Sobota, 25 kwietnia, to byl moj dzien relaksu. Budzik nastawilam na 10, ale ostatecznie sama obudzilam sie o 9:30. Umylam sie, pokrecilam po pokoju, poczytalam ksiazke, pomaszerowalam zaparzyc sobie kawe, a w poludnie poszlam na lunch. W jadalni krecily sie tylko jakies niedobitki z naszej grupy, bo czesc pojechala znowu na miasto, a inni odsypiali piatkowe imprezy. Ktos gdzies slyszal, ze ktoras grupka wrocila o 3 nad ranem. :O Po lunchu wrocilam do pokoju i z niechecia zabralam torbe z rzeczami do prania. Na szczescie, juz kolejny raz sie przekonalam, ze sobota to swietny dzien na pranie, bo wiekszosc ludu sie rozjezdza po roznorakich atrakcjach i pralki sa wolne.
Bez problemu wiec wstawilam, a pozniej przelozylam rzeczy do suszarki. Dopiero kiedy przyszlam zeby je zabrac, zapomnialam przyniesc torbe, wiec musialam poczlapac do pokoju i przyjsc kolejny raz. ;) Pozniej stwierdzilam, ze trzeba sie przejsc. Caly dzien sie chmurzylo i wygladalo jakby miala przejsc burza, ale kiedy wyszlam, oczywiscie zrobilo sie slonecznie i znow przeklinalam w myslach, ze nie posmarowalam sie kremem ochronnym. Doszlam az do sadzawki z aligatorem (ktorego oczywiscie nie uswiadczylam), po czym wrocilam do "akademika". Znow klaplam, zadzwonil M., z ktorym gadalam prawie godzine i zrobila sie pora kolacji. Pozniej prysznic i juz siedzenie w pokoju, bo nawet gdybym chciala, w pizamie nigdzie sie nie rusze. ;) Tak to wygladaja dni wolne tutaj. Smigaja niewiadomo kiedy.
Na niedziele mialam juz plany, ale na szczescie popoludniowe. Moglam sie wiec wyspac, na spokojnie wyszykowac, a takze pojsc do sasiedniego budynku po kawe. Maja ja tam z maszyny, ale jest naprawde smaczna. Tyle ze tego dnia cos sie zacielo i nie opadla poleczka, na ktora wpada kubek, ktory zawisl w poprzek. Maszyna wyswietlila, ze nie ma kubkow i juz myslalam, ze obejde sie smakiem, ale pogrzebalam i udalo mi sie poleczke na sile obnizyc oraz ustawic kubek. Wtedy maszyna grzecznie kawe nalala. :) Posiedzialam w pokoju, pogadalam z tata, poczytalam ksiazke, spakowalam torbe na pozniej, az o 12 trzeba bylo ruszyc na lunch. Po zjedzeniu, niestety nie mialam juz czasu wrocic do pokoju, tylko podeszlam dalej, pod jeden z budynkow, zeby zaladowac sie do busa. Na ten dzien klub rekreacyjny bazy zaplanowal wyjazd do pobliskiego miasteczka - Folly Beach. Zgodnie z nazwa, jest to miejscowosc slynaca przede wszystkim z plazy i luznego, plazowego klimatu.
Cos jak nasza Leba. ;) Miasteczko znajduje sie na wyspie otoczonej mokradlami i najpierw podjechalismy na najwyzszy punkt wysepki - cale 2.7 metra npm! :D Stamtad mozna bylo podejsc krotka, asfaltowa trasa na niewielka plaze. Trasa ta zwie sie "lovers lane".
Plaza byla urocza, a woda okazala sie calkiem ciepla. Niestety, wielka tablica zabraniala kapieli, ze wzgledu na silne prady.
Pobrodzilismy wiec w wodzie, niektorzy poszukali muszelek i wrocilismy do busa, wczesniej pstrykajac pare pamiatkowych ujec.
Przewodniczka opowiadala nam po drodze o historii owej miejscowosci. Teraz jest ona typowo turystyczna i wlasciwie nie ma tam stalych mieszkancow, zas domki sa wynajmowane letnikom. W latach 80-ych, zanim miasteczko zniknelo pod woda w czasie huraganu, a 95% domow zostala zmyta do oceanu, byla to hipsterska miejscowosc pelna surferow mieszkajacych w niemal szalasach schowanych wsrod bujnej roslinnosci. Po huraganie, Stan postaral sie zeby wylozyc srodki na odbudowe i powstala tam preznie dzialajaca miejscowosc wypoczynkowa. Cofajac sie jednak w historii jeszcze wczesniej, wysepka ta byla znana jako "coffin island", od angielskiego coffin = trumna. Taka urocza nazwa wziela sie stad, ze w dawnych czasach, przed powszechnym uzyciem antybiotykow, wiele chorob zakaznych bylo smiertelnych. Na otoczona moczarami wyspe, zarosnieta i pelna komarow (i aligatorow), nikt nie mial ochoty sie zapuszczac. Stala sie miejscem, gdzie wywozono chorych, ktorzy tam umierali. Podobnie, statki plynace do pobliskich portow, jesli mialy na pokladzie kogos chorego, podplywaly i wyrzucaly go bez ceremonii za burte. Osoba albo tonela, albo, jesli miala wiecej sil, doplywala do wyspy, gdzie wkrotce i tak umierala. Takich to optymistycznych opowiesci sluchalismy po drodze do centrum miasteczka. ;) Tam, pierwsze co, to ruszylismy na drewniany pomost, z ktorego podziwialismy widok na plaze oraz sureferow probujacych lapac fale.
Bylo slonecznie i goraco i w koncu wszyscy po kolei ustawili sie do baru po drinka. Najpierw mialam dac sobie spokoj, ale potem pomyslalam, ze kurcze, praktycznie alkoholu nie pije, wiec ten raz nie zaszkodzi.
Jak to z moim szczesciem bywa, jak tylko zaczelam pic tego (mrozonego) drinka, zachmurzylo sie, zerwal sie wiatr i zaczelo kropic. :O Ostatecznie go nie dopilam, bo zrobilo mi sie tak zimno, ze myslalam iz wyciagne z torby bluze. Wpadlismy na przewodniczke, ktora stwierdzila ze teoretycznie powinnismy wracac o 17, ale ona planuje ogladac jakis mecz, wiec nie bedzie nas poganiac, bo wtedy bedzie mogla spokojnie go obejrzec. Praktycznie wszyscy podskoczyli radosnie, ale niestety, jedna babka powiedziala ze ona chce wracac o 17 i koniec. Podejrzewam, ze nie chciala kupowac tam jedzenia i zalapac sie jeszcze na kolacje w bazie. Cala nasza pozostala grupa pomaszerowala na druga strone ulicy, gdzie znajdowala sie restauracja/bar, ktora polecala przewodniczka. Zamowilismy jedzenie, reszta kolejne drinki (ja juz sobie odpuscilam), posiedzielismy, ale o 17 grzecznie wrocilismy do busa. Kiedy dotarlismy na baze, okazalo sie ze mielismy fuksa, bo podobno solidnie tam lalo, wszedzie bylo mokro i staly wielkie kaluze. Zaszlam jeszcze do jadalni po kawe, ale wpadlam na kolezanke i zostalam, mimo ze nie mialam juz jesc. ;) No a pozniej juz wiadomo, zadzwonic do rodziny i zdac im relacje i szykowac sie na kolejny tydzien "lekcji". Niestey, przez acaly dzien lekko kapalo mi z nosa, a na wieczor juz puscilo sie jak z kranu. Polowa naszej grupy jest chora, wiec moglam sie spodziewac, ze sie zaraze. No i masz. Nie ma jak byc chorym w obcym miejscu. Dobrze, ze przezornie spakowalam sobie tabletki na przeziebienie. :/
O dziwo, w nocy spalam niezle. Kilka razy musialam wydmuchac nos, ale musialam byc zmeczona po wycieczce, bo pozniej jak zasnelam, to spalam jak zabita do rana. Niestety, kiedy juz sie spionizowalam, z nosa zaczelo mi kapac tak, ze nie nadazalam z braniem chusteczek. A tu trzeba bylo maszerowac na zajecia! :O Doczlapalam do klasy, gdzie okazalo sie, ze przyjechalo doslownie 10 instruktorow, bo nie tylko prowadzili wyklady, ale jeszcze mielismy miec zajecia w mniejszych grupach, dedykowane juz konkretnie typom inspekcji, ktorymi bedziemy sie zajmowac. Czyli w koncu naprawde przydatne informacje oraz cwiczenia, a ja zasmarkana i ze lzawiacymi oczami i bolem glowy. Czyli bezuzyteczna. :/
Juz ranek sprawil, ze mialam wszystkiego dosc, bowiem przez 4 godziny, od 8 do 12, mielismy dwie przerwy po 5 (!) minut! Ledwie zdazylam dojsc do lazienki, zalatwic co trzeba i wrocic, bo ta znajduje sie na koncu dluuugiego korytarza i w dodatku czesto jest kolejka. Potem przerwa na lunch, a po niej w klasie do 17, choc tym razem przerwe zrobili dluzsza, bo "az" 10-minutowa. Laskawcy. :/ Jakos tak co tydzien sie sklada, ze w poniedzialki mamy ochlodzenie. Nie inaczej bylo tez w minionym tygodniu. Bylo pochmurno i ledwie 17 stopni. Po zajeciach wypuscilam sie wiec tylko na obiadokolacje, a potem wrocilam do pokoju i juz nie wysciubialam z niego nosa.
Niestety, kolejna noc byla juz tragiczna. Przysypialam doslownie po pol godziny, po czym budzil mnie zawalony nos. Wiem, bo patrzylam na zegarek. Oczywiscie przed samym budzikiem zasnelam mocniej, wiec kiedy zadzwonil, nie wiedzialam co sie dzieje. Czulam sie tragicznie, choc bardziej przez niewyspanie, niz sam katar. Z nosa nadal cieklo jak z kranu, ale bralam tabletki i jakos sie trzymalam. Bardziej chyba przeszkadzaly mi ciagle lzawiace oczy. Dzien w "szkole" byl intensywny, duzo wykladow, ale tez zajecia w grupach. Co do tego podzialu, to mialam mieszane uczucia. Podejrzewam, ze organizatorzy chcieli nam troche urozmaicic dzien, zebysmy nie usneli przy prezentacjach. Z drugiej jednak strony, mielismy 1-2 godziny wykladow, po czym na godzine (a czasem ledwie na pol!) szlismy do mniejszej sali na zajecia w grupach. Pozniej powrot do sali na kolejna prezentacje, lunch, prezentacja, rozejsc sie na grupy, po czym znow wyklad. Takie lazenie w te i nazad kompletnie wybijalo mnie z pantalyku, nie mowiac juz, ze trzeba bylo taszczyc ze soba plecak, materialy, laptopa... W dodatku, na zajeciach grupowych mielismy konkretne zadania do zrobienia, ale przez te ciagle przerywanie na wyklady, ciagle z kazdym bylismy do tylu. Chyba lepiej byloby zrobic caly ranek prezentacji, a po poludniu zajecia w grupach. No ale to nie ja ukladam grafik... Tego dnia bylo juz troche cieplej, wiec po powrocie do pokoju i rzuceniu plecaka, przed kolacja poszlam na marsz po bazie. Pozniej zarelko, prysznic i juz siedzialam w "akademiku".
Kolejna noc minela juz lepiej, bo na wysmarkanie obudzilam sie "tylko" 2 razy. ;) Dzien zaczal sie malo fajnymi wiesciami, bo jedna dziewczyna z naszej gromady i to w dodatku moja kolezanka z biura, nie przyszla na zajecia, bowiem zachorowala na... polpasiec! Wspolczuje kobiecie, bo choc 80% grupy chorowala lub nadal choruje, to wiekszosc jednak po prostu smarcze i kaszle. Tylko jedna panna spedzila weekend w lozku z goraczka, no a teraz J. zapadla na polpasiec. :O Na szczescie akurat polpascem podobno nie jest latwo sie zarazic, ale i tak pare osob przezywalo, ze siedzialo zaraz przed/za/obok niej. Napisalam z pytaniem czy moge jej jakos pomoc, przyniesc cos do jedzenia, itd. Ale odpisala tylko ze czuje sie parszywie i chce do domu. ;) Zajecia minely ciekawie, ale siedzenie tam od 8 do 17 bylo niemozliwie meczace.
Rano chwilke popadalo, ale pozniej przejasnilo sie i wyszlo slonce. W rezultacie zrobila sie potworna wilgoc, ale ze ja lubie takie klimaty, wiec nie narzekalam, w przeciwienstwie do wiekszosci grupy. Wieczorem, juz po kolacji, poszlam na spacer po bazie, delektujac sie cieplym wieczorem.
Kiedy wroce do domu, na takie temperatury bede musiala poczekac gdzies do czerwca, chyba ze trafi sie wyjatkowo goracy maj. ;)
W czwartek katar wlasciwie mi przeszedl, za to pojawil sie... kaszel. Normalka. Na ranek zapowiadali deszcz, wiec wrzucilam do plecaka parasol. Nad baza krazyly naprawde nieciekawie wygladajace chmury i z daleka grzmialo.
Padac zaczelo jednak dopiero kiedy dochodzilam juz na stolowke. W czasie, kiedy jadlam sniadanie za oknem szalala nawalnica, ktora jednak trwala zawrotne 10 minut. Zanim zjadlam i wyszlam, juz tylko lekko kropilo. A gdy wyszlismy na lunch, juz swiecilo slonce. Zajecia w tym tygodniu mijaly ekspresowo, bo jak pisalam, uczymy sie rzeczy, ktore realnie beda nam potrzebne w codziennej pracy. Szkoda tylko, ze z powodu braku czasu, zajecia w mniejszych grupach (czyli ta najwazniejsza czesc) jest bardzo przyspieszona i ukrocona. Znow trzymali nas do 17, a po zajeciach wrocilam do pokoju i jak zwykle, ledwie mi sie udalo pogadac z malzonkiem, a musialam maszerowac na obiadokolacje. Po niej, odstawilam kubek z kawa do pokoju i wyruszylam na (prawie) codzienny spacer. Nie planowalam az takiej odleglosci, ale jakos mnie tak dobrze nogi niosly i w koncu wyladowalam az przy wjezdzie, gdzie znajduje sie sadzawka z aligatorem. Ten jak zwykle przede mna uciekl, ale za to moglam poobserwowac zurawia, ktory probowal (bezskutecznie) cos upolowac.
Pod wieczor niestety dostalam srednio dobre wiesci, bowiem okazalo sie, ze tesciowa ma... cukrzyce. Narazie nie musi brac insuliny, ma jakies inne lekarstwa i musi przestrzegac diety, no ale ta kobieta ma naprawde sporo problemow zdrowotnych, przeszla kilka operacji, rok temu miala wymiane biodra, a teraz jeszcze cukrzyca do kompletu...
Piatek przywitalam z radoscia, ze konczy sie kolejny tydzien nauki! Tego dnia mialo padac dopiero wieczorem, wiec jakie bylo nasze zdziwienie, kiedy po wyjsciu ze stolowki po lunchu okazalo sie, ze kropi. I w dodatku coraz gesciej. Kiedy wyszlismy z zajec, okazalo sie, ze leje jak z cebra. Oczywiscie, jak dwa dni nosilam parasolke, to mi sie nie przydala. Jak w piatek stwierdzilam, ze nie bedzie potrzebna, to akurat powinnam byla ja wziac. Na szczescie zmiescilysmy sie z kolezanka pod jedna. Zajecia minely ekspresowo. Nie tylko byl piatek, wiec cala grupa byla rozgadana, pelna entuzjazmu i chetnie odpowiadala lub zwyczajnie zgadywala na pytania prowadzacych. Ci w dodatku, pewnie tez majac juz dosc, wypuscili nas juz o 15:30. Szkoda, ze jak sie rozpadalo, tak nie mialo ochoty przestac, wiec nie bylo mowy o spacerze. Mialam parasolke, ale wszedzie bylo mokro, wiec nie chcialam chlapac blotem po butach i spodniach. A! Wroce jeszcze na chwile do czwartku. Siedze sobie grzecznie na lekcjach, a tu telefon mi bzyczy, bo aktywowala sie kamera. Zerkam ukradkiem, a tam:
Milego weekendu!





















O matko!!! Nie wiem, co mnie bardziej przeraża, to że spędziłaś tam już 4 tygodnie, czy to, że nadal nie napisałaś o powrocie do domu. Naprawdę podziwiam, bo ja bym chyba wysiadła psychicznie, gdybym na tyle miała opuścić rodzinkę.
OdpowiedzUsuńDobrze, że zaczęły się zajęcia odpowiednie do Twojej specjalizacji, bo ile można siedzieć na czymś, co Cię nawet nie dotyczy.
Kurczę, bałabym się tych misiów podchodzących tak blisko domu. W Bieszczadach teraz podobno jest dużo ataków misiów i wchodzą na podwórka.