poniedziałek, 28 lipca 2014

Intensywnie, czyli to co Agatki lubia najbardziej (z gory uprzedzam, ze znow bedzie dluuugo!)

Wybaczcie, ale znow wyszedl mi tasiemiec... Coz poradze, ze jak na zwykly, dwudniowy weekend sporo ruszalismy sie z domu i wypadaloby to opisac "dla potomnosci". Oczywiscie atrakcje zaowocowaly nieumyciem lazienki i nieodkurzeniem podlog, ale na szczescie to mala cena za przyjemnie spedzony czas. :)

Na codzien kocham cisze, spokoj i relaks. Chyba dlatego, ze w moim domu wszystkie te trzy rzeczy sa w ciaglym deficycie, wiec nieustannie o nich marze. Ale w weekend wlacza mi sie jakis ukryty wlacznik aktywnosci i chce jezdzic, dzialac, ogladac, cokolwiek, byle nie "siedziec" w domu. Oczywiscie jak to bywa kiedy czlowiek w tygodniu spedza wiekszosc czasu w pracy, na sobote i niedziele zawsze zostaje jakies sprzatanie i gotowanie, ktore koniecznie trzeba odbebnic. Dlatego jestem zadowolona jak uda nam sie zaliczyc chociaz jedna wycieczke podczas tych dwoch wolnych dni. Jak jednak nie zalicze zadnej, to snuje sie bez celu jak gradowa chmura i potem narzekam na nude na blogu. ;)

Miniony weekend byl wiec podwojnie udany, bo i w sobote i w niedziele wyrwalismy sie z domu! :) W niedziele, jak juz wspomnialam poprzednio zaliczylismy przyjecie urodzinowe. A w sobote rano udalo mi sie meza wyciagnac nad wode! Smiejcie sie, niby zwykla latem rzecz, ale troche musialam go przekonywac, bo tym wypadem zburzylam nasz normalny sobotni plan dnia. Hmm... Zakupy spozywcze to wazna rzecz, ale warto przelozyc je na pozniejsza godzine, zeby sprawic radosc dzieciom i wybyc z domowych pieleszy. Gorzej, ze kompletnie olalismy drzemke Nika. Stwierdzilam, ze tak rzadko ostatnio ruszamy sie z domu, ze nic mu nie bedzie jak raz na miesiac pospi krocej i w przypadkowych godzinach. Mlodszy spal wiec jakies 20 minut w drodze na plaze, a potem okolo godziny w drodze powrotnej. Oj, bardzo mu sie to nie spodobalo! Cale popoludnie marudzil, jeczal i ogolnie dawal w kosc. Oczywiscie M. nie omieszkal wypomniec, ze to moja wina bo zachcialo mi sie plazy... A ja nadal uwazam, ze warto bylo, szczegolnie, ze zaraz po naszym powrocie zaczelo padac i nie przestalo az do niedzielnego popoludnia...

A bylismy w Wadsworth State Park. Znamy go juz od lat, ale ze szlakow spacerowych. Swietne miejsce na dluzsze spacery przez las z psem lub samotnie. Szczegolnie, ze jeden ze szlakow prowadzi do pieknego wodospadu. Nie mam niestety zdjec bo wszystkie foty z tamtego okresu szlag trafil kiedy padl nam stary komputer. Mialam gdzies wydrukowane, ale nawet nie wiem gdzie. :)

W kazdym razie sama "woda" rozczarowuje, bo zbiornik trudno nawet nazwac "jeziorkiem", to bardziej staw:


Jak to ze stawami bywa, pelen jest glonow i kijanek. Ale zarzad parku dba, zeby go troche uatrakcyjnic. Dowoza swiezy piach zmieszany z piaskiem morskim (znalazlam pare muszelek) i tworza mala "plaze". Czesc wyznaczona na plywanie jest oczyszczana z (wiekszosci) glonow. Nie mam zdjecia z reszty terenu, ale poza plaza jest spory strumien (w ktorym podobna sa pstragi) a wokol niego porozstawiane stoly piknikowe i miejsca na grilla. Parking jest dosc maly, ale wiekszosc odwiedzajacych idzie na szlaki, wiec nie ma tloku (pomoglo tez, ze bylismy tam juz o 10 rano).

W kazdym razie, tak jak przypuszczalam, wybor cieplejszego i spokojniejszego zbiornika, okazal sie strzalem w 10. Bi najpierw pospacerowala wzdluz wody trzymajac mnie za reke. Szybko jednak przekonala sie, ze woda jest cieplutka i smialo zaczela wchodzic coraz glebiej.





I nawet glony nie byly jej straszne. Nikowi zreszta tez nie. Ja juz jako dziecko sie ich brzydzilam, sa takie oslizgle, a oni smialo wlazili w sam srodek. A rozlozylismy sie niestety blisko szuwarow, wiec w miejscu gdzie glonow bylo najwiecej, bleee... Bi mnie zadziwila, bo po pierwszym strachu, nie minelo nawet pol godziny, a ona wchodzila tak gleboko, ze musielismy ja stopowac, albo siadala w wodzie i w ten sposob zanurzala sie az po szyje.

Nikowi zas zajelo dobra godzine, zeby przekonac sie, ze woda naprawde nie gryzie i mozna w nia bezpiecznie wejsc. Na poczatku usadowil sie w grajdolku wykopanym i pieczolowicie napelnianym przez siostre. Chociaz glosno oprotestowal widoczna ponizej blotna kapiel zafundowana przez tate.



Po jakims czasie jednak nawet i on wedrowal samodzielnie po "otwartej" wodzie.



Nawet matka poplywala! To "poplywala" to troche na wyrost, bo Bi spanikowana nawolywala z plycizny "Mama! Mama! Mama!!!", wiec tak naprawde to przeplynelam sie raz na glebsza wode i zawrocilam, nie mniej jednak przypomnialy mi sie stare dzieje, kiedy latem plywalam regularnie. Zaluje, ze nie mamy zadnego kolka ani plywaczkow dla Bi, bo fajnie byloby i jej zaczac dawac lekcje plywania.

Chwila na odpoczynek w cieniu drzewka.



Oraz mala przekaske:



Moje kochane blondasy. ;)

Oczywiscie wypad nie moglby sie odbyc bez odrobiny irytacji. Tym razem wyjatkowo nie z winy M. :) Zawinila jakas kobitka, ktora rozlozyla sie doslownie 3 m od nas. No coz, jej prawo, tyle ze cala plaza pusta, a ona kladzie sie zaraz kolo naszej "bazy"! Zaczelo sie od tego, ze wpedzila mnie w kompleksy. Babka gdzies w moim wieku, a figura modelki, zero tluszczu czy cellulitu! Nooo, nie mogla gdzies dalej sie polozyc, tylko mnie non stop kluc w oczy swoim widokiem??? ;)

Szybko wyjasnilo sie dlaczego wybrala miejsce zaraz przy nas. Przyszla mianowicie z coreczka, okolo 4 letnia, ale jak sie okazalo, nie miala najmniejszej ochoty sie nia zajmowac. Mala probowala sie pobawic z moimi dziecmi, ale Bi jak wiadomo jest niesmiala i malo towarzyska, natomiast Niko mial tylko ochote podwedzic jej kilka zabawek. Tak wiec mala "przykleila" sie do innej dziewczynki, ktora bawila sie w wodzie ze swoim tata. Mamusce najwyrazniej bylo to na reke. Przez 2 godziny kiedy tam bylismy, nie ruszyla sie z kocyka ani na moment. Raz tylko podniosla na chwilke glowe, zeby krzyknac do corki, zeby nie wchodzila za gleboko do wody, ale poza tym zostawila zabawianie jej tacie innego dziecka.

Nie wiem, moze jestem jakas dziwna, ale oprocz (hmm... dosc licznych) chwil, kiedy marze o blogiej ciszy, bardzo lubie bawic sie z moimi Potworami. Wlasciwie to jest tak, ze w domu oczekuje od nich, ze choc przez moment sami sie soba zajma. Ale kiedy gdzies jedziemy, chce z nimi spedzac jak najwiecej czasu, pokazywac jak mozna fajnie sie bawic, razem obserwowac nowe otoczenie, itd. Bylo tam jeszcze kilka mam z dziecmi i wszystkie robily z maluchami babki z piasku i wchodzily z nimi do wody. Wszystkie oprocz tej jednej mamy, ktora wolala uwalic sie na kocu. Moze zreszta nieslusznie ja oceniam, po prostu zal mi sie zrobilo jej coreczki...

Poza tym stwierdzam, ze mam grzecznego synka. Niko uparcie wracal do zabawek tamtej dziewczynki, mimo, ze nasz zestaw jest prawie identyczny. Wiecie, czyjes wiaderko lub lopatka zawsze bedzie atrakcyjniejsze niz twoje wlasne, dawno opatrzone. Nie mniej jednak, kiedy podchodzilam do Kokusia i tlumaczylam, ze nie wolno, ze to nie nasze tylko dziewczynki, grzecznie zostawial zabawki i odchodzil. :)

Z innej beczki, to w drodze do domu, Bi usnela i zesikala sie w fotelik samochodowy... Troche to nasza wina, bo zapomnielismy zabrac ja do toalety przed odjazdem. Ale z drugiej strony, droga powrotna zajela nam tylko okolo pol godziny, wiec tyle to juz moglaby wytrzymac, w koncu 3 lata skonczyla niemal 3 miesiace temu... :/

A wczoraj udalismy sie na impreze urodzinowa synka kolegi. Ktora o maly wlos nie doszlaby do skutku, bo zaplanowana byla jako przyjecie "plenerowe" (czyli na gigantycznym tarasie znajomych), a pogoda do ostatniej chwili stala pod znakiem zapytania. Tak jak napisalam wyzej, bylo cieplo, wrecz duszno, ale jak w sobotnie popoludnie zaczelo padac, tak nie przestalo do niedzielnego popoludnia. Dopiero okolo 15 wyszlo slonce, a impreza zaczynala sie o 16, wiec w ostatniej chwili. :)

Impreza jak impreza, troche sie rozczarowalam. Milo bylo spedzic czas ze znajomymi (oprocz gospodarzy znalam jeszcze dwie dziewczyny), ale ogolnie to gospodarze (Amerykanie) poszli na latwizne i zorganizowali przyjecie na wzor amerykanskich imprez dla dzieci w salach zabaw. Byla pizza, calkiem smaczna, tyle, ze zimna. Byly chipsy z dip'em. I byl tort z obrzydliwie slodkim lukrem. I to by bylo na tyle jesli chodzi o jedzenie. M. byl rozczarowany, ze nawet piwa nie bylo. :) Polacy jednak wkladaja w przyjecia, nawet te dla dzieci, troche wiecej serca... Solenizant, jak tylko tort znalazl sie na stole, zaczal w nim dlubac paluchami (tak, to ten od dlubania, hehe). Tym razem to jego tort i jego sprawa, ale gdybym byla jego matka, dalabym mu po lapach... ;) Gospodarze maja swietny, nowiutki zestaw hustawek na podworku, tylko co z tego, skoro bramka z tarasu byla zamknieta na trzy spusty i dzieciom nie wolno bylo tam chodzic. Bi caly czas pytala czy moze pojsc na zjezdzalnie i szkoda mi bylo, ze musze jej odmowic...

Przy okazji imprezki moglam ponownie poobserwowac moje dzieci w gronie rowiesnikow i znow usmialam sie jak bardzo sie roznia, mimo, ze sa rodzenstwem. Bi przez caly czas trzymala sie tatusia. W koncu, jesli ktos do niej zagadal, bezpiecznie bylo schowac sie za jego noge... ;)



Smieje sie, ale tak naprawde to mocno mnie to jej zachowanie martwi. Rozumiem poczatkowe oniesmielenie, w koncu kazdy troche sie na poczatku krepuje w obcym miejscu... Ale zeby po godzinie nadal nie odejsc ani na krok od rodzicow? To juz chyba nie jest do konca normalne. Mam nadzieje, ze z wiekiem z tego wyrosnie...

Niko tez poczatkowo uciekl nam na rece, ale juz po 15 minutach ruszyl na odkrywanie nowych zabawek.



Odwaznie tez wpychal sie pomiedzy inne dzieci, zeby dostac w swoje lapki upatrzone autko. Taaak, jesli chodzi o towarzyskosc to o niego moge byc chyba spokojna... ;)

Ponownie tez zaobserwowalismy z M. jak duze sa nasze dzieciaki. Wszystkie dzieci oprocz naszych byly kolegami/kolezankami malego solenizanta z przedszkola, a wiec wszystkie mialy okolo 3 lat. A Bi gorowala nad kazdym o przynajmniej pol glowy. Niko za to, choc najmlodszy w towarzystwie, byl tylko o okolo pol glowy nizszy, a przeciez ma dopiero 1.5 roku... Takie te dzieciaczki byly drobniutkie. Nie wiem po kim te moje to takie giganty. :)

A po powrocie do domu, Niko przez dobre 20 minut cwiczyl wchodzenie i wychodzenie z samochodu.


Musze przyznac, ze idzie mu az za dobrze. Sam fotelik jest jeszcze troche za wysoko, zeby mogl sie na niego wdrapac, ale juz malo mu brakuje. Za to do samochodu juz wlezie bez problemu, a potem "wyskoczy", jak widac na zalaczonym zdjeciu... Czasem mnie przeraza w jakim tempie on nabiera nowych umiejetnosci. :)

A na koniec napisze Wam jaki moj maz "strzelil" mi komplement. Faceci to jednak nie maja wyczucia... ;) Otoz, wypad nad wode zaowocowal u mnie wzmozona fale kompleksow. Glownie dzieki pani, ktora lezala zaraz kolo nas, ale byly tam i inne laski. Po drodze do domu zaczelam wiec M. smecic, ze mial poszukac tego siodelka do rowerka stacjonarnego, albo zamowic nowe, tymczasem minely 3 tygodnie i dalej nie mam na czym cwiczyc. A jeszcze maz jak na zlosc nakupowal tyle cukierkow i czekolad, ze co otworze szafke to mnie kusi... A silnej woli to ja nie mam, o nie...
A na to moj maz: "Co ty sie przejmujesz, przeciez jak na kogos kto nic ze soba nie robi i tak niezle sie trzymasz". No i powiedzcie drogie panie, czy powinnam go w tym momencie strzelic w pysk, czy sie po prostu rozplakac??? Bo najwyrazniej trzymam sie niezle, ale w porownaniu z typowymi "kanapowcami"! Natomiast w porownaniu z reszta spoleczenstwa to powinnam sie ostro za siebie wziac... Przynajmniej tak ja to odczytalam...

P.S. to ostatnie pisane oczywiscie z przymruzeniem oka. Wiem, ze M. nie mial nic "zlego" na mysli i to mial byc autentyczny komplement, tylko mu nie wyszlo... ;)

27 komentarzy:

  1. hahahahah. typowedla facetow myslenie ;)
    podobne komplementy tez juz slyszalam..."alez kochanie zle mnie zrozumialas" :)
    Dzieciaczki duze i sliczne- a Bi jeszcze sie wyrobi- nic sie nie martw :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieje, ze chociaz troszke... Z jednej strony to, ze jest taka strachliwa ma zalety - wiem ze nie pojdzie z nikim obcym. Ale sama bylam i jestem niesmiala, wiec wiem jak ciezko sie idzie z tym przez zycie...
      Taaa, faceci... Moj komplementow nie prawi praktycznie wcale, a jak juz mu sie wyrwie to cos "takiego". ;)

      Usuń
  2. Strzelić w pysk i pościelic mu na kanapie 😊 mój M też ma podobne wyczucie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z komentarzy wynika, ze wszyscy. Faceci to jednak inny gatunek... ;)

      Usuń
  3. Ja bym się już rozwodziła!!! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hihihi, jeszcze tym razem mu wybacze! :)

      Usuń
  4. No proszę, ale komplemenciarz :D Ciekawe co powie, jak będziesz już trenować na tym swoim rowerze stacjonarnym :)
    Co do wstydliwości Bi, to masz podobnie jak ja z Tusią. Ja idziemy na jakąś imprezkę do znajomych to najczęściej pierwsze 2 h nie odchodzi od nas, potem na zmianę chodzimy do reszty dzieci się z nią bawić, a potem to już musimy iść do domu. Bardzo liczę, że jak pójdzie do przedszkola to coś się zmieni w tej kwestii.

    A wyjazd nad wodę to super sprawa. I dobrze zrobiłaś, że zabrałaś nad spokojną wodę :) Ale mieli frajdę... ups sorka... przecież Ty też sobie popływałaś :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja frajda byla niestety okrojona i umiarkowana, ale co tam. :) Wazne ze dzieci dobrze sie bawily, bo to przede wszystkim dla nich byl ten wyjazd. :)
      Dokladnie, Bi ma tak samo, z tym, ze ona nawet po jakims czasie nie wykazuje zaintersowania innymi dziecmi. Bawi sie sama albo z rodzcami, ostatnio tez z Nikiem. A chodzi przeciez do opiekunki gdzie jest piecioro innych dzieci, niby wiec powinna byc przyzwyczajona do zabaw w wiekszej grupie. :/ Nie wiem co bedzie jak oddamy ja do przedszkola gdzie nagle bedzie otoczona dwudziestka innych maluchow...
      O, jak zaczne jezdzic na rowerku to przez jakis czas maz bedzie przy mnie stal i sypal glupimi zartami. Juz ja go znam... ;)

      Usuń
  5. Ci faceci to nie mają w ogóle wyczucia hehe....też bym chciała gdzieś nad wodę pojechać ale już niedługo ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze troche i spedzicie nad woda caly urlop! Zaloze sie, ze nie mozesz sie juz doczekac i starsi chlopcy pewnie tez nie! :)
      Nooo, faceci sa z Marsa... ;)

      Usuń
  6. Hahaha, M. jest genialny :D
    Zawsze najlepsze zostawiasz na koniec :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, pisze takie dlugie posty, ze moge sobie ustawiac wydarzenia od najnudniejszego do najweselszego. :)

      Nieee, zdecydowanie "genialny" nie byl tym co mi najpierw przyszlo na mysl, jak z tym wypalil. ;)

      Usuń
  7. faceci to w ogole nie maja wyczucia ;P ja cwicze w domu bo maz zabiera nas do grecji i zdrowo sie odzywiam itp. a on po kilku dniach 'no teraz to mi sie podobasz' w 6 tygodni zgubilam 5kg ... mowie no dzieki za to 'teraz' a wczesniej to co :/ no ale trzeba wybaczyc ;P dzieciaki mas fajowe:) moj syn tez jest niesmialy, jest w wieku Twojej Bi i ja na noc mu zakladam pampersa bo nasika....jakby zlosliwie bo jak nie ma to sie zesika a jak ma to wstaje z kompletnie suchym... fajnie, ze macie taki stawik w upalne dni to fajna frajda dla dzieci:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, to "teraz" mi sie podobasz tez dobre! Ci mezczyzni... ;)

      Bi niestety na noc tez ma zakladane pieluchomajtki. Ale przed nia jeszcze daleka droga, bo tylko raz na jakis czas ma "sucha" noc, zazwyczaj rano pielucha az ciezka... Ale w dzien juz zwykle sie nie posikuje, nawet jak sie zdrzemnie. Tym razem miala chyba jednak za pelny pecherz. :/

      Usuń
  8. Przez taki komplement to można sobie w łeb strzelić :-]
    Miałaś super pomysł z tym jeziorkiem, dzieci się rozkręcą i niedługo do oceanu też będą wchodzić bez strachu.
    A te amerykańskie przyjęcie to kuuuurde... dramacik :) chipsy z dipem i pizza? Wstyd by mi było! Rozumiem, że dzieciarnia może na więcej nie mieć ochoty, ale warto by pomyśleć o rodzicach, no nie? Jednak Polki jako gospodynie nie mają sobie równych ;)
    I daj spokój z tymi kompleksami. Ty masz inne asy w rękawie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha, niestety tych asow znowu zbyt wielu nie ma. ;)

      Tragedia to przyjecie, prawda? Jak ja urzadzalam imprezke dla Bi to koncentrowalam sie bardziej chyba na rodzicach niz dzieciach, bo te, wiadomo, wybrzydzaja... A tutaj? Kurcze, chociaz grilla by rozpalili i upiekli pare glupich hamburgerow... :/
      Z jeziorkiem to mialam nadzieje, ze wlasnie tak bedzie, ze woda ciepla to i dzieci skorzystaja. Tyle, ze ten rok raczej kiepski mamy... Jakies zimne to lato, a dzieciaki na dodatek choruja. Nie do wiary, ze to byl w tym roku dopiero drugi nasz wypad nad wode... A tu juz sierpien. :/
      Do takich komplementow mezona powinnam sie chyba juz przyzwyczaic, ale jakos zawsze az sie zakrztusze jak palnie cos takiego. :)

      Usuń
  9. Twój i tak nie najgorzej komplementuje...
    Kupiłam sobie nową sukienkę. Nie powiedziałam mężowi, licząc na to, że gdy go zaskoczę już ubrana, to sprowokuję może jakieś miłe słowo. Ubrałam na wyjście z domu, nic nie powiedział i nic nie słyszę... duma mi ostygła i w końcu zniecierpliwiona pytam "jak wyglądam?" A on zmierzył mnie wzrokiem i powiedział: "masz tu coś" i wskazał na ślad po dezodorancie... a miał być invisible. A swojej siostrze ostatnio powiedział: "coś ci się stało w palce u nogi", gdy paznokcie miała pomalowane. Tak więc komplementy to trudna sztuka...
    A dzieci masz cudne!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzieki. :)

      Widze, ze Twojemu mezowi complement, nawet kompletnie nietrafiony, przez gardlo nie przejdzie. :)

      Usuń
  10. udusiła bym mojego za taki tekst, moj foch drogo by go kosztował :P
    pozddr i zapraszam do nas na nowe kąty www.swiatkarinki.pl

    OdpowiedzUsuń
  11. M niewiele myslac powiedzial co pomyslam, ale zle bym tego nie odebrala mysle. Gorzej gdyby powiedzial, ze masz racje, czas wziazc sie za siebie bo niedlugo bedziesz straszyc:) A swoja droga moze jestes zbyt krytyczna wobec siebie i wcale nie jest az tak zle.
    Dzieci masz cudowne, urocze. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rowniez pozdrawiam!

      Haha, czytajac wszystkie komentarze stwierdzam, ze to chyba wlasnie jest problem facetow - gadaja zanim pomysla. :) Szczegolnie jesli chodzi o wyglad, powinni kurcze wiedziec, ze kazda kobieta jest bardzo wrazliwa na tym punkcie! ;)

      Usuń
  12. Jak chłop coś strzeli, to siąść i płakać :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tam, zdrowiej sie posmiac i obrobic mu tylek na blogu! :)

      Usuń
  13. Agata, zdjęcia są super.Masz piękne te Potworki!
    Co do weekendów- mam dokładnie tak samo i jest to trochę jak strzał w kolano, bo zamiast wykorzystać, że Marcin jest w domu i w końcu na spokojnie i dokładnie ogarnąć mieszkanie, mnie po prostu każdą jedną komórką ciała ciągnie "w świat" :)

    Co do męża... jak wiesz, byliśmy tydzień temu na tym odnowieniu ślubów. Ubrałam się w domu w tą kieckę-nic, zero komentarza... Jechaliśmy od nas do tego kościoła godzinę, msza też dobrą godzinę, w końcu wracamy, a ten pod domem mi mówi: wiesz, muszę ci powiedzieć, że CAŁKIEM ładnie wyglądasz! No ludzie. Oni nie są z Marsa, bo tamtejsze formy życia, mają więcej wyczucia niż nasi ziemscy panowie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z Lilą jeszcze nie byliśmy nad wodą i przez to zakażenie układu moczowego pewnie prędko nie będziemy :( Fajnie, że Niko się przekonał i trochę się popluskał :)

      Usuń
    2. Hehe, Marcin musial chyba sobie dokladnie popatrzec, przemyslec i dopiero odwazyl sie cos powiedziac. Ale musze przyznac, ze w komplementach jest dosc powsciagliwy... ;))))

      Wlasnie. Z jednej strony kazdy kat domu i ogrodu wrecz krzyczy, zeby sie nim zajac, a z drugiej po calym tygodniu, szczegolnie teraz, latem, nogi same niosa przed siebie! A czas jest dodatkowo okrojony przez drzemki Nika, no i zakupow spozywczych, ktore niestety trzeba zrobic... Ja tam moge poglodowac kilka dni w zamian za fajna wycieczke, ale jak przekonac do tego dzieci? ;)

      O patrz, nawet nie pomyslalam, ze przez niedawna chorobe Lilci, jeziorka i morze Wam w tym roku raczej odpadaja... Do dupy, bo w Polsce takie piekne, gorace lato, ze tylko nad woda siedziec... :(

      Usuń