do "tasiemcowatej" dlugosci posta. Lepiej zostawie reszta na pozniej. :)

10 komentarzy:

  1. Twój jedzeniowy post indykowy przypomina o zbliżających się Świętach i wypadałoby może wymyśleć coś bardziej wyrafinowanego, więc muszę zacząć przeczesywać internet. Na szczęście z ciastami nigdy problemu nie mam, ponieważ od lat mam ulubioną stronę i wypróbowuję co się da - z różnym skutkiem ;)
    Do nas dotarł Black Friday czyli kolejna Hamerykańska "tradycja", bo wiesz jakoś w dawniejszych latach nie bardzo to kojarzyłam, a w tym roku na każdym kroku waliły po oczach Black Friday - wyprzedaże i w ogóle. Gzieś w necie widziaąłm, że na ulicach to u Was szał totalny jest, tłumy biegające do sklepow, przepychanki, kłótnie, totalne szalenstwo - serio tak jest? Bo wiesz ja tak nie do końca dowierzam wszelkim, rzeczom które gdzieś zobaczę czy wyczytam. Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że tv czy inne media pokazują tylko częsciowe wypowiedzi czy sytuacje, tak żeby nadać konkretny ton jakiejś swojej wizji (nie wiem czy dobrze to ujęłam - manipulacja - o to mi chodziło :).
    Teraz co do potworków kurka jak przeczytałam, że ten jeden chłopczyk był bez rodziców to mi się strasznie przykro zrobilo. Wiem jak moja Martyna czeka kiedy ma jakieś występy żeby zobaczyć kogoś znajomego, w ogole kiedy dzieci mają przedstawienia to bardzo bardzo szukają w tłumie znajomych twarzy, a jak odnajdą to machają jak szalone i uśmiechają się szeroko. Zawsze staram się jechać na Dzien Mamy to już obowiązkowo ale nawet na Dzień Babci czy jakieś inne uroczystości.
    No dobra rozpisałam się.
    Pozdrawiam Potworki & Co. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja lubię pieczonego indyka, więc to święto by mi pasowało ;) Tylko słodkich ziemniaków nigdy nie jadłam, więc nie wiem.. A ta zapiekanka, o której piszesz to jakieś paskudztwo chyba ;)

    Thanksgiving za Wami, teraz już możesz czekać na Christmas ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. No proszę, chyba byśmy się tam z dziewczynami odnalazły, bo indyka bardzo lubimy, chyba nawet bardziej niż kurczaka :)
    Myślę, że masz bardzo dobre, zdrowe podejście do tego wszystkiego.

    Batatów jeszcze nie piekłam, na razie dodawałam do zupy dyniowej, ale mają fajny smak i widziałam, że są całkiem uniwersalne, także kto wie, gdzie je jeszcze upchnę :)

    Pewnie, że dla dzieci to mega ważne, aby rodzić przychodził na takie zorganizowane akcje w szkole cyz w przedszkolu. Zawsze widzę po moich dziewczynach, jakie są z tego faktu dumne! Głupie miny na zdjęciach? U Liki to coraz częściej normalka :)

    Buziaki i rozwiń te pozostałe wątki :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Śliczne te Twoje Potworki:) i dobrze, że mogłaś być tego dnia z nimi:) dla dzieci to mega ważne!

    OdpowiedzUsuń
  5. Rozpisuj sie nie krepuj sie - chyba wszystkie lubimy te Twoje tasiemce. Zawsze czytam - choc czasem na raty i czasu brak na komentarz (teraz np mam chwile - w koncu 1.30 am)
    Fajnie że bylas z dzieciakami. Nawet przyjemne to indycze swieto. Kazda okazja zreszta jest dobra zeby cos zjesc dobrego i spędzić wspolnie czas ;-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Super spędzony czas, będzie co wspominać no i zdjęcia na pamiątke super ! Poydrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Aż się głodna zrobiłam ale przecież nie będę wstawać z łóżka;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Urocze te małe indorki :) Jak dobrze, że mogłaś sobie wszystko tak poukładać, żeby towarzyszyć dzieciom.

    OdpowiedzUsuń
  9. Nawet fajnie tak obchodzić świeto dziękczynienia.
    U mnie mój 11latek nie jest zbyt szczęśliwy jak mama jest w domu i ma urlop. Wiadomo, więcej do sprzątania, kontrola komputera :P.
    Za to Hania uwielbia gdy przychodzę na spotkania otwarte do przedszkola...zresztą ja też :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Super. Wreszcie jakies Hamerykanskie swieto wywodzace sie z Ameryki I super, swietujcie. W koncu zyjecie tam, jestescie czescia spoleczenstwa.
    Prace dzieciaczkom wyszly piekne!!!

    OdpowiedzUsuń