piątek, 8 maja 2026

Wreszcie do domu!

Ale nie od razu!

Za dobrze by mi bylo. :D

Niestety, zdjecia bede musiala dodac innego dnia. Za dlugo zajelo mi spisywanie wszystkiego i zrobilo sie za pozno, a ja padam na pyszczek. ;)

Sobota, 2 maja byla oczywiscie jednym z dwoch najwazniejszych dni w roku. Moje pierwsze dziecko, moja jedyna coreczka, konczyla 15 lat! Te z Was, ktore sa ze mna od dluzszego czasu, pewnie same nie moga w to uwierzyc. ;) Strasznie smutno mi bylo ze nie ma mnie w domu w ten dzien, ale moglam tylko ze zlosci pozgrzytac zebami. :( Zadzwonilam oczywiscie do panienki z zyczeniami, przy czym okazalo sie, ze akurat na urodziny dorobila sie przeziebienia i byla w srednim humorze. ;) Z prezentow (dostarczonych przez niezawodnego Amazona) sie oczywiscie ucieszyla. Niestety, mimo ze namawialam M. zeby kupil babeczke lub maly torcik i zeby zaspiewali jej z Kokusiem Sto Lat (ja tez moglam sie polaczyc przez WhatsAppa), to nie. :/ Pojechal po kwiatka i czekoladki, chociaz tyle. Niestety, pierwsza doniczke z chwastem... rozbil na parkingu. Szedl i tak podziwial zakup, ze uderzyl lokciem w slupek i kwiatek upuscil. :D Moja sobota okazala sie nudna i deszczowa. Lalo calutki dzien. Temperatury tez nie rozpieszczaly jak na Poludniowa Karoline, bo bylo okolo 15 stopni. Przez 4 tygodnie tylko czasem pokropilo, a akurat na ostatni weekend weekend tutaj, musialo sie rozpadac na calego. No nic. Uznalam, ze taka pogoda to znak, ze trzeba sie pouczyc do egzaminu. :D Wstalam pozno, bo wiadomo, weekend, pozniej leniwie sie zbieralam, polazlam do drugiego budynku po kawe, ale okazalo sie, ze w maszynie nie ma kubkow... Zmuszona bylam zrobic w niezawodnym Keurigu, choc zostaly mi juz tylko 3 kubeczki, wiec balam sie, ze nie starczy mi ich do wyjazdu. W poludnie, w ulewe poczlapalam do jadalni na lunch, a kiedy wrocilam, wstawilam pranie i grzecznie wzielam sie za nauke. Szlo mi zreszta calkiem niezle, ale tylko tak do 16:30. Pozniej juz mozgownica mi wysiadla. Trzy razy czytalam strone i nie pamietalam ani slowa. Na sile dokonczylam pierwsza ksiazke, ale druga zostawilam juz sobie na inny dzien... Zadzwonilam do M. ktory dziwil sie, ze caly dzien sie nie kontaktuje, oraz do taty, ktory myslal ze stolowke mam w tym samym budynku. Taaa... Fajnie by bylo. Niestety, o 18 czekal mnie marsz w mzawke na kolacje. Kiedy z niej wyszlam, okazalo sie, ze przestalo padac, wiec kiedy wrocilam do pokoju, stwierdzilam, ze moze milo jednak byloby wyjsc troche na swieze powietrze. Nadal bylo chlodno, a jeszcze zerwal sie wiatr, przez ktory wydawalo sie jeszcze zimniej, wiec na dlugi spacer nie mialam ochoty. Przeszlam sie jednak do sklepiku, zeby kupic wszystkim pamiatki. Wyslalam rodzinie wczesniej zdjecia asortymentu i kazdy wybral po koszulce. Tzn. dzieciaki po jednej (plus Nik breloczek aligator :D), a M. trzy. Poki co, nie kupilam nic dla siebie. 

W nocy temperatura spadla do 9 stopni i moj pokoj solidnie sie schlodzil. Dobrze, ze przezornie rozlozylam troche narzute, wiec bylo mi w miare cieplo. Tutaj nie daja nawet koldry, tylko "kocyk", ale taki bawelniany i cieniutki prawie jak przescieradlo. :/ W kazdym razie, niedziele ponownie zaczelam pozniej, a kiedy w koncu wstalam i sie ogarnelam, znow podjelam probe zdobycia kawy w drugim budynku. Dzien wczesniej pani na recepcji powiedziala mi, ze ktos od maszyny powinien przyjechac tego dnia. No coz... nie przyjechal, bo w niedziele nadal nie bylo kubkow. Wrocilam jak niepyszna i znow musialam zaparzyc z kapsulki. Kiedy wrocilam, w korytarzu wpadlam na kolege, ktory probowal sie dowiedziec, w ktorym pokoju mieszka jeszcze inny, bo ponoc ten ma jego telefon i on zostal bez kontaktu z kimkolwiek. Tak to jest jak sie razem pije. :D Pozwolilam mu zadzwonic z wlasnego telefonu i kolege obudzil, bo coz, o 10 rano, wiele osob odsypialo jeszcze wieczorne lazenie po barach. ;) Dla mojej malej grupki, nagle wpadla propozycja wycieczki. Nie moglismy sie zdecydowac gdzie chcemy jechac, az nasz "rodzynek", jedyny chlopak, napisal ze wybiera sie do rezerwatu przyrody - Cypress Garden i czy chcemy do niego dolaczyc. Czyli w sumie zdecydowal za nas, ale przynajmniej mielismy jakis cel. Poniewaz jednak mial jeszcze cos do zalatwienia, pojechalismy dopiero o 12:30. Udalo nam sie wiec zjesc normalnie lunch i cale szczescie, bo wrocilismy dopiero na kolacje. Miejsce okazalo sie ladne, choc przeznaczone glownie dla rodzin. Mieli ogromny plac zabaw i plac wodny, a wiekszosc sciezek byla wyasfaltowana, z kilkoma laczacymi sie trasami, wiec mozna bylo przejsc albo male koleczko, albo obejsc je wszystkie. Wejscie bylo zaskakujaco tanie - $10. Z ciekawostek, krecono tu kilka filmow, m.in. "Pamietnik" oraz "Patriote". Miejsce to bylo niby rezerwatem przyrody, ale teren poza czescia "bagienna" przypominal miniaturowe zoo. Byla motylarnia, ale malutka i nieco rozczarowujaca. W wiekszej, do ktorejs kiedys pojechalam, wszedzie byly pokrojone owoce, zeby slodycz zwabiala owady na dol. Tutaj byly specjalne miseczki oraz poidla, ale... puste. Przez to, wszystkie motyle lataly wysoko pod sufitem. Byl tez pawilon ze spora iloscia akwariow oraz terrariow. O ile ryby mieli glownie z lokalnych gatunkow, o tyle gady i plazy byly juz z calego swiata. Chociaz znalazly sie tez hamerykanckie okazy, jak grzechotnik, czy jeden z gatunkow zmiji. Na zewnatrz, przy ogrodzonym stawie, leniwie wylegiwaly sie dwa ogromne aligatory. Jeden mial spokojnie ze 3m dlugosci, a drugi byl niewiele mniejszy. Nie wiem dlaczego akurat te dwa byly zamkniete, kiedy naokolo mielismy pelno mokradel oraz bagien. Podziwialismy tez ogromne zolwie oraz pawia, ktory rozkladal ogon i "tanczyl", choc jego przyjaciolka miala go zupelnie w nosie. ;) Glowna atrakcja tego miejsca bylo przeplyniecie kawalka bagien lodka, samemu lub z przewodnikiem. Kiedy wjezdzalismy, juz w budce pani poinformowala nas, ze wszystkie lodki sa zarezerwowane az do zamkniecia, wiec stwierdzilismy ze przejdziemy sie kilkoma z ich szlakow spacerowych. Sciezka fajna, dobrze utrzymana i co chwila to z jednej, to z drugiej strony mokradla. Znaki ostrzegawcze pokazywalay zeby uwazac na aligatory, ale my zadnego nie zobaczylismy praktycznie do konca, gdzie prawie przy brzegu plywal sobie maluch. :) Mielismy swietna pogode do takiego lazenia. Bylo 21 stopni i chlodny wiatr, wiec w sloncu bylo goraco, ale sciezki byly zacienione, wiec mimo dosc raznego marszu, nawet sie nie spocilicmy. Jedna z dziewczyn nie chciala odpuscic i kiedy spacerowalismy, wpisala sie w kolejke po lodke. Byla 37 z kolei, a do zamkniecia zostalo 1.5 godziny, wiec stwierdzilismy, ze w zyciu sie nie zalapiemy. A tu niespodzianka, bo doslownie 5 minut przed zamknieciem przystani (45 min. wczesniej niz calego rezerwatu) udalo nam sie dorwac lodke! Mielismy szczescie, bo mniejszych nie bylo, ale mieli jedna wielka, ktora zwykle uzywaja przewodnicy. Poniewaz byla nas jednak piatka, a wiec wystarczajaco do wioslowania, pozwolili nam nia poplynac. Przezycie bylo niezwykle, bo mimo ze obok ludzie chodzili sciezka, to na srodku badna bylo jednak ciszej. Szlak plyniecia oznaczony byl strzalkami i okazalo sie, ze lepiej jest se go trzymac, bo kiedy, jako niewprawni wioslarze) z niego zboczylismy, zaraz wpadlismy na mielizne albo jakas klode. W ktoryms momencie utknelismy tak, ze zaczelam ze smiechem pytac kto na ochotnika wskoczy do wody i popchnie, ale jakos nikt nie chcial. :D Nie ma sie co dziwic, bo na szlaku szczescia nie mielismy, ale z wody udalo nam sie dojrzec poteznego aligatora, ktory postanowil sie powygrzewac na sciezce, kompletnie ja blokujac. Widzielismy dalej ludzi, ktorzy stali i czekali az gadzina sobie pojdzie, bo nie bylo go jak ominac; trzeba bylo cofnac sie ta sama droga, ktora sie przyszlo. Pozniej, widzielismy na malej wysepce kolejnego, a za moment utknelismy, bo wszyscy patrzyli na aligatora zamiast uwazac gdzie znosi nam lodke. Nie dziwota, ze nikt sie nie kwapil zeby wyskoczyc, nawet przy brzegu, i lodke odepchnac. :D Do bazy wrocilismy bardzo zadowoleni z wycieczki i akurat zalapalismy sie na obiadokolacje. Po takim lazeniu wieczorem odpuscilam sobie juz moj zwyczajowy spacer i przesiedzialam go leniwie w fotelu.

Poniedzialek, wedlug grafiku, mial byc dniem wolnym, przeznaczonym na przygotowanie do egzaminu. W praktyce, organizatorzy przygotowali grupe "ekspertow", ktorzy mieli odpowiedziec na jakies nasze pytania. Ranek mialam wiec leniwy jak w weekend. Wyspalam sie, ponowilam probe dostania kawy w drugim budynku (kolejna porazka), po czym odgrzalam ta, ktora przezornie wzielam dzien wczesniej ze stolowki. Wyszla tez na chwile na zewnatrz, zeby podelektowac sie sloncemi niczym jaszczurka. :) Pogadalam z siorka, pokrecilam sie i... mialam sie pouczyc drugiej ksiazki, ale zrobila sie pora lunchu. Spotkanie z ekspertami mialo byc o 12:15, wiec o 11:30 poszlam na lunch, a stamtad prosto do klasy. Najlepsze, ze rano na drzwiach wywiesilam karteczke zeby nie przeszkadzac, ale kiedy wyszlam, zdjelam ja, myslac, ze panie posprzataja. Taaa. Najwyrazniej, jak raz ominely twoj pokoj, to juz nie wracaja sprawdzic czy ktos wyszedl. ;) Cale to spotkanie z ekspertami okazalo sie bez sensu, bo nikt nie mial dla nich zadnych konkretnych pytan. Padaly wiec takie ogolne, np. co robic zeby sobie poradzic w pracy, co zrobic kiedy szef chce cie rzucic na gleboka wode, jak zmienic swoja grupe, itd. Cali ci "eksperci " tez nie mieli konkretnych odpowiedzi, tylko pierdzielili trzy po trzy. Mialam wrazenie, ze oni byli tam zeby poopowiadac o swoich doswiadczeniach w pracy, bo kazda odpowiedz nawiazywala do jakiegos tam wydarzenia, najczesciej majacego niewielkie lub nic wspolnego z pytaniem. Liczylam na to, ze szybko skonczymy, ale niestety, trzymali nas do 14:30. Po powrocie do pokoju mialam kontynuowac nauke, ale kompletnie nie moglam sie skupic. Kilka razy odwieralam ksiazke, po czym ja zamykalam. W koncu tylko pozaznaczalam karteczkami rozdzialy zeby szybciej je znalezc i dalam sobie spokoj. Przeszlam sie do sklepiku zeby w koncu kupic i sobie jakies pamiatkowe koszulki. Pozniej wrocilam i choc ksiazka z prawem patrzyla na mnie z wyrzutem, stwierdzilam ze pojde na spacer. Tym razem w koncu mialam szczescie i dorwalam naszego aligatora - rezydenta! :D Wygrzewal sie na ladzie i to tuz za plotem, przy ktorym stalam! Po powrocie ze spaceru pogadalam oczywiscie z rodzina, poszlam na kolacje i w koncu wrocilam juz do pokoju na reszte wieczora.

Wtorek niestety musialam juz zaczac wczesnie, bo choc egzamin mial sie zaczac o 8:30, to mielismy sie stawic w klasie juz o 8. Myslelismy, ze to przez to ze beda kolejny raz sprawdzac oprogramowanie do testu, tymczasem to zajelo nam raptem kilka minut i tym razem kazdemu otworzylo sie bez problemu. Reszte czasu sprawdzali czy kazdy siedzi na swoim miejscu (ktos zrobil zarys klasy i wpisal nasze imiona) i odczytywali zasady egzaminu. Okazalo sie, ze mieli go trzy wersje (ja dostalam B), a do tego nie wolno bylo miec na stole ani telefonow, ani tabletow, ani nawet czapki. Trzeba tez bylo zdjac elektroniczne zegarki. Zeby bylo smieszniej, wolno bylo korzystac z notatek oraz ksiazek, wiec nie mam pojecia skad takie surowe zasady, ale jedna z kobiet ostrzegla, ze zdarzylo jej sie kogos wyrzucic z klasy za sciaganie. Sciaganie! Serio, co za roznica czy znajde odpowiedz w notatkach, czy spytam Google? W kazdym razie, mielismy 100 pytan i 3 godziny. Dwie osoby wyszly chyba po pol godzinie. Pozniej co chwila slyszalam szuranie kolejnej osoby pakujacej swoje rzeczy. Siedzialam w pierwszej lawce, wiec co jakis czas odwracalam sie z panika, zeby zobaczyc ile nas jeszcze zostalo. Kiedy kolezanki i kolega z mojej malej grupki wyszli, a ja nadal mialam dwadziescia kilka pytan, kompletnie sie zalamalam. ;) Gdy jednak skonczylam, okazalo sie, ze na oko nadal w klasie zostala polowa grupy. Ogolnie wszyscy byli bardzo niezadowoleni. Mielismy kilka pytan, gdzie nikt nie pamietal zebysmy cos takiego przerabiali, a wiele innych bylo tak napisane, ze nawet po znalezieniu odpowiedniego miejsca w ksiazce, ciezko bylo odpowiedziec. Ogolnie, bylo moze 10-15 pytan, na ktore odpowiedzialam od razu i praktycznie bez zastanowienia, reszta to bylo szukanie w ksiazce, kilkukrotne czytanie pytania i skrobanie sie po glowie. Ciesze sie, ze (podobno) wyniki sa tylko dla organizatorow zeby ocenic sposob nauczania i nikt inny ich nie zobaczy. ;) Po ciezkim egzaminie mielismy "nagrode", bo tego dnia znowu przyjechal pojazd z lodem z sokiem, czyli shaved ice. Pan rozdawal je za darmo, wiec jednego zjadlam od razu, pozniej poszlismy na lunch, a po nim wzielismy po kolejnym kubeczku. Rozpusta! :) Wrocilam na chwile do pokoju, pokrecilam sie, przebralam, po czym trzeba bylo wracac na ceremonie rozdania certyfikatow. Kazdemu po po kolei robili zdjecia przy odbiorze, a potem zrobilismy grupowe, ale narazie ich nie dostalam. Za to zrobilismy sobie fote naszej nierozlacznej czworki. :) Ceremonia miala potrwac do 15, ale na szczescie juz pol godziny wczesniej sie zwinelismy. Na popoludnie grupa najwiekszych imprezowiczow zorganizowala pozegnalna pizze oraz impreze w barze przy naszej bazie. Stwierdzilam, ze pojde wypic z nimi lampke wina, ale najpierw urzadzilam sobie spacer w sloncu i pod palmami. Wiedzialam, ze bedzie mi brakowac tego ciepla, bo na mojej polnocy nadal trwa lagodna wiosna, a za to w Poludniowej Karolinie juz praktycznie lato pelna geba. Pozniej poszlam do tej bandy wariatow. Okazalo sie zreszta, ze na 40 osob, bylo nas okolo 26. Niektorzy podeszli tylko szybko sie pozegnac, a kilka osob wolala imprezowac w miescie we wlasnym towarzystwie. Wypilam lampke wina, zrobilismy pamiatkowe zdjecie, po czym poszlam na ostatnia kolacje w gronie mojej malej grupki. Po niej jeszcze raz zaszlismy na impreze, gdzie robilo sie coraz glosniej i zaczely sie tance na stolach. :D Nie mialam ochoty na az takie hulanki, a obcy ludzie podchodzili i pytali z ktorej jestesmy agencji, wiec troche obciach, wobec czego szybko sie stamtad zmylam. :D Poszlam za to na jeszcze ostatni spacer o zachodzie slonca. Mimo ze daleko od domu i dlugo, mimo ze warunki takie a nie inne, to czego jak czego, ale poludniowego klimatu bedzie mi brakowac. Obeszlam jeszcze raz glowne trasy bazy, popstrykalam ostatnie zdjecia i trzeba bylo wracac do pokoju, skonczyc sie pakowac. Wczesniej tylko zaczelam, ale teraz juz musialam wdusic do walizki wszystko, poza kosmetykami potrzebnymi na kolejny ranek. A! Tego dnia ominelo mnie kolejne rodzinne wydarzenie, mianowicie Nik mial wieczorem koncert. Jego ostatni w middle school, a mnie tam nie bylo! :( Malzonek mi oczywiscie troche nagral, ale to zupelnie nie to samo...

Sroda okazala sie koszmarna, choc zaczela zupelnie niewinnie. Wstalam normalnie, umylam sie, ubralam, skonczylam pakowac (na walizke musialam sie prawie polozyc zeby ja zamknac) po czym pomaszerowalam na ostatnie na bazie sniadanie. O 7 rano bylo juz ponad 20 stopni, wiec kolejny raz wzdychalam, ze wracam na polnoc. Po sniadaniu wrocilam jeszcze do pokoju, upewnilam sie, ze nigdzie nic nie zostawilam i wytoczylam sie z waliza na korytarz. Zniesc to dziadostwo z jednych schodow, potem z drugich, pozniej wtaszczyc na polpietro, a nastepnie wyniesc z budynku i kolejnego dnia nie moglam ruszyc prawa reka. :/ Bus przyjechal na czas i pojechalismy na lotnisko. Poczatkowo mialam szczescie, bo busem jechalo ze mna jeszcze trzech chlopakow z grupy, a kolezanka z biura oraz kolega, ktory z nia pracuje, ale jest z innego biura, mielismy zarezerwowane te same loty. Pierwszy odbyl sie bez opoznien i bez problemow, a pozniej wszystko trafil jasny szlag. :( Mielismy 2.5 godziny oczekiwania w Waszyngtonie, wiec kupilismy na spolke pizze, pozniej poszlam po kawe, gadalismy i zartowalismy, wspominalismy wariactwo minionego miesiaca. Az... telefony wyswietlily zawiadomienia, ze nasz lot zostal... odwolany! Nie opozniony, tylko odwolany i czesc! Z powodu pogody, choc ta pokazywala... deszcz. Przeciez samoloty lataja zima, w duzo gorsza pogode! Po chwilowej konsternacji, ludzie rzucili sie do biurka obslugi, a my chwycilismy za telefony, bo rezerwacje mielismy zrobione przez specjalna agencje, wiec musielismy pierwsze co, to dzwonic do nich. Moja kolezanka miala szczescie i dodzwonila sie pierwsza, wiec udalo jej sie wcisnac na kolejny lot trzy godziny pozniej. Kiedy dodzwonilam sie ja, pan powiedzial mi ze niestety tamten lot jest juz pelny, ale jest kolejny, o 10 wieczorem, tylko ze on nie moze mi go zarezerwowac bez dodatkowych oplat, wiec musze zrobic to bezposrednio u obslugi. Super. Kolejka na pol terminalu. Kolega stanal tam wczesniej i niestety po chwili przyszedl powiedziec, ze niestety, tamten lot jest pelny i zarezewowal na kolejny dzien, a na ten wpisal sie na liste oczekujacych. Porzucilam wiec kolejke i zadzwonilam kolejny raz do agencji, bo stwierdzilam, ze przeciez musi byc jeszcze jakis lot do naszego miasta, inna linia lotnicza. Byl, jeden, ale odlatywal za pol godziny, wiec odpadal. Tym razem trafilam na pania, ktora byla bardzo sympatyczna i starala sie pomoc. Niestety, wszystkie loty na ten dzien, ale tez na kolejny (!) byly juz pelne! W koncu wyszukala lot za dwie godziny, ale na lotnisko w innym Stanie, oddalone od naszego domu jakies 1.5 godziny. Kolejny lot znalazla do Bostonu, ale tam to juz ponad 2 godziny jazdy. Zadzwonilam do M. i na szczescie powiedzial ze przyjedzie. W ktoryms momencie biedak wspominal juz cos, ze przyjedzie po mnie do Waszyngtonu, ale to 6.5 godzin! :O Zaczelysmy wiec z kolezanka oczekiwanie, ale obie zastanawialysmy sie czy nasze kolejne loty sie odbeda. Kolega nadal chodzil od biurka do biurka i wisial na telefonie, probujac cos znalezc. Powiedzialam mu o moim locie, ale stwierdzil, ze zona po niego nie przyjedzie, a na Uber'a wydalby fortune. Zreszta, w miedzyczasie musialam jeszcze dzwonic do ludzi od podrozy z mojej pracy, bo agencja podrozy powiedziala, ze nie moze mi wydac biletu bo przekroczylam budzet i musza miec oficjalna autoryzacje. Czy Wy widzicie ta cholerna biurokracje?! Powiedzialam pani, ze zaplace roznice z wlasnej kieszeni, ale powiedziala, ze im nie wolno. Kiedy w koncu wszystko przeszlo, okazalo sie, ze chwycilam ostatnie miejsce w tamtym samolocie. W koncu musialam podejsc do nowej bramki, gdzie nerwowo patrzylam na licznik, pokazujacy ile jeszcze zostalo do wpuszczania pasazerow. W koncu otworzyli drzwi, ludzie zaczeli wchodzic, weszlo kilkanascie osob, a pracownik oglasza, ze musza na 5 minut przerwac! Najpierw pomyslalam, ze moze cos sie stalo komus z tych juz wpuszczonych pasazerow. Po chwili jednak pracownik ponownie wyszedl i oznajmil ze mamy wszyscy usiasc, bo samolot nie ma pozwolenia na ladowanie w miejscu docelowym i musimy czekac. Ludzie naokolo zaczeli gadac, ze to lotnisko jest malusienkie i przy byle troche gorszej pogodzie opozniaja lub odwoluja loty, co wcale nie wplynelo dobrze na moj humor... Wreszcie jednak nas wpuscili, wiec odetchnelam z ulga. Wszyscy wsiedli, kapitan oglosil ze za chwile beda nas odpychac od bramki i... czekamy, czekamy, czekamy... Po kilkunastu minutach kapitan ponownie sie polaczyl i oznajmil, ze niestety lotnisko docelowe ma z powodu pogody zatrzymane ladowania oraz starty, wiec utknelismy i za pol godziny powinnismy miec dalsze wiesci. Facet siedzacy obok mnie zaczal glosno gadac przez telefon, tlumaczac komus wsciekly co sie dzieje i ze na bank ten lot odwolaja. Wlasciwie zaczelam sie juz szykowac na szukanie hotelu, ale poki co nadal siedzialam w samolocie. W koncu jednak (niespodzianka!) pilot oglosil, ze mozemy leciec. Minelo jednak kolejne kilanascie minut zanim odepchneli nas od bramki, a w czasie kolowania samolot co chwila stawal na dluzsza chwile. Za kazdym razem serce stawalo mi w gardle, bo spodziewalam sie, ze zaraz oznajmia ze jednak lot sie nie odbedzie. W koncu, o cudzie, polecielismy, ale zamiast o 17:24, wystartowalismy prawie o 19. Lot byl krotki i tuz przed 20 wyladowalismy. Lotnisko docelowe okazalo sie naprawde maciupenkie. Mieli tylko jedna tasme na bagaze, a cala sala byla niewiele wieksza od mojego salonu. Przy calym zamieszaniu z lotami, o dziwo moja walizka doleciala razem ze mna. Odebralam ja i napisalam do M, ktory czekal w poblizu zeby podjechac. Wreszcie, po miesiacu zobaczylam malzonka na zywo! :) Do domu wyruszylismy okolo 21 i o 22:30 w kooooncu bylam w domu! Nik juz spal, ale udalo mi sie przywidac z Bi. Maya jak zwykle pomerdala ogonem i poszla spac, za to Oreo probowala ode mnie zwiac. Pewnie pachnialam strasznie obco. :)

W miedzyczasie i kolejnego dnia, dochodzily relacje innych podrozujacych z naszej grupy. Kolega, z ktorym rozpoczelam podroz, byl oczekujacym na lot o 22, pozniej przesuneli go na 23:20, a nastepnie opoznili kolejny raz. Myslalam, ze zrezygnuje i przenocuje, ale okazalo sie, ze cierpliwie czekal, zaskakujaco dostal miejsce i polecial. Do domu dotarl o 2 nad ranem. Kolega z mojej najblizszej czworki mial podobne przygody do mojej. Pierwszy lot zaliczyl bez problemu, a kolejny opoznili, a nastepnie juz w samolocie czekali prawie 2 godziny na pozwolenie na ladowanie, bo gdzies po drodze przechodzily burze. Co ciekawe, lecial w zupelnie innym kierunku, bo do Kalifornii. Samolot innej dziewczyny juz przy starcie uderzyl w ptaka. Na szczescie nic powaznego sie nie stalo, ale oczywiscie start przerwano i nie wiem jak skonczyla sie ta historia. Jeszcze pare osob zglaszalo jakies problemy i opoznienia. Smialismy sie (przez lzy), ze to jakas klatwa wiszaca nad nasza grupa...

W czwartek wstalam mocno nieprzytomna i nie wiedzac co sie dzieje. Skoro wrocilam, to zawiozlam mlodziez do szkoly. Na szczescie moglam pracowac z domu, wiec z ulga wrocilam. Niestety, przez miesiac nieobecnosci i caly dzien ciezkiej podrozy, bylam zupelnie oglupiala i nie moglam sie skupic. Mialam rozmowe z szefem, musialam tez sporzadzic raport wydatkow, ale poza tym zupelnie nie wiedzialam co mam ze soba zrobic. Staralam sie robic cos w miare produktywnego, ale przyznaje sie bez bicia, ze wychodzilo mi to srednio. Troche siedzialam w laptopie, troche sie rozpakowywalam. udalo mi sie tez wstawic pranie, wiec oficjalnie zmylam smrody "akademika". :D Potworki mialy tego dnia skrocone lekcje, wiec cieszylam sie, ze bede mogla spedzic z nimi troche wiecej czasu pierwszego dnia po powrocie. Oczywiscie rozmawiam z szefem, to najpierw dzwoni jakis spam. Chwile pozniej moja tata. A na koniec zaczyna wysylac sms'y oraz dzwonic Bi, zebym odebrala ja ze szkoly! Oszalec mozna. Dobrze ze po pierwszym telefonie wylaczylam glos, a kamere mialam wylaczona, wiec ukradkiem odpisalam ze mam rozmowe i przyjade jak skoncze. ;) Odebralam panne, a kiedy wracalysmy, dogonilysmy Kokusia, ktory akurat dojechal ze szkoly. Popoludnie mijalo szybko, mimo ze odpadlo mi wiezienie Bi na trening. Nadal byla "pociagajaca", wiec jej odpuscilam. Za to z Kokusiem musialam jechac na coroczny bilans. Oczywiscie obejrzeli go, osluchali, zajrzeli w oczy, uszy, itd. Niestety, Juz kilka tygodni wczesniej, dostal ze szkoly kartke, ze sprawdzali dzieciakom kregoslupy i u Nika zauwazyli nierowne lopatki. Pani doktor obejrzala go pod takim katem, innym, pochylonego, prosto, siedzacego... Po czym oznajmila ze problemem nie jest kregoslup, tylko to, ze Mlodszy ma lewa noge nieco... krotsza od prawej! :O Podobno to sie zdarza w czasie intensywnego wzrostu, a on urosl w rok 10cm! Mamy wrocic za pol roku zeby zobaczyc czy roznica sie wyrownuje. Ogolnie to w mojej rodzinie skrzywienie kregoslupa jest dziedziczne; ja mam fatalna posture, moja babcia miala garba, moj tato sie wyraznie pochylil i garbi sie strasznie nawet moja mlodsza siostra, ktora cale zycie intensywnie wykonywala cwiczenia na kregoslup. Nie zdziwilabym sie wiec gdyby Nik tez mial skrzywienie kregoslupa, choc pani doktor zapewnia, ze narazie to nie tu lezy problem, tylko w tej nodze. W kazdym razie, aktualne dane techniczne:

Wzrost: 169cm (89 centyl) 

Waga: 54kg (75 centyl)

Stwierdzam, ze cale zycie mnie oklamywano, albo Kokusia zle zmierzono, bo zawsze myslalam, ze mam wlasnie 169cm wzrostu. Tymczasem, po mojej miesiecznej nieobecnosci, Nik jest juz ode mnie wyraznie wyzszy. Wyglada wiec, ze jednak musze miec najwyzej 168cm. ;) Reszta dnia minela na dalszym niedowierzaniu, ze jestem w domu, choc pomalu wkradala sie tez normalna codziennosc. Mlodszy mial trening, wiec M. go zawiozl, a ja odebralam. Pozniej malzonek poszedl spac, a ja jeszcze posiedzialam chwile na kompie.

Piatek to pobudka o tej samej porze, niestety nadal z lekkim otepieniem. Znow zawiozlam Potworki do szkol, tym razem juz na caly dzien. Staralam sie juz bardziej przylozyc do pracy, z roznym skutkiem. ;) Popoludnie bylo juz zalatane. Ledwie skonczylam oficjalnie prace, a ruszylam na zakupy. Zabral sie ze mna Nik oraz Bi, po ktora pojechal do szkoly M. Ledwie dojechalismy, przytaszczylismy do gory torby, a Nik musial pokroic i zapakowac brownies (ktore upiekl dzien wczesniej) i jechalismy pod lokalna pizzerie, gdzie chlopaki urzadzily sprzedaz wypiekow zeby zebrac pieniadze na fundacje sponsorujaca badania nad walka z rakiem. Po powrocie zaproponowalam malzonkowi spacer. Przez ostatni miesiac nauczylam sie regularnie lazic i jakos tak nogi same chcialy maszerowac. Na szczescie M. na to jak na lato. Tak jak podejrzewalam, brakuje mi poludniowego ciepla. Tam, nawet w najchlodniejsze dni, bylo 18-20 stopni (poza ostatnia deszczowa sobota), a tu mielismy 15 stopni i powietrze bylo odczuwalnie bardziej "ostre". Przeszlam sie pozniej jeszcze po ogrodzie, gdzie z zaskoczeniem odkrylam, ze moj bez zakwitl! Co prawda bardzo skromnie, ale ze przez ostatnie 3 sezony nie wypuscil ani jednego kwiatka, to i tak sukces! Ledwie wrocilismy, a po chwili trzeba bylo syna odebrac. Troche byl rozczarowany, bo sprzedal tylko jeden kawalek ze swojego wypieku, ale pocieszalam ze po pierwsze, wiecej dla nas, a po drugie, ludzie nie wiedza co stracili. ;)

Tak zakonczyl sie kolejny tydzien, a takze moj miesieczny wyjazd. Bylam, przezylam, choc z pozytywow moge wyliczyc tylko brak sprzatania oraz pogode, a teraz wracamy juz do normalnego nadawania. :)

1 komentarz:

  1. Kurczaki, to płynięcie łódką ze świadomością, że gdzieś tam są aligatory, faktycznie musiało być niezłym przeżyciem. Dobrze, że chociaż mimo tych nudnych wykładów, inne atrakcje się znalazły, które na pewno pozytywnie zapiszą się w pamięci.

    Z tym egzaminem to tak, jak czasami z kartą pracy u dzieciaków. Mogą korzystać czasami z podręcznika i zeszytu, ale pytania są opracowane przez inne wydawnictwo i odpowiedzi i tak nie znajdują, bo każde z wydawnictw, chociaż ma rozdziały na ten sam temat, to kładzie akcent na inne zagadnienia.

    Dobrze, że mimo tych przygód z samolotami bezpiecznie dotarliście do domów. Ale wiesz, skoro były przygody przy meldowaniu się w akademiku, to i przy powrocie musiały być. :)

    To znaczy, że Nikt jest ode mnie wyższy o 10 cm :D

    Widzę, że nie miałaś taryfy ulgowej po powrocie, tylko od razu byłaś rzucona w wir pracy i domowych obowiązków. Super była ta akcja Nika i kolegów, i masz rację, ludzie nie wiedzą co stracili, bo jestem pewna, że placek był pyszny!!!

    OdpowiedzUsuń