W czwartek, 2 lipca, M. pojechal rano do roboty, ale szykowal sie na wczesniejsze wyjscie. Nie wiedzial tylko o ktorej najlepiej to zrobic. Normalnie bylaby to 10:30, tyle ze ja tego dnia normalnie pracowalam i szykowal sie pelny dzien, a to oznaczalo ze wolna bylabym dopiero o 16:30. W srode czekalam zeby zwolnili nas w czwartek 2-3 godziny wczesniej, co robia przed wiekszoscia wazniejszych swiat. Wiadomosc jednak nie przyszla i w koncu stwierdzilam, ze poniewaz swietowalismy 4 lipca, ktory wypadl w sobote, a dostalismy wolny piatek, wiec pewnie nie chca dodawac nam dodatkowych godzin. Trudno. Tymczasem, w czwartek o godzinie 10 rano, przyszedl w koncu mail, ze mozemy wyjsc 2 godziny wczesniej! Juppi! Napisalam szybko do M., ale on pojechal jeszcze po pracy do Polakowa, wiec i tak zjechal do domu grubo po 12. Ja usilowalam pogodzic prace z pakowaniem sie na kemping. Zeskanowalam telefonem kilka krotszych dokumentow, ale tez wyslalam wiadomosc do pomocy technicznej, zeby ktos naprawil mi polaczenie drukarki z laptopem. Po dwoch godzinach dostalam maila, ze ktorys technik przyjal moje zgloszenie, ale minela kolejna zanim sie zglosil. Pozniej musial przejac kontrole nad moim kompem, a ja naprzemian podlaczalam i odlaczalam drukarke. :D Po 20 minutach wszystko bylo naprawione, czyli kolezanka niepotrzebnie mnie straszyla. ;) Tak czy siak, o 14:30 moglam zamknac kompa, poukladac papiery na jedna kupke i zaczelismy szykowac sie do wyjscia. Jak to bywa, troche sie przedluzylo i z domu wyruszylismy dopiero po 15. Na szczescie jechalismy niedaleko, okolo 1.5 godziny jazdy. Dojechalismy z tylko delikatnymi zatorami i moglismy zaczac sie rozpakowywac. Niestety, tego pierwszego wieczora wszystko szlo na opak. Mielismy rekordowe temperatury (35 stopni, przy 60% wilgotnosci) i to tez nie pomagalo w jasnym mysleniu. Nasza miejscowka byla w lesie i z nierownym podlozem, wiec malzonek niezle sie nameczyl zeby ustawic przyczepe w miare rowno. I juz to chyba wybilo go z rytmu, a potem bylo juz coraz gorzej. W ktoryms momencie zaczal panikowac, ze nie moze znalezc zapasowych kluczykow do przyczepy, ale kiedy dopytywalam czy na pewno wzial je z domu, nie pamietal. Ostatecznie znalazl je w jednym ze schowkow, z ktorego wczesniej bral podstawki do wypoziomowania przyczepy. :O Zaczal wysuwac jadalnie zanim wyjal podpory i dobrze ze akurat stalam przy wejsciu i krzyknelam co on robi?! Jedna podpora sie lekko wygiela, ale na szczescie jeszcze nie zdazyl wyrzadzic prawdziwych szkod. Pozniej zaczal odczepiac specjalne nakrycie z przedniej szyby, ktore ma ja chronic przed peknieciem gdyby w drodze uderzyl w nia jakis kamyk lub inny twardy smiec wybity spod kol auta. Nakrycie trzyma sie na rzepie, a ten jest przyklejony do ramy klejem, tyle ze okazalo sie, ze (pewnie pod wplywem upalow) klej sie roztopil i nie tylko nakrycie odeszlo u gory razem z obydwiema czesciami rzepa, to jeszcze klej umazial szybe. Malzonek caly byl zlany potem po pakowaniu w domu i rozpakowywaniu na kempingu, wiec stwierdzil ze pojdzie sie wykapac do publicznych lazienek. Ktore zreszta byly swiezo po remoncie, wiec nowoczesne i czysciutkie. Po czym... wrocil jak niepyszny, bowiem prysznice okazaly sie... na monety! :D Bylismy juz na tylu kempingach i nigdzie nie widzialam platnych prysznicow. Na tym kempingu jestesmy regularnie, ale jakos tak sie zlozylo, ze nikt sie tam nigdy nie probowal wykapac, wiec nie mielismy pojecia ze trzeba wziac woreczek 25-centowek. ;) Na szczescie mamy przyczepe, a w niej prysznic, wiec malzonek wykapal sie w niej, ryzykujac ze zapelni caly zbiornik, ale coz... Byla niemozliwa duchota i parno jak przed burza, wiec stwierdzilismy ze trzeba wlaczyc klimatyzacje, poki jeszcze mozna. O 20 bowiem nalezy wylaczac agregatory, a bez nich klima nie pojdzie. No coz... Okazalo sie, ze nasz agregator jest za slaby dla przyczepowej klimy. Nie udalo jej sie wlaczyc, wiec wiedzielismy, ze to bedzie ciezkie kilka dni. Zas wisienka na torcie bylo to, ze Nik dwa razy znalazl na nogach... kleszcze! Bylismy w lesie, wiec nie ma co sie zbytnio dziwic, ale pozniej juz obsesyjnie psikalismy sie plynem odstraszajacym i ogladalismy sie kiedy tylko cos nas zaswedzialo. ;) Tego wieczora zeszlismy jeszcze nad jezioro. Kemping ma malutka plaze wlasnie dla biwakowiczow. Okazala sie ona pusciutka, co zdziwilo nas przy takich temperaturach, ale z drugiej strony, bylo pol godziny do zachodu slonca, wiec bardzo sie nad tym nie zastanawialismy.
Potworki sie wykapaly, ja nawet nie zalozylam stroju, bo nie bylam pewna jaka bedzie temperatura wody. W przeszlosci, kiedy bysmy nie byli nad tym jeziorem, byla lodowata. Wieczorem zapalilismy ognisko, ale tak bardziej dla utrzymania tradycji, bo temperatura spadla tylko do 25 kresek, wiec siedzielismy 3-4 metry od ognia. Blizej bylo za goraco. :D
Piatek zaczelismy bardzo wczesnie jak na kemping. Noc byla tragiczna, bo pomimo otwartych wszystkich okien, w przyczepie panowala duchota, a juz od samego rana temperatura ostro szla w gore. Wszyscy wstalismy tuz po 7 rano, bo nikt nie mogl wytrzymac w lozku. Tak naprawde, wiekszosc kempingu minela nam na leniwym siedzeniu i przenoszeniu lezakow i krzesel za przesuwajacym sie cieniem. Kremy ochronne nie przydaly sie kompletnie, bo nikt nie mial nawet ochoty wychodzic na slonce. Jedynie Nik od czasu do czasu robil rundke do sklepiku, glownie po czekoladowe mleko. Probowal tez lowic ryby, ale zjezdzal nad jezioro z samego rana lub pod wieczor. A i tak nic nie zlapal. Jezdzilam tez oczywiscie z nimi poplywac.
Ja, ktora zwykle nie znosze moczyc wlosow, teraz zanurzalam sie razem z glowa zeby sie choc troche schlodzic. Ba! Kilka razy zanurzyl sie nawet M., ktory zwykle wody unika jak ognia! Hitem okazal sie hamak, ktory przypadkiem wpadl mi w oko w sklepie i kosztowal grosze. Bujanie wprowadzalo delikatny ruch powietrza, a ze zawiesilismy go dalej od przyczepy, wiec bylo przy nim wiecej przewiewu.
Kiedy tylko akurat nie padalo na niego slonce, mielismy wyscig, kto pierwszy go dopadnie. ;) Tego wieczora Nik tak jeczal, ze nie da rady spac na gorze lozka pietrowego, ze rozlozylismy mu poslanie w jadalni. Stol sie obniza, a z poduch robi sie materac. Proste w teorii, ale chwile zajela nam zabawa w Tetrisa poduchami, bo za cholere sie nie miescily. :D
W sobote ponownie nie dalo sie dlugo spac. Jak najszybciej zjedlismy sniadanie, umylismy sie i ucieklismy z przyczepy. Temperatury na dworze nie byly duzo lepsze, ale przynajmniej zdarzala sie delikatna bryza. ;)
Niestety, pojawil sie kolejny problem. Okazalo sie, ze lodowka (ktora dziala na prad lub gaz) na gazie ledwie chlodzi. Lody mielismy praktycznie roztopione, ale tez popsulo sie mleko i wszystkie szynki zrobily podejrzanie "sliskie". Z wielkim narzekaniem, ale M. po poludniu zrobil na grillu hamburgery, bo balam sie, ze mieso rowniez sie zepsuje.
Bylo tez oczywiscie plywanie w jeziorze oraz walka o hamak. ;) Po poludniu pojechalismy do kosciola, a potem zauwazylismy ze sie podejrzanie zachmurzylo. To byl Dzien Niepodleglosci, wiec przez chwile ciezko bylo powiedziec czy dalekie odglosy to grzmoty czy fajerwerki. Nie pomagaly dwie wieksze grupy obok, ktore urzadzily spiewy oraz tance. Mielismy pecha ze z obu stron rozlozyly sie doslownie "miasteczka" z namiotow, a w nich Latynosi. To sa ogolnie sympatyczni, weseli ludzie, ale kurna, jacy glosni! A ta ich hiszpanska muzyka potrafi doprowadzic do rozpaczy. W kazdym razie, rozpalilismy ognisko i probowalismy nasluchiwac czy nadchodzi burza, bo moj tata zadzwonil, ze w domu rozpetala sie straszna nawalnica, blyskalo, grzmialo i strasznie wialo. W koncu stracil prad i odzyskal go dopiero kolejnego ranka. :O Tuz po zmroku, burza dogonila i kemping. Biegiem zbieralismy krzesla i chowalismy je pod przyczepe. Nadal bylo bardzo cieplo, a przy deszczu temperatura obnizyla sie do znosnego poziomu, wiec Nik wychodzil spod zadaszenia i urzadzal jakis taniec radosci. :D
W koncu stalo sie jasne, ze burza bedzie walic przez wiekszosc nocy, wiec posiedzielismy w srodku, a potem poszlismy spac. Przynajmniej przy takiej pogodzie imprezy obok sie skonczyly, bo inaczej pewnie ciezko byloby zasnac. ;)
Niedziela rano przywitala nas sloncem i duzo przyjemniejszymi temperaturami. Bylo 28 stopni, ale bez wilgotnosci, wiec idealnie. W koncu pojezdzilam z Kokusiem po kempingu, na co wczesniej, w upale, nie mialam ani ochoty, ani sil. Po nocnych burzach mielismy jednak troche sprzatania. Bylismy otoczeni przez sosny i na delikatnym wzniesieniu. Przez drzewa iglaste, nie rosla tam praktycznie trawa, poza marna kepka tu i owdzie. Kiedy poprzedniego wieczora lunelo, szybko wrzucilismy krzesla pod przyczepe. Coz..., woda splywala z gory, niosac piach oraz igly. Krzesla cale byly zapaskudzone, podobnie jak dywan sprzed przyczepy, na ktorym nazbierala sie taka kupa piachu, ze wymiatalam ja po trochu caly dzien. Rano byla mokra, wiec jak tylko warstwa przeschla, zmiatalam, ale pod spodem byl mokry piach, wiec znow musialam czekac. Oczywiscie, przy calym sprzecie zapakowanym na kemping, nie mielismy... lopatki. :D W kazdym razie, widzac co tam sie dzieje w czasie deszczu, patrzylismy z niepokojem na prognozy, bo nastepnego dnia mielismy wracac, a zapowiadali opady na kolejna noc i pozniej dwa dni. Ostatecznie, stwierdzilismy ze nie ma co na sile siedziec do nastepnego dnia, tylko zebrac sie i wracac. Poniewaz mielismy wykupiona jeszcze jedna noc, nie spieszylismy sie jakos specjalnie i zaczelismy szykowac okolo 14. Zal bylo wyjezdzac kiedy zrobila sie taka piekna pogoda, ale jednoczesnie prognozy zapowiadaly gwaltowny zwrot, wiec spakowalismy i zabezpieczylismy wszystkie pierdoly, po czym wyruszylismy do domu. Dojechalismy tuz po 17, wiec nie tragicznie. Rozpakowalismy przyczepe, wszyscy po kolei ruszyli pod prysznice, a pozniej juz zasiedlismy do powtorek meczow. Na kempingu, okazuje sie, ze bez pradu nie szedl tez telewizor. ;)
W poniedzialek mialam wolne, ktore wzielam z mysla o kempingu. Zastanawialam sie czy nie pisac do szefa ze jednak moge pracowac, ale nie bylam pewna czy tak na ostatnia chwile uda sie to odkrecic. Pozniej zas uznalam ze w sumie moge choc raz po kempingu odsapnac, na spokojnie porobic pranie, itd. Ogolnie to pogratulowalismy sobie decyzji o wczesniejszym powrocie, bo prognozy sie niestety sprawdzily. Juz w nocy zaczelo padac, a temperatura jak spadla do 19 stopni, to tak juz zostala. Cieszylam sie, ze nie musze sie tego dnia ruszac z domu. To znaczy, ruszyc sie "musialam", ale bez wysiadania z auta. Mlodszy bowiem uparl sie, ze deszcz to pogoda idealna na ryby, wiec o 11 zawiozlam go nad jezioro i zostawilam na prawie 3 godziny. ;) Okazalo sie, ze faktycznie mial branie, bo zlowil 4 rybki, co jest chyba jego rekordem przy jednorazowym wypadzie.
Popoludnie mijalo sobie spokojnie, az do wieczornego meczu. Malzonek poszedl spac bo czekala go wczesna pobudka, ale ja z Potworkami kibicowalismy. Niestety, "nasi" grali jak potluczeni, przegrali 1:4 i odpadli z mundialu. :D
Wtorek to juz dla mnie praca, ale na szczescie z domu, wiec moglam pospac do 7, spokojnie zjesc sniadanie, umyc sie i zasiasc w koncu do laptoka. Nadal mordowalam sie ze skanowaniem i co chwila cos mnie irytowalo. Drukarka ma bardzo krotki kabelek do pradu, wiec musialam ja ustawic na krzesle obok stolu.
Skanuje w tempie dwoch dokumentow na minute, co moze nie wydawac sie takie zle, ale kiedy ma sie kilkaset stron do zeskanowania, to trafia czlowieka szlag. W dodatku, chcialam maksymalnie przyspieszyc ten proces, wiec podkladalam jedna kartke za druga. Blad! Dziadostwo... stracilo polaczenie z laptopem! Zeskanowalam 4 strony i doopa! Najdziwniejsze, ze nadal drukowala (sprawdzilam), ale kiedy chcialam skanowac, pokazywalo blad, ze "nie widzi" kompa, mimo ze podlaczone bylo kablem. :/ Zaczelam klikac, odlaczac, przelaczyc, zamykac program, itd. Juz mialam wizje wysylania polejnego maila do pomocy technicznej, bo kombinowalam 20 minut i bez skutku. Az nagle... zaskoczylo! :O Nie wiem jak to zrobilam, ale ucieszylam sie jak prosie w deszcz. A na koniec chcialam przeskanowac najdluzsza czesc jednego z dokumentow, wynoszaca 74 strony, zeby pamietac, w ktorym miejscu skonczylam. Program zaczal zachowywac strony. Jedna na... 18 sekund! Zmierzylam ze stoperem, bo stalam tam i rwalam wlosy z glowy, bojac sie ze na koniec wywali mi kolejny blad i bede musiala zaczynac zabawe od nowa! Na szczescie, po prawie polgodzinnym czekaniu, jednak strony zachowaly sie jak trzeba, ufff... A pozniej mialam juz wolne, bo wzielam pol dnia urlopu. Dlaczego, o tym za moment. W kazdym razie, kiedy ja modlilalm sie nad skanerem, Nik stal juz kolo mnie i przytupywal odnozami. Byl kolejny deszczowy, ponury dzien, ale ze dzien wczesniej syn mial szczescie do polowow, wiec oczywiscie chcial jechac ponownie. Odstawilam wiec go nad jezioro, po czym wrocilam, obejrzalam koncowke meczu Argentyna - Egipt (wczesniej lecial sobie w tle, a ja zagladalam tylko jak dziala sie jakas akcja) i zabralysmy sie z Bi na zakupy. Juz od jakiegos czasu planowalam wypad, a mialam akurat karte podarunkowa, wiec trzeba bylo skorzystac. No a Bi oczywiscie zadnych zakupow nie przepusci. ;) Szukalam nowej "nerki", bo w mojej popsul sie zamek i skora brzydko przetarla w kilku miejscach. Nie znalazlam jednak nic, co wpadlo mi w oko, za to wzielam taki jakby duzy portfel z kieszonka na telefon i z paskiem niczym torebka. Poza tym szukalam jakichs letnich bluzeczek na inspekcje. Okazuje sie, ze wiekszosc posiadanych jest zbyt przeswitujaca. Jeszcze do biura to pol biedy, ale jadac do obcych firm trzeba sie prezentowac powazniej. ;) Ostatecznie znalazlam trzy, wiec narazie bedzie ok, za to Bi przytaszczyla stos (i to juz przebrany po przymierzeniu), byla bardzo niezadowolona kiedy kazalam jej polowe odlozyc, a potem chciala jeszcze pojsc na dzial ze strojami kapielowymi, ale ja prawie na sile pociagnelam do kasy. :D Ledwie weszlam do domu, a zadzwonil Nik zeby go odebrac znad jeziora. Wsiadlam wiec w auto ponownie i pojechalam po syna. Ten, po raz kolejny, byl przemoczony, ale szczesliwy, bo zlapal 3 ryby. ;) Wrocilismy do domu i cieszylam sie, ze nigdzie sie juz nie ruszam. Radosc byla przedwczesna, bo M. zawiozl Kokusia na trening, wiec musialam go odebrac. :D Obejrzelismy mecz Kolumbia - Szwajcaria, ktory mnie zaskoczyl bo spodziewalam sie, ze Kolumbijczycy sprawia Szwajcarom manto i wieczor sie skonczyl. A teraz, dlaczego w ogole mialam tego dnia pol dnia wolnego. Otoz, moja siorka oraz szwagier przylecieli do Hameryki, a konkretnie do Bostonu! Przez firme szwagra wygrali bilet VIP na mecz mundialu, ktory odbywal sie w czwartek. Dowiedzialam sie o tym juz w maju i zaczelam planowac ze po nich pojade, wezme do nas na 1-2 dni, itd. Poczatkowo oni tez gadali, ze o tak, super bedzie sie spotkac, itd. Mieli troche napiety grafik, bo przylatywali we wtorek i wracali w piatek, ale uznalam, ze na jedna noc to na pewno dadza rade nad odwiedzic. Tymczasem kiedy jakies 4 tygodnie temu zadzwonilam zeby ustalic szczegoly, siostra zaczela tlumaczyc, ze beda czescia wiekszej grupy i beda mieli wycieczki, spotkania i atrakcje, wiec tak naprawde to wolny bedzie tylko wtorkowe popoludnie. Wzielam wiec pol dnia urlopu z mysla, ze pojade do Bostonu chociaz na te kilka godzin. Niestety, Potworki powiedzialy ze jechac 3 godziny zeby spedzic z ciocia i wujkiem 2-3, po czym kolejne 3 wracac, to im sie nie chce. Nie dziwilam sie, ze wtedy odpadl M., tlumaczac, ze jak jechac to razem, bo jak pojedzie ze mna sam, a cos nam sie stanie, to dzieci zostana sierotami, bla bla bla... Typowe dla mojego malzonka, ktory zreszta od poczatku powtarzal, ze jechac zeby posiedziec z nimi w hotelu kilka godzin, jest bez sensu. Zostal jeszcze moj tata, ktory tez gadal, ze taka jazda to niepotrzebna meczarnia, a on dopiero co ich widzial w kwietniu, ale jak ja pojade, to on tez czuje sie zobowiazany. Im jednak blizej bylo przylotu siostry, tym bardziej tata narzekal, ze korki, ze strata czasu, ze oni beda zmeczeni, beda chcieli sie wykapac i odsapnac i ze lepiej odpuscic. Typowe dla mojego ojca, ze nie powie wprost, ze on nie jedzie, tylko bedzie obrzydzal pomysl wszystkim naokolo. Pozniej nawet moj szef (z ktorym rozmawialam, bo przez ten przylot kilka razy zmienialam termin urlopu, myslac, ze moze uda sie przywiezc N.+M. do nas) powiedzial ze nie poleca, bo przez mundial korki wokol Bostonu sa niemozliwe, szczegolnie ze to sezon wakacyjny. Mialam sie zreszta okazje przekonac o tym wracajac z inspekcji, a bylam nadal okolo godziny od miasta. Im wiec bylo blizej, tym bardziej zastanawialam sie czy powinnam jechac. W koncu wyszlo ze musialabym jechac sama, a ze w gre wchodzilo popoludnie, to wracalabym juz po ciemku. Pozniej okazalo sie, ze siostra i szwagier tez dali plamy, bo dowiedzieli sie ze mogli przyleciec 2 dni wczesniej, lub wyleciec pozniej, ale kiedy otrzymali ta informacje, bylo juz za pozno na zmiany. :/ Wolne we wtorkowe popoludnie jednak trzymalam, z mysla, ze a moze jednak najdzie mnie na jazde. No coz, nawet gdyby, to pogoda skutecznie mnie zniechecila. Caly dzien padalo, bylo szaro i ciemno, widocznosc na drogach tragiczna i wez tu jedz 3 godziny... Ostatecznie zas dowiedzialam sie, ze oni wcale wtorku nie mieli wolnego, bo zaraz po dotarciu do hotelu, mieli wycieczke po Bostonie, a pozniej uroczysta kolacje z drinkami, itd. Dobrze wiec, ze odpuscilam, bo tylko czulabym sie tam niezrecznie. Tyle, ze jednak troche mi smutno, ze nie zobacze siostry, a jest tak blisko...
W srode nie bylo juz dluzszego spania, bo musialam jechac do biura. Zostawilam Potworki z lista rzeczy do ogarniecia i pojechalam. W biurze mielismy doslownie tlumy, bo poza mna naliczylam 4 osoby. ;) Niestety, nadal walczylam ze skanerem i mialam ochote nim trzasnac. Tym razem zeskanowalam strony (na szczescie tylko dwie), kliknelam zeby je zachowac i... nic. Okienko mysli, mysli, mysli... Minelo piec minut, wiec kliknelam "cancel". Wyskoczyla wiadomosc, ze akcja anulowana i okienko... dalej mysli. Minela kolejna chwila, wiec zaczelam klikac gdzie popadnie, w nadziei ze cos zaskoczy. A gdzie. Zawiesilo sie i tyle. Musialam wejsc na glowne komendy kompa i na sile zamknac program. O dziwo, kiedy ponownie zeskanowalam tamte strony, zachowaly sie bez problemu. No i cale szczescie, ze bylo ich tylko dwie, a nie 70. :O Pozniej kontynuowalam skanowanie najdluzszego dokumentu, ale podzielilam go sobie na kilka czesci, bo stwierdzilam, ze jak sie znow zawiesi, to latwiej bedzie od nowa zeskanowac 30 stron, a nie 100.
Moja ostroznosc okazala sie niepotrzebna, bo tym razem nic sie nie zawiesilo. W koncu udalo mi sie zeskanowac wszystko, co mnie wydaje sie niezbedne do raportu. Moja radosc jest jednak lekko stonowana, bo kiedy szef sprawdzi raport, moze kazac mi dodac inne dokumenty, lub dodatkowe strony. Samo zeskanowanie zalacznikow to jedno, pozniej jednak trzeba je oznaczyc. Nie ma lekko! Oznaczenie okazalo sie banalnie proste, bo trzeba bylo po prostu dodac odnosnik. Dawno tego nie robilam, wiec chwile musialam sie "pobawic" z formatowaniem, ale poszlo mi sprawnie. Bardzo bylam z siebie dumna, dopoki nie zaczelam dodawac go do kolejnych dokumentow. Niby kazdy dokument to ten sam format, a w jednym czcionka wielkosci 8 to byl drobny maczek, praktycznie niewidoczny, wiec powiekszalam ja do 16, po czym w kolejnych papierach nagle ta szesnastka robila sie prawie na pol strony i wyskakiwala po srodku, zamiast po prawej. Poprawilam co sie dalo, choc jeden dokument pozostal troche dziwaczny, bo nie dalam rady go poprawic. Trudno. W kazdym razie, skonczylam. Teraz pozostalo podczepic zalaczniki do programu generujacego raport, co pewnie tez bedzie mnie kosztowac troche nerwow. Nastepnie przeczytac raz jeszcze moje wypociny i wyslac szkic szefowi. I zostanie mi zawrotny jeden dzien na przygotowanie do kolejnej inspekcji. Przeciez nie moge sie nudzic... ;) Wrocilam do domu i mialam dosc leniwy wieczor. Akurat jak weszlam do domu, zadzwonila moja Siorka, wiec pogadalam z nia przez pol godziny, kiedy szykowala sie na uroczysta kolacje. Powiedziala, ze Boston im sie bardzo podoba i jedyne na co moze narzekac, to ze wiekszosc zwiedzania maja wewnatrz i przy klimatyzacji, strasznie marzna. No tak, zapomnialam ja ostrzec, ze Hamerykanie kochaja swoja klime i jak w budynku jest wiecej niz 18 stopni, to zrzedza ze za goraco. :D Pozniej wzielam prysznic, wstawilam zmywarke i moglam nawet usiasc na chwile w bujanym fotelu z przodu. Mimo, ze tego dnia mielismy juz 28 stopni i slonce, to po dwoch dniach nieustannego deszczu, caly ogrod nadal byl mokry, wiec odpuscilam podlewanie.
Czwartek to troszke dluzsze spanie, bo pracowalam z domu.
Wreszcie skonczylam walke z zalacznikami i moglam przeslac szefowi szkic raportu. Az sie boje ile znajdzie bledow i niedociagniec. :O Potem skontaktowalam sie z jedna kolezanka w sprawie kolejnej inspekcji, na ktora jedziemy razem, a jeszcze pozniej inna kolezanka spytala czy mam czas przejrzec raport z tej, na ktorej bylysmy razem kilka tygodni temu. Nie ma nudy. ;) Podjelam tez szkolenie, ktore zaczelam jeszcze na wyjezdzie, ale potem nie mialam czasu go dokonczyc. Niestety, sklada sie ono z modulow, ktore nie zapamietuja gdzie sie stanelo, wiec troche na slepo zaczelam od trzeciego, bo nie pamietalam gdzie skonczylam. :D Jak tylko uporalam sie z robota, zapakowalam mlodziez i pojechalismy na zakupy, mimo ze akurat szedl jeden z meczow mundialu. To wlasnie na ten przylecieli moja Siorka z mezem, ale wiadomo ze nie bylo szans zobaczyc ich gdzies na ekranie. ;)
Ogarnelam spozywke, zajechalismy do Dunkin' po napoje bo byl gorac i wilgotnosc i wrocilismy do chalupy. Myslalam, ze zdaze na chociaz koncowke meczu, ale weszlam akurat na ostatni gwizdek. ;) W domu czekala na mnie niezbyt fajna "niespodzianka", mianowicie mail od szefa ze zmiana grafiku. Na szczescie dla czterech osob, nie tylko dla mnie. Centrala sypnela jakimis pilnymi inspekcjami, wiec musial je gdzies wcisnac. Kurcze, a w sumie nawet lubilam poprzedni grafik... Jak na zlosc, mogl mi zabrac wyjazdowa inspekcje (a tylko ja przesunal), a zabral inna, lokalna. Na jej miejsce wskoczyla w sumie tez lokalna, ale na tamta mialam jechac z kolezanka, a na ta bede musiala sie udac sama. :/ No i tamta to mial byc nowy dla mnie rodzaj inspekcji, ktorego mialam sie uczyc. Teraz bede miala podobna tylko raz, we wrzesniu i wyglada ze po tym jednym razie, bede musiala juz na nie jezdzic sama. :/ Nie mowiac tez ze na poczatek pazdziernika wladowal mi kolejna wyjazdowa. Narazie jednak sie o to nie martwie, bo jak widac, zmiany w grafiku zdarzaja sie caly czas, wiec zanim ten pazdziernik nadejdzie, jeszcze 5 razy moze sie wszystko pozmieniac... Reszta wieczora minela bez sensacji. Nik mial plywanie, wiec M. go zawiozl, ja odebralam. Najlepsze, ze podjezdzam pod basen, patrze, na schodach siedzi gromada nastolatkow, w tym moj. Wszyscy z nosami w telefonach, nikt nawet nie podniesie glowy. Musialam zatrabic, zeby syn mnie zauwazyl i laskawie ruszyl do auta. :D
W piatek wczesna pobudka i do biura. Normalnie, jesli moge, lubie w piatki wpisywac sie na prace zdalna, ale tym razem szukali kogos, kto moze byc tego dnia w biurze, wiec niechetnie, ale napisalam, ze ja moge. Jakas babka z drugiego konca Hameryki, przyleciala na inspekcje i pozyczyla jedno z naszych sluzbowych aut. Teraz miala je oddac, tylko ze jej karta nie dziala na nasz budynek, wiec musialaby na kazdym kroku prosic straznikow, a oni pewnie musieliby ja dodatkowo sprawdzac. Zglosilam sie wiec, ze moge ja wpuscic i wziac kluczyki.
Tego dnia moja siostra i szwagier wracali juz do Polski. Taki mieli beznadziejnie krotki wyjazd. Niestety, Siorka stwierdzila, ze pokonala ja Hamerykancka klimatyzacja. Caly wyjazd narzekala ze w budynkach jest strasznie zimno. No fakt, ja sie juz chyba troche przyzwyczailam i odruchowo biore sweter, ale tutaj naprawde, jak chlodzic, to na maksa. Siostra wylatywala z zawalonym gardlem i goraczka, co daje mi do myslenia i nie wiem czy nie zlapala jakiego wirusa podczas pierwszej podrozy. Bo jakis tam katarek, to rozumiem, ale zeby od razu goraczka? Nie wiem czy to od klimy... Po poludniu dostalam od szefa sprawdzony raport i... lo matko! Nie dosc, ze pelno poprawek, bo tu jakas literowka (a sprawdzalam!), tam cos zjadlo, a jeszcze gdzie indziej zdanie kiepsko gramatyczne... No niestety, mimo ze plynnie posluguje sie angielskim, to jednak czasem insza gramatyka mnie pokonuje. ;) Dopiero po fakcie przyszlo mi do glowy zeby przepuscic tekst przez ChatGPT. Przy nastepnym raporcie tak zrobie. :D Oprocz jednak poprawek, dostalam pierdylion pytan. Doslownie kazdy paragraf mial jakis komentrz czy pytanie czy mam to czy tamto, czy sprawdzilam podana informacje, czy mam dokument zeby to potwierdzic, itd. Troche sie podlamalam... Spieszylam sie zeby odpowiedziec na wszystkie pytania, bo w przyszlym tygodniu jestem na inspekcji, wiec nie bedzie czasu, poza tym podejrzewam ze nie obejdzie sie bez kolejnej "rundy". Godzine mi to zajelo, ale wklepalam wszystkie wyjasnienia i odeslalam. Do tego dokonczylam w koncu tamto szkolenie, dokonczylam czytanie raportu przyslanego przez kolzanke, zbieglam wpuscic kobitke oddajaca auto (ktora miala, serio, 3 spore walizki, torbe, a do tego normalna torebke. Na dwa tygodnie! :O), a oprocz tego usilowalam choc pobieznie przeleciec dokumenty na nastepna inspekcje, zeby wiedziec choc czesciowo, z czym przyjdzie nam sie zmierzyc... Przynajmniej bylam w biurze sama, wiec nie rozpraszalo mnie towarzystwo. ;) Po pracy wrocilam do chalupy, byla godzina 17:15, a syn przywital mnie w garazu, ze kolega chce sie z nim spotkac o 17:30! :O W tym tygodniu w naszym miasteczku odbywal sie doroczny festyn i choc Nik poczatkowo wzruszal ramionami, to kiedy kolega napisal czy idzie, oczywiscie sie zgodzil. ;) Festyn zaczynal sie jednak o 18, wiec nie wiem skad ten pospiech. W kazdym razie, zanim weszlam, przebralam sie i zebralam mysli, to i tak wiozlam go tuz przed godzina otwarcia. Pozniej podlalam kwiatki i warzywa, posiedzialam troche z mezem, a o 21 pojechalam odebrac syna. Na szczescie chlopak nie mial ochoty na fajerwerki, ktorych pokaz zaczynal sie pol godziny pozniej. Rok temu zostali na nich z Bi, a potem zajelo nam pol godziny zeby przebic sie przez korek w centrum, bo wszyscy wracali po pokazie do domu. Teraz podjechalam tylko, zgarnelam go po drodze i moglismy spokojnie ruszyc do domu. Tak to lubie. :) Bi za to na festyn nie pojechala w ogole w tym roku. Jej grupa znajomych, taka zwykle szybka do organizacji roznorakich wyjsc i spotkan, teraz zupelnie nie mogla sie zgrac. Moze zreszta pomalu wyrastaja z takich atrakcji. ;)
Do poczytania!












Gdy tak czytam o tych codziennych zawozeniach i odwozeniach, to stwierdzam, ze jednak dosc skomplikowane organizacyjnie jest zycie z nastolatkami w USA.
OdpowiedzUsuńPewnie zarowno rodzice, jak i nastolatkowie cieszyliby sie, gdyby nie trzeba bylo ich wszedzie podwozic...