piątek, 11 września 2020

Areszt domowy polowiczny, tydzien #26

Polowiczny, bowiem nie tylko na weekend wyjechalismy, ale jeszcze byl to weekend z serii "dlugich". :)

Super bylo wyrwac sie z chalupy, nawet jesli tylko na 3 dni (a konkretniej dwa pelne i dwie polowki ;P)!!! Od razu wszystko nabiera innej perspektywy i nawet idiotyczny uklad ze szkola az tak nie stresuje. Wrecz przeciwnie, doszlam do wniosku, ze skoro mojemu szefowi zbytnio nie wadzi, to mi nawet pasuje. Dwa dni w zeszlym tygodniu, kiedy Potworki wyruszyly w szkolne mury, pokazaly mi, ze po szesciu miesiacach spedzonych razem, zwyczajnie... tesknie, kiedy ich nie ma! Tak sie przyzwyczailam iz praktycznie caly czas spedzamy razem, ze nie moglam sie odnalezc i czekalam tylko, zeby juz pojechac odebrac ich ze szkoly! I ciesze sie, ze teraz tydzien beda w domu, kolejny tydzien w szkole, a jeszcze nastepny znow w domu. Traktuje to jako czas przejsciowy, ktory pozwoli mi (i bez watpienia im) przywyknac do nowej - starej sytuacji. A jak bedzie pozniej, zobaczymy, bo po tych trzech zamiennych tygodniach, wszystkie dzieci maja wrocic do szkoly juz na stale, choc to bedzie zalezalo oczywiscie od jasnie nam panujacej korony...

A jak bylo na kempingu?
No jak to jak, swietnie!

Nasz maly, prywatny kawalek lasu. I pomyslec, ze na poczatku wariactwa z korona w tle, zamknieto wszystkie kempingi. Powiedzcie, korzystajac z wlasnej lazienki, gdzie i od kogo moglibysmy sie tam czyms zarazic?!

Nawet jesli caly piatek oraz wiekszosc soboty odzywalismy sie z malzonkiem do siebie zdawkowo, wymieniajac jedynie niezbedne uwagi. ;) Potem jakos lody zostaly przelamane i reszta wypadu minela juz normalnie. Zreszta, poniewaz byl to dopiero drugi (i prawdopodobnie ostatni, chlip) kemping w tym roku, fajnie byloby nawet przy padajacym ciagle deszczu i gdybysmy kompletnie sie do siebie nie odzywali. ;) Tymczasem cisza malzenska jednak sie skonczyla, a pogode mielismy jak marzenie! Naprawde malo kiedy tak nam sie trafia. Calutkie 3 dni praktycznie bezchmurnego nieba! W piatek temperatura 28 stopni, w sobote i niedziele 26 i dopiero w poniedzialek odrobine chlodniej - 24. W nocy 16-17, wiec przyjemnie do spania, ale bez szczekania zebami o poranku. :)
Nowa przyczepka spisala sie na medal. Po wysunieciu boku, robi sie w niej naprawde przestronny pokoj, choc uczciwie przyznaje, ze wszystko jest kwestia przyzwyczajenia, a ze apetyt rosnie w miare jedzenia, za rok - dwa, pewnie stwierdzimy, ze jednak nadal nam ciasno. ;)

Tak wyglada z zewnatrz wysuniety bok. Troche sie boje, ze ten mechanizm szlag kiedys trafi i bedzie numer. ;) Widac tez przyciemniane okna, o ktorych bede pisac dalej

Tak samo bylo przeciez po kupnie poprzedniej przyczepy. Wy pewnie nie pamietacie, ale przed nia mielismy inna, mniejsza. Kiedy wymienilismy ja na nowa, wydawalo nam sie, ze o jacie, ile miejsca! Teraz znow mamy wrazenie, ze wiecej przestrzeni nam nie trzeba, ale ja wiem, ze to tylko kwestia czasu. ;)
W kazdym razie na obecna chwile wydaje nam sie, ze kempingujemy w luksusie, choc oczywiscie nie bylabym soba, gdybym nie znalazla sobie paru powodow do pomarudzenia. ;) Nowa przyczepa ma duzo wiecej polek, szafeczek oraz schowkow i to oczywiscie jest super, ale! No zawsze musi byc jakies ale... :D Wszystkie te schowki oraz szafki sa duzo mniejsze niz w starej przyczepie! Nie jest to oczywiscie jakas wielka tragedia, ale juz przy pakowaniu zgrzytnelam pare razy zebami, bo musialam od nowa wszystko jakos rozlokowac. Szczegolnie dotkliwie doskwiera mi brak wielkiego schowka pod lozkiem. Teraz materac podnosi sie do gory, a pod nim stoi kanapa, wiec nic nie da sie tam juz schowac. A ja lubilam miec jedna ogromna skrytke na dywan przed wejscie, lezaki oraz inne takie, jak mop, miotla, itd. Wiekszosc z tych rzeczy musialam przeniesc do zewnetrznych schowkow, w tych jednak rzadzi M. i nie dosc, ze dyktuje co gdzie ma lezec, to jeszcze uparcie zamyka je na klucz! Nawet nie wiecie jak mnie wkurza kiedy ide po mopa, szarpie za te cholerne drzwiczki i... kurna zamkniete! No i po ch*ja wafla?! Rozumiem w czasie drogi, zeby sie nie otworzyly podczas jazdy, ale jak juz stoimy na kempingu?! Kto polakomi sie na, kurcze blade, mopa?!
To byla jedna z wkurzajacych mnie rzeczy. Druga to taka, ze nowa przyczepa jest owszem, przestronniejsza, ale jest w srodku duuuzo ciemniejsza. Okna ma sporo mniejsze, a jeszcze w dodatku przyciemniane. Zaleta jest to, ze dopoki wieczorem nie wlaczy sie swiatla, nie ma szans zeby ktokolwiek zajrzal do srodka, no i slonce mniej nagrzewa wnetrze. Powoduje to jednak, ze wewnatrz jest naprawde ciemnawo i dziwie sie, ze producent nie pomyslal o tym i nie zamontowal na srodku okna dachowego. Jest takie w lazience i pieknie ja rozswietla. A w glownej czesci ciemno jak w grocie i srodku dnia trzeba zapalac lampe...
Oczywiscie te dwie wady to nie jest cos, przez co pozbylabym sie przyczepy i czesc, nie mniej czasem irytuja... ;)

Tu widac, ze na dworze jasno, a w srodku zapalona lampa, bo ciemno... No i macie widok na wysuniety bok od srodka ;)

Poza sama przyczepa, dwie inne rzeczy uparly sie zeby nas wkurzac podczas wyjazdu. Po pierwsze - osy. To juz ktorys raz z kolei na tym polu kempingowym o tej porze roku i zawsze jest z nimi utrapienie. Pchaja sie do auta, wpychaja do przyczepy... Normalnie kraza po dwie - trzy przy drzwiach, szukajac wejscia! Potworki przerazone, w ktoryms momencie zaparly sie, ze nie wyjda na zewnatrz i juz. ;) Nie mowie o jedzeniu, ale nawet ksiazki nie moglam spokojnie poczytac na zewnatrz, bo zaraz jakas uparcie zaczynala przy mnie krazyc! :/ Na szczescie jakims cudem zadne z nas nie zostalo uzadlone, choc az sie dziwie.
Po drugie, obok nas rozlozyla sie jakas wieksza grupa. Zajeli trzy przylegajace do siebie miejsca i utworzyli cos w rodzaju namiotowej wioski. ;) Ktos z tej grupy przyjechal z malym dzieckiem, ktore dawalo co i rusz koncerty niezadowolenia. Szczegolnie czeste byly one niestety wieczorem i... w srodku nocy. Pierwszego wieczora bylam jeszcze pelna wspolczucia, myslac, ze mam do czynienia z niemowleciem i zastanawiajac sie po jaka cholere rodzice brali takie malenstwo pod namiot. Kolejnego dnia udalo mi sie wypatrzyc jednak, ze maluch mial juz spokojnie ze dwa latka, biegal, gadal i wydawal sie calkiem rozumny. Mial jednak ewidentnie problem ze snem w nowym miejscu i glosno protestowal. I tu nie kumam podejscia rodzicow dzieciaka. Mlode ryczy, najpierw jeczaco-zawodzacym tonem. Nikt najwyrazniej nie reaguje, bo maluch wyje i wyje, coraz glosniej i wscieklej, w koncu przechodzac w histeryczny ni to placz, ni to pisk. Teraz juz ryk wyraznie brzmi wsciekloscia dzieciaka i... nic. Jego rodzice albo maja bardzo twardy sen, albo ostro zakrapiali z dalsza rodzinka, albo uparli sie, ze przeczekaja wrzaski malolata i koniec. Mozecie jednak sobie wyobrazic jak to wygladalo. Mlody drze sie w namiocie, jestesmy w lesie, echo niesie, ze hej! Ja w przyczepce spac nie moglam przy jego wrzaskach. Jak znosili to inni biwakowicze, ktorzy spali w namiotach? A rodzice malucha, niczym swiete krowy, najwyrazniej mieli to gdzies... :/

No ale... Jakos sie wytrzymalo. ;) Poza utyskiwaniem na osy, wrzeszczace po nocach dzieci,  ciemnosci egipskie panujace w przyczepie oraz na schowki zamkniete na klucz, co jeszcze porabialismy?
Wlasciwie to niewiele. Bylo dosc dlugie spanie (to dla mnie) podczas gdy ojciec ogarnial Potworki. W nowej przyczepie ubrania dzieci ulokowalam w takim miejscu, ze sami dosiegna (w starej znajdowaly sie nad moja glowa, wiec od rana jeczeli, zebym wstala i podala im bluzki i spodenki ;P), wiec mlodziez rano sama wybierala sobie co chciala zalozyc i kiedy zwlekalam sie z loza, oni juz w pelni ubrani, buszowali po kempingu. ;) Pozniej leniwe sniadanie, kawa dla rodzicow, a potem to juz rozgrywki w badmintona albo rowerowe przejazdzki. Pole kempingowe znajduje sie nad jeziorem, wiec codzien obwiazkowo zaliczalam z Potworkami plaze. To znaczy ja stalam i palilam kark na sloncu, a oni sie kapali. ;)

Jezioro przy kempingu

Woda byla bardzo ciepla, ale wial dosc mocny wiatr, wiec dzieciaki wychodzily trzesac sie z zimna. Oczywiscie nie bylo mowy zeby zrezygnowaly z chlapania. ;)
Poza jeziorem, kemping znajduje sie doslownie 3 km od oceanu. Bylismy tam (znaczy sie na kempingu) juz tyle razy, ale zawsze jakos trafiamy jeszcze w maju, lub wlasnie we wrzesniu, kiedy pogoda bywa rozna. I dotychczas jakos bylo albo chlodno, albo deszczowo, albo i jedno i drugie. :) Czwarty rok kempingow i dopiero teraz pogoda dopisala na tyle, ze pomimo wrzesnia w kalendarzu, zabralismy sie nad ocean. ;)

Popoludniowa pora, jak widac plaza byla juz pustawa i fajnie

Po goracym lecie, nawet w tym woda byla, hmmm, znosna. :D Nie ciepla, ale tez nie tak zimna jak czasem bywa, ze czlowiek wejdzie po kostki, a one po chwili az bola. Teraz nawet dla mnie wydala sie calkiem - calkiem.

Kokus dyrygent lub "zaklinacz" fal :D

Wiatr oczywiscie urywal glowy, ale co dziwne, Potworkom bylo zimno w jeziorze, a nad oceanem, gdzie wialo duzo, duzo mocniej, zupelnie to nie przeszkadzalo. Zachwyceni wielkimi falami szaleli w wodzie do upadlego. Osobiscie stalam kilka metrow od nich, fale oblaly mi doope i w rezultacie zaraz trzeslam sie jak galareta i owijalam recznikami, zeby choc odrobine oslonic sie przed chlodem. ;)

Iiii... chlup! :D

Tak samo wygladala i sobota i niedziela - przejazdzki rowerowe po kempingu, wypadzik nad jezioro:

Jeziorko po raz drugi :)

Lunch, wypad nad ocean:
Kto sie dobrze bawi? ;)

Jakims cudem matka akurat na ten wyjazd nie miala okresu i wystawila blady cellulit na slonce :D

Najpierw bylo bieganie i skakanie przy brzegu, bo sila fal lekko oniesmielala...

Potem weszli juz glebiej i skakali przez fale zanim rozbily sie o brzeg

A rozmiar ich mogl przerazic :D

Jeszcze jakas przejazdzka, wieczorne ognisko, lulu. ;)

Strasznie lubie te wieczory przy ogniu...

Mai przydarzyl sie bardzo przykry wypadek. W sobote rano, biegnac na oslep za pileczka, wpadla prosto w ognisko, w ktorym musial byc nadal goracy popiol z poprzedniej nocy. Takiego skowytu nigdy nie slyszalam! :( Mimo to, co wieczor ukladala sie tuz przy ognisku... ;)

W poniedzialek rano odbylismy narade, zeby ustalic o ktorej chcemy sie zbierac. Teoretycznie, wymeldowac sie z kempingu nalezy jak z hotelu - o 11 rano. W praktyce jednak, wiemy z doswiadczenia, ze teraz, we wrzesniu, kiedy dzieci zaczely juz szkole, kemping pustoszeje i nie musza przygotowywac miejsca dla kolejnych biwakowiczow. To znaczy, istnieje oczywiscie ryzyko, ze akurat na nasze miejsce ktos przyjedzie i zacznie sie burzyc, ze nie jest opuszczone, ale umowmy sie, jest ono bardzo nikle. ;) Ustalilismy wiec z M., ze nie ma co sie spieszyc i nawet jak wyruszymy po poludniu, to i tak nic wielkiego sie nie stanie.
Taaa... Moj maz ma ewidentnie problem z relaksem. Jak ma cos robic (w tym wypadku: wracac do domu), to robia mu sie klapki na oczach i nic innego nie istnieje. Niewazne, ze malzonka chcialaby jeszcze poczytac ksiazke przy cwierkaniu ptakow, niewazne, ze dzieci chcialyby jeszcze poganiac po lesie, tym bardziej, ze ludzie powyjezdzali z rana i nagle otworzylo sie wokol tyyyle pustych miejsc do odkrycia. ;)

Nad samym jeziorem lezy ogromny glaz, ktoremu Potworki nie mogly przeciez przepuscic... :D

Pojechalam z Kokusiem na przejazdzke, wracam, a moj maz sie pakuje! Jest godzina 11. No jak to?! "No bo po co przedluzac, jak mamy jechac to trzeba jechac, a nie siedziec bez sensu". Tylko, ze to "bez sensu" dla mojego malzonka, to ostatnie chwile relaksu dla mnie i zabawy dla Potworkow! O maly wlos, a poklocilibysmy sie ponownie! ;)
Ostatecznie zabralam jeszcze Potworki na pozegnalne kapanie w jeziorku.

Jezioro po raz trzeci i ostatni :(

A potem, coz, bez entuzjazmu, ale rowniez zabralam sie za pakowanie przyczepy. ;) Zaleta takiego kempera jest to, ze oczywiscie nie ma az tylu rzeczy do skladania i upychania, trzeba jednak pozbierac wszystko, co lezy na blatach i pochowac do polek oraz szafek. W czasie drogi przyczepa mocno podrzuca i kolysze i w rezultacie wszystko, co lezy na wierzchu lata po calej przestrzeni. :)
Wyjechalismy w koncu okolo 13:30, a ze do domu mamy jakies 1.5 godziny (dwie z korkami ;P), to dojechalismy na tyle wczesnie, ze udalo mi sie rozpakowac przyczepe, wykapac na spokojnie dzieciaki i nawet wyczyscic nasz zielony basen. Tak, dno nadal jest zielone. ;) Jestem w kompletnej kropce. Mimo lania calej masy chloru oraz srodka glonobojczego, gloniska rosna sobie w najlepsze... No nic, mysle, ze w ten weekend i tak bedziemy zwijac ten interes. ;)

W nocy z poniedzialku na wtorek, Nik mial jakies rewolucje zoladkowe i dwa razy zrywal sie na kibelek. Juz mialam wizje jelitowki, ale dziecko obudzilo sie rano rzeskie i z apetytem na sniadanie. Kie licho? Matka za to, ktora wybudzona ze snu ma potem problem z zasnieciem, wstala niczym z krzyza zdjeta i ucieszyla sie z pustki w skrzynce mailowej, oznaczajacej, ze nikt z pracy nie chce od niej niczego pilnego. Zreszta, po kempingu musialam jeszcze ogarnac trzy ladunki prania.

Zawsze mnie zastanawia, ze po zaledwie trzech dniach moze powstac taka kupa prania, a to nawet nie wszystko, bo brakuje recznikow...

Potworki zas mialy w tym tygodniu szkole zdalna, oznaczajaca znajome: "Mama, meeting mi sie nie wlacza!", "Mama, pisze, ale nie wskakuja mi literki!", "Mama, nie ma glosu!", itd. Ciagle cos... ;)

Tak wygladaly lekcje w minionym tygodniu. "Australia" sie klania :D

W lazience zawisl kolejny element "wykonczenia", czyli obrazki na sciany. Nie macie pojecia ile ja sie napatrzylam na rozne wzory i grafiki! Malym wyzwaniem bylo to, ze w lazience sa przestrzenie na 3 scianach, kazda z grubsza o tym samym rozmiarze, celem bylo wiec, zeby obrazki do siebie pasowaly. W koncu wybralam te:







Chcialam, zeby mialy kolory zblizone do lazienkowych, ale jednoczesnie kapke czegos zywszego, bo lazienka jednak jest bardzo monochromatyczna: szaro - niebiesko - biala. Mysle, ze mi sie udalo i nawet M. zaaprobowal moj wybor, szok! :D
A tak w ogole, to chyba nie pokazalam Wam jeszcze obrazu, ktory wybralam na sciane w salonie. Zawisl juz jakis czas temu:


Druga sciana poki co jest pusta. Malzonek ma pomysl, zeby zawiesic tam plazme, ja sie opieram, bo tv w salonie mnie kompletnie nie pociaga i tak sciana stoi sobie gola... ;)

Sroda, 9 wrzesien, to dosc wazny dzien, bo oznacza rocznice mojej emigracji za ocean! To juz 17 lat! Nie moge uwierzyc, ze minela taka kupa czasu! Przylecialam jako mloda, "piekna", sympatyczna dziewczyna. W miedzyczasie mozna powiedziec, ze ulozylam sobie zycie, ale za to zmienilam sie w zgryzliwa stara babe z uparta oponka na brzuchu i celulitem na udach. ;)
W srode byl tez pamietny dzien dla Potworkow, bo po raz pierwszy w tym roku mialy trening na basenie w srodku! Co za wydarzenie! ;)

Jak na zlosc cala "akcja" dziala sie na drugim koncu basenu i nie mialam nawet jak pstryknac porzadnego zdjecia...

Smieje sie, ale dla dzieciakow to oczywiscie cos nowego, wiec na trening biegli w podskokach. Taka mala zmiana, a tyle radosci. ;) Dla mnie juz radosc jest mniejsza. Po pierwsze, na szczescie sa przy basenie krzeselka dla rodzicow, ale tylko 6. Poki co dzieci nadal jest malo, ale wiekszosc rodzicow deklarowala, ze wroca do druzyny we wrzesniu, wiec bedzie ich przybywac. Po jakims czasie pewnie bede musiala przyjezdzac grubo przed treningiem zeby zalapac sie na siedzisko. ;) Po drugie, poniewaz teraz jestesmy w srodku, musialam miec na gebie maseczke. Na basenie jest chyba ze 30 stopni i w dodatku wysoka wilgotnosc, wiec facjata spocila mi sie, ze nie wiem. :D A po trzecie, chyba najgorsze, Potworki (przoduje tu Nik) dotykaja na basenie, w przebieralniach oraz recepcji doslownie wszystkiego! I nie mowie tu o klamkach czy lawkach, bo na to wiekszego wplywu nie mam. Ale Nik potrafi zlapac za deske do plywania (a tak, dla zabawy), co jest wielkim "przestepstwem" teraz bo miedzy treningami te deski musza byc sterylizowane. Albo idac podotykac sobie kazdej mijanej sciany, polki, okna, tablicy, itd. Bi po czwartkowym treningu, po przebraniu sie, zasunela drzwi przebieralni, po czym zasunela drzwi we wszystkich pozostalych... Oszalec mozna! :/

Tak w ogole, to jeszcze we wtorek oraz srode mielismy upaly podchodzace pod 30 stopni. Potworki po zakonczeniu lekcji, wskakiwaly wiec do naszego baseniku, zupelnie nie zrazone kolorem wody ;)

Nik zapalal miloscia do tej pozy i jeszcze mruczy sobie pod nosem: "I'm a cool kid, yeah!" :D

W jednym z miasteczek w moim Stanie ogloszono, ze jeden z pracownikow szkoly jest zarazony koronawirusem, wiec zamykaja je na dwa dni zeby przesledzic z kim owa osoba miala kontakt i dokladnie wysterylizowac pomieszczenia. Ironia? Osoba ta pracuje w jednej z czterech podstawowek, a zamkneli wszystkie szkoly, podstawowe, gimnazjum, liceum... Rodzice wsciekli, bowiem rok szkolny zaczal sie w tym miasteczku we wtorek. Dzieci pochodzily dwa dni i bach! Od czwartku szkola wirtualna. Nie mowiac juz, ze zamkniecie wszysciutkich szkol z powodu jednego przypadku, szczegolnie przy nakazie noszenia maseczek, to juz gruba przesada... :/
Ja na szczescie tam nie mieszkam, ale oczywiscie przemykaja mi przez glowe obawy czy Potworki faktycznie pojda do szkoly w nastepnym tygodniu... :(

Czwartek byl nudnawy, znaczy sie zdalna praca, zdalna szkola, itd. Musze przyznac, ze w przeciwienstwie do tego, co dzialo sie wiosna, teraz nauczyciele faktycznie prowadza zajecia przez komputer. Swoja droga to podziwiam, bo co innego jest prowadzic je po prostu zdalnie, a co innego miec czesc uczniow w klasie, a czesc "na zywo" w kompie. Iwosiu to rzeczywiscie zaczyna przypominac te szkole w Australii. ;) Panie pilnuja zeby dzieciaki w domach sledzily co sie dzieje i np. we wtorek dostalam po poludniu maila od nauczycielki Kokusia, ze mlody wylacza kamerke kiedy powinien miec ja caly czas wlaczona. Co sie okazalo? Moj cwany syn stwierdzil, ze nudzi mu sie podczas lekcji wiec wyciagnal autka, ktorymi jezdzil sobie po biurku, zeby jednak pani tego nie widziala, wylaczyl sobie kamerke. Kurtyna. :D
Oczywiscie idealnie tez nie moze byc i tak w czwartek Nik nagle wola do mnie, ze nie moze wejsc na "meeting" (dzieciaki maja sie laczyc z nauczycielami o okreslonych porach). Patrze na zegarek i lapie sie ze glowe, bo Mlodszy mial sie polaczyc z nauczycielem w-f'u 20 minut wczesniej! I on teraz mi mowi, ze nie moze sie polaczyc?! Dostal oczywiscie zdrowy ochrzan, ale po pokazaniu mi, ktory to link mu nie dziala, po sprawdzeniu przeze mnie informacji wyslanych dzieciom przez pania, doszlam w koncu do tego, ze Nik wcale nie musial sie z nauczycielem tego dnia laczyc na zywo. Zaloze sie, ze i pan od w-f'u i wychowawczyni wyraznie to dzieciom objasnili i zapewne wiecej niz raz. Czyli jak zwykle, moje mlodsze dziecie jest nieogarniete i buja w oblokach. :D
Wieczorem pojechalam z Bi na trening grupy srednio-zaawansowanej. Starsza pojechala bez wiekszego entuzjazmu, raczej z rezygnacja, ale przynajmniej bez marudzenia. Upewnilam sie, ze wczesniej zjadla podwieczorek, trening byl wewnatrz wiec odpadal jek z powodu zimnej wody i... jakos poszlo. Nawet lepiej niz "jakos". Az jeden z trenerow sie smial, ze Bi tak broni sie przed ta bardziej zaawansowana grupa, a tego dnia prowadzila w swojej "lini". Dzieciaki byly bowiem rozdzielone wiekowo na dwie linie w basenie, a w kazdej grupce trenerzy po kilku przeplynieciach ustawiali dzieciaki pod wzgledem szybkosci, zeby na siebie nie wpadaly. I Bi zazwyczaj byla pierwsza, a spadala na druga pozycje tylko wtedy, kiedy celowo zatrzymywala sie, zeby przepuscic jakies dziecko za nia. Moja zazwyczaj ambitna corka twierdzi bowiem, ze nie lubi byc pierwsza. ;)

W czwartek dostalam tez maile od nowej nauczycielki Bi z Polskiej Szkoly oraz od jej trenerek pilki noznej (beda nimi dwie mlodziutkie dziewczyny, uczennice ostatniej klasy szkoly sredniej). Bi bedzie w druzynie ze swoja ukochana przyjaciolka, wiec jest pelna entuzjazmu. ;) Dzien wczesniej zamowilam Potworkom wypozyczane skrzypce, wiec pomalenku rok szkolny uklada sie i klaruje. Wkurzajace jest tylko, ze u Nika nie mam narazie wiadomosci kto jego bedzie uczyl w Polskiej Szkole. No i ta cholerna religia nadal w zawieszeniu... :/

W piatek z samego ranka dostalam maila od trenera pilki noznej druzyny Kokusia. Troche sie wkurzylam, bo facet wysyla maila rano, ze pierwszy trening odbedzie sie tego samego dnia! Halo, moze wypadaloby lekko uprzedzic?! Dodatkowo, godzina zostala wyznaczona juz na 15:45! W tym tygodniu to nie problem, bo Potworki sa w domu, ale kiedy sa w szkole, lekcje koncza o 15:15, a ostatnio wypuscili ich ze szkoly o 15:45! I jeszcze bedziemy musieli przebic sie na drugi koniec miasteczka, gdzie mieszcza sie boiska sportowe! Juz nawet nie mowie, ze nie usmiecha mi sie ciagac dzieciaka od razu po szkole, bez odpoczynku i jedzenia! No ale coz... Nie moja decyzja. Wiekszosc trenerow to wolontariusze, czesto rodzice trenowanych dzieciakow, wiec ustalaja godziny i dni tak, jak im pasuje. Pilka bedzie trwala tylko do pierwszego tygodnia listopada (chyba, ze przerwa sezon w polowie z powodu "korony", haha), wiec moze jakos przetrzymamy. ;)
Napisalam do trenera, uprzedzajac, ze prawdopodobnie bedziemy sie nagminnie spozniac, ale okazalo sie, ze nie ja jedna mialam z tym problem, bo kilka godzin pozniej wyslal zbiorczego maila, ze wiekszosc osob zglosila ze nie zdazy na trening, wiec przeklada go na 16:30. Uff, juz lepiej. Facet sam ma dwoje dzieci. Nie wiem, do szkoly nie chodza? :/

Z zupelnie innej beczki...
Piatek, jedenasty wrzesien. Dla Hameryki Dzien Patrioty, a dla mnie moja mala, smutna rocznica... Moje trzecie dziecko konczyloby 4 lata... Jesli zamkne oczy moge sobie wyobrazic blond wloski, niebieskie oczka, wesole, dzieciece seplenienie... Pewnie, tak jak jej/jego rodzenstwo, wlasnie zaczynaloby przedszkole...
Zostala pustka, ktorej nadal, po tylu latach, nic nie wypelnilo...

I tym, "optymistycznym" akcentem pora konczyc na ten tydzien. Milego weekendosa!

10 komentarzy:

  1. Agatko, przede wszystkim gratuluje 17 lat w Stanach. Mi w lipcu kopnely 16 lat w Irlandii. Kupa czasu. Obrazki w lazience pasuja idealnie I fajny mieliscie ten wypad na kampong pomijajac osy I malego placzka.
    Przykro mi z powodu twojej niezagojonej rany. Moze taki plan mial Pan Bog. Buziaki

    OdpowiedzUsuń
  2. Aleee super kemping! I woda! Echhh, musimy gdzieś wyskoczyć, zanim jesień się zrobi zimna :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Taka przyczepa to świetna sprawa jednak. Dla takiego włóczykija jak ja byłaby dobrym rozwiązaniem. Może kiedyś rozważę zakup. Cieszę się, że wypad się Wam udał. Trzeba korzystać z każdej nadążającej się okazji :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Już wiem po kim Bi ma takie bujne włosy. Po Mamusi! Dobrze że psinie nie stało się w tym ognisku nic poważnego. Bo ból musiał być okropny :( Nik i akcja z samochodzikami, przepraszam, ale padłam ze śmiechu 😂

    OdpowiedzUsuń
  5. Cieszę się, że wyjazd się udał! Obrazki w łazience super.

    ps. a co do Twojej smutnej rocznicy - przytulam wirtualnie - na zawsze już w sercu i myślach pozostanie taki aniołek...

    OdpowiedzUsuń
  6. Matka! Jaki ladny stroj!!
    Super, ze udal sie Wam ten wyjazd. Takich fal to ja dorosla bym sie bala a oni sobie ot tak skacza przez fale! Szok!
    Do Poznania lato wrocilo! A Klara chora.. oczywiscie lekarze nie przyjmuja 🤬 bo to tylko katar (a chyba od kataru kaszel). Lecze ja na razie inhalacjami.

    Co do smutnej rocznicy - przytulam. Probujecie dalej, czy odpusciliscie? Nie chcesz, nie pisz. Albo na priv na maila.
    Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
  7. Idealne zakończenie wakacji. Weszłam na laptop, żeby popatrzeć na Waszą przyczepę na większych zdjęciach. Świetna forma wyjazdów. Ostatnio przed snem Tygrys pytał mnie na co wydałabym jakąś tam sumę pieniędzy. Oczywiście nieosiąglną dla nas :). I jednocześnie stwierdziliśmy, że na przyczepę, choć pewnie przy takiej kwocie moglibyśmy zakupić wypasionego kampera i podróżować. Fajnie pomarzyć.
    Udanego roku (mimo wszystko) dla Potworków. Niech to wszystko jakoś układa się normalnie.

    OdpowiedzUsuń
  8. Jak tu czytam o urokach i wygodzie turystyki przyczepowej to coraz wieksza nachodzi mnie ochota, zeby tez w taki sposob pozwiedzac te nasza kochana Ameryke. Ale nigdy nas jeszcze nie bylo na takie cudenko stac, bo zawsze cos innego ma pierwszenstwo w wydatkach. A nowa przyczepa jest swietna - widac, ze wygodna i naprawde daje radosc wakacjowania. Gratuluje!
    Przypomnialo mi sie tez, ze po ostatnich amerykanskich wyborach prezydenckich, jakis polski polityk anty-Trumpowiec wypowiedzial sie doslownie: "Trump zostal wybrany glosami z przyczepy." - Twierdzil, ze w USA w przyczepach zawsze mieszka prymitywna biedota, ktorej nie stac na normalny dom/mieszkanie. Oczywiscie, ten przyglup najwyrazniej nie pojal, ze na calym swiecie moga istniec przyczepy mieszkalne (jak Wozy Drzymaly), dla biedakow, i fajne/drogie przyczepy turystyczne, uzywane jedynie na wakacje. Zartowalismy wtedy w domu, ze jako wyborcy Trumpa, musimy natychmiast kupic przyczepe i w niej zamieszkac, a nasz dom oczywiscie sprzedac. Moj malzonek jeszcze sie odgrazal, ze musi tez zaczac nosic na codzien zonobijke i przestac sie golic, zeby spelnic idealne wymogi prymitywa, glosujacego na republikanow.

    OdpowiedzUsuń
  9. Piękna ta przyczepa. Dzieci rosną, to i miejsca coraz więcej potrzeba :)

    U nas na razie szkoła działa, ale kilka w okolicy przeszło na nauczanie zdalne. Zobaczymy jak to dalej będzie, zwłaszcza jak zacznie się ten okres chorobowy.

    Z tym dotykaniem wszystkiego to znam aż za dobrze, bo to samo robi Jasiek. Nawet kurczę głupie drzewo i murek musi dotknąć

    OdpowiedzUsuń
  10. Apetyt rośnie w miarę jedzenia... A poza tym dzieci rosną i człowiek też się coraz wygodniejszy robi ;) Ale fajna ta przyczepa!
    Zabawa wśrod fal mega! Zazdroszczę ;)
    Łazienka prześliczna. Nam też się ostatnio zamarzył remont łazienki, ale sama nie wiem... ;P
    Przytulam mocno :*

    OdpowiedzUsuń