Lilypie Kids Birthday tickers
Lilypie Kids Birthday tickers

piątek, 10 marca 2023

Zimowo, sportowo, zwierzakowo i chorobowo, czyli marcowy misz - masz

Piatek 3 marca, roznil sie od naszych "normalnych" piatkow, bowiem po poludniu, zamiast konczyc przygotowania do Polskiej Szkoly, jechalam z Kokusiem na... mecz. Trener zapisal ich druzyne na sesje zimowa na hali. Beda mieli serie meczow towarzyskich, zeby rozruszac sie nieco przed sezonem. Pierwszy mecz mieli o godzinie 17, a rozgrzewka zaczynala sie juz o 16:30, wiec cale szczescie ze dzieciaki i tak mialy skrocone lekcje. Inaczej, zeby Mlodszy zdazyl na czas, musialabym odebrac go ze szkoly, a i tak gonilibysmy z wywieszonymi jezorami... Oczywiscie, jak juz zasiedzial sie w domu, Nik wzdychal ciezko i jeczal ze nie chce mu sie jechac. Bi zostala z M., a ja zapakowalam Mlodszego do auta nie zwazajac na protesty i przewracanie oczami. ;) Coz... pierwszy mecz chlopaki przegrali. Nie jakos sromotnie, bo 2:3, ale trzech sie poplakalo. Nik przyznal po, ze jadac byl bardzo zestresowany, ale potem bylo fajnie. Czyli jak zwykle. Szkoda tylko, ze to "fajnie" nie przekladalo sie na porzadna gre. Jak dla mnie, Nik biegal po boisku bez wiekszego celu, jakby zastanawial sie skad wlasciwie sie tam znalazl. ;)

Zdjecie przez siatke, coz...
 

Poza tym, i o tym juz mu powiedzialam, Mlodszy musi zaczac porzadnie uzywac nog. Zauwazylam juz podczas zawodow plywackich, ze Nik w czasie wyscigow prawie nie pracuje nogami. Wszystkie dzieciaki chlapia odnozami, a moj syn w sumie ciagnie je za soba bezwladnie. W zasadzie swiadczy to tez o sile jego ramion, skoro we wszystkich zawodach uzyskuje przyzwoite wyniki. ;) No ale w pilce noznej, nie da sie nadrobic braku sily nog, praca ramion i zauwazylam, ze jak juz Nik dorwal pilke i ja kopnal, to... ta ledwie sie toczyla. Serio, mysle ze przecietny 7-latek ma mocniejsze kopniecia. Tragedia... No ale co na moja bure odpowiedzial Mlodszy? Ze on nie lubi mocno kopac przy plywaniu, bo potem bola go nogi. Jaaasne, a miesnie same sie wyrobia... ;) Tak czy owak, Mlodszy na meczu dobrze sie bawil, przegrana kompletnie sie nie przejal, a na dodatek ucieszyl sie, bo przy okazji meczow, na hali otworzono sklepik. Kiedy Potworki przyjezdzaja tam na zajecia w tygodniu, wszystko zamkniete jest na glucho. Teraz wyprosil porcje frytek, wiec do domu wracal w wesolutkim humorze. A kiedy w czasie jazdy odebralam telefon z Polskiej Szkoly, ze zajecia nastepnego dnia maja zostac odwolane, to humor zrobil mu sie wrecz szampanski. ;) Tak naprawde to spodziewalam sie tego odwolania i zdziwilam, ze dzien wczesniej w wiadomosci nic o tym nie wspomnieli. Szkola co czwartek dzwoni z najwazniejszymi informacjami i ani slowkiem nie zajakneli sie o mozliwym braku zajec. A wiadomo bylo juz od kilku dni, ze "cos" nadchodzi. Caly grudzien, styczen oraz luty mielismy pogode wiosenno - jesienna, a jak przyszedl marzec, to Matka Natura zorientowala sie, ze zapomniala zeslac nam zime. Najpierw snieg mielismy z poniedzialku na wtorek (dobra, to byl w sumie ostatni dzien lutego), a teraz z piatku na sobote. Co prawda tym razem temperatury mialy zostac plusowe, wiec zapowiadano mieszanke wybuchowa: troche sniegu, troche sniegu z deszczem oraz troche marznacego deszczu. A tak naprawde to nikt nie wiedzial ile czego spadnie, wiec nie dziwie sie, ze woleli na wszelki wypadek odwolac zajecia. Potworki oczywiscie byly przeszczesliwe, a ja ucieszylam sie i ze nie musze sie rano zrywac i ze mam wiecej czasu zeby pocwiczyc z Kokusiem te nieszczesna hemisfere oraz dni tygodnia. Moze nawet zdazymy wykuc miesiace. ;)

W sobote okazalo sie, ze spadlo nam jakies 5 cm mokrej brei. Dodatkowo, drogowcy najwyrazniej uznali, ze w weekend 90% ludziskow nie rusza sie z domow i nasze osiedlowe ulice byly kompletnie nietkniete.

Stan z soboty rano
 

Malzonek poszedl rano odsniezyc podjazd i narzekal ze diabelstwo bylo ciezkie jak cholera. Na szczescie Potworki nawet nie wspomnialy o wyjsciu na dwor, a ja tez sie nie odzywalam, bo podejrzewam, ze wrociliby przemoczeni do ostatniej nitki. Calutki dzien przesiedzielismy wiec w chalupie. Ja robilam prania, a takze odkurzalam i mylam podloge, M. wybral sie do Polskiego Sklepu (jak juz plugi przejechaly po osiedlu), a dzieciaki wiekszosc dnia spedzily z nosami w tabletach. ;) Oczywiscie okazuje sie, ze malzonek nie moze miec wolnego weekendu, bo chodzil skwaszony niewiadomo o co i skonczylo sie sprzeczka. W dodatku, jak to M., mimo ze ewidentnie on zawinil wybuchajac o bzdure, mimo ze staralam sie odzywac w miare normalnie, to do konca dnia zachowywal sie jakby to on byl tu ofiara i jakbym ja mu nazrzedzila bez powodu... Atmosfera byla gesta i ucieszylam sie kiedy w koncu polazl na gore spac. ;)

Mimo humorow, malzonek napalil w kominku i tak, kot nadal usiluje popelnic samobojstwo
 

Niedziela zaczela sie oczywiscie msza, choc po fakcie zalowalam, ze pojechalam. Malzonek dalej stroil fochy niewiadomo o co i powinnam byla wyslac go do kosciola samego. Wielokrotnie mowilam mu, ze ja nie jestem specjalnie wierzaca i chodze tylko dlatego, ze wiem, ze mu zalezy zeby byc tam cala rodzina. Jesli on przechodzi odzywa sie do mnie tylko polslowkami albo w ogole, to nie widze powodu zeby jechac na msze i udawac kochajaca, bogobojna rodzine. Tym bardziej, ze do dzieci odzywal sie normalnie, zagadywal nawet kota, tylko na mnie sie boczyl. A najlepsze, ze ja mu absolutnie nic nie zrobilam! Taki popie*dolony ma charakter! Takze, pojechalam do tego cholernego kosciola i dopiero po fakcie puknelam sie w glowe, ze moglam dac mu nauczke, tupnac noga i oznajmic, ze nigdzie sie z nim nie wybieram... W kazdym razie, po powrocie siedzielismy juz w domu. Przyszlo mi do glowy zeby zabrac Potworki na narty, z racji ze mamy juz marzec i lada tydzien beda zamykac lokalne stoki, a poza tym wyjatkowo wszyscy bylismy zdrowi. ;) Nie mowiac juz o ucieczce od gestej atmosfery w domu... Mielismy jednak +8 stopni, a w sloncu pewnie z +12, wiec nie bardzo mialam ochote pocic sie na stoku, a w dodatku bylam w trakcie "moich" dni w miesiacu i stwierdzilam, ze jak mam zalac spodnie narciarskie, to moze lepiej sobie odpuscic. Zamiast tego kontynuowalam weekendowe pranie, a takze zmienilam Potworkom posciel i ogolnie leniuchowalam. Z racji, ze M. okupowal salon, ja spedzilam wiekszosc dnia w naszej sypialni zeby nie musiec na dziada patrzec. ;) Poza dwiema godzinkami, na ktore wpadl moj tata, jak prawie co niedziele. A wieczorem to juz wiadomo: kapiele, wyciaganie plecakow, sniadaniowek, ladowanie Chromebookow, sprawdzanie menu w szkole i takie tam przygotowania na kolejny dzien.

W poniedzialek powrot do kieratu, choc na poczatek dla M. oraz Potworkow. Ja dostalam maila od FedEx'u, ze maja mi dostarczyc moj paszport odeslany przez polska ambasade. Niestety nadany z wymogiem podpisu, a przewidywane dostarczenie w 6 marca... do 20 godziny. Czyli caly dzien czekania na laskawcow, chociaz tym razem zupelnie sobie nie krzywdowalam, bo mialam pretekst zeby zostac w chalupie. :D Odstawilam wiec rano dzieciaki na autobus, porzucalam psu pilke, po czym wrocilam do chalupy, dalam kotu sniadanie i zajelam sie drobiazgami okolodomowymi. Jesli mowa o kocie, to przez weekend jakos slabiej jadl, ale poza tym zalatwial sie i swirowal jak zawsze, wiec nie wiem czy go przekarmialam. Od ponad tygodnia dostawal 1/4 puszki dla kociat rano, potem o 13 porcje mleka, o 17 mleko z namoczonymi chrupkami dla kociakow, a o 23 kolejne 1/4 puszki. Od kilku dni poranna porcje mokrej karmy podziubala, po czym zostawiala, ale pozniej przychodzila i wyjadala taka juz przeschnieta. Po poludniu mleka troche pochleptala i zostawiala czasem pozniej jeszcze dokanczajac, a czasem nie. W niedziele pod wieczor dalam jej namoczone w mleku chrupki, ale samo mleko odlalam. Kilka zjadla, reszte zostawila. Wieczornej mokrej karmy nie ruszyla, choc przez noc troche skubnela. Za to dokonczyla ja rano. No i przestala leciec na zlamanie karku na widok miseczki. :/ Oczywiscie jestem kompletnym nowicjuszem jesli chodzi o wychowywanie kociaka, wiec posilkuje sie internetem. Oreo w piatek skonczyla 6 tygodni. Z tego co czytalam, w siodmym tygodniu mozna juz ograniczyc karmienia do trzech, a po skonczeniu 8 tygodni kocie jest gotowe do oddania do adopcji (jesli nadal jest z matka), wiec powinno jesc juz normalnie mokra oraz sucha karme dla kociat. No to od dzis sprobuje dac jej rano mokra karme (zjadla tak z polowe tej 1/4 puszki), okolo 16 chrupki namoczone w mleku i przed spaniem znow 1/4 puszki. Zobaczymy, czy bedzie lepiej jadla...

Przyszly w koncu zdjecia Kokusia z koszykowki. Zrobione w grudniu, dotarly w... marcu. :O A ja liczylam ze jedna odbitke dam Tacie w prezencie swiatecznym. Haha, chyba na Wielkanoc, tyle, ze akurat bedzie w Polsce. ;)

Niewiadomo czy Nik jeszcze kiedys bedzie w kosza gral, wiec przynajmniej jest pamiatka ;)
 

Moj paszport dostarczyli jakos po 10 rano, ale skoro juz i tak napisalam, ze nie bedzie mnie w pracy, to nie widzialam powodu zeby to zmieniac. ;) Dzien spedzilam w miare luzno, troche sprzatajac, troche gotujac, zmieniajac posciel u mnie i M... Malzonek dojechal z pracy i... nadal jest ciezko obrazony o ch*j raczy wiedziec co. Zaczynaja mi puszczac nerwy i mam ochote go piep**nac patelnia przez ten glupi czerep. :/ Cale szczescie, ze w poniedzialki dzieciaki maja zajecia, wiec nie musialam na niego za duzo patrzec. Juz na 17 jechalam z Bi na akrobatyke i bardzo cieszyla mnie perspektywa siedzenia godziny w samochodzie.

Bi (zaznaczona) robi przewrot w tyl
 

Kiedy wrocilysmy, chlopaki wlasnie zbieraly sie na basen. A po ich powrocie to juz czas szykowania sie do snu.

We wtorek juz i ja musialam jechac do roboty. Ech, no ze czlowiek bez kasy nie da rady... ;) Odstawilam dzieciaki na autobus, porzucalam psu pileczke, po czym wrocilam do domu i pierwsze co, to nakarmilam kociaka. Tego dnia, dla odmiany, rzucil sie na miske jakby tydzien nie jadl! Nie kumam tego zwierzaka, serio. Caly weekend mial slaby apetyt; jeszcze w poniedzialek w dzien podstawialam go pod miske, a on wachal po czym odwracal sie i odchodzil, albo skubnal i konczyl porcje pomalu pozniej. Dopiero wieczorem zjadl z apetytem, a we wtorek rano prawie rzucil sie na miseczke... Ale w poniedzialek mial tez rozwolnienie, wiec moze cos mu zaszkodzilo. Niestety, Potworki to dzieciaki i choc powtarza im sie ostrzezenia, sa roztrzepani i zapominaja. W niedziele Nik zostawil na oparciu fotela biszkopta, do ktorego dorwal sie kot. Na szczescie bylismy przy tym, wiec "przysmak" od razu zostal zabrany. W poniedzialek rano zas zauwazylam, ze kot memla cos znalezionego pod stolem gdzie Potworki jedza posilki. Zapewne chrupke do mleka. Apetyt mial juz jednak kiepski od piatku, choc, z drugiej strony, kto wie co ten kiciul moze dorwac i zjesc jak my spimy a on buszuje na dole... Kolejne dziecko do zamartwiania sie po prostu... Poniewaz musialm jechac do pracy juz na caly dzien, a kociak wydawal sie wyglodzony, nasypalam mu suchej karmy. Nienamoczonej mu jeszcze nie dawalam, ale zawsze musi byc ten pierwszy raz, tak? ;) Taki jest zreszta plan karmienia na kolejne miesiace: dwa razy dziennie porcja mokrego i suche chrupki wedlug uznania.

Przy porannym ogarnianiu siebie i chalupy, kiciul zawsze obserwuje mnie gdzies z ukrycia :D
 

W robocie meeting, ktory tylko mnie wkurzyl. Napisalam ostatnio, ze szef wezwal nas z powrotem do pracy bo dostali dofinansowanie, ale ani slowa o pozostalej zaleglej wyplacie, a w poniedzialek powinna byla wplynac kolejna. Ten temat mial byc poruszony na meetingu i byl, aaale... jak zwykle nie ma prosto i przyjemnie. Dofinansowanie dostali w Chinach, gdzie jest druga filia i ma ono posluzyc obu oraz innym "sprawom" wlasciciela. To jeszcze da sie zrozumiec. Niestety, maja tez limit ile pieniedzy moga wyslac z Chin do Stanow na jakis tam okres. I tu szef gadal juz bardzo ogolnikowo, ze powinien w tym tygodniu zatwierdzic kolejna zalegla pensje, a w nastepnym te z poniedzialku i wtedy bedziemy juz na biezaco... A guzik; nie bedziemy, bo kazda "zatwierdzona" wyplata wplywa kolejnego tygodnia, wiec wtedy bedzie juz pora na kolejna. Poza tym to "powinien" tez nie jest przekonujace. I zastanawiam sie, po cholere kaze wracac do roboty, skoro nadal nie placi? Jak mam pracowac za darmo, to wole robic tylko najpilniejsze rzeczy i to z domu, a nie pchac sie codziennie do biura. :/ W kazdym razie, troche obawialam sie jak Oreo zniesie caly dzien samotnie, wiec w poludnie pojechalam na chwile do chalupy. Taka bliska praca to naprawde wygoda (zeby jeszcze placili...)! Okazalo sie, ze kiciul przybiegl na powitanie rozbrykany i zadowolony, a z miseczki zniknelo troche suchych chrupek. To dobrze, oby tylko obylo sie bez kolejnych rewolucji zoladkowych... Posiedzialam chwile, podrapalam Maye, a kiciula staralam sie maksymalnie wymeczyc zabawa zeby (miejmy nadzieje) poszedl spac po moim wyjsciu. Nie chcialo mi sie wracac do roboty jak cholera, ale co bylo robic... Tego dnia mielismy okolo 4 stopni, ale przy porywistym, zimnym wietrze wydawalo sie sporo chlodniej. Kiedy wrocilam do domu, z ulga oczekiwalam, ze spedze spokojny wieczor w cieplej chalupie, skoro we wtorki Potworki nie maja zajec. Niestety, M. dostal sms'a od ksiegowego, ze skonczyl nasze rozliczenie podatkowe i kiedy chcielibysmy przyjechac je przejrzec i podpisac przed wyslaniem. Co bylo robic; skoro nie mielismy innych planow, to pojechalismy, zeby miec juz to odhaczone. Na szczescie facet mieszka jakies 20 minut od nas, a samo przejrzenie tabelek dlugo nie zajelo, wiec obrocilismy w 1.5 godziny. Starczylo nawet czasu na ponowne przecwiczenie z Kokusiem hemisfery oraz dni tygodnia. Z ulga stwierdzam, ze w koncu zapamietal! Przecwiczymy jeszcze raz w piatek, a potem niech to zaliczy w sobote i bedziemy walkowac miesiace. Narazie nie chce nawet zaczynac, zeby mu sie wszystko nie zaczelo mylic. ;) Potem jeszcze przymusilam panicza do przecwiczenia gry na trabce. W czwartek ma miec tez i z tego jakies zaliczenie, wiec niech trabi. ;)

Dobrze, ze pocwiczyl, bo w kolejnych dniach juz nie dal rady, gdyz zwyczajnie padl mu glos
 

A! Zapomnialam napisac, ze w zeszym tygodniu dostalam maila z nastepnej szkoly Bi, do ktorej przechodzi od kolejnego roku. Cos jak odpowiednik polskiego gimnazjum - middle school. Panna musi wybrac sobie przedmioty dodatkowe. Do wyboru ma nadal orkiestre lub chor (albo polaczenie jednego i drugiego), a jesli stwierdzi, ze nie chce kontynuowac muzyki, do wyboru jest caly szereg zajec innego rodzaju. Osobiscie jest mi wsio ryba co wybierze, lezka mi sie tylko kreci w oku, ze moje dziecko robi kolejny krok w drodze do doroslosci... A dopiero co wybierala zajecia muzyczne do obecnej szkoly, ech... Dwa lata zlecialy niewiadomo kiedy.

Sroda miala byc zupelnie inna, ale oczywiscie plany lubia sie pierdzielic. Rano Nik wstal z zapuchnietym okiem. Juz poprzedniego dnia powieke w kaciku mial lekko czerwona i podpuchnieta. Tego ranka bylo jednak zdecydowanie gorzej, choc panicz twierdzil ze tylko lekko go swedzi, za to ma tez zapchany nos. Poniewaz nie bylam pewna czy moze cos go nie ugryzlo, albo moze to oko zatarl, a poza tym rano, wiadomo, oczy sa zawsze troche zapuchniete po nocy, wiec wyslalam go do szkoly przykazujac, ze jakby bardzo mu to oko dokuczalo, niech pojdzie do pielegniarki. Dzieciaki odjechaly, a ja porzucalam psu pilke, nakarmilam kota, przewietrzylam sypialnie i pojechalam do pracy. Jestem w drodze i co? Telefon ze szkoly! :D Najwyrazniej Nik nie wytrzymal nawet pol godziny, tylko od razu polecial do pielegniarki. Ta zrobila mu zimny oklad, ale stwierdzajac, ze nie widac poprawy, zadzwonila do mnie ze trzeba by sie skonsultowac z lekarzem, a poniewaz moze to byc zapalenie spojowek, ktore jest mocno zarazliwe, musze zabrac go ze szkoly. Dojechalam wiec do biura, wyslalam maila wyjasniajac sytuacje, zabralam kompa i pojechalam do szkoly. Po odebraniu syna podjelam probe umowienia sie do lekarza, a tam wolne terminy zaczynaja sie... po godzinie 15! Sek w tym, ze tego dnia Potworki mialy miec pilke i mialam juz ustalone z Bi, ze odbieram ja ze szkoly. W koncu wybralam godzine 16 na termin Kokusia i stwierdzilam, ze najwyzej zadne na pilce nie bedzie. Trudno... Dzien zlecial niewiadomo kiedy i czas byl jechac po Starsza. Wzielam ze soba Kokusia, co okazalo sie dobrym posunieciem, bo po odebraniu Bi, pojechalismy prosto do lekarza. Mimo ze przyjechalismy niemal pol godziny wczesniej, przyjeli nas bez problemu, a potem zdazylam akurat odstawic panne na pilke. Co do Nika, to zalatwil sie na cacy. A konkretnie, to strzelil sobie z dubeltowki, bowiem ma owszem, zapalenie spojowek, ale na dokladke tez angine! :O Dobrze, ze lekarz obejrzal go tak ogolnie, poza zajrzeniem w oko, bo Mlodszy ani nie mial goraczki, ani nie uskarzal sie na bol gardla. A tu prosze. Juz pod pilka odebralam wiadomosc z apteki, ze dostali recepte i ja realizuja. Super, ale po kliknieciu na link okazalo sie, ze maja krople do oczu, ale ani slowa o antybiotyku na angine. No nic, poprosilam mame kolezanki Bi zeby zawiozla dziewczyny po pilce do biblioteki (na ostatnia lekcje drutow), a sama pojechalam wyjasniac. W aptece odebralam krople, ale po zajrzeniu w system okazalo sie, ze recepty na antybiotyk nie otrzymali. :/ Dzwonie do kliniki, a tam pani mowi, ze potrzeba im jeszcze chwilki. Zeby wypisac i wyslac recepte?! No ale coz, zabralam Mlodszego do domu, po czym dzwonie kolejny raz zeby spytac czy wyslali. Inna pani informuje mnie, ze lekarz przyjmuje pacjentow do 19 i wysle recepte kiedy skoncza sie przyjecia. Taaaa... Kiedy to pisze, jest godzina 22:37 i recepty ani widu, ani slychu. :/ Cale szczescie, ze Nikowi dokucza glownie oko, a jedynym objawem anginy jest slaby apetyt. Oby juz tak zostalo... Samo zakrapianie oka jest oczywiscie traumatyczne. Nik jeczy i oko przymyka i trudno powiedziec ile wplynelo do srodka, a ile splynelo po rzesach na bok... :/ Miejmy nadzieje, ze nawet minimalna ilosc cos da i jutro bedzie widac konkretna poprawe, bo narazie Mlodszy wyglada niemal komicznie. ;)

Pieknosci :D

Bi wrocila z drutow jak zwykle z dyplomem i lekkim rozczarowaniem, bo nie zalapie sie na kolejna sesje, ktora odbedzie sie na jesien. Maja bowiem dziwne wymogi i zajecia sa dla dzieci do 12 lat, ale VI klasy. Bi we wrzesniu bedzie miala owszem, dwanascie lat, ale bedzie juz w klasie VII. Jesli bedzie chciala wziac udzial w takich zajeciach, bedzie to w grupie albo dla nastolatkow, albo doroslych...

Jesli dobrze pamietam, to na jesien dostala identyczny ;)
 

W czwartek rano, niestety oko Kokusia wygladalo nadal tak samo, mimo dwoch dawek kropli poprzedniego wieczora. Z drugiej strony, niewiadomo ile lekarstwa faktycznie do niego wpada. Kiedy pierwsza poranna kropla zatrzymala sie glownie na rzesach, wkurzylam sie i przy drugiej przytrzymalam powieki otwarte. Mlodszy zakwiczal, ale trudno, chyba tylko tak bede miala pewnosc, ze cokolwiek wpada do oka. :/ Zawiozlam Bi do szkoly majac lekka nadzieje, ze po drodze odbiore wiadomosc, ze moge odebrac antybiotyk, ale oczywiscie cisza w eterze trwala nadal. A klinika otwarta dopiero od 10, wiec nie ma nawet jak dowiedziec sie, czy wyslali recepte... Ja cie pitole... :/ Po porannych kroplach oko Nika zaczelo sie poprawiac doslownie w oczach. Trudno powiedziec, czy wczesniej do niego po prostu nic nie wpadalo, czy to tylko przypadek. Przy kolejnych dawkach jednak juz upewnialam sie zeby przytrzymac powieki i zakraplac do otwartego oka. Po godzinie 10 znow zadzwonilam do kliniki. Jak na zlosc, doktorek tego dnia pracowal w drugiej przychodni, ale pani przekazala, ze wysle mu wiadomosc i bedzie tez w kontakcie ze mna, zeby poinformowac ze wyslali recepte. Jakos, po dniu poprzednim, ciezko mi bylo w to uwierzyc... Tez tak macie, ze jesli na cos czekacie i sie niepokoicie, to nie mozecie sie na niczym skupic? Bo ja tego dnia bylam kompletnie bezuzyteczna... Ani nie bylam za bardzo w stanie pracowac, ani zajac sie niczym konkretnym w domu. I podskakiwalam na kazdy dzwiek telefonu... Jak to z tymi ludzmi bywa, obiecanki cacanki, a glupiemu radosc. Pani z recepcji wiecej nie zadzwonila, ale jakos przed 15 dostalam wiadomosc z apteki, ze dostali recepte! Niemal 24 godziny po wizycie u lekarza, brawo! A gdyby Mlodszy byl naprawde powaznie chory?! Zreszta, wydaje sie, ze lekarz zlapal angine na samym jej poczatku, zanim u Nika rozwinely sie objawy. Pomiedzy diagnoza a otrzymaniem recepty, Nik bowiem wygladal coraz gorzej, choc oko wracalo do normy... W kazdym razie, okolo 15:45 mialam w koncu w reku antybiotyk i czym predzej zapodalam Mlodszemu pierwsza dawke. Wkurzylam sie tez, bo oczekiwalam ze Nik w piatek bedzie mogl pojsc do szkoly. Hamerykanie podchodza do anginy na wiekszym luzie niz w Polsce i w srode doktorek powiedzial, ze Mlodszy wezmie krople i antybiotyk tego wieczora, potem w czwartek i w piatek juz nie powinien zarazac i moze wrocic do placowki. Tyle, ze recepte na antybiotyk wyslal dzien pozniej i w rezultacie Nik nie tylko nadal zarazal, to w czwartek wieczorem dostal stanu podgoraczkowego i wiadomo bylo, ze do szkoly nie pojdzie. :/ A ja do pracy oczywiscie...

W piatek rano Nikowe oko wygladalo juz wlasciwie normalnie, tyle, ze nadal bylo delikatnie przymkniete, choc ledwo zauwazalnie. Za to narzekal, ze gardlo lekko go boli, a nos mial zawalony kompletnie. Podejrzewam, ze zalatwil sie na cacy i oprocz zapalenia spojowek oraz anginy, zlapal tez cos wirusowego. :/ Bi oczywiscie urzadzila jeczenie, ze to niesprawiedliwe, ze Nik zostaje w domu i ze dlaczego ona nie moze zostac, w koncu i tak byl juz piatek, itd. Zeby ja troche udobruchac, zawiozlam ja do szkoly; niech sie dziewczyna cieszy... ;) Dzien spedzilam wiec na pracy, ale z chalupy. Dostalam tez raporty semestralne Potworkow, ale o nich to juz moze kolejnym razem, tym bardziej, ze we wtorek mam miec wywiadowki w szkole, wiec dowiem sie moze czegos dodatkowego. ;) Niestety, wyglada na to, ze Nik podzielil sie ze mna zarazkami, bo pod koniec dnia zaczelo mnie upierdliwie bolec gardlo... Mam nadzieje jednak, ze to jakis wirusik, a nie angina. ;)

Na zakonczenie - Oreo, czarujaca urokiem osobistym ;)

6 komentarzy:

  1. Oreo jest najpiekniejsza kotka swiata! Przeurocza.
    Wspolczuje Nikowi i mamie, ze tak sie mordujecie z angina i innymi zarazami. Oby skonczylo sie szybko to, cokolwiek dolega.
    M. dziala czasami jak mrowka, co przezywa okres. Ale moze w pracy cos mu sie nie ukladalo, skoro wciaz wracal do domu naburmuszony i odbijal sobie swoj zly humor na zonie? Ja zapamietalam takie zdanie z filmu The Big One Michaela Moore'a, odnosnie zalamania ekonomicznego i kryzysu na gieldzie Wall Street: Downsizing leads to house foreclosures and spousal abuse. Bardzo trafne, niestety. Mam nadzieje, ze w domu macie juz mniej grobowy nastroj, ze juz M. w koncu sie rozpogodzil.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Malzonek okazuje sie slabo sie czul i to potegowalo jego zly humor. Szkoda tylko, ze takie rzeczy mowi mi po czasie zamiast od razu jak czlowiek wyrzucic co mu na watrobie lezy. :/
      Na szczescie Nik chorobska przeszedl tym razem w miare lekko. Na szczescie angina i zapaleniem spojowek nikt sie nie zarazil. Z wirusem az tak latwo nie poszlo, ale chwilowo nikt nie kaszle i nie smarcze. Pewnie dlugo to nie potrwa. ;)
      Tak, Oreo ma sporo uroku, choc tez drapie, gryzie i przeprowadza powolna destrukcje moich kwiatkow. ;)

      Usuń
  2. Ja nie wiem co oni mają z tymi nogami. U nas podczas treningów czy jeszcze lepiej, podczas takiego kopania między sobą przed treningiem - Jasiu kopie naprawdę bardzo mocno i celnie. Za to na turnieju kopie tak, że ta piłka ledwo się turla. Czasami nawet trener patrzy na to z niedowierzaniem, bo sam widzi różnicę między treningiem a turniejem. Tak jakby podczas turnieju łapała Jasia jakaś niemoc.
    Zdjęcie Nika - świetne!!!
    Masakra z tą Waszą firmą. Wcale Ci się nie dziwię, że nie chce Ci się pracować. No sorki, ale za pracę należy się płaca, a takie kręcenie jest po prostu nie fair.
    Mam nadzieję, że już jesteście zdrowi. My w tym tygodniu zostaliśmy wszyscy przeczołgani.
    Mam nadzieję, że jednak uda się Bi kontynuować przygodę z szydełkiem. Szkoda, żeby ją kończyła, skoro tak jej się spodobało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dokladnie jak Nik! Podczas tych zajec z pilki na hali, potrafi kopnac i mocno i celnie. A na meczach ledwie - ledwie. I przy plywaniu ciagnie te nogi za soba jak paralityk... :/
      W pracy w koncu nadrobili wszystkie wyplaty. Teraz dla odmiany maja problem ze znalezieniem pacjentow. Choc tu nie narzekamy, bo przynajmniej chwilowo jest spokoj. Poprzedni rok byl jednak baaardzo intensywny.
      Bi, jesli bedzie chciala, bedzie mogla dolaczyc do grupy dla doroslych. ;)

      Usuń
  3. Jak zdroweczko?! U nas sie przyplatala ospa. To byl chyba najgorszy tydzien ever. Od dzis nie ma nowych krost wiec jupii. Mam nadzieje, ze Ciebie ani Bi nie rozlozylo. Co do chlopow, to powiem Ci ze jak moj jest w weekend w domu, to mozna dostac na glowe. Nagle zabiera sie za porzadki a potem ja nie moge nic znalezc.. wrrr. Wincyj Oreo i Mai :D buziaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas tylko Nik mial angine i zapalenie spojowek. Przy okazji jednak przeszedl tez jakiegos wirusa, ktorego zlapalam od niego ja, a potem M. :( Niestety, pogoda taka zmienna, ze tylko patrzec a znow zaraz ktos cos zlapie. :/

      Usuń