piątek, 6 lutego 2026

Przeskok w drugi miesiac roku

Po trzech dniach inspekcji oraz dlugiej jazdy w te i spowrotem, marzylam tylko zeby sie wyspac i odpoczac. Niestety, Nik mial o 10 mecz (z rozgrzewka o 9:45), wiec w sobote, 31 stycznia, trzeba bylo budzik nastawic na 8. To niby nie tak zle, ale kiedy zadzwonil, marzylam tylko zeby zakopac sie pod koldre i spac dalej. :) Jakos zmusilam sie do zwleczenia z wyra, zjedlismy sniadanie, i pojechalismy. Kiedy wychodzilismy, Bi nadal lezala w lozku, co zdziwilo mnie, bo z niej zwykle jest ranny ptaszek. Az zajrzalam do jej pokoju, obawiajac sie ze zlapala jakies chorobsko. Okazalo sie jednak, ze sama sobie obiecala, ze jak rano wstanie, to od razu siadzie do lekcji, ale nie mogla sie zmusic. To sie nazywa walka z wlasnymi slabosciami. :D Tak czy siak, zostawilam corke z praca nad sila woli i popedzilam z synem do jego szkoly. Tym razem, dla odmiany, chlopcy trafili na slabiutka druzyne i praktycznie ich zmietli, bo wygrali 48:13. :O Najlepsze (dla mnie), ze pierwszy kosz nalezal do Kokusia! On zwykle lapie pilke, po czym szybciutko ja komus przekazuje. Tym razem cos "kliknelo", bo widzac przed soba pustawa przestrzen, rzucil sie do kosza i... trafil!

Ostatnio kazdy post zaczynam zdjeciem z koszykowki ;) 

I nie ma znaczenia, ze w dalszej czesci meczu celowal jeszcze ze 3 razy i bylo pudlo. I tak dumna jestem z tego jednego trafienia. ;) Po meczu wrocilismy do chalupy i zdazylam jeszcze szybko odkurzyc dol, zanim wrocil z pracy M. Malzonek nie wzial zadnego dnia wolnego od powrotu z Polski, czyli pracuje bez przerwy juz 4 tygodnie. Niestety, zaczyna sie to odbijac na jego humorze i czepia sie wszystkiego i wszystkich. Ciesze sie, ze zaczyna sie kolejny miesiac, wiec bedzie znow musial miec obowiazkowe 4 dni wolne i pewnie bedzie bral wszystkie soboty. Odpocznie, to moze przestanie byc taki upierdliwy... ;) Musialam poskladac jedno pranie, a w miedzyczasie wstawic kolejne i pozniej przerzucic je do suszarki. Pozniej obejrzalam skoki narciarskie (nasi to oczywiscie dno i metr mulu) i zaraz czas byl jechac do kosciola. Po powrocie szybko zabralam sie za ciasto z jablkami, bo tym razem na niedziele nie bylo zapowiedzi zadnego sniegu, wiec mial tradycyjnie przyjechac moj tata. To na szczescie robi sie ekspresowo, a pozniej juz moglam wygrzewac dupke przy kominku.

W niedziele w koncu moglam pospac i powylegiwac sie do woli, wiec wstalam dopiero po 10. ogarnelam siebie oraz kuchnie i napisalam do taty czy przyjezdza. Jak wspomnialam wyzej, tym razem sniezyca nas ominela, choc przeszla dosc blisko, co zaowocowalo mocna wichura. Przy minusowych temperaturach, taki wiatr sprawil ze bylo naprawde paskudnie i cieszylam sie, ze nie musze ruszac sie z domu. Poludniowo - wschodnie wybrzeze Stanow nie mialo juz tyle szczescia i zostalo doslownie zasypane, a tam to rzadkosc. Tarheel, jak tam u Was? Stopnialo? ;)  Zanim dziadek przyjechal, Nik zdazyl przygotowac i wstawic do piekarnika babke na oleju, bo przeciez jedno ciasto to za malo. A tak naprawde, to Mlodszy jest do ciast strasznie wybredny i nie ruszy niczego z owocami. ;) Malzonek wrocil z pracy, zahaczajac po drodze o pizzerie, wiec mielismy od razu obiad. Obejrzelismy z moim tata skoki narciarskie i choc raz jeden z naszych calkiem niezle sobie radzil. Po odjezdzie dziadka zabralam sie za skladanie prania oraz sprzatanie w lazienkach, po czym nakazalam corce posprzatac ich, bo byla jej kolej. Wieczor to juz relaks przy kominku i ciezkie wzdychanie, ze weekend tak szybko zlecial. ;) Niestety, kolejnego dnia czekala mnie znow jazda na miejsce inspekcji... :/

Takie ladne zdjecie, pstryknal zwierzyncowi Nik

Poniedzialek zaczelam wiec wczesnie, a raczej jak normalny dzien pracy. Po sniadaniu wyszykowalam sie i rozwiozlam Potworki do szkol, ale nie jechalam prosto na inspekcje. Wrocilam do domu i sprawdzalam ile ma mi zajac dojazd. Moj instruktor mowil w piatek, ze chce dojechac okolo 9:30 - 10, tyle ze w poprzednia srode tez tak celowalam i ledwie dojechalam na dziesiata. Wyjechalam wiec w miare wczesnie, zeby miec zapas czasu, a tymczasem ledwie dotarlam na autostrade, a dostalam od kolegi sms'a, ze dopiero wyruszyl i planuje byc okolo 10. U mnie byla gdzies 8:20, ale stwierdzilam, ze jade dalej, bo niewiadomo co bedzie na drogach. Jak na zlosc, oczywiscie ruch byl spory, ale bez korkow i na miejsce zajechalam tuz po 9. Coz... Sprawdzilam gdzie jest najblizszy Dunkin' albo Starbucks i pojechalam po kawe. Pozniej wrocilam na parking i siedzialam w necie. Kolega na szczescie dojechal o 9:45, wiec jakos strasznie sie nie wynudzilam. Okazalo sie tez, ze stwierdzil, ze cokolwiek bedzie sie dzialo, chce skonczyc tego dnia, zeby juz tam nie wracac we wtorek. Z jednej strony super, bo mnie tez nie chcialo sie kursowac tak daleko jeszcze jeden dzien, ale z drugiej irytacja, bo mogl uprzedzic wczesniej. Wtedy wzielabym rano sluzbowe auto, bo mialam czas, a odpadalo odstawianie go po ciemku. Nie bylam jednak pewna czy skonczymy w poniedzialek, a w piatek zapowiadalo sie raczej ze nie, wiec obawialam sie kolejnego powrotu grubo po 18 i wzielam swoj samochod. No trudno. Co do samej inspekcji, to ten ostatni dzien byl chyba najswobodniejszy, bo kolega mial kilka ostatnich pytan, a poza tym to tylko musial pokonczyc dokumentacje i porozmawiac (przez Zoom, bo facet akurat byl na wakacjach) z prezesem tej firmy. Skonczylibysmy wczesniej, gdyby nie to, ze kolega musial wydac oficjalny blad wymagajacy poprawek, a to wymagalo skonczenie wklepywania danych, naszych podpisow (gdzie mielismy male problemy techniczne :D) oraz wydrukowania specjalnego formularza. Reszta uwag byla na tyle malo znaczaca, ze znajdzie sie w raporcie z inspekcji, ten jednak mozna wypisac juz po jej zakonczeniu i z wlasnego biura. Wyszlismy stamtad o 14:30 i musialam przebic sie przez poczatek popoludniowych korkow w stolicy naszego Stanu, ale do domu zajechalam o 15:40, wiec i tak calkiem przyzwoicie.

Odkad spadla porzadna ilosc sniegu, Nik codziennie wychodzi do ogrodu i sie w nim doslownie tarza. A ze Maya za pileczka podazy w czeluscie piekiel, wiec i przez snieg za Kokusiem sie przedziera :D 

Popoludnie minelo juz zwyczajnie. Tu ogarnac kuchnie, tam poskladac pranie, az przyszedl czas na trening Potworkow. Malzonek ich zawiozl, a ja potem odebralam. Tego dnia byl tutaj Groundhog Day, czyli dzien swistaka. Nie wiem czy w Polsce sie o nim wspomina (poza dosc znanym filmem), ale ogolnie to taki swistak powinien wylezc z nory i jesli zobaczy swoj cien, to czeka nas kolejne 6 tygodni zimy. Jesli cienia nie zobaczy, bedziemy miec wczesna wiosne. Celnosc w okolicach wrozenia z fusow. :D Szczegolnie, ze ten najslynniejszy swistak (Punxsutawney Phil; sprobujcie to wymowic :D) jest ze Stanu Pennsylvania, my mamy zas wlasnego, lokalnego, jak pewnie wszystkie inne Stany. I czesto te dwa swistaki pokazuja odmienne wrozby, a jestesmy na tyle blisko, ze klimat mamy ten sam. ;) Tym razem, wyjatkowo, oba wskazaly ze czeka nas kolejne 6 tygodni zimy. Coz, zobaczymy; zreszta luty i wiekszosc marca to i tak kalendarzowa zima. Wieczor to juz relaksik, szczegolnie ze mialam ta mila swiadomosc, ze kolejnego dnia moge popracowac z domu. :)

We wtorek wstalam odrobinke pozniej, bo chcialam tylko zawiezc Potworki do szkol (mielismy znow -12 stopni) i wracalam do domu. Co prawda moj szef przesunal nasza cotygodniowa rozmowe z poniedzialku na wtorek, ale dopiero na godzine 10, wiec mialam czas. Rozwiozlam wiec potomstwo, a potem, prawie podskakujac z radosci, wrocilam do cieplej chalupki. Po tylu dniach kiedy dom byl dla mnie wlasciwie hotelem, teraz motywacja do pracy byla wlasciwie zerowa.

Od dluzszego czasu, kocia wieza stala porzucona i juz zastanawialismy sie czy jej nie wyrzucic, a tu prosze. Jednak czasem kocisko skorzysta... 

Zaczac musialam od porzadnego sprawdzenia maili, bo w trakcie inspekcji wlasciwie tylko wywalalam spam i oznaczalam to, co wydawalo mi sie wazne, ale niczego dokladniej nie czytalam. Rozmowa z szefem poszla szybko, choc dal mi zadanie do wykonania. Kolega, z ktorym przeprowadzilismy instrukcje musi teraz napisac raport i szef kazal mu przydzielic mi dwa rozdzialy. Takie najbardziej podstawowe, czyli opis kwalifikacji oraz obowiazkow osob, z ktorymi mielismy kontakt, no i w jaki sposob osoby te zostaly "zamieszane" w inspekcje. Do tego spis danych administracyjnych z kazdego z czterech badan, ktore sprawdzalismy. Ciesze sie jednak, ze przynajmniej moglam pomoc w czyms konkretnym, bo w czasie samej inspekcji bylam raczej niemym obserwatorem. Zreszta, niby takie nietrudne rozdzialy, ale zgromadzenie wszystkich informacji z kilku zrodel troche mi zajelo. Zaczelam po pierwszym meeting'u z szefem, czyli gdzies o 11, a pozniej mialam kolejny, szef bowiem skads sie dokopal, ze mialam niedokonczona poprzednia tabele pracy, a obecna nawet nie zaczeta. Ups... Szczerze mowiac, to zupelnie mi to wylecialo z glowy... W sumie ta rozmowa mi sie przydala, bo mamy swoja prace spisywac w odstepach 15-minutowych. Dotychczas, wszystko co robilam, moglam wpisac jako 8 godzin szkolenia. Inspekcja, mimo ze teoretycznie rowniez byla szkoleniem, miala jednak byc (wg. szefa) wpisana jako normalny obowiazek, a do tego musialam dodac czas dojazdu, bo ten rowniez liczy sie jako godziny pracy. No to wypisalam skrupulatnie co i jak i powinnam chyba dodac samo spisywanie czasu jako zadanie z pracy, bo troche mi to zajelo. ;) W kazdym razie, wszystko zajelo mi duzo wiecej czasu niz bym chciala, bo jeszcze musialam na chwile przerwac zeby o 15 pojechac po Bi. Normalnie odebralby ja pol godziny pozniej M., ale akurat odezwali sie od dentysty, ze zwolnilo im sie miejsce na kontrole o 16. Chcialam wiec zeby panna zjadla cos przed wizyta, wiec pojechalam po nia wczesniej. Szykowalam sie, ze bede musiala z nia jechac, ale ze jeszcze wszystko konczylam i wysylalam ostatnie maile, to pojechal z corka M. Szczesliwy nie byl, ale trudno. Niech sie wprawia, bo jak bede na inspekcje jezdzic regularnie, to bedzie musial samodzielnie ogarniac takie sprawy. ;) A jeszcze, rano Bi skarzyla sie na zapchany nos, a po poludniu, ze szkoly, wrocila juz kompletnie zawalona i narzekajac ze ma katar, boli ja glowa i lamie w kosciach. Pieknie. :/ Co ciekawe, malzonek rowniez wrocil z pracy twierdzac, ze cos go bierze. Poniewaz nigdzie nie jezdzili sami, beze mnie i Kokusia, to musi byc czysty przypadek, ze wzielo ich jednoczesnie... W kazdym razie pojechali na kontrole, ktora na szczescie nie pokazala zadnych ubytkow. U Bi to nie jest takie oczywiste, bo choc dba o zeby, to ma je jednak slabe, no i umilowanie do slodyczy, tez nie pomaga. ;) Tego dnia Potworki powinny ponownie jechac na trening, ale wiadomo ze Starsza sie na niego nie nadawala. Szczegolnie, ze po dniu, kiedy temperatura w koncu (po dwoch tygodniach!) podniosla sie do 0, na wieczor znow szedl siarczysty mroz. Spytalam Kokusia czy bardzo chce plywac, ale okazalo sie, ze niezbyt, bo na ten dzien mieli juz zapowiedziane pol treningu na silowni, a nie w wodzie. Troche rozumiem trenera, ze chce z nimi cwiczyc sile i sprawnosc, ale jednak zapisujac dzieciaki do druzyny plywackiej, oczekiwalabym, ze treningi jednak beda mieli w wodzie... Poprzedni trener tez urzadzal im takie cwiczenia na ladzie, ale trwaly one okolo 10 minut na samym poczatku treningu, juz w strojach. Ten wymysla, ze maja przynosic adidasy i biegaja na biezni przez pol godziny. Bi sie to akurat podoba, bo to samo robi czasem zostajac po szkole, ale Nik tego nie znosi. A trener zmienia dni tych "suchych" treningow, tak zeby nikt ich celowo nie omijal. Tak czy owak, Mlodszy bardzo chetnie z treningu zrezygnowal, wiec spedzilismy wieczor glownie na relaksie. A, zapomnialam! Tego dnia przyszly wyniki Bi z drugiego kwartalu. Nie moge sie przyzwyczaic, ze w high school, mimo ze maja egzaminy polroczne oraz koncowe, rok szkolny podzielony jest tez na cwiartki i z kazdej wysylany jest raport.

Swiadectwo kwartalne :) 

U Bi, jak to u Bi, nie ma sie do czego przyczepic. Na 7 przedmiotow ma piec A, w tym dwie, ktore sa wpisane juz jako oceny koncowe, bo owe przedmioty w tym kwartale sie koncza. Dwie B ma z rozszerzonej fizyki, gdzie podziwiam ze wyciagnela az tak wysoko (:D) oraz rozszerzonej historii. Ta historia mnie troche dziwi, ale slyszalam juz opinie innych uczniow oraz rodzicow, ze ten nauczyciel (ktory ponoc jest swietny i mlodziez go uwielbia) ocenia baaardzo surowo. Znajac Bi bedzie w kolejnych kwartalach walczyc, zeby jednak z tego przedmiotu wyciagnac na A. ;)

Sroda zaczela sie tak jak wtorek, z ta roznica, ze musialam jechac do biura. Co prawda, w ktoryms meetingu szef wspomnial, ze dowiedzial sie gdzies "od gory", ze wg. najnowszych zasad, mozemy pracowac 50% zdalnie w ciagu okresu platniczego, czyli dwoch tygodni. Dla niego to rownoznaczne z tym, ze jesli np. teraz spedzilam 4 dni na inspekcji, kolejne cztery moge pracowac z domu. Jako nowo zatrudnionej osobie mi to niestety nie przysluguje, wiec poki co kontynuuje nasza niepisana umowe o pracy z domu dwa dni w tygodniu. A to oznaczalo jazde do biura w srode. Poniewaz szykowanie sie do wyjscia tak, zeby zawiezc Potworki, to istny wyscig z czasem, a dodatkowo rano mielismy miec "tylko" kilka stopni mrozu zamiast kilkunastu, wiec juz poprzedniego dnia uprzedzilam Kokusia ze jedzie autobusem, a Bi ze albo zabierze sie z kolezanka, albo moze isc pieszo. Na rower wiem, ze nie bedzie miala ochoty do wiosny. :D Dzieki temu moglam na spokojnie zjesc, a potem szykowac sie bez ciaglego nerwowego zerkania na zegarek. Potwory odjechaly sie edukowac, a ja wyszlam jakies 10 minut pozniej. Przez snieg oraz inspekcje, w biurze nie bylo mnie ponad tydzien. Po czterech dniach spedzonych w obcym miejscu i z obcymi ludzmi, w dodatku na strasznie niewygodnych krzeslach, milo bylo wrocic na wlasne smieci. Jak na nasze biuro, to panowal w nim niemal tlok, bo poza mna naliczylam jeszcze 4 osoby. :D Dzien sie dluzyl, jak to w biurze, szczegolnie takim pustawym i cichym. Po pracy, w strasznych korkach doturlalam sie do domu, a ze zajechalam jeszcze do biblioteki (choc tam zajelo mi moze kilka minut) to podroz zajela mi godzine. W normalnych warunkach powinno zajac 25 minut, wiec ten tego... W srody na szczescie Potworki nigdzie nie jezdza, zreszta Bi nadal smarkala. Panna twierdzi ze czuje sie lepiej, choc nie bardzo to po niej widac... Zanim rozgoscilam sie w chalupie i zrobilam troche porzadku w kuchni, zrobila sie 18:30, wiec szybko pobieglam pod prysznic. Nie chcialam pozniej lazic malzonkowi po sypialni i tluc sie w lazience, a on kladzie sie juz o 19. Reszta wieczora to szykowanie sie na kolejny dzien w biurze. Zastanawialam sie co robic z nartami Bi, bo nastepnego dnia byl czwartek, a wiec klub narciarski. Panna sklonna byla jechac, wiec kazalam jej spakowac plecak i wszystko przygotowac, ale uprzedzilam, ze zobaczymy jak bedzie "wygladac" rano. W dzien mialo byc bowiem -1, ale na wieczor temperatura leci na leb na szyje, wiec obawialam sie ze Starsza moze sie kompletnie doprawic...

W czwartek rano powtorka z rozrywki, wiec wstac i wyszykowac sie na jazde do biura. Tym razem jednak "na wyscigi", bo z racji klubu narciarskiego, musialam odwiezc Bi do szkoly ze sprzetem. Panna rano oznajmila ze czuje sie wlasciwie dobrze (choc nadal smarkala i kichala) i ze chce jechac. Przyznaje iz mialam swoje watpliwosci, ale ze stracilam rachube i nie wiem czy to nie byl ostatni wyjazd, to machnelam reka. Gdyby jednak nawet panna nie jechala, to rano mielismy -13 stopni, a tego dnia sasiad dziewczyn nie mogl zawiezc (a ja nie chcialam skazywac Kokusia na sterczenie na przystanku), wiec i tak bym zawiozla mlodziez do szkol. Ranek byl wiec w szalonym biegu, ale coz, bywa i tak. Za to w biurze pustki i nikogo poza mna. ;) Caly dzien widzialam tylko dwoch przypadkowych panow - jeden sprzata i przyszedl wyrzucic smieci, a drugi naprawial swiatlo w jednym z biur. Poza tym siedzialam sama. Rano musialam dopisac cos do podsumowan, ktore wyslalam koledze, ale wiekszosc dnia tluklam szkolenia. Po pracy pojechalam prosto na tygodniowe zakupy. Do domu wrocilam o 18:30, a na 19 Nik mial koszykowke. Na szczescie M. go zawiozl, a ja potem po niego pojechalam, zas malzonek w tym czasie pojechal po corke. O dziwo, Bi wieczorem wygladala faktycznie zupelnie zdrowo i jedynie nadal byla dosc mocno "pociagajaca". Za to M. rozlozylo konkretnie. Smarczal, kichal, narzekal ze mu zimno i boli go gardlo. I ja spie z nim w jednym lozku. Swieeetnie... Nie mowiac juz o tym, ze poprzednia noc byla koszmarna. Chrapal, chrzakal, rzezil, wstawal zeby wydmuchac nos... Spac sie przy nim zupelnie nie dalo. :/ Kolejna zapowiadala sie tak samo "wesola".

Tak jak sie obawialam, nocka byla ciezka, wiec mimo ze budzik nastawilam na troche pozniej - 6:30, piatek zaczelam ziewajac i sennie drapiac sie po glowie. Na szczescie tego dnia pracowalam z domu, wiec nie bylo porannej nerwowki. Nik mial klub narciarski, wiec znow zawiozlam do szkoly dziewczyny, a pozniej Kokusia wraz ze sprzetem. Wrocilam do domu i moglam spokojnie zjesc sniadanie i doprowadzic sie do porzadku, a takze zaparzyc pierwsza tego dnia kawe, zanim siadlam do komputera.

Jesli zastanawiacie sie, co az tak zainteresowalo kiciula, ze wskoczyl na parapet, to na rynnie nad oknem, rozrabialy ptaszki. ;) Mnie jednak najbardziej rozsmieszylo jaka z Oreo zrobila sie na zime puchata kulka!

Dalej tluklam wirtualne szkolenia, ale tez moj kolega w koncu zadzwonil zeby pokazac jak (w wielkim skrocie) wyglada pisanie raportu. Rodzaj inspekcji, ktory przeprowadzilismy, byl jednak dosc ulatwiony, bo nie dosc ze mielismy formularz z pytaniami, to jeszcze po odpowiedzi na nie, system automatycznie tworzy raport. Niestety, w pozostalych czterech rodzajach, raport pisze sie samemu, ble... Doczolgalam sie jakos do 16:30, a potem zgarnelam swoje manele i popedzilam na stok. O tej porze juz tak naprawde niezbyt mi sie chcialo, ale skoro sie zglosilam, to trzeba to ciagnac. Przynajmniej dzien sie przedluza i jak ostatnim razem (czyli prawie miesiac temu :O) bylo juz ciemno jak dojechalam, tak tego dnia mialam jeszcze nawet troche swiatla na poczatek jazdy. Poniewaz dwa tygodnie temu spadlo nam pol metra sniegu i od tamtej pory praktycznie caly czas trzyma mroz, wiec warunki byly wrecz wymarzone. Snieg skrzypiacy pod nartami i wlasciwie bez lodu. I nawet na parkingu bez blota, bo ziemia jest zmrozona. Jezdzilo sie naprawde fajnie, choc nie mialam gogoli, wiec za kazdym razem kiedy dojezdzalam na dol oczy mialam piekace i zalzawione od mroznego wiatru. Bylo -6 stopni, a gdzies na stoku widzialam jakiegos mlodzienca (w wieku okolo studenckim), jezdzacym w... krotkim rekawku! :O

Czarne kaski, czarne kurtki, czarne spodnie. Do tego czarny komin oraz gogle na oczach. I tak, 90% chlopcow na stoku. No i wez tu czlowieku, rozpoznaj "swojego"! Gdyby Nik mnie nie zawolal, nie mialabym pojecia, ze to on. 

Okazalo sie, ze podczas moich dwoch nieobecnosci (trzeci piatek byl przerwa z okazji balu) pani nauczycielka wypracowala sobie calkiem sprawny system na sprawdzanie obecnosci, wiec wlasciwie mnie tam nie potrzebowala. Kiedy wiec zjechalam do schroniska, moglam sie po prostu przebrac i pojechac pod szkole. Niestety, dojechalam dobre 15 minut przed autobusem, wiec troche sie tam usiedzialam. W koncu jednak dojechali, zabralam wiec syna i wrocilismy do domu. Malzonek napalil w kominku, wiec bosko bylo powygrzewac stare kosci. Tym bardziej, ze ostatnio mam naprawde niewiele ruchu, wiec po dwoch godzinach na stoku, bolaly mnie i plecy i miesnie ud i nawet... kostka, choc ta nie miala prawa, bo siedziala w sztywnym bucie. ;)

Milego weekendu!