piątek, 27 lutego 2015

Blondynka to stan umyslu

Kiedy przydarzyla mi sie pierwsza historia, zaraz przeszlo mi przez mysl "jak opisze to na blogu, dziewczyny pospadaja z krzesel ze smiechu!". Zaraz jednak nedeszla refleksja, ze moze sobie odpuscic. W koncu czy wypada tak otwarcie przyznawac sie do tego, ze jest sie idiotka? Dobrze, idiotka to moze troche za mocne slowo, chociaz... ;) W kazdym razie zastanawialam sie, odkladalam, ale w koncu wzruszylam ramionami. Moze poprawie komus humor na weekend, wszak mamy piateczek, nie? ;)

Nigdy nie robilam tajemnicy z tego, ze jestem naturalna blondynka, jednak podwojny magister zobowiazuje i nie uwazalam sie za taka typowa dziewoje z kawalow. Mam jednak powazna wade. Znaczy sie, wad mam cala liste, ale trzy daja mi sie szczegolnie we znaki. Konkretnie, to bywam (za czesto!) straszliwie roztrzepana, zapominalska, a przy tym mam paskudny zwyczaj odkladania wszystkiego na pozniej.

Pisalam juz, ze u nas to M. jest odpowiedzialny za placenie rachunkow? A pisalam dlaczego? Nie, nie bylo to tak, ze kiedy zamieszkalismy razem, solidarnie podzielilismy obowiazki. Na poczatku wspolne rachunki wypisywalam raz ja, raz M., a oprocz tego kazde mialo jakies tam swoje platnosci. Po slubie polaczylismy konta bankowe, ale nadal kazde wypisywalo swoje rachunki. Do czasu kiedy M. zaczal sie bardziej przypatrywac naszym finansom i odkryl, ze jego malzonka wiecznie spoznia sie z oplatami. ;) Po prostu kiedy przychodza rachunki, termin platnosci jest na mniej wiecej 2-3 tygodnie pozniej. Agata wiec z ulga wpadala w tryb "mam czas". A potem, kiedy tego czasu ubywalo, a to bylo cos wazniejszego do zrobienia, a to sie zapomnialo i buch! Znowu kara! ;) Dodatkowa kasa splywa wartko z naszego konta, a tego M. nie mogl juz zdzierzyc. Kiedy sytuacja powtorzyla sie raz, drugi, piaty, oswiadczyl oburzony, ze od tego czasu on bedzie placil rachunki. Myslicie, ze protestowalam? ;)

Ten wkret chyba najlepiej oddaje moja osobowosc. :))

Co wiec ostatnio zmalowala rasowa blondyna?

Wspomnialam w ktoryms poscie, ze wyrwalam sie z domu na spotkanie z kumpela. Restauracja przy ruchliwej ulicy, wiec ucieszylam sie jak glupia, ze znalazlam miejsce parkingowe prawie pod drzwiami. Do czasu. Jak wiecie u nas zima stulecia, na poboczach kopy sniegu, wiec kiedy juz zaparkowalam, stwierdzilam ze auto troche za mocno wystaje na ulice. Nie chcialam, zeby ktos mi je przerysowal, wiec postanowilam poszukac innego miejsca. Wtedy zaczely sie klopoty. Auto boksuje, "skacze" do przodu, po czym sie cofa, no dzieja sie cuda na kiju! Zaparkowalam na zmrozonym sniegu i lodzie i nie moglam z tamtad za cholere wyjechac! Gazuje jak wariatka, z nadzieja, ze auto w koncu "chwyci" i pojedzie! Mysle sobie, no ki diabel, przeciez mam naped na 4 kola, moglabym przysiac, ze jedno kolo stoi poza sniegiem, na asfalcie, jak moglam tak utknac?! Zadzwonilam do kumpeli spytac, czy moze przyjechal z nia jej maz (mielismy sie spotkac w czworke, ale M. sie na to wypial), bo ktos musi mnie popchnac. Nie przyjechal. W koncu jakis przypadkowy chlopak z dziewczyna zauwazyli moje wysilki i zaczeli mnie pchac! Znowu probuje raz, drugi, trzeci, gazuje, auto skacze do przodu, cofa sie, szoruje na boki, ale nie jedzie. Otworzylam drzwi, zeby podziekowac chlopakowi i dziewczynie i powiedziec, ze zadzwonie po meza... I wtedy rzucilo mi sie w oczy czerwone swiatelko troche ponizej kierownicy. Mialam wrzucony pieprzony hamulec reczny!!! Ja pitole!!! Zwolnilam hamulec i autko gladziutko wyjechalo z miejsca parkingowego... Co za obciach! Chociaz zastanawiam sie czy cos nie bylo tez nie tak z tym cholernym hamulcem. Reczny w mojej wozidupce to nie zwykla galka, tylko elektroniczny przycisk. Juz kilka razy o nim zapomnialam, ale za kazdym razem jak nacisnelam gaz, sam sie wylaczal. Tym razem tego nie zrobil i nie mam pojecia dlaczego. Podejrzewam, ze kola sie jednak troche slizgaly i czujnik nie lapal... Ale i tak poczulam sie jak kretynka...

Dwa dni po przygodzie z hamulcem, pojechalam z Bi na lodowisko. Ubralam dziecku rajstopy, zeby lyzwy jej nie obtarly, ale wzielam jej tez dodatkowa pare skarpet, bo byl mroz, a od lodu dodatkowo ciagnie. Do budynku szlam obladowana czapkami, szalikami, rekawiczkami, itd. Oczywiscie nie wzielam zadnej torby, bo po co, tylko trzymalam wszystko w jednej rece, bo druga prowadzilam Bi. W gesto padajacym sniegu doszlysmy do budynku, zaplacilysmy, wypozyczylysmy lyzwy. Idziemy sie przebrac. Konsternacja. Nie ma skarpet. A moglabym sobie reke odciac, ze je mialam. Trudno, nie bede sie teraz wracac do auta. pojezdzilysmy, wypilysmy goraca czekolade, wracamy do domu. Pogoda tragiczna, ja zestresowana. Oczywiscie w aucie skarpet nie ma... Musialam je gdzies po drodze upuscic. Rozgladam sie dookola, ale w czasie kiedy bylysmy na lodowisku, spadlo dobre 10 cm sniegu, wszystko zasypane, wez znajdz pare dzieciecych skarpetek... Kolejna strata przez matczyne roztrzepanie. ;)

W miniony poniedzialek wiozlam rano tate do szpitala na milutki zabieg kolonoskopii. ;) Szpital ma spory, pietrowy parking. Wjezdzam na pierwszy poziom, a tam zonk. Wszystkie miejsca pozajmowane. W koncu dostrzegam miejsce miedzy jakims autem, a betonowym slupem. Probuje sie tam wcisnac. Jest wasko, ale daje rade. Dume z samej siebie ostudza tata, stwierdzeniem, ze nie jest pewien czy ten drugi kierowca da rade wsiasc do auta. Cholera. No to trzeba szukac dalej. Usiluje stamtad wycofac, skupiam sie zeby nie przerysowac czyjegos auta, nagle slysze jakby lekki zgrzyt. Tak skupilam sie na prawej stronie, ze z lewej zahaczylam zderzakiem o betonowy slup! F*ck!!! Poczulam sie jak jeszcze wieksza idiotka (i blondynka), kiedy pojechalam na kolejny poziom parkingu, a tam pustka, doslownie trzy auta na krzyz!!! No nic, obejrzalam pozniej, w dziennym swietle zadrapania na zderzaku. Nie sa rozlegle, ale dosc glebokie. Tylko patrzec az pojawi sie tam rdza. Jestem pewna, ze malzonek moj ma jakies pasty i inne specyfiki, zeby to troche zamaskowac, ale jeszcze nie odwazylam mu sie o tym powiedziec. Jak sobie wyobraze ile sie naslucham o babach za kierownica, to w ogole mam ochote nic mu nie mowic dopoki sam nie zauwazy. ;)

Takze ten tego. Musze chyba zaczac lykac jakies ziolka na pamiec i koncentracje, bo taka kumulacja w tak krotkim czasie nie wrozy nic dobrego...

No chyba, ze to tesciowa dosypuje mi czegos cichcem do kawy. Hmmm... ;)

30 komentarzy:

  1. kurcze nieladnie sie tak z kogos smiac, ale co ja poradze ze tak zabawnie to opisalas :))
    ja kiedys wigilie zostawilam tylny zderzak na bramie wyjazdowej..takze cofanie tylem to nie moja bajka :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tam cofanie, jak cofanie, ale parkowanie to bym chetnie zostawila facetom! ;)

      Usuń
  2. każda matka ma jakieś przewinienia w końcu nasz mózg trochę inaczej funkcjonuje przy dzieciach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale wiesz, w dwoch z trzech opisanych sytuacji, dzieci przy sobie nie mialam... ;)

      Usuń
  3. masz dużo obowiązków a mało czasu dla siebie, takie wpadki to pikuś, znam matkę, która posadziła dziecko przy stoliczku dla dzieci i załatwiała coś przy okienku w urzędzie i załatwiła, wyszła i pojechała do domu! Dopiero w bramie opamiętała się, że była z dzieckiem a nie ma dziecka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O Boze, to historia jak z horroru! Teraz moge sie z niej smiac, ale sama, wracajac po to dziecko, mialabym przed oczami najgorsze scenariusze!

      Usuń
  4. Jeśli Ci to poprawi samopoczucie to śpieszę zapewnic, ze i mnie - również podwójnemu magistrowi - zdarzyło się gazowac na zaciagnietym recznym i jeszcze główkowac i psioczyc, że auto nie jedzie :D skarpetami się nie linczuj - zdarza się. Pewnie wypadly Ci z kieszeni. Takie historie to zdarzają mi się tak często, ze juz przestalam się nimi przejmować. Ja to z kolei jestem gapa. Nie dostrzegam wielu rzeczy, gdy skupiam się tylko na jednej, ale H. twierdzi, ze kocha mnie taką głupiutka :-P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tak samo, jak koncentruje sie na czyms, to jakbym miala klapki na oczach! Wielokrotnie wychodzac z domu, zauwazylam worek ze smieciami czekajacy na wyrzucenie, dopiero, kiedy sie o niego doslownie potknelam! :p Tyle, ze moj maz taki wyrozumialy nie jest. Nie tylko przewraca oczami na moje "wpadki", to jeszcze potem przy kazdej okazji sie podsmiewa... :)

      Usuń
  5. Phiiii, no weź- to ma być żenada? Dla mnie kompromitacja to norma :) I naturalną blondynką nie jestem :) Gazowanie po zmarzniętym śniegu przerobiłam, i japitoleozeszkurna... i tak dalej- jedno z moich gorszych przeżyć z autem. A ja na początku mojej kariery jako kierowcy parkowałam pod pewnym marketem, to się jeden pan (dosłownie) za głowę złapał... No, a reszty wpadek nie pamiętam, za wszystkie serdecznie żałuję- tej wersji się trzymajmy :)

    A tak serio- matko, ile razy ja już się tak okropnie skompromitowałam :) Marcin na szczęście ma do tego dystans, ale... zawsze ma też ze mnie kupę śmiechu- może dlatego jest taki wyrozumiały, bo On się lubi pośmiać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moj malzonek tez lubi sie ze mnie ponabijac. Niestety uwielbia tez opowiadac wpadki swojej zony - blondynki w towarzystwie, a ja mam ochote przyrabac mu tasakiem! ;)

      Podobnych wpadek zaliczylam w zyciu tyle, ze po prostu wstyd sie przyznac... I parkowanie to tez nie moja mocna strona... ;)

      Usuń
  6. Przybij zolwika- to moze sie kazdemu przytrafic... ja tez mam pare takich "blamage" i sie nie chwale ;)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie sie niestety zdarza nader czesto... ;)

      Usuń
  7. Ja tez jestem roztrzepana. Ostatnio zarezerwowalam dla nas hotelmi zapomnialam do pokoju podpiac dzieci (a przeciez rezerwowalam family room ;)).
    Z tym recznym to peklam ze smiechu...eeee zdarza sie kazdemu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Reczny to od tamtej historii moj wrog numer jeden! ;)

      Usuń
  8. Kochana jakby to powiedziała moja Babcia: "taka wpadka, to nie wpadka, to życie" :):):):):)
    A ja się na prawko wybieram :P
    Spokojnego weekendu! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powodzenia!!!
      Mysle, ze wszystkie historie o babach za kierownica sa mocno przesadzone i 90% plci pieknej jezdzi swietnie I bezpiecznie. Coz ja zrobie, ze znajduje sie w pozostalych 10%? ;)

      Usuń
  9. Hahaha :)
    To ja za kilka dni napiszę, co raz zgubiłam :P

    OdpowiedzUsuń
  10. Heh, myślę, że czasem każda z nas tak ma :) Ja też nie zauważyłam wielkiego słupa grubego na metr średnicy lekko i przerysowałam auto, ale przecież całe życie człowiek się uczy! A co do ręcznego, raz mi zamarzł, teraz nie zaciągam w ogóle!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zawsze mam wizje, ze mi auto gdzies sie "obsunie" i prawie zawsze go zaciagam. :)

      Usuń
  11. to ja w kwestii rachunków jestem zasranym służbistą. mało tego mam obowiązkowość lepszą niż najelepszy bankowiec. u mnie choćby się waliło i paliło najpierw musza być zrobione opłaty typ czynsz prąd gaz media. potem reszta. zapłacę nawet przed czasem byle mieć potem spokój.


    auto i prawko - niestety do tego jestem debilem. nie wiem czy kiedykolwiek zdam prawo jazdy. tyle razy oblałam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja prawko zdalam dopiero za 3 razem. :)
      Z tymi rachunkami jestem dziwna. Zazwyczaj pamietam o spotkaniach, zapisuje w dwoch roznych miejscach, zeby mi tylko nie umknelo. Nienawidze sie spozniac, wiec zazwyczaj jestem wczesniej. Ale rachunki mi jakos magicznie umykaja. ;)

      Usuń
  12. Jesteś niesamowita :D
    Trochę roztrzepana, ale co tam, zdarza się najlepszym :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, jestem. Nieuwazna, roztrzepana, rozkojarzona... Czasem zastanawiam sie jak ja te studia skonczylam... ;)

      Usuń
  13. Hehe ja tez jestem roztrzepana:) ale wiesz co? Osobiście nie lubię ludzi ułożonych, którzy wszystko robią z głowa, każda czynność zaplanują i nic im sie nie przytrafia! Nudni są po prostu. Ja poszłam z moim synkiem na rowerku oraz kumpela na płac zabaw. Po czym wróciliśmy do domu na piechotę zapominając, ze dziecko było na rowerku. Pognalam na płac zabaw a po rowerku ani śladu...... Co tam rękawiczki:)))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O kurcze, rowerek to juz powazna strata! Najbardziej jednak jestem w szoku, choc pewnie nie powinnam, ze ktos sobie przywlaszczyl cudzy rower! Czasem bylabym sklonna zeby wrocono do dawnych kar za kradziez, jak uciecie lapy!

      Usuń
  14. A ja nie jestem na pewno roztrzepana z natury, zawsze dbam o terminy i niczego nie zapodziewam, ale nawet ciemne włosy nie zmienią tego, że też czasem coś takiego odwalę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ja to jestem dziwna. Pod wieloma wzgledami tez jestem poukladana, nie spozniam sie, malo kiedy cos gubie, nie zapominam o spotkaniach i wizytach... Ale te rachunki mi notorycznie umykaly... ;)

      Usuń