piątek, 20 listopada 2020

Juz poza polowa listopada, czyli gdzie ten czas tak pedzi?!

Nie zebym nie czekala na koniec tego parszywego roku... Oczywiscie, ze czekam, jak chyba wiekszosc ludzi, choc nie wierze, ze kolejny rok bedzie duzo lepszy... Taka zawierucha nie skonczy sie, ot tak. Podejrzewam, ze korona bedzie nam rozpiep**ac zycie jeszcze przez wiekszosc 2021. Nie mowiac tez o sytuacji politycznej Stanow, bo wyglada, ze Trampek nie zamierza odejsc bez walki, a partia demokratyczna tez tak latwo nie odpusci... :/

Miniony tydzien byl... nudny. :) Malo co sie dzialo, poza zwyklym biegiem miedzy szkola, praca, ogarnianiem domu, itd. Zobaczycie same po ilosci (znikomej) zdjec. Jak nic sie nie dzieje, to nie ma nawet gdzie i czego pstrykac. ;)

W kazdym razie, jak ostatnio pisalam, poprzedni piatek to byl niezly kolowrotek. Zakupy, niekonczace sie maile z pracy, szybka wizyta w bibliotece, a do tego deszcz, zimno (tak, wrocila "prawdziwa" jesien) i moj coraz bardziej cieknacy nos. ;) Przy okazji pokaze Wam jak w bibliotece rozdawane sa zamowione ksiazki:

 

Caly frontowy hol biblioteki zastawiony jest stolami, a na nich pietrza sie takie wlasnie torebeczki

Dlaczego to wazne? Ano dlatego, ze jakis rok temu nasz Stan przeprowadzil wielka rewolucje zeby pozbyc sie plastikowych, jednorazowych torebek ze sklepow. Troche chodzilo o zmniejszenie ilosci plastiku na wysypiskach, a duzo o zarobienie dodatkowych dularow dla budzetu Stanu, bowiem w wiekszosci sklepow plastikowe torby nadal byly, tylko teraz trzeba bylo za nie zaplacic, lub mozna bylo wybrac torby papierowe, oczywiscie rowniez odplatnie. Taaaki mial byc zarobek dla skarbca, a juz po kilku miesiacach zaczely chodzic pogloski, ze zrobila sie wielka, okragla doopa. ;) A potem przyszla pandemia i Stan mial wazniejsze problemy, plastikowe torebki zaczely sie pomalu wkradac z powrotem do sklepow, a teraz prosze, w miejskiej bibliotece, ksiazki dla kazdej osoby pakowane sa w nic innego, jak te straaaszne foliowe torebki. I co z ta wspaniala, szlachetna ochrona srodowiska? ;)

W sobote rano czekala mnie akcja: Polska Szkola. Po raz pierwszy Potworki mialy sie polaczyc z nauczycielkami na Zoom'ie (i w ogole uczestniczyc w lekcjach od jakiegos miesiaca). Moim pierwszym pomyslem bylo, zeby polaczyli sie z nimi na komputerach szkolnych, bo te sa juz w ich pokojach, wiec po co kombinowac. Plulam sobie potem w brode, ze nie sprobowalam polaczyc sie probnie dzien wczesniej, bowiem okazalo sie, ze szkolne laptopy maja zablokowane Yahoo (a na te skrzynke panie przyslaly link do lekcji). Kiedy przeslalam maile na konto Google, okazalo sie, ze guzik to dalo, bo laptopy pozwalaja sie zalogowac tylko osobom z adresem szkolnym, a w dodatku konta te maja zablokowanego emaila. :/ Nie chcialam dawac zadnemu z Potworkow mojego laptoka z pracy, wiec dalam Bi moj prywatny komputer, a Nika zagonilam do piwnicy, gdzie stoi nasz stacjonarny komp. Na moj pech, jest to Mac, wiec najpierw zajelo mi kilka minut zeby skumac jak sie na nim instaluje Zoom, a potem okazalo sie, ze... potrzebne jest haslo (M. wprowadzil jakies glupie ustawienia)! Hasla oczywiscie nie znam, a nie mialam czasu szukac, choc mamy je gdzies pewnie zapisane. Chcac nie chcac, dalam Nikowi jednak laptopa z pracy. Potem jeszcze poinstalowac Zoom i Potworki polaczyly sie na lekcje z prawie polgodzinnym opoznieniem. :D Zalamujace jest, ze w domu mamy 6 komputerow, a potem okazuje sie, ze polowa nie nadaje sie do prostego, internetowego spotkania. Dlaczego u mnie nic nigdy nie moze byc latwe??? ;)

Reszta soboty uplynela mi glownie na smarkaniu. ;) Tego dnia juz naprawde puscilo mi sie z nosa i krazylam po domu z pudelkiem chusteczek pod pacha. Niby tylko cieknacy kinol, a upierdliwosc straszna... ;) Przy okazji odkrylam, ze moj krem do rak goi obtarty nos duzo lepiej niz krem do twarzy. :) A po poludniu czekal mnie mily relaksik, bowiem zostawalam w domu SAMA! Ha! Malzonek zabieral dzieci na... zakupy, bo tesciowie przyslali kartke na urodziny Kokusia, a w niej po $50 dla kazdego z Potworkow. Tata obiecal im, ze beda mogli sobie wybrac co beda chcieli, a potem pokaza dziadkom przez Skypa. Planowo mialam jechac z nimi, ale ze sie "usmarkalam", stwierdzilam, ze wole posiedziec w cieplutkim domu. ;) Pojechali, nie bylo ich 2.5 godziny, a po powrocie podekscytowani chwalili sie "lupami". Nik, jak to chlopak, poza zabawka, gdzie czesci potworka zanurzone sa w glucie i trzeba je poskladac do kupy, wzial tez male autko oraz dwa zestawy Lego z, nie zgadniecie... autami! :D Bi wybrala maly zestaw Rainbocorns oraz... 3 pary kolczykow, zestaw naszyjnikow, gumek do wlosow oraz opaske, bo w sklepie, do ktorego pojechali (Claire's, taki tutaj dosc znany)byla promocja, ze po kupieniu trzech rzeczy, trzy kolejne dostawalo sie za darmo. Typowa kobieta. :D Przeczuwam, ze wyjscia z domu to bedzie teraz dramacik, bo jak panna zacznie dobierac garderobe, bizuterie oraz gumki do wlosow, to "troche" moze jej zajac... :D

W niedziele nadal smarkalam w najlepsze, choc teraz mniej mi z nosa cieklo, a bardziej go przytykalo... Wechu nie stracilam. ;) M. ugotowal rosol i gulasz na chociaz czesc obiadow w przyszlym tygodniu, ja upieklam babke na oleju. Taki podzial rol to to, co tygryski lubia najbardziej. Nie znosze gotowac, ale piec moglabym codziennie, jesli tylko daloby sie to przejesc bez grozby, ze wszystko pojdzie w dupke. :D Moj tata przyjechal na herbate, mimo, ze ostrzegalam lojalnie, ze rozsiewam zarazki. Jakos nie przyjal do wiadomosci, ze to moze byc co innego niz zwykly katar. ;) W szoku jestem, bo do niedawna jak tylko ktos z nas byl chory, moj tata juz omijal coniedzielne spotkania. A teraz pandemia (a moj tato jest z tych, co w sklepach obcym ludziom zwracaja uwage jak sa bez maseczek), a on sie nie boi?! Niech mnie ktos uszczypnie! :D Po poludniu, niespodziewanie dostalam zaproszenie od sasiadki na odpalenie sztucznych ogni. Jak co roku, nadeszlo hinduskie swieto Diwali. W poprzednie dwa lata, sasiedzi urzadzali wielkie imprezy, zapraszajac wszystkich mozliwych znajomych i blizszych sasiadow. W tym roku zrobili je sporo skromniej, bo zaproszone byly chyba tylko 3 rodziny (wszystkie hinduskie), ale ze wyslalam jej w sobote zyczenia z okazji ich swieta, w niedziele napisala czy Potworki nie maja ochoty przyjsc na fajerwerki. Tez pytanie! Popedzili jak na skrzydlach.

Huk i blysk ;)

Ja srednio mialam ochote, bo niedziela wieczor to juz pomalu przygotowania na kolejny tydzien, kapiel dzieciakow, pakowanie sniadaniowek, plecakow, itd. W dodatku, akurat kiedy wyjechalam z domu (podjechalismy ten kawalek autem, bo boje sie niedzwiedzi :D), zaczelo... kropic.

Mimo, ze bylismy na zewnatrz, wszyscy mieli zalozone maseczki :/

I padalo konsekwentnie coraz mocniej. Pod koniec, pol godziny pozniej, nastapila juz normalna ulewa, ktora zreszta byla mi na reke, bo zgarnelam dzieci z powrotem bez wiekszego marudzenia. ;)

"Patrz, mama, dwa na raz!" :D

Przed samym smsem od sasiadki, Potworki zaczely robic deser z Rice Crispies, wiec po powrocie oraz kapieli, uparli sie dokonczyc, bowiem koniecznie chcieli zabrac po jednym "duszku" do szkoly. :)

Nie pytajcie mnie, co miala oznaczac mina Bi, bo nie wiem ;)

Deser jeszcze w duchu Halloween :D

W poniedzialek Potworki konczyly lekcje juz o 13:15 bowiem nadszedl czas wywiadowek w szkole. Wirtualnych oczywiscie. Dzieci rzecz jasna szczesliwe, ze koncza wczesniej i maja troche swobody. W poniedzialki maja niestety - stety albo religie, albo plywanie, wiec popoludnie bylo takie troche rozbite, przynajmniej dla mnie. Zazwyczaj przyjezdzamy ze szkoly, Potworniccy jedza obiad, potem jest odrobina czasu na ogarniecie tego czy owego i juz pora leciec na zajecia. Tym razem przyjechalismy ze szkoly, dzieci zjadly i zaczelo sie snucie z kata w kat. To znaczy, mlodziez sie bawila, a ja sie snulam, bo nie bardzo wiedzialam, co z soba zrobic. Czasu bylo za malo zeby rzucic sie na jakas konkretna robote, a poza tym balam sie, ze przegapie pore ruszania na religie, bo to jej kolej akurat wypadla... W koncu trzeba byla jechac, a kiedy Potworki edukowaly sie "kosciolkowo", ja mialam czas na pogaduchy z kolezankami. Z ktorych jedna sie wylamala bowiem oznajmila, ze jest na kwarantannie... Kolezanka jest pomoca nauczyciela i ktores z dzieci w jej klasie mialo pozytywny wynik testu. Co prawda ona akurat nie miala bezposredniego kontaktu z owym uczniem od ponad tygodnia, ale z rozpedu i ja doczepiono na kwaratnanne. Zastanawiam sie tylko, jak to dziala, bo kolezanka jest na oficjalnej kwarantannie, nie ma jeszcze wyniku testu, ale syna na religie przywiozla! W dodatku zaloze sie, ze do szkoly jej mlody tez normalnie chodzi! :O W kazdym razie wsiadlam do auta drugiej kolezanki (uprzedzilam, ze mam katar, ale machnela reka) i przegadalysmy cala godzine. ;) A po lekcji, Nik wyszedl ze szkoly obrazony i fuknal na mnie, ze przeze mnie nie mial odrobionych lekcji! PRZEZE MNIE! :D Jego lekcje, ale moja odpowiedzialnosc, no jasne! I tak naprawde nie do konca nie mial lekcji odrobionych, tylko mial je odrobione polowicznie. Swoja droga, ta pani od religii zaczyna mnie juz porzadnie wkurzac. Nie ma z nia zadnego kontaktu, ani jak spytac o cos osobiscie, ani mailowo. Jak przyjezdzamy jest juz w szkole (do ktorej rodzice nie maja wstepu), wymyka sie chyba tylnym wyjsciem, bo nigdy nie widzialam, zeby wychodzila. Na prace domowa zadaje do przerobienia po dwa rozdzialy ksiazki (a nigdy nie widzialam, zeby cokolwiek w tej ksiazce robili na lekcji, czyli to my - rodzice przerabiamy material, a pani odpytuje, pieknie...) oraz jeszcze modlitwy, itd. I ostatnio zadala zrobienie zadan podsumowujacych kilka rozdzialow podrecznika (i to jakich, kuffa, rozwiazanie jednej krzyzowki zajelo mi z dziecmi ponad pol godziny, taka byla cholernie trudna), a do tego nauczenie sie pierwszych dwoch przykazan oraz tekstu spowiedzi. Problem w tym, ze dzieci komunijne mialy dostac pakiety z wydrukiem wszystkiego, co musza umiec. Na ktoryms z wczesniejszych listow bylo tez napisane, ze dzieciaki dostana jakis specjalny, uproszczony wydruk przykazan. I tym razem, na podpunktach pracy domowej, obok przykazan, w nawiasie znow bylo napisane jak byk, ze z wydruku (ktorego dzieci NIE dostaly!). Troche sie zagotowalam, kiedy to zobaczylam. Przykazania znalazlam w podreczniku, ale skoro dzieci mialy otrzymac jakas inna wersje, nie chcialam uczyc ich Potworkow, zeby potem nie mieszac im w glowach. Zadanego tekstu spowiedzi sw. w podreczniku nawet nie bylo, a ja po angielsku oczywiscie go nie znam. :O Spytalam Potworki o te wydruki, a oni odpowiedzieli, ze pani powiedziala, ze da nastepnym razem. Zastanawialam sie dlaczego wobec tego to zadaje juz teraz, ale machnelam reka. Mam dosyc wazniejszych spraw na glowie. I dochodzimy do sedna. Pani nie dala zadnego wydruku, z ktorego dzieci moglyby sie uczyc, ale, uwaga! Odpytywala z przykazan i to nie sama tresc, ale tez znaczenie! :O A Nik wyszedl wkurzony (na mnie, no jak by inaczej), bo chyba jako jedyny sie odezwal, ze nie dostali wydruku, a pani skomentowala to cos w stylu, ze trzeba troche pomyslec! :O Co za bezczelna baba... A wszystkie wydruki Potworki dostaly akurat tego dnia, tylko, ze o dwa tygodnie za pozno. :/

A we wtorek rano... zaspalam! O 7 rano jak zwykle zadzwonil budzik, wylaczylam go (drzemki nigdy nie ustawiam, bo zwykle nie jest mi potrzebna) i... zasnelam! Wydawalo mi sie, ze tylko sobie przysnelam na moment, siegnelam po komorke, a tam 7:57! O kurna! Troche bylo biegu, bo do szkoly Potworki musza dojechac miedzy 8:45 a 9:00. Normalnie celuje w ta wczesniejsza pore, ale tym razem dojechalismy bodajze 8:56, wiec na ostatni gwizdek. Ale zdazylismy! Dobrze jednak, ze Potworki nie jezdza teraz autobusem, bo ten przyjezdzal o 8:10 i za Chiny bysmy nie dali rady, chyba ze bez sniadania. :D

Ranek byl wiec dosc nerwowy. Poniewaz nadal smarkalam, nie pojechalam tego dnia do pracy, a za to odkurzylam i pomylam podlogi na dole. Oczywiscie, jak na komende, Maya wybrala sobie akurat ten dzien, zeby zarzygac pol kuchni (co ten kudel znow zezarl?!), a przez reszte dnia sie posikiwac. Nie wiem co jest z tym jej sikaniem. To nie tak, ze ona nie wytrzymuje, przysiada i sika. Jej mocz sam wycieka kiedy lezy sobie, albo spi... Odkad zdarzylo jej sie to pierwszy raz 1.5 roku temu, powtarza sie co kilka miesiecy. Dwa, trzy dni takiego "wycieku", a potem znow na jakis czas spokoj. Kie licho? W kazdym razie, poniewaz akurat mylam podlogi, zostawilam wiadro z plynem oraz mopem i caly dzien co chwila scieralam kafle od nowa... :/ 

Potworki znow konczyly o 13:15 i tym razem po poludniu byla moja kolej zeby usiasc do wirtualnych wywiadowek. Zazwyczaj o tej porze mam raporty semestralne Potworkow (tutaj sa 3 semestry), ale w tym roku (kiedy nic nie jest "normalne") beda one jednak solidnie opoznione i dostane je dopiero prawie w polowie grudnia. Nie bardzo mialam wiec do czego sie odniesc, szczegolnie, ze Potworki w tym roku nie maja zadawane pracy domowej, ani nie przynosza do domu rozwiazanych testow. Nie wiem nic o tym, co robia w szkole, a dzieciaki oczywiscie opowiadaja o tych ciekawszych zajeciach, eksperymentach, itd., a nie o matematyce czy pisaniu. ;) Posluchalam wiec tylko co nauczycielki maja do powiedzenia. O Niku uslyszalam same superlatywy, mimo, ze czesto zagaduje kolegow. Zawsze jednak przyjmuje upomnienie z pokora. Jest przyjacielski, nigdy nikomu nie dokucza, chetnie kolegom pomaga. Doskonale czyta, swietnie pisze (sama zauwazylam, ze "spelling" wychodzi mu lepiej niz Bi), dobrze rozumie tez koncepty matematyczne, ktore akurat przerabiaja, choc oczywiscie spieszy sie i robi "glupie" bledy. W naszej podstawowce jednak, po pierwszym sprawdzeniu, nauczyciele oddaja prace i dzieci maja szanse poprawic bledy. Ja, przyzwyczajona do polskiego tluczenia do glowy, ze jak zrobiles blad, to twoj problem, albo nauczysz sie uwazac, albo jestes tlumokiem, troche na te "poprawki" przewracam oczami, ale fakt, ze dla takiego dzieciaka jak Nik, ktore zadania wykonuje "na wyscigi", to zbawienie, bo za drugim razem juz wiekszosc zadan rozwiazuje bezblednie. :) Z Bi jej wychowawczyni rowniez jest bardzo zadowolona. Bi przyklejona jest oczywiscie do swojej przyjaciolki, ale bawia sie w wekszej grupie, wiec to nie tak, ze ma tylko te jedna kolezanke. Zazwyczaj radzi sobie swietnie z matematyka, choc w tym roku mieli dzielenie i tu napotkala na jakas mentalna "przeszkode" i nie mogla zalapac. Wypracowala sobie jednak w koncu swoja wlasna strategie i potem juz poszlo. ;) Mysle, ze Starsza moze byc jak ja w szkole podstawowej i sredniej. Szczegolnie w liceum wiedzialam juz, ze raczej na pewno :D jestem humanistka. Pamietam wlasnie, ze czasem jakis dzial matematyki zalapalam natychmiast i lecialam na samych 5-kach, a czasem za cholere nie moglam skumac i ledwie zaliczalam na te troje (na szynach :D). Poza tym Bi czyta na typowym poziomie IV klasy, choc teraz, bez odrabianych lekcji, nie wiem jak jest z jej rozumieniem tekstu, bo w zeszlym roku to z tym miala najwiekszy problem. Za to jej wychowawczyni jest zachwycona jej pisaniem i powiedziala, ze na raporcie planuje z czystym sumieniem wpisac Bi za czytanie E (od "exceed", czyli ze Starsza przekracza w tym wzgledzie poziom IV klasy). I nie chodzi o sama pisownie, bo "spelling" (troche jak nasza ortografia) u Bi lezy i kwiczy, ale o same formuowanie opowiadan oraz slownictwo. Bi tworzy obecnie cala serie google mini-ksiazek o przygodach... Mai (naszego siersciucha) i uzywa naprawde swietnych porownan i sformuowan. Mysle, ze klania sie tu czytanie jej od malego ksiazek. To nasz wieczorny rytual i najgorsza kara jest jesli pogroze, ze nie bede wieczorem czytac... ;) Ogolnie jestem z postepow Potworkow bardzo zadowolona i mam nadzieje, ze szkoly pozostana otwarte jak najdluzej, bo samej, przy pracy i domu do ogarniecia, ciezko bedzie mi dzieciom pomoc czy wytlumaczyc cokolwiek na takim poziomie, jak w placowce. 

Nadeszla sroda i w koncu caly dzien w szkole dla Potworkow. I tak sie do niej w najblizszym czasie nie nachodza, bo w tym tygodniu w poniedzialek i wtorek konczyli wczesniej, a w nastepnym tygodniu, we wtorek znow beda mieli skrocone lekcje, a od srody juz przerwe na Thanksgiving... Moj malzonek zas ma jakis szosty zmysl, albo niesamowitego farta, bo tak jak ostatnio, przyjechal do domu wczesniej, zdmuchal na brzeg ulicy liscie zalegajace na frontowym trawniku i tego samiutkiego popoludnia przyjechaly ekipy z miasta, zbierajace kupy lisci. Normalnie jakby wiedzial, ze tego akurat dnia przyjada! :O :D

Poza tym w srode Potworki mialy basen. Bi oczywiscie usilowala ugrac zostanie w domu, tym razem  biorac nas na litosc. Twierdzila oto, ze na przerwie spadla z hustawki, nabila sobie guza i teraz boli ja jak rusza glowa, wiec nie moze plywac. ;) Nie powiem, guza chyba faktycznie miala, bo jeszcze wieczorem, kiedy przytrzymalam jej lepetyne zeby ucalowac ja na dobranoc, syknela, ze "glooowa!". Zauwazylam jednak, ze niby trzymala glowe sztywno i prosto i co chwila wzdrygala sie, ze "au, boli", ale momentami sie zapominala i ganiala za Kokusiem, pochylala do psa i jakos jej nie bolalo. ;) Nie dalam sie wiec nabrac na jej numery i zabralam panne na trening.

Chwila przedtreningowej zabawy

Jak sie mozna domyslic, Bi plywala bez problemu, choc nie zalozyla czepka ani gogli, twierdzac, ze ja cisna i guz ja boli. Efektem byly potwornie podraznione, zaczerwienione oczy, ale jakims "cudem" dziewcze po treningu dalo rade jeszcze poszalec w basenie, a dopiero potem zaczelo narzekac, ze oczy ja pieka. Tiaaa... ;)

A wieczorem... Nik zaczal smarkac. :O Czesciowo oczywiscie mogla to byc woda nabrana do nosa na basenie, ale smarczal naprawde solidnie i kichal raz za razem, wiec podejrzewam, ze jest kolejny w kolejce do wirusa zlapanego przez Bi i "sprzedanego" mi. Oby tylko obszedl sie z Kokusiem tak lagodnie jak z nami. Bi juz wlasciwie na trzeci dzien byla zdrowa, a mnie po czterech pozostalo tylko poranne "zapchanie".

Kolejnego dnia, czyli w czwartek, Kokusiowi katar przeszedl. Znikl po prostu. To juz ktorys raz z kolei kiedy po basenie mial Niagare z nosa, zrezygnowana szykowalam sie na dlugie leczenie przeziebienia (szczegolnie teraz, kiedy mial pelne prawo sie ode mnie zarazic), a po jednym dniu... nic. Jak kolejny raz dopadnie mnie zapalenie zatok, chyba w miare kuracji musze pojsc na basen. Najwyrazniej to swietny sposob zeby dokladnie owe zatoki przeczyscic. ;) Poza ta "sensacja", dzien jak codzien. Dzieci w szkole, M. w pracy, ja w domu. Planowalam podjechac rano do pracy na godzinke, ale kiedy zobaczylam -4 stopnie na termometrze, odechcialo mi sie i zaszylam sie w ciepelku. :D I tak swoje odstalam potem pod szkola, czekajac na dzieci. Na szczescie do tego czasu temperatura podniosla sie i to "az" do 6 stopni. ;)

Po szkole pedza na plac zabaw jak gdyby nie bawili sie na nim podczas przerwy kilka godzin wczesniej. Czasem modle sie o deszcz, zeby moc ominac te "przyjemnosc" ;)

Po obiedzie Potworki siadly do lekcji z Polskiej Szkoly i czesci zadan z religii, a potem popedzilam z Bi na trening. I to "popedzilam" doslownie, bo wiedzac z doswiadczenia, ze Potworki ociagaja sie z przebieraniem i traca czas wyglupiajac sie i ganiajac z golymi tylkami po domu, kazalam sie Bi przebierac z odpowiednim zapasem czasowym. A potem okazalo sie, ze na basen dotarlysmy prawie 15 minut przed treningiem. ;) W samochodzie oczywiscie musialam uslyszec, ze to plywanie to takie okropne i nudne jest, ale potem panna juz nie jakos nie zglaszala pretensji... ;)

Znow chwila relaksu przed treningiem

Nie mowilam tego Bi, ale wkrotce moze spelnic sie jej marzenie i druzyna plywacka znow bedzie musiala zawiesic dzialalnosc. :( Gubernator naszego Stanu mial tego dnia wystapienie, w ktorym okreslal dalsze plany na walke z pandemia. Niemal wszystkie miasta i miasteczka w Stanie sa juz w czerwonej strefie (wlaczajac w to nasze). Wszystko moze sie oczywiscie zmienic nagle i bez ostrzezenia, ale poki co gubernator nie planuje nakazac zamkniecia wszystkich szkol, tak jak odbylo sie to w marcu. Teraz ma zostawic wolna reke zarzadowi kazdej miejscowosci. Co lepsze, te miejscowosci, ktore zdecyduja sie szkoly zamknac, maja stracic dodatkowe dotacje, przyznane z racji przystosowania warunkow w placowce, do dzialania w czasie pandemii. Licze na to, ze bedzie to calkiem skuteczny "straszak". ;) W mojej miejscowosci ilosc przypadkow osob zakazonych w szkolach jest narazie niewielka (kilkanascie od poczatku roku szkolnego), mam wiec nadzieje, ze zarzad miasteczka pozostawi je otwarte jak najdluzej. Niestety, gubernator zawiesil od poniedzialku do polowy stycznia dzialanie klubow oraz druzyn sportowych. Poki co nie ma konkretnych wytycznych, oprocz tego, ze zarzadzenie dotyczy druzyn licealnych (high school). O jakie prywatne "kluby" zas chodzi, nie wiadomo. Nie wiem wiec czy druzyna plywacka Potworkow, ktora trenuje na terenie silowni i w tym roku nie ma miec zawodow, zostanie oszczedzona, czy nie. Nie mam tez pojecia, co z potencjalna gimnastyka dla Bi (nad ktora nadal debatuje) oraz szermierka Kokusia, na ktora Mlodszy strasznie chce chodzic...

W piatek gubernator mial wydac oswiadczenie wyjasniajace to i owo co do zakazu. Przeczytalam jego streszczenie i serio, to dalej jestem "glupia". Po prostu poczekam na decyzje klubow. Jak zawiesza zajecia, to zawiesza. Na szermierke w kazdym razie Kokusia zapisalam, bo akurat zaczynaja sesje za tydzien. Zajecia co prawda odbywaja sie w poniedzialki oraz srody, czyli kiedy Mlodszy ma plywanie, ale ze sesja szermierki jest dziwna, bo tylko 2-tygodniowa, stwierdzilam, ze nic mu sie nie stanie jesli omina go 4 zajecia. Za to bedziemy znow jezdzic w soboty, chyba ze basen zamkna i dylemat z glowy. ;)

Co jeszcze...

Tak jak napisalam ostatnio, nie trzeba bylo dlugo czekac i jedna z Fejsowych znajomych kilka dni temu pokazala udekorowana choinke:

Kocham klimat Bozego Narodzenia, naprawde, ale choinka w polowie listopada, to jednak mocna przesada... :D

"Wodopoje" z kofeina rowniez sprzedaja ja w juz swiatecznych kubkach:

Jak dla mnie to kubki powinny byc czerwone, ale wtedy nie pasowalyby do logo firmy ;)

 Dostalam tez w koncu zdjecia szkolne Potworkow. Oboje wyszli oczywiscie (;P) pieknie, choc fryzura Kokusia... Popatrzcie same:

Bi zaparla sie i nie rozpuscila wlosow, a Nik... Wierzcie mi, ja go rano tak nie uczesalam... Sam sie ulizal przed zdjeciem, szkoda tylko, ze zapomnial, ze na prawym boku wlosy mu stercza na sztorc... :D

Post w przyszlym tygodniu moze byc opozniony, z racji, ze przez Thanksgiving dzieciaki beda wiecej w domu (a Bi teraz juz co chwila zaglada mi przez ramie, dopytuje co pisze i nie daje sie latwo zbyc :D), ze o malzonku juz nie wspomne. Ciezko bedzie cokolwiek uwiecznic az wszyscy znow wybeda z domu. ;)


 

Happy Turkey Day!!!

8 komentarzy:

  1. I niby nic a znów dużo spraw;))
    Szkolne zdjęcia super! Fryzura Kokusia bardzo wesoła:))
    U nas nic nie jest otwarte z dodatkowych rzeczy - ani baseny, ani kluby. Nic...
    Miłego świętowania:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Niby nic nowego się nie działo, ale i tych codziennych spraw jak zwykle było u Was sporo.
    Pięknie dzieciaki wyszły na tych zdjęciach :)
    U nas na razie szkoły są zamknięte, basen dodatkowy działa, ale też pytanie jak długo, bo cały czas to wszystko rośnie. Oliwka bardziej panikuje co z jej urodzinami niż ze szkołą, ale sama przyznaje, że fajnie się uczyć w domu, ale jednak wolałaby chodzić normalnie do szkoły.
    Fajnie, że macie takie informacje jak idzie dzieciom nauka, bo my nic nie wiemy. Człowiek tylko bazuje na tym co widzi, a wiadomo, że też nie wszystko w domu można zaobserwować. Fajnie się czyta opisy, że Nik z Bi sobie tak świetnie radzą w szkole :)

    OdpowiedzUsuń
  3. O matko, co za nuda! Nie wiem od czego zacząć... Jak zwykle ;)
    Zacznę od dzieci, straszne słodziaki na tych szkolnych zdjęciach :) Bi to już taka panienka... A fryzura Nika ujdzie, jest po "Nikowemu" ;)
    I gratulacje dla dzieciaków, fajnie się czyta o takich postępach. Mama musi pękać z dumy ;) A Bi to widocznie lubi pisać po mamusi!
    Śmieszne jest to, że dzieci mogą latać na basen, religię, a w bibliotece oddają Wam książki w taki sposób, niech jeszcze na kij je zamontują... Żeby zacgować odpowiedni dystans.
    No i mam jednak nadzieję, że Was nie pozamykają. Miło się do Ciebie wpada i czyta o takim praktycznie normalnym funkcjonowaniu, tylko z wizją masek w tle.
    A co do choinek, to ja też bardzo lubię klimat świąteczny, ale listopad też mi nie podchodzi... U nas to praktycznie cały grudzień jest w klimacie świątecznym. W tym roku planuję zrobić dla Misi kalendarz adwentowy z zadaniami na każdy dzień. Jestem ciekawa jej reakcji :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zdjecia dzieci ze szkoly: prze-cu-dow-ne!
    U nas w NC tez sa nastroje przed-lock-down-owe.
    Zobaczymy, co sie z tego strachu/stressu urodzi.
    Ja juz naprawde jestem tym nonsensem b. zmeczona.

    OdpowiedzUsuń
  5. Zdjecia dzieciaczkow swietne. Bi jest bardzo urodziwa dziewczynka, bedzie miec wielu adoratorow, a Nik jak to Nik. Najlepiej po swojemu :-)
    Super, ze u was jeszcze jakos w miare normalnie. My ostatni tydzien w najmocniejszym lockdownie od marca i juz ludzi strsza, ze jak w Swieta sie zaczna spotykac z rodzina to znowu beda musieli zaostrzyc restrykcje. Jak wiezien normalnie. Kiedy ta cala szopka sie skonczy???! A choinka w listopadzie? Nie, no nie. My z reguly kupujemy w okolicach drugiego tygodnia grudnia.
    Milego weekendu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja tez czekam, choć już dziś wiem, ze u nas 2021 tez zacznie się jebanym aresztem domowym ..
    Malo mnie tu ostatnio, przez utrudniony dostęp. Powoli nadrobię, wpadłam aby nie zapomnieć jak wyglądacie!
    Gratulacje dla Potworkow!!!! 👌👌
    Śliczne zdjęcia, buziaki do poczytania.

    OdpowiedzUsuń
  7. Potworki są tak urocze, że nawet wicherek na zdjęciu nic nie odejmuje Kokusiowi. Mi się przypomniało, jak Tata mnie obciął, a na drugi dzień w przedszkolu robili zdjęcia. Ząbki na mojej grzywce wyglądają cudownie.
    Foliówka w bibliotece niezbyt, ale fajnie, że macie otwarty ten przybytek. Nasza lokalna zamknięta na głucho, a mogłaby podobne rozwiązanie wprowadzić, zwłaszcza, że mają sporą obsadę i system rezerwacji. Co prawda sporo wypożyczyliśmy, ale powoli zapasy się kurczą. Uratowała nas za to mała biblioteka z sąsiedniej gminy, która bez problemu wypożycza na telefon. Okazuje się, że wystarczy chcieć.
    Fajnie, że macie sąsiadów różnych kultur. Potworki mogą poznawać różne zywczaje, a jeszcze fajniej, że mogą w nich aktywnie uczestniczyć.
    Dużo sił i zdrowia dla Was

    OdpowiedzUsuń
  8. Agata! Miniony tydzień był nudny?! Ja mam wrażenie, że u Was nigdy nie ma nudy :D
    Ślicznie wyszli na tych zdjęciach, i to piszę ja- obiektywna "ciocia" z inernetu!
    Wielokulturowość jest fajna, a Oni chłonąc ją od małego tylko zyskują! Choinka w listopadzie?! To powinno być zakazane :D Ja już po tylu latach przywykłam do reklam i dekoracji w listopadzie, ale u nas najbardziej drażni to Lilę. Jej komentarze są super, kiedy ogląda telewizję haha. U nas biblioteki zamknięte. Nie wiem czy wszystkie, ale te nasze niestety tak.

    OdpowiedzUsuń