piątek, 10 kwietnia 2026

Po Wielkanocy, niechciany wyjazd

W sobote, 4 kwietnia mozna bylo pospac dluzej, choc nie do oporu, bo trwaly przeciez przygotowania przedswiateczne.

Przy porannym obchodzie chalupy, znalazlam kota wygrzewajacego futerko na lazienkowym oknie

Po sniadaniu wstawilam wiec warzywa do ugotowania na salatke jarzynowa i zaczelam szykowac koszyczek. I sie podlamalam. Pisalam ostatnio, ze zupelnie nie czulam swiat. Okazuje sie, ze moj "swietojebliwy" malzonek rowniez. Pisanki przygotowalam w piatek, wyciagnelam cwikle i sol, ukroilam kawalek babki. Po czym szukam reszty i olsnilo mnie, ze wszystko mielismy zamrozone! I chleb i kabanosy i w ogole cala wedline! No i fakt, ze moglam o tym pomyslec dzien wczesniej, ale dlaczego to zawsze musi byc na mojej glowie? Tym bardziej, ze mialam cala kupe innych rzeczy zajmujacych mi mysli...

Tylko jeden w tym roku... 

No nic, jakos koszyczek przygotowalam. Tak, w tym roku, w koncu tylko jeden. W dodatku Bi stanowczo oznajmila, ze nie jedzie.

Za to ostatnio wrocila do szydelkowania i obecnie dzierga sobie azurowy sweterek :) 

Machnelismy reka i pojechalismy wiec z samym Kokusiem. Swiecenie bylo na 12, a po powrocie zabralam sie za krojenie warzyw na salatke. Ledwie skonczylam, a na 14 trzeba bylo zabrac panne na trening. Co prawda nieobowiazkowy, ale chciala, to ja zawiozlam. Pozniej pojechalam do taty wybrac mu poczte ze skrzynki, bo dzwonil juz w piatek i przezywal jak mrowka okres, ze spodziewa sie rachunku i zeby go jak najszybcie wyslac. Faktycznie, w sobote znalazlam go w skrzynce, tyle ze na zaplate daja zwykle przynajmniej 3 tygodnie, a tata wracal za 1.5, wiec spokojnie zdazylby go wyslac. Nie rozumiem wiec skad ta panika... W kazdym razie, wrocilam do domu, zdazylam rozladowac i zaladowac zmywarke i poskladac pranie, po czym musialam jechac zeby odebrac corke. Jechalam troszke wczesniej, zeby podejrzec ja w czasie treningu i w koncu mi sie udalo.

Bi skacze. Niestety, zdjecie przyblizone z daleka, wiec slabo widac 

Pechowo, Bi tlumaczyla, ze ucza sie techniki po krokach i kiedy opanuja jeden, dokladaja kolejny, itd. Panna akurat dostala kolejny krok, z ktorym niestety ma problemy. Z daleka widzialam wlasnie, ze podbiega z tyczka, ale tylko wskakuje na materac. Mowi ze cos jej tam sie miesza i potem nie ma wystarczajaco odbicia zeby podskoczyc wyzej. Mam nadzieje, ze szybko to opanuje, bo jak zostanie w tyle za reszta, to predko sie zniecheci... Przywiozlam dziewczy do chalupy i pomoglam Kokusiowi zaczac babke. To znaczy nasmarowalam forme maslem i posypalam bulka tarta. Reszte robil juz sam, a ja pobieglam wziac prysznic. Taki to dzien przygotowan, ze latalam w kolko. :/ Dobrze ze M. ugotowal zurek, choc zdolal mu dwa razy wykipiec i cieszylam sie ze czekalam z myciem kuchenki na koniec pichcenia. Na godzine 20 pojechalismy na msze rezurekcyjna.

Caly kosciol rozswietlony swieczuszkami, to cos pieknego 

Szykowalam sie na dluuugie siedzenie, ale ksiadz z 7 czytan wybral tylko 3, potem chrzest nowych czlonkow tez poszedl sprawnie (Nik mial ubaw, ze leja im po glowach woda swiecona :D) i calosc zamknela sie w niecalych dwoch godzinach. Po mszy, osoby ktore wczesniej wpisaly sie na liste, mogly zostac na poczestunek oraz wino, ale my to wiadomo - jak najszybciej do domu. ;) Chwilke posiedziec, na koniec jeszcze podlozyc dzieciakom prezenty od "Zajaczka" i mozna bylo sie walnac spac.

Zajaczek sie postaral ;)

Niedziela niestety zaczela sie wczesniej niz lubie, bo z racji Wielkanocy, mielismy miec gosci. Kiedy wstalam, Potworki oczywiscie juz byly na nogach i zdazyly sprawdzic prezenty. Ucieszylam sie, ze Nik, ktory ostatnio nie mial pomyslu, poza kartami podarunkowymi na gry komputerowe, tym razem poprosil o konkrety. Chcial bluze z logo ulubionego zespolu koszykowki (Denver Nuggets, a ja sie ludzilam ze bedzie kibicowal lokalesom, czyli Yankees, Red Socks czy Celtics :D) oraz Lego ze statkiem z filmu "Project Hail Mary". Bi ma teraz faze na lekkoatletyke, wiec chciala spodenki oraz koszulki do biegania. Oprocz tego, obojgu kupilam po zestawie do robienia wlasnej bubble tea oraz po paczce ulubionych slodyczy. Troche sie wkurzylam, bo chcialam zeby goscie przyjechali najpozniej o 9:30, ale chrzestny napisal ze beda "ciut po 10". No dobra, tyle ze przyjechali nie "ciut", ale grubo po 10:30. :O Jak wiecie, chcialam sie pakowac i szykowac na wyjazd, a tu musialam jeszcze siedziec z goscmi. Goscie mili, nie powiem, tym bardziej fajnie bylo ich zobaczyc, ze przeciez ominelo nas wspolne Boze Narodzenie. No ale tego dnia mialam niestety inne rzeczy na glowie. Poniewaz przyjechali pozno, wiec chrzesny i jego narzeczona zostali tez dosc dlugo, prawie do 14. Pochwalili sie za to, ze w koncu postanowili "zalegalizowac" swoj zwiazek. Cieszymy sie bardzo, ze A. wreszcie (bo ma 56 lat) poznal kogos, z kim mysli o wspolnej przyszlosci. Choc oficjalnej daty jeszcze nie wyznaczyli. ;) Po ich wyjsciu, musialam niestety juz sie ostro pakowac. Wyjazd dlugi, wiec trzeba spakowac i ciuchy na zajecia (business casual :/) i na czas wolny. A do tego oczywiscie kosmetyki oraz wszelakie akcesoria. W przeciwienstwie do wiekszosci hoteli, miejsce szkoleniowe nie ma nawet szamponu i plynu do mycia. :/ Dzien zlecial szybko, jak to ostatnie godziny we wlasnym, wygodnym domu. Nik skonczyl swoje Lego (niby 18+) w doslownie kilka godzin, a jeszcze siedzial z nami przeciez spora chwile przy stole.

Statek jest ruchomy i zmienia uklad kiedy kreci sie korbka z przodu

W poniedzialek, dzien musialam zaczac w sumie tylko troche wczesniej niz zwykle, ale to marne pocieszenie. Dopakowalam jeszcze ostatnie kosmetyki, domknelam walizke i M. zawozil mnie na lotnisko zaraz po tym jak Potworki wyszly do szkol. Najlepsza byla Bi, bo przezywala, ze kolezanka nie odpisuje i nie wie czy jej rodzice ja zawioza do szkoly i w ktoryms momencie, zapatrzona w telefon... patrze, a ona wychodzi z domu! Pytam czy sie ze mna nie pozegna, a panna nieprzytomnie "Pa, mama". No to mowie, ze przeciez wyjezdzam na dlugo, a nie na kilka godzin i czy nie chce sie jakos lepiej pozegnac. Panna: "Aaaa... zapomnialam...". I dopiero przyszla na przytulasa. Zalamac sie mozna z ta Bibusiowa "miloscia". Za to Nik tak sie zegnal, ze prawie uciekl mu autobus, ktory przyjechal jakos wczesnie. :D Pozniej juz pora przyszla na mnie, zaladowac walize do bagaznika i ruszyc na lotnisko... Mimo ze zaparkowal pod terminalem, a nie na parkingu, M. wszedl na chwile ze mna do srodka. Mam wrazenie, zez calej rodziny to malzonek najbardziej przezywa moj wyjazd. Nie ludzie sie jednak, ze az tak mnie kocha; bardziej chyba martwi sie samodzielnym ogarnieciem domowego pie*dolnika. :D Bez problemu przeszlam odprawe, mimo ze targalam dwa laptopy i martwilam sie czy nie beda sie czepiac, a pod bramka spotkalam sie z kolezanka z biura. Mialam szczescie, ze pierwsze polaczenie mialysmy takie samo. W samolocie siedzialysmy oddzielnie, ale chociaz w terminalu mialam z kim pogadac i poprzezywac, ze tak nie chce mi sie wyjezdzac. Lot minal spokojnie, nawet pomimo ostrzezen pilota, ze mozemy miec lekkie turbulencje. Dolecielismy do miejsca przesiadki i kolezanka popedzila pod swoja bramke, bo miala troche ponad godzine do kolejnego lotu. Ja mialam prawie 2.5 godziny i cale szczescie, bo okazalo sie, ze moja bramka byla na drugim koncu lotniska. Doslownie, bo w ostatnim terminalu i przedostatniej bramce. :D Przypomnial mi sie Amsterdam, bo nie bylo zadnych autobusow ani pociagu, a kiedy wyladowalam, apka w telefonie poinformowala mnie, ze marsz pod bramke zajmie mi... 21 minut. :O Na szczescie, w wielu miejscach byly ruchome tasmy, na ktorych mozna sie bylo przejechac. Poniewaz czasu mialam dosc, wiec zaszlam do lazienki, kupilam picie, a kiedy znalazlam bramke, obeszlam najblizsze sklepiki i kupilam sobie cos do jedzenia oraz kawe, bo ostatnia pilam jeszcze na wlasnym lotnisku, przed odlotem. Kolejny lot nie byl juz az tak spokojny. Lecialam do Charleston w Karolinie Poludniowej, a ze miasto znajduje sie na wybrzezu, wiec solidnie tam wialo, przez co bujalo i trzeslo tez samolotem.

W przestworzach 

Wyladowalismy jednak szczesliwie i od tego momentu podroz nie szla juz tak gladko. W informacji bylo podane ze na przylotach bedzie stal czlowiek z tabliczka z nazwa naszego miejsca docelowego. Wedlug grafiku, ktory dostalismy wczesniej, autobus mial przyjechac o 16, a potem o 17. Na szczescie, kiedy szlam po walizke (ktora szczesliwie zaleciala razem ze mna) uslyszalam ze dwie osoby idace przede mna, wspominaja nazwe jednego z kursow, ktory mialam zaliczyc! Okazalo sie, ze to jeden z kursantow oraz pani prowadzaca pierwsze zajacia! No co za zbieg okolicznosci! :D Prowadzaca miala swoj wlasny transport, ale ja i nowo poznany kolega, wraz z jeszcze jednym zaczelismy sie rozgladac za naszym busem. Oczywiscie o nikim stojacym z tabliczka, nie bylo nawet mowy. Wyszlismy przed budynek, ale tam staly dwa rzedy roznorakich van'ow, autobusow oraz busow. Zaden nie wygladal na "nasz". W koncu zadzwonilam na infolinie, gdzie pani mnie poinformowala, ze bus jest wynajety od jakiejs innej firmy, a przyjezdza za kwadrans, a nie o pelnej godzinie. Byla 16:05, wiec dopiero co musial odjechac. Nie pozostalo nam nic, tylko czekac na kolejny. Kiedy zblizal sie czas, podeszlismy blizej stanowisk i na szczescie kobita siedzaca w budce wiedziala o jakiego busa chodzi i gdzie trzeba stanac. Przy okazji dolaczylo do nas kolejne 5 osob, wiec zrobila sie gromadka. W koncu bus przyjechal, kierowca odhaczyl nas na liscie i moglismy jechac. Na szczescie tylko jakies 20 minut. Dojechalismy do budynku administracyjnego, gdzie musielismy sie wylegitymowac i stanac do zdjecia, po czym dostalismy przepustki na teren szkoleniowy. Pozniej kierowca mogl juz nas odwiezc pod budynek "akademika" i  tu pierwszy zonk. Przez tyle czasu slyszelismy, ze bedziemy w nowym, swiezo wybudowanym budynku, itd., tymczasem trafilismy do starego, zniszczonego i ohydnego. Widac oczywiscie, ze pracownicy staraja sie utrzymac czystosc, ale jak to z miejscami, ktore maja kilkadziesiat lat, potrzebny jest generalny remont, a nie sprzatanie. Dostalismy karty do pokoi i popedzilismy wrzucic bagaze, bo bylo juz po 18, a kolacje serwuja tylko do 19. Tu kolejny zonk. Po podrozy oczywiscie musialam skorzystac z toalety. Spuszczam wode, a ta leci i leci i leci. I to z taka moca jak wodogrzmoty! W dodatku toaleta bez normalnej spluczki, tylko z rura, wiec nie ma nawet jak zajrzec co sie dzieje. Poszlam na recepcje i pani powiedziala ze zadzwoni po dyzurnego hydraulika i ze nie musze przy tym byc; moge spokojnie pojsc na kolacje. No to poszlam, z dwiema osobami z mojej grupy. Jedna dziewczyna przyjechala na miejsce samochodem i byla tam juz od kilku godzin, pozwiedzala wiec teren i po kolacji zabrala nas na obchod. Jak na moje kochane, cieple poludnie, bylo niestety chlodno i potwornie wialo, ale w sumie dalo sie wytrzymac w samym swetrze. Po obejsciu wszystkich najwazniejszych budynkow, wrocilismy do "akademika" (naprawde nie wiem jak to nazwac, bo do hotelu to temu sporo brakuje) i pierwsze co, spytalam na recepcji czy naprawiono moja toalete. Pani powiedziala, ze wlasnie probuje sie dodzwonic pod inny numer, bo poprzedni nie dzialal. Super, tyle ze mnie nie bylo prawie 2 godziny, a ona jeszcze wydzwania? Poszlam do pokoju, z nadzieja, ze moze kibelek sam sie naprawil. Taaa... Woda nadal leci jak szalona. Pogadalam chwile z mezem i sie pozalilam, po czym wkurzona ruszylam spowrotem na recepcje. Bylam po dlugiej podrozy, wykonczona, a nie moglam sie nawet walnac spokojnie do lozka, bo przy takim "wodospadzie" o spaniu nie bylo mowy. :/ Pani, jak tylko mnie zobaczyla, od razu sama zakrzyknela, ze dadza mi nowy pokoj. No i super, tyle ze pierwszy byl na parterze (gdzie tez bylo kilka stopni), a nowy dostalam na pierwszym pietrze. Budynek jest tak stary, ze nie ma w nim ani windy, ani jakiegos podjazdu, wiec musialam taszczyc moja ogromna walize po schodach. Na gorze okazalo sie, ze nie ja jedna mialam problemy. Inna dziewczyna stala w otwartych drzwiach, bo w jej zamku padla bateria i sie nie otwieral, a dodatkowo miala zepsute zaluzje, ktorych nie dalo sie do konca opuscic i kazdy mogl jej zagladac w okno. W nowym pokoju pierwsze co, to sprawdzilam toalete, ktora tym razem dzialala. :) Pozniej jeszcze zmusilam sie do rozpakowania walizki i w koncu moglam walnac sie spac. Jesli myslicie, ze na tym przygody sie skonczyly, to sie mylicie. Zasnelam dosc szybko, bo bylam wymordowana, ale dlugo spac nie bylo mi dane. Bylo okolo 12:30 w nocy, kiedy... wlaczyl sie alarm przeciwpozarowy!!! Zaspana wyjrzalam na korytarz, gdzie zagladala tez dziewczyna z naprzeciwka, ale zadna z nas nie wiedziala czy alarm jest prawdziwy. Zapomnialam bowiem wspomniec, ze w kazdym pokoju jest spory plakat (choc kolejnego dnia pare osob twierdzilo ze go nie zauwazylo) zeby zamykac drzwi do lazienki w czasie kapieli, bo para moze aktywowac czujniki dymu! :O W koncu uslyszalam ze ludzie ida korytarzem, wiec narzucilam na pizame kurtke i wyszlam na zewnatrz. Stalismy tam ziewajac i trzesac sie z zimna, az po kilku minutach ktos alarm wylaczyl. Moglismy wrocic do pokoi, choc kolejnego dnia oczywiscie wszyscy skarzyli sie, ze potem bylo ciezko zasnac. A najlepsze, ze calkiem sporo osob, alarm... przespalo! Faktycznie w pokoju brzeczenie bylo mocno przytlumione, ale mnie obudzilo blyskajace swiatlo. Najwyrazniej jednak niektorzy byli tak wykonczeni, ze mozna by im swiecic latarka prosto w twarz, a i tak sie nie obudza. :D

Wtorek zaczal sie pobudka pozniejsza, bo bylam na miejscu. Umowilam sie jednak z moja mala grupka, ze pojdziemy na sniadanie razem o godzinie 7 rano. Zeby bylo smieszniej, akurat mialam wychodzic z pokoju, kiedy... znow wlaczyl sie alarm! :O Poniewaz pozostalo mi tylko zalozyc buty, wiec spokojnie ruszylam na sniadanie. Okazalo sie, ze niepotrzebnie tak sie spieszylismy, bo zjedlismy, posiedzielismy, a pozniej musialam wrocic do pokoju po plecak i pojsc na zajecia, moglam zas przyjsc pozniej i wziac wszystko od razu ze soba. W dodatku, wzielam ze stolowki dwa kubki z kawa, taszcze je wiec, jest mi nieporecznie, wygrzebuje z kieszeni karte do pokoju i... zonk. Nie dziala! Probuje raz, drugi i trzeci i nic! Mialam juz wizje, ze bede musiala z tymi kubkami maszerowac na recepcje, ale poratowala mnie pani sprzatajaca, ktora ma karte otwierajaca wszystkie pokoje. Chwycilam swoje rzeczy i ruszylam na "lekcje", po drodze zachodzac na recepcje, zeby powiedziec im o karcie. Pani probowala od razu wyrobic mi nowa, ale maszynka kodujaca sie... zaciela. :D No po prostu wszystko opada! Zajecia okazaly sie niemozliwie nudne. Prowadzaca opowiada ciekawie, ale jednak nauka o rozncyh osobowosciach traci mi durnowata psychologiczna sieczka. Nie umniejszajac psychologom, ale co to ma wspolnego ze szkoleniem do pracy?! Wyrywaja mnie z domu, umieszczaja w syfiastym "akademiku", po to zeby sluchac czy jestem racjonalista czy wizjonerem?! Serio?! Przerwe na lunch mielismy o godzinie 11, co tez bylo beznadziejne, bo kompletnie nie bylam jeszcze glodna po sniadaniu. Wiedzialam jednak ze potem ciezko bedzie wytrzymac do kolacji, wiec poszlam. Tym razem jedzenie bylo w stylu meksykanskim, wiec akurat mnie bardzo podpasowalo. Pozniej niestety trzeba bylo wytrzymac kolejne godziny na zajeciach, choc litosciwie skonczyly sie tuz po 15. Pytanie tylko co zrobic z taka iloscia czasu, kiedy jest sie na totalnym zadupiu i bez auta. Tym razem pani na recepcji udalo sie wyrobic mi nowa karte, wiec przynajmniej dostalam sie do wlasnego pokoju. Zadzwonilam do malzonka, a potem stwierdzilam ze sie przejde. Jak na poludnie, ktore zreszta darze ogromna sympatia, bylo raczej chlodno, ale w dlugich spodniach oraz bluzie, idac zwawym krokiem, nie zmarzlam.

Palmy, widze palmy!

Zrobilam koleczko po terenie, po czym wrocilam do pokoju, chwile odsapnelam i o 18 poszlam na kolacje. To tez do doopy, ze serwuja ja juz od 16:15, ale tylko do 19. Poszlam jak najpozniej, bo wiedzialam, ze inaczej ciezko mi bedzie wytrzymac caly wieczor. Po kolacji, z dwiema dziewczynami zrobilam kolejne male koleczko i w koncu wrocilam do pokoju. Cala w stresie wzielam prysznic, balam sie bowiem, ze tym razem to ja przyczynie sie do kolejnego alarmu. Jakos udalo mi sie go uniknac, choc kiedy wyszlam z lazienki, szybko zamknelam drzwi i zostawilam jeszcze na chwile wlaczony wiatrak. Da sie? Da. Pozniej juz posiedzialam przed komputerem. Nie chcialo mi sie nawet za bardzo wlaczac telewizji, choc podobno mamy niezly wybor kanalow. Jakos mnie nie ciagnie.

W srode powtorka z rozrywki, choc bez alarmu w srodku nocy. :D Wstalam jednak troche pozniej, bo stwierdzilam, ze takie bieganie w te i we wte rano bylo bez sensu. Tym razem wyszykowalam sie, spakowalam co trzeba i poszlam na sniadanie juz z calym plecakiem. Przed stolowka jest specjalna lawa, bo nie mozna ich brac do srodka. Caly rzad czarnych plecakow, wiec cieszylam sie, ze w moim z bocznej kieszeni wystaje butelka wody. Troche latwiej go rozpoznac. ;) Aha! Kiedy sie ubieralam, znow wlaczyl sie alarm! Ktos w naszym budynku nie potrafi wyciagac wnioskow najwyrazniej! :/ Akurat bylam polnaga, wiec zignorowalam brzeczenie i blyskanie i spokojnie szykowalam sie dalej. Po chwili ktos alarm wylaczyl. Sniadanie to wlasciwie staly repertuar. Wzielam jajecznice oraz gofry, ale okazaly sie tak ociekajace tluszczem, ze ledwie dalo sie je jesc. Przed wyjsciem chwycilam jeszcze kubek z kawa i moglam isc na zajecia. Tego dnia jeszcze ciezej bylo sie skupic i caly czas ziewalam, a jak na zlosc, instruktorka trzymala nad dluzej. Choc i tak nie powinnam narzekac, bo wedlug rozpiski powinnismy konczyc okolo 17, a skonczylismy okolo 15:30. Wiekszosc dnia zeszla podobnie, czyli o 11 przerwa na lunch, potem kolejne kilka godzin lekcji i mozna bylo wrocic do pokoju. Tym razem klucz nie zaszwankowal. ;) Zadzwonilam do M. i przy okazji pogadalam z synem, bo ojciec przekazal mu telefon. Bi miala tego dnia zawody w sasiednim miescie i wrocila dopiero o 19:30. :O Pytalam potem jak jej poszlo i podobno uplasowala sie mniej wiecej w polowie. Jak na pierwszy sezon z lekkoatletyka i pierwsze zawody, to chyba calkiem przyzwoicie. Po rozmowie z mezem i synem, poszlam jeszcze zrobic koleczko, ale tego dnia potwornie wialo.

Z daleka podziwialam ogromne, wojskowe statki (zdjecie nie oddaje ich rozmiaru!), ale fotka z daleka i cichcem, bo niby pstrykac nie wolno ;) 

Mimo ze swiecilo slonce i mielismy niby 18 stopni, odczuwalna temperatura wynosila ledwie 13. Spacer zaliczylam wiec dosc krotki, ale dobra i ta odrobina swiezego powietrza. O 18 poszlam oczywiscie na kolacje, a pozniej juz siedzialam w pokoju. Ponoc mlodsza czesc naszej grupy planuje w piatek runde po barach w miescie, ale ja sie na to zbytnio nie pisze. :D

Czwartek oznaczal znowu poranna pobudke, bieg na sniadanie, a nastepnie zajecia. Ta psychologiczna sieczka o pozytywnych rozmowach jest zupelnie bez sensu, bo dotyczy glownie rozmow miedzy pracownikami, a szefostwem. Tymczasem wiadomo, jesli szef oznajmia ze mamy cos robic, lub robic w konkretny sposob, oznacza to, ze nakaz albo idzie "od gory", albo kierownik ma takie widzimisie, uwaza ze pomysl jest swietny i latwo nie ustapi. Nie pomoga spokojne argumenty i proby uglaskania falszywymi komplementami.

Rano przyjechal bus z raryrasem - pokruszonym lodem z sokami smakowymi. Moj to kwasna niebieska malina - pycha! 

Mielismy oczywiscie przerwe na lunch, a pozniej powrot do sali na kolejne godziny sluchania tych pierdol. Skonczylismy w miare wczesnie i rozczarowujaca byla tylko decyzja, o ktorej spotkamy sie kolejnego dnia. Mielismy niby przyjsc wylacznie podpisac liste obecnosci i wypelnic ankiete o zajeciach. Propozycja byla o 8:30, czyli jak zwykle, o 9, lub o 9:30. Ja glosowalam na srodkowy czas, zeby moc po sniadaniu wrocic jeszcze na moment do pokoju i naladowac bateryjki. Niestety, znakomita wiekszosc zaglosowala na najwczesniejsza godzine. Jesli jednak liczyli ze dzieki temu uwiniemy sie wczesniej, to sie rozczarowali. Prowadzaca powiedziala ze po zrobieniu ankiety mozemy posprawdzac maile, a ci, ktorzy nie maja zrobionych wszystkich wirtualnych szkolen, moga nad nimi popracowac. Ten dzien byl bowiem w grafiku oznaczony jako wlasnie czas wolny na ich przerobienie. Tyle, ze juz przy grupie, ktora odhaczyla to szkolenie w styczniu, okazalo sie ze wiekszosc ludzi miala je zrobione. Ja rowniez, bo kiedy nie wyjechalam w marcu, mialam dosyc czasu zeby nad nimi posiedziec. Niektorym osobom jednak szefostwo powiedzialo jasno, ze maja je zrobic tutaj. Co ciekawe, organizatorzy wyciagneli wnioski i nastepna grupa juz bedzie musiala skonczyc wirtualne lekcje przed wyjazdem. Nie beda musieli ich robic tutaj, a za to wyjada wczesniej do domu. Niesprawiedliwe. :/ Tak czy siak, pani prowadzaca oznajmila, ze wypusci nas okolo lunchu. Bez sensu, bo kazdy z nas wolalby posiedziec i porobic co tam musi we wlasnym pokoju, a nie w sali, otoczona 40 osobami. :/ Po zajeciach wrocilam do "akademika", zadzwonilam do malzonka, a pozniej poszlam sie przejsc. W koncu nadeszlo ocieplenie. Rano bylo zimno - 8 stopni, ale po poludniu mielismy juz 21. Zalozylam dlugie spodnie, bo nadal wial chlodny wiatr, ale wystarczyl mi krotki rekawek oraz sandaly. Bluze przewiazalam w pasie i tylko mnie draznila, bo grzala w plechy. ;) Wrocilam do pokoju i przed pojsciem na kolacje poczytalam troche ksiazke. Moja mala grupka znow spotkala sie w jadalni, a potem spacerkiem wracalismy do "domu", wygrzewajac kosci w sloncu. Chwycilam sobie na pozniej kawalek ciasta oraz kubek kawy, mialam wiec zajete rece i musialam kombinowac z karta do drzwi. Te zas, juz po raz kolejny sie... nie otworzyly! :O Wkurzylam sie nie lada, bo zawsze mi sie to zdarza jak taszcze nadprogramowe obiekty i tak musze maszerowac spowrotem na recepcje. Tu na szczescie pani udalo sie wyrobic mi kolejna karte bez problemu, ale te dodatkowe kroki nie byly mi potrzebne. Z racji ze jestem bez auta, a tutaj wszedzie trzeba przejsc, bo budynki sa rozrzucone, do tego z nudow chodze na spacery, wiec nabijam (jak na mnie) niesamowita liczbe krokow. Codziennie ponad 10,000, a we wtorek, nie wiem jak, prawie 14,000. :O W kazdym razie, wieczor spedzilam juz troche czytajac ksiazke, a troche siedzac w necie, choc internet dziala tutaj raz lepiej, raz gorzej.

W koncu doczolgalam sie do piateczku. Tego ranka juz naprawde mozna bylo poczuc cieplo. Po poludniu zrobily sie 24 stopnie i patrzylam ze zdziwieniem na ludzi, ktorzy chodzili w bluzach. Rano mielismy jeszcze zajecia, ale wbrew temu co prowadzaca mowila dzien wczesniej, juz okolo 10 wszyscy pomalu zaczeli sie wykruszac. Ja tez wrocilam do pokoju troche posiedziec, ale o 11:30 poszlam na lunch, bo na pozniej mialam juz plany. Z kolezanka z biura postanowilysmy polazic po starej czesci Charleston, z racji ze zadna z nas nie lubi lazic po barach, ani ogolnie zbyt dlugo sie szwendac. Niestety, wydostanie sie z naszej bazy to nie lada wyczyn, bo busy jezdzac reguralnie tylko na lotnisko, a zeby zamowic Uber'a, trzeba dojsc 1.5 km do bramy wjazdowej. Zlapalysmy nasz transport i w niecale pol godziny dojechalysmy do centrum miasta. Polazilysmy po starych uliczkach, podziwiajac budynki oraz widoczki.

To byl teren przy kosciele i wsrod tej bujnej roslinnosci mozna bylo znalezc stare, rozmyte kamienie nagrobne

Jedna z ladnych uliczek

Te najstarsze, brukowane, byly chyba najladniejsze

"Ananasowa" fontanna. Ciekawe skad wziela sie nazwa... :D

Jak w pierwsze kilka dni bylo chlodno, tak teraz zrobilo sie goraco, choc i tak nie bylo slynnej, poludniowej wilgotnosci. Nie chcialo nam sie jesc, wiec kupilysmy tylko lemoniade i lody, zeby sie schlodzic. Doszlysmy nad zatoke z fontanna widoczna wyzej, a pozniej ponownie skrecilysmy w glab.

Piekna rabata; tutaj jest juz pozna wiosna, albo wrecz poczatek lata

Bulwar na nadbrzezu byl sliczny, a bryza orzezwiala

Hiszpanski mech (ktory jest porostem) na drzewie

Ogolnie, Charleston mi sie podobalo, choc zdecydowanie bardziej zachwycilo mnie kiedys St. Augustine na Florydzie. Tam chcialabym kiedys wrocic, tutaj bedzie na zasadzie "moge, ale niekoniecznie". Wrocilysmy w koncu do bazy, gdzie trzeba sie bylo wylegitymowac, a pozniej, powloczac nogami, poczlapalysmy spowrotem 1.5 km do naszego "akademika". Byla 17 i jak klaplam na fotel, tak juz nie chcialo mi sie nigdzie ruszac. Z trudem zmusilam sie zeby o 18 pojsc na kolacje. Niestety, nie zalapalam sie juz na kawe, co mnie troche poirytowalo, bo wygladalo ze panie w ogole jej nie zaparzyly, bo po co. Dobrze ze mialam nadal kapsulki, ktore kupilam sobie w sklepiku. Po powrocie do pokoju, zadzwonilam do rodziny, gdzie Potworki byly cale szczesliwe bo zaczynaly ferie wiosenne. Pozniej wzielam prysznic (i nie wlaczylam alarmu! :D) i klaplam juz na dobre w fotelu.

W ten sposob jakos przetrwalam tydzien wyjazdu. Do poczytania!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz