środa, 17 czerwca 2026

Krotszy tydzien z waznym, rodzinnym wydarzeniem

Krotszy w sensie "pracujacym" oczywiscie, bo niestety, chocbym pekla, nie puszcze kilku dni w niebyt, choc by sie chcialo... :D

Sobota, 13 czerwca to dla M. praca, dla naszej reszty odsypianie. Swiatlo w mojej sypialni tak sie zmienia w czasie roku, ze teraz, kiedy czesto wyjezdzam, nie moge sie przyzwyczaic. Obecnie drzewa maja juz w pelni rozwiniete liscie, wiec slonce tylko przez nie przebija tak do godziny 10. Przebudzilam sie wiec, otworzylam jedno oko, po czym stwierdzilam, ze jeszcze wczesnie i zakopalam sie glebiej pod koldre. Cos mnie jednak tknelo i zerknelam na telefon - 8:45. No faktycznie "wczesnie"... Podnioslam sie wiec na lozku, bo o tej porze nie ma juz co dosypiac. Kiedy wstalam, zjadlam i sie ogarnelam, zgodnie z weekendowa tradycja wzielam sie za sprzatanie. Tym razem trzeba bylo ogarnac gore, co lubie, bo mlodziez odhacza swoje pokoje, a ja moge sie zajac reszta. Wstawilam, a potem przelozylam do suszarki pranie, a M. w tym czasie wzial Kokusia do sklepu z akcesoriami rybackimi. Przywiezli caly zestaw przynet i Mlodszego az swierzbilo oczywiscie, zeby jechac na ryby. Najpierw jednak pojechalismy do kosciola i dopiero po powrocie i przebraniu sie, zabralam syna. Byl tam akurat kolega, z ktorym ostatnio ciagle lowi, ale tym razem chlopak za chwile wracal z rodzicami do domu, wiec tylko zagrali szybko w kosza.

Nie ma jak koszykowka w crocs'ach... 

Ja mialam sie przejsc po klubie, ale nieopatrznie wyszlam z domu w takich luznych klapkach, ktore spadaja mi ze stop, wiec wrocilam do chalupy i wyciagnelam meza na spacer po osiedlu. Tego dnia wilgotnosc powietrza byla nizsza, ale ze temperatura znow skoczyla do 30 stopni, wiec podlalam warzywa i kwiatki. Pozniej usiadlam na tarasie z kawa i szykowalam sie na dlugi relaks, tymczasem juz o 19:30 zadzwonil Nik, zeby po niego przyjechac. Okazalo sie, ze ryba odgryzla mu pol przynety, ale zeby ja wymienic, musial odciac kawalek linki, a nie mial ani nozyczek, ani noza. Ponownie wrocil wkurzony, bo nic nie zlapal. Pol drogi zrzedzil mi, ze chyba ma juz dosc lowienia, skoro jego kolega zlapal ostatnio 7 ryb w jeden wieczor, a on dwie w... tydzien. Tyle, ze kolega lowil na zywa przynete, ale kiedy zaproponowalam mu ze mozemy kupic robaki lub male rybki, to fuknal, ze takie lowienie jest nudne i on nie chce. Ok, nudne to nudne. Dla mnie chyba fajniejsze jest zarzucenie linki ze splawikiem, czekanie i wyciaganie ryby, niz takie nie konczace sie zarzucanie i sciaganie, zarzucanie i sciaganie... Ogolnie to zly humor syna czesciowo wywolany byl tym, ze nie jadl nic od sniadania poza lodami. Pojechali z ojcem na zakupy, potem ten pytal czy ma mu odgrzac obiad, ale nie chcial. Pojechalismy do kosciola, a pozniej tak sie Kokusiowi spieszylo na ryby, ze zapomnial ze jest glodny. Mogl sobie cos kupic w budce w klubie, ale najwyrazniej bylo mu szkoda czasu. Dopiero kiedy wrocil i wreszcie zjadl obiadokolacje, wrocil usmiech i okazalo sie, ze jeszcze z wedkarstwa nie rezygnuje. :D

W niedziele ponownie ja z dzieciakami spalismy do wypeku, a M. pracowal. Kiedy w koncu zwloklam sie z wyrka, zabralam sie za sprzatanie kuchni oraz dolnej lazienki, ale najpierw szybko ukrecilam ciasto z jablkami na przyjazd taty. Przyjechal dziadek i posiedzial dluzej niz zwykle, bo w czasie jego wizyty zaczal sie jeden z meczow Pucharu Swiata, wiec jako zagorzaly kibic, musial obejrzec do konca. Ja za pilka srednio przepadam, wiec cho pierwsza polowe obejrzalam, to w czasie drugiej juz lazilam po domu zajmujac sie swoimi sprawami. Kiedy mecz sie skonczyl, dziadek szybciutko sie zebral i "uciekl", bo godzine pozniej zaczynal sie kolejny i chcial na niego zdazyc juz w domu. ;) Poskladalam jedno pranie, wstawilam kolejne, po czym pojechalam z synem na... ryby. :D Mialam go tylko zawiezc i wrocic, ale Mlodszy chcial lowic nas stawem, ktory znajduje sie troche na uboczu. Przy duzym jeziorze, a zwlaszcza w okolicach plazy, byly doslownie tlumy, bo byl to kolejny dzien gdzie mielismy 30 stopni. A przy stawie pustki. Ani innych wedkarzy, ani spacerowiczow... Poszlam z Kokusiem, z mysla, ze postoje i zobacze czy pojawia sie jacys ludzie. Nie pojawil sie nikt, wiec krecilam sie tak z nim przez godzine, przekonujac go zeby przeniosl sie nad jezioro, gdzie kreci sie wiecej osob. Ryby nie braly, za to plywalo wkolo pelno zolwi, mniejszych z pomaranczowymi znakami oraz wielkich zolwi sepich.

Niestety, nie chcial sie wynurzyc 

W koncu Nik sam stwierdzil ze sprobuje nad jeziorem, ale chcial jeszcze zarzucic kilka ostatnich razy. I pech, bo za ktoryms, haczyk mu kompletnie utknal. Szarpalismy sie z linka chyba pol godziny, bo stwierdzilam, ze przeciez nie mogl az tak utknac i wystarczy mocniej szarpnac zeby go wyrwac z potrzasku. Taaa... jednak mogl. :D Szarpanie i ciagniecie nic nie dalo i w koncu zgodnie stwierdzlismy, ze trzeba linke odciac. I tu wyszla glupota rybaka - amatora, bo syn nie ma... nic. Ani nozyczek, ani jakiegos noza. A musicie wiedziec, ze Mlodszy rok - dwa temu mial obsesje na punkcie scyzorykow i posiada chyba ze trzy. Ale nie pomyslal ze warto ktorys spakowac do torby z wedkarskimi akcesoriami... Jedyne co mielismy, to haczyki, wiec bezskutecznie probowalismy nadziewac na nie linke i probowac ja rozszczepic. Wlasciwie to juz szykowalam sie ze bede musiala jechac do domu po cos do przeciecia (bo przeciez nie zostawimy calej wedki), kiedy pojawilo sie dwoch chlopcow. Ci na szczescie byli duzo lepiej przygotowani i jeden mial nozyczki. Nik przecial linke, ale oczywiscie chec na dalsze lowienie sie skonczyla, tym bardziej ze zrobila sie 19:36. Pojechalismy wiec do domu, gdzie trzeba sie bylo szykowac na kolejny dzien.

W poniedzialek Nik mial normalnie szkole, choc robia coraz mniej i pisal do mnie czy ma wziac szkolne przybory do domu, czy po prostu wyrzucic. :O Nadeszla bowiem pora oprozniania szafek, a jak sie przez caly rok zbieralo burdel, to teraz ciezko to posegregowac. Bi miala kolejny skrocony dzien. Ona tego dnia miala "egzamin" z historii, a pisze w cudzyslowiu, bo akurat z tego przedmiotu nie mieli typowego egzaminu, tylko przygotowac odpowiedzi do dyskusji w klasie. Nauczyciel mial owa dyskusje prowadzic i oceniac poziom odpowiedzi oraz aktywnosc dyskutantow. Panna do domu wrocila zaraz po 12 i zawracala mi gitare czy moze isc z kolezanka na rower. Kiedy odpisalam ze moze, ale niech najpierw rozladuje zmywarke, dostalam szereg oburzonych sms'ow, ze dlaczego ona, czemu nie Nik i ze to taaaka ciezka praca. Bylam bezlitosna i w koncu rozladowala. :D Ja mialam kolejny dzien inspekcji, ale na szczescie skonczylysmy. Tak naprawde to nie wiem po co na sile przeciagnelysmy to o kolejny dzien, bo kolezanka dojechala prawie o 10 (umawialysmy sie na 9:30, ale ponoc pobladzila), a potem mialam wrazenie ze sprawdzila jeszcze dwie rzeczy tak troche na wyrost. Godzine siedzialysmy patrzac we wlasne laptopy oraz telefony i mysle, ze spokojnie moglysmy to wszystko zamknac w piatek, bez przyjezdzania tam kolejny raz. No ale ze jeszcze w poprzednim tygodniu planowala zamknac inspekcje we wtorek, albo nawet w srode, to chyba nie mam co narzekac. Wyszlysmy stamtad niemal idealnie o 13, wiec zanim dojechalam, po drodze jeszcze zatankowalam i wymienilam auta, to do domu dojechalam o 14:25. I tak niezle sie wyrobilam, bo praktycznie nie bylo korkow. Dojechalam do domu i w tym samym czasie Bi wrocila z przejazdzki, a chwile pozniej dojechal ze szkoly Nik. Przywiozl w koncu trabke, wiec wreszcie moge jechac i oddac instrumenty. Na obiad M. mial tego dnia robic tacos, wiec szybko przygotowalam mieso i wyrobilam sie idealnie na jego przyjazd. Tego dnia w koncu mielismy chlodniejsza pogode. Byly 22 stopnie i mocny wiatr, wiec wydawalo sie nawet chlodniej. W koncu, po paru dniach wylaczylismy klimatyzacje i pootwieralismy okna. Rano Bi cos tam sie burzyla, ze nadal jest wilgoc, ale po poludniu nikt juz nie zglaszal pretensji. Nik mial tego dnia trening, a M. pojechal na silownie, wiec mialam spokojna godzine. Podlalam warzywa oraz kwiatki, wzielam prysznic, a pozniej musialam sie szykowac na dzien w biurze. Przez ten moj ostatni grafik, nie pamietam nawet kiedy tam ostatni raz bylam. :D

Wtorek musialam rozpoczac wczesniej, a w dodatku nieprzytomna. O 3:30 nad ranem obudzil mnie pecherz i potem za cholere nie moglam zasnac. Bylo mi duszno mimo ze uchylilam okno i przewracalam sie z boku na bok. Nie wiem o ktorej zasnelam, ale bylo juz jasno i ptaszydla darly dzioby, wiec zakladam ze gdzies po 5. Kiedy wiec o 6 zadzwonil budzik, marzylam zeby sie zakopac pod koldre i spac dalej. Nie bylo jednak tak dobrze. ;) Bi miala we wtorek ostatni dzien szkoly. Teoretycznie byl on w srode, ale tego dnia mieli przyjsc tylko ci, ktorzy czegos jeszcze nie zaliczyli. Panna we wtorek miala ostatni egzamin - matematyke. Tym razem naprawde pisali test i chyba ta matma stresowala ja najbardziej ze wszystkich egzaminow. No ale coz, skoro sama chciala przejsc na "rozszerzona". Na zwyklym poziomie miala same A bez wiekszego wysilku. Tutaj musi sie juz troche pomeczyc. ;) Pojechala do szkoly na rowerze, z racji ze nie mialby jej kto potem odebrac.

Ostatni raz jako freshman, odprowadzana przez kiciula ;) 

Kokusia za to zawiozlam po drodze do pracy. On mial ostatni "pelny" dzien szkoly, bo sroda to juz skrocone lekcje. I tak mieli chyba polowe czasu spedzic podpisujac nawzajem yearbooks, czyli takie pamiatkowe albumy, ktore podstawowki robily tylko na zakonczenie, ale middle i highschool robia co roku. Dojechalam w koncu do biura, gdzie okazalo sie, ze poprzednio bylam prawie 2 tygodnie wczesniej. Czyli, jesli plan mojego szefa gdzies nie nawali, w czerwcu bede w biurze zawrotne 5 razy. :D Zeby nie bylo; wcale mnie to nie cieszy, bo wiekszosc z tej "nieobecnosci" to inspekcje, gdzie pracuje, tylko ze w obcych firmach. A wolalabym siedziec na doopie przy wlasnym biurku... Najwazniejszym zadaniem na ten dzien bylo dla mnie uprzedzic firme o inspekcji. W niektorych przypadkach jedziemy z zaskoczenia, w innych dzwonimy kilka dni wczesniej. Tym razem mialam inspekcje z uprzedzeniem, tylko okazuje sie, ze dodzwonienie sie do wlasciwej osoby to niezly wyczyn. Poprzednia inspekcja tam, odbyla sie... 10 lat temu! :O Okazalo sie tez, ze ta firma, choc znajduje sie przy sporym szpitalu, nie dziala zbyt preznie. Nie mieli ani osobnej strony internetowej, ani zadnych konkretnych informacji o personelu czy glupim numerze telefonu! Mialam numer z poprzedniej inspekcji, ale wiadomo, przez 10 lat to mogli sie kilka razy przeniesc w inne miejsca, albo kompletnie zwinac manatki. Dzwonie raz, kilka dzwonkow i zglasza sie poczta glosowa. Dzwonie kolejny raz, od razu poczta. Zostawilam wiadomosc, tlumaczac kim jestem i kiedy przyjezdzam. Mijaja dwie godziny i zero odzewu. Dzwonie kolejny raz. Teraz dzwoni i dzwoni i nawet poczta glosowa sie nie zglasza! :O Dzwonie wiec do szpitala, ale mimo ze mam nazwe departamentu oraz dwa potencjalne imiona osob, ktore zarzadzaja firma, administratorki przesylaja mnie albo na glowny numer, gdzie musisz miec kod pacjenta zeby przedostac sie dalej, albo pod jakis numer gdzie po kilku dzwonkach cie rozlacza. Szczerze, to juz myslalam, ze firma przestala istniec. Moj szef jednak powiedzial, ze to uprzedzenie to taka grzecznosc i ze i tak musialabym pojechac i sprobowac ich znalezc. No "super", szczegolnie, ze to kolejna inspekcja wyjazdowa, 2 godziny od domu. :/ Na szczescie, niespodzianka, bez wiekszych nadziei zadzwonilam na pierwszy numer i pani odebrala! Udalo mi sie wiec uprzedzic ktorego dnia i o ktorej godzinie bede, spytac o parking i przy okazji przekazac im jakie dokumenty moga przygotowac zeby oszczedzic mi bezczynnego siedzenia pierwszego dnia. Maly kroczek do przodu. ;) W biurze tego dnia nie bylo nikogutko. Pustki i cisza... Pozniej pojechalam do chalupy, do ktorej jednak tylko weszlam, zjadlam obiad i wyszlam. Musialam pojechac na zakupy, bo jedziemy na kemping, wiec trzeba bylo dokupic kilka rzeczy. Wiedzialam, ze kolejnego dnia bedzie z tym ciezko. A przy okazji zajechalam do wypozyczalni, zeby oddac skrzypce i trabke, bo wyjezdzam znow na inspekcje, a jakbym poczekala za dlugo, to mogli mnie skasowac za trzymanie instrumentow przez wakacje. Wrocilam do chalupy po 19, wiec wlasciwie to spedzilam caly dzionek poza nia. Bardzo mnie wiec cieszylo, ze kolejnego dnia wpisalam sobie prace z domu. :)

W srode Bi oficjalnie zaczela wakacje, czyli mogla sie porzadnie wyspac, a potem robic nic. Zazdroszcze dzieciakom takiej letniej beztroski. Dlaczego ja nie zostalam nauczycielem? :D Pracowalam z domu, wiec zwloklam sie na tyle wczesnie, zeby zawiezc Kokusia na ostatni dzien middle school.

Nie wiem kiedy moj maly chlopczyk tak wydoroslal... 

Kurcze, nie moge uwierzyc ze to juz. I ze za ledwie 4 lata bede sie szykowac na pusty dom po wakacjach. :O Wracajac jednak do terazniejszosci, zawiozlam syna do szkoly na skrocony dzien "nauki", a pozniej wrocilam do chalupy, zjadlam sniadanie, umylam sie i odpalilam kompa. Praca szla mi slabo, bo brakowalo motywacji. Moje mysli krazyly raczej wokol tego co powinnam spakowac na kemping. ;) Mlodszy konczyl o 12:15, wiec urwalam sie z pracy (teoretycznie i tak mialam przerwe na lunch) zeby go odebrac, skoro to ostatni dzien. Zgodnie z tradycja, Nik chcial bubble tea na uczczenie poczatku wakacji, wiec pojechalismy do najblizszej kafejki i... zonk. Nie dosc ze straszne korki (chyba wszystkie szkoly w okolicy wypuscily dzieciaki wczesniej), nie dosc ze utknelam za jakims school bus'em, to jeszcze w kafejce byly dwie spore grupy, a tylko jeden pracownik i to wyraznie nowy. Pechowo, obie grupki, poza napojami zamowily tez jedzenie, wiec szybki podjazd po herbatki skonczyl sie polgodzinnym czekaniem. W ktoryms momencie wstalam, bo chcialam cofnac zamowienie i jechac, ale zauwazylam ze chlopak robi nasze, wiec zacisnelam zeby i poczekalam te dodatkowe kilka minut. W miedzyczasie moj syn umawial sie z kolega nad jezioro zeby poplywac. Bylo 26 stopni i slonce, wiec pogoda idealna, ale poznym popoludniem mieli uroczyste zakonczenie "gimbazy", wiec nie widzialam sensu. Chlopaki jednak naciskali na chociaz 2 godziny, potem zaczeli kombinowac, ze moze jakies nocowanko i w koncu stwierdzilam, ze dobra, nad jezioro ok, ale nocowanie to juz po powrocie z naszego kempingu i wyjazdu kolegi. Wpadlismy do domu, Nik sie przebral w stroj kapielowy i popedzilismy nad jezioro. Wyrzucilam go tam, a sama wrocilam do chalupy i kontynuowalam robote. Dobrze, ze tego dnia akurat duzo pracy nie mialam, ale akurat szef przyslal poprawki do raportu z inspekcji, ktora pod koniec maja robilam z kolega. Mimo ze wiekszosc raportu pisalam ja, szef wyslal maila koledze, a mnie tylko zalaczyl. Zauwazylam zreszta, ze wiekszosc poprawek to byly jakies uciecia slowa lub polowy zdania. Podejrzewam, ze kolega kopiowal moje rozdzialy w raport z odpowiednim formatem, ale robil to niechlujnie. Myslalam, ze napisze zebym cos poprawila, ale ostatecznie wszystko zrobil sam, a mi polecil tylko sprawdzic i podpisac jesli nie znajde bledow. Po poludniu juz laczylam prace z szykowaniem sie na kemping, no i musialam odebrac Kokusia znad jeziora. Dobrze ze mieszkamy tak blisko... Malzonek wyszedl wczesniej i tez pakowal. W zasadzie to i tak nie mialam tego zbyt duzo, bo jedzenie wolalam zostawic na dzien wyjazdu. Dalam wiec liste Kokusiowi (ktory i tak czekal niewiadomo na co) i spakowalam wlasne ciuchy, wstawilam pranie zeby miec pusty brudownik na rzeczy po kempingu, ogarnelam nieco chalupe, itd.

O godzinie 17 (ale mlodziez miala przyjechac o 16:30) odbylo sie wazne wydarzenie w Kokusiowym zyciu, a przy okazji w naszej rodzinie. Nasze mlodsze dziecko mialo uroczyste zakonczenie middle school! W sumie to mam wrazenie, ze dopiero co miala je Bi, a tu juz kolej syna. ;) W kazdym razie, specjalnie na ta okazje Nik zazyczyl sobie spodnie w kolorze khaki. Modnis sie znalazl... ;) Oczywiscie kiedy o tym pomyslal? W poniedzialek wieczorem! Nie mialam pewnosci czy gdzies takie dostane, a juz na pewno nie mialam ochoty spedzic wtorkowego wieczoru latajac po sklepach, wiec zostal Amazon. Na szczescie znalezlismy model i marke, ktora przyszla w ciagu jednego dnia. Obawialam sie tylko o rozmiar, bo Mlodszy rosnie w gore jak szalony, ale jest chudy jak tyczka. Idealne spodnie maja dlugosc na lat 16, a szerokosc na 10. :D Na szczescie wiele tych dzieciecych oraz mlodziezowych, ma specjalne wsuwki zeby je zwezic. Spodnie bowiem okazaly sie jak ulal na dlugosc (czyli za kilka miesiecy beda za krotkie, ech...), ale za to spadaly z Kokusiowego tylka. :D Tak czy siak, uroczystosc odbyla sie w high school, wiec przyjechalismy i trzeba sie bylo rozdzielic - Nik pomaszerowal dolaczyc do grupy VIII-klasistow, a my z Bi ruszylismy zajac jak najlepsze miejsca na trybunach sali gimnastycznej. Pol godziny czekalismy na rozpoczecie, ale na szczescie organizatorzy sie nie pierdzielili i rozpoczeli punktualnie, mimo ze nadal naplywali goscie. Trudno, spoznili sie, to musieli stac w drzwiach. ;) Wszystko rozpoczelo sie przemarszem mlodziezy naokolo sali i zajeciem miejsc.

Wyglada jakby patrzyl prosto na nas, ale tak naprawde nawet nas nie zauwazyl ;)

Siedzieli bowiem wedlug scislego porzadku - osobno kazda "druzyna", a w niej osobno kazda klasa, dzieciaki alfabetycznie. Ponoc wczesniej cwiczyli to kilka razy w szkole, wiec teraz kazdy wiedzial za kim stoi i zajmowali krzesla kolejno. ;)

Uroczystosc dla nich, ale wszyscy siedza znudzeni i nikt sie nawet nie usmiechnie :D 

Po przemowieniach pani dyrektor, wice dyrektor oraz przewodniczacej samorzadu uczniow, rozpoczelo sie rozdanie dyplomow. Dzieki wczesniej opisanemu porzadkowi, wszystkie rzedy po kolei wstawaly i mlodziez tak sznureczkiem podchodzila, odbierajac koperte i sciskajac dlonie.

Nik podaje reke (chyba) pani dyrektor 

Nikt sie nie pomylil i o nikim nie zapomniano. Dwie dziewczyny musialy podchodzac zrobic gwiazdy i salta do tylu. Te to na pewno beda w grupie "popularnych". ;) Kiedy wszyscy dostali dyplomy, kolejny raz pogratulowala im pani dyrektor, a pozniej krotka przemowe strzelil dyrektor high school, oficjalnie witajac ich jako "swoich" uczniow w szkole sredniej, do ktorej przyjda po wakacjach. Nik przez wiekszosc czasu wygladal na potwornie niezadowolonego.

Dyplomik 

Po zakonczeniu, uczniowie wyszli wczesniej, a pozniej dolaczaly rodziny. Szykowalismy sie, jak rok temu, na kolejne pol godziny zdjec, bo Bi przeciez chciala ich kilkanascie, w roznych miejscach i z roznymi kolezankami. Mlodszy tylko nas zobaczyl i od razu stwierdzil, ze "wychodzimy". Spytalam czy nie chce zdjecia na z kolegami, ale oznajmil ze zupelnie mu to zwisa. Bylam w takim szoku, ze dopiero pozniej pomyslalam ze moglam pstryknac mu chociaz samemu na pamiatke. No coz... I wlasnie w ten sposob zakonczylismy kolejny etap. Jak zawsze troche mi rzewnie, ale zycie pedzi naprzod i sentymenty tego nie zmienia.

Tym razem zakoncze nietypowo bo w srode, ale wyjezdzamy i obawiam sie ze potem z telefonu moge tego nie ogarnac. ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz