czwartek, 7 listopada 2019

Troche codziennosci i okragle urodziny

Znow troche sie podzialo i znow czasu jest malo na pisanie, komentowanie i odpisywanie. Za chwile w pracy powinno zwolnic, wiec niby go przybedzie... Z drugiej jednak strony, nawet jesli jest malo pracy, to biedny pracownik nadal musi przed szefem sprawiac wrazenie "zajetego", zeby temu ostatniemu przypadkiem nie przyszlo do glowy, ze ktos niepotrzebnie zajmuje etat... Takze, mniej pracy nie zawsze jest wprost proporcjonalne do ilosci czasu na obijanie sie. ;)

Co wiec ciekawego robily Potworki, a z nimi i ja, ostatnimi czasy?

Po pierwsze, w ogrodzie trzeba bylo ruszyc z porzadkami przed-zimowymi. Ociagalam sie z tym i ociagalam, bo poczatek jesieni byl zmienny i temperatury co i rusz skakaly w gore. To z kolei sprawialo, ze ogrodowa i doniczkowa roslinnosc wcale nie miala zamiaru "padac". Petunie w wiszacej doniczce przy frontowych drzwiach oraz te w doniczkach na tarasie, nadal kwitna w najlepsze. W zeszly weekend jednak w koncu przyszly nocne przymrozki, wiec duzo dluzszego zycia im nie wroze. ;) W warzywniku rosnie sobie nadal marchewka, szczypior (ten lada dzien tez powinien uschnac) oraz pietruszka. Tydzien temu nawet baklazany rosly jeszcze zielone i kwitnace, ale ze nie mialy szans wydac owocow, a wszystko inne padlo, M. po prostu scial je do ziemi... Skosil rowniez moje kosmosy, ktore nadal pieknie kwitly. Niestety, M. nie podziela mojej do nich milosci, bo rozrosly sie niesamowicie i wyzsze byly o ponad glowe ode mnie. I pomyslec, ze to te same kwiaty, o ktore martwilam sie, ze nie zakwitna! :O
Zanim warzywnik zostal zrownany z ziemia, zerwalam garsc pomidorow, ktore jeszcze zdazyly wyrosnac:

Jakies pomysly na zielone pomidory? ;)

Niestety, zdjecie jest z 26 pazdziernika, a pomidory nadal wygladaja tak samo. M. przewiduje, ze juz nie dojrzeja, ale poki nie gnija, trzymam je na poludniowym oknie, z nadzieja, ze jednak cos z nich bedzie. ;)

W tym tygodniu pracownicy z miasta maja tez przejechac i zebrac liscie, wiec tydzien temu cale sasiedztwo rozbrzmiewalo odglosem dmuchaw. U nas rowniez M. spedzil cale sobotnie popoludnie (nie przesadzam - od 11:30 kiedy wrocil z pracy, do 18:30, kiedy zrobilo sie ciemno) dmuchajac cale to "dobro" zrzucone przez drzewa. Potworki chetnie pomagaly grabiami:

Calkiem niezle im szlo :)

Podejrzewam, ze lubia to robic teraz, kiedy zupelnie nie musza. Za 4-5 lat zazadaja zaplaty. ;)

W ostatni weekend pazdziernika, wyjatkowo wczesnie w tym roku, nasi hinduscy sasiedzi zaprosili nas na obchody swieta Diwali. Piszac "nas" mam na mysli cala nasza rodzinke, ale M. oczywiscie nie poszedl. :/ Juz sama nie wiem, co mam z tym moim chlopem robic... Rok temu mial wymowke, bo urobiony byl po lokcie przy remoncie lazienki. W tym roku wymowki brak, wiec powiedzial (przynajmniej szczerze), ze mu sie nie chce, ze jest zmeczony bo wstal o 4 nad ranem i nie lubi hinduskiego zarcia. Wszystko zrozumiale, ale ja potem swiece za niego oczami, przepraszajac i tlumaczac (czyt. wymyslajac) dlaczego nie przyszedl. :/
W kazdym razie, nawet bez M., spotkanie bylo bardzo przyjemne. Poza mna i jeszcze jeszcze jedna Amerykanska para, byli sami Hindusi. :) A, w sumie nie, bo jedno malzenstwo bylo ze Sri Lanki, ale "wygladem" zupelnie nie odbiegali od reszty. ;)
Moja sasiadka probowala mnie oraz druga Amerykanke troche "dopasowac", wiec obie otrzymalysmy kropki na czola oraz szarfy. ;)

Ja to oczywiscie jedyna blondynka na zdjeciu ;)

Dzieciaki ganialy po calym, wielkim domu jak szalency, jedzac tylko suchy, bialy ryz. Ze Potworki wzgardzily czymkolwiek innym, to sie nie dziwie, ale ze te wszystkie male Hindusy? ;) Najwyrazniej tak samo, jak moje dzieci nie znosza polskiego zarcia (poza schabowymi ;P), tak i ich dzieciarnia musi dorosnac do smaku curry. :D
Ja za to obzarlam sie jak swinka i przyplacilam impreze niestrawnoscia. Ale warto bylo. :)
Pod koniec przyjecia, tak jak rok temu, gospodarze puscili dla dzieciakow fajerwerki oraz zapalili zimne ognie.

Huk, dym i iskry. Niektore, mlodsze dzieci, schowaly sie w garazu :D

Osobiscie bawilam sie wiec przednio, Potwory wyszalaly sie za wszystkie czasy, a kiedy wrocilismy o 21:30 do domu, okazalo sie, ze tata... spi na kanapie w salonie. :D


Od kilku tygodni "urabialismy" tez Kokusia, zeby dolaczyl do druzyny plywackiej, poki jeszcze Bi jest na poziomie podstawowym. W planach jest bowiem powolne namawianie jej, zeby przeszla moze jednak na wyzszy poziom. Jesli nie teraz, to moze od kolejnego "sezonu", ktory zaczyna sie w polowie lutego. ;)
Wracajac jednak do Nika. Mialam zawiesic jego zajecia na basenie az do wiosny, zeby uniknac zapalen ucha i straconych lekcji. Lekcje plywania odbywaja sie bowiem na zasadzie 6-tygodniowych sesji. Z ostatniej, przez kemping i choroby, Nik byl na... 3 zajeciach! :/ Wkurzylam sie wiec i uznalam, ze nie ma co go dalej zapisywac, az minie sezon chorobowy. ;)
Jak to jednak zwykle bywa, plany planami, a zycie zyciem. Oboje z M. poczynilismy obserwacje, ze Mlodszy niesamowicie rozwinal sie plywacko. Pisalam juz kiedys, ze nad stylem musi jeszcze popracowac, ale podczas lekcji przescigal wszystkie dzieciaki. Szkoda by bylo zeby przez zime wyszedl z wprawy, a tak niechybnie by sie stalo. Dodatkowo, martwie sie postura Kokusia. Wiele razy pisalam, ze dla mnie on sie wyraznie garbi, mimo, ze tutejsi pediatrzy zupelnie nie zwracaja na to uwagi. A jaki jest najlepszy sport dla miesni plecow? Plywanie oczywiscie! Postanowilam porozmawiac wiec z trenerami Bi, czy by Mlodszego nie wcisnac do poczatkujacej grupy druzyny. Maja oni tam kilkoro dzieci 6-, a nawet i jedno 5-letnie, pracuja wiec z nimi troche osobno, cwiczac style. Nik zupelnie od nich nie odstaje, a wrecz przeciwnie, radzi sobie lepiej niz niektorzy. Dodatkowo, duzyna plywacka dziala calorocznie i placi sie za nia stala sume niewiele wieksza niz lekcje, wiec nawet jesli przydarzy sie choroba, jest to bardziej oplacalne niz strata polowy sesji...
Oczywiscie nasze rozumowanie to jedno, a checi (lub ich brak) Kokusia to drugie. ;) Mlodszy zaparl sie, ze on nie chce i koniec. Na pytania dlaczego nie chce, dukal swoja zwykla wymowke: on sie boi. Tym razem chociaz jednak tlumaczyl jasno, ze boi sie bo w grupie jest duzo dzieci, a on bedzie nowy i beda dla niego wredni. Przekonywalismy, ze nikt nie bedzie mial nawet czasu byc niemily, bo treningi to ma byc plywanie, a nie zabawa i ze tam jest kupa takich malych dzieciakow jak on. Probowalam wlaczyc Starsza w zachete, pytajac: "Bi, w druzynie sa same fajne chlopaki, nie?", na co moja "niezawodna" corka odpowiedziala, ze ona w sumie nie wie, bo trzyma sie tylko z dziewczynami. :D
Dzieki, dziecko, wielkie dzieki za pomoc... ;)
W koncu jednak prosba i grozba, udalo sie przekonac Nika, zeby chociaz sprobowal. Pojechal ze mna na trening Bi i... 40 minut krecil sie wokol nie mogac przemoc sie, zeby wejsc do wody, poplakujac cichutko w rekaw (az zal mi biedaka bylo...) i marudzac, ze on chce, ale sie boi, ale jak nie sprobuje, to tata bedzie na niego zly... ;)
W koncu wszedl na ostatnie 5 minut! :O Cos tam poplywal, obiecal trenerowi, ze przyjedzie na nastepne zajecia, podobnie oznajmil z duma tacie kiedy wrocil do domu, ale kilka dni pozniej oswiadczyl, ze nie, jednak nie chce. Po prostu wziac i udusic dziada! ;) Na kolejne zajecia namowilam wiec M., zeby jechal z nami, bo moze jego Nik poslucha i wejdzie do wody na dluzej niz 5 minut. Tata niechetnie, ale jednak pojechal, po czym okazalo sie, ze zupelnie nie byl potrzebny... Nik bez problemu wskoczyl do wody i trenowal z dzieciakami cale 45 minut.
Obecnie przestal protestowac i wydaje sie, ze druzyna plywacka sprawia mu przyjemnosc... Od czasu do czasu ma lekki kryzys. Tak jak przed ostatnim treningiem, kiedy nagle rozryczal sie, ze "sa jakies nowe dzieci!". A te "nowe dzieci" to byla jedna dziewczynka! Ktora zreszta w druzynie jest od poczatku roku szkolnego, tylko miala najwyrazniej przerwe. Dziewcze jest co prawda sporo starsze, ale jest dosc pulchne i plywa slabiutko. Styl ma kiepski, ale tez nie wykazuje ani entuzjazmu, ani kondycji, bo co chwila staje, poprawia gogle, trzyma sie tez na uboczu w stosunku do innych dzieci...
Nik z kolei, podobnie jak siostra, lubi wode i moim skromnym zdaniem, ma naturalny dryg do plywania. Rozmawialam z jednym z trenerow i nawet go chwalil. Co prawda style ma nadal dosc "niedbale", ale za to ma "power'a". Niektore dzieciaki sa dobre technicznie, ale ledwie miela wode ramionami i nogami. Nik za to idzie jak burza. :D Te dziewczynke, ktorej sie tak "wystraszyl", wyprzedzil zaraz na pierwszej dlugosci basenu. Kiedy cwiczyli kraul, zostawil w tyle kolejne trzy dzieciaki. :)

Aha! Skoro juz o Kokusiu pisze, to dzien przed Halloween stracil kolejnego zeba! Nie wiem tylko dlaczego, zamiast pozbywac sie gornych jedynek, Nik pozbyl sie kolejnej dolnej dwojki... ;) W kazdym razie, z tym zebem wynikla smieszna sytuacja. Juz od kilku dni zab trzymal sie doslownie na ostatnim wlosku. Mlody ciagle jeczal, ze go boli, ze nie moze gryzc, ze to, ze siamto... Proponowalam mu, ze przywiaze zab do klamki i zamkne drzwi, ale nie wiedziec czemu, nie za bardzo mu sie ten pomysl spodobal. ;P W koncu M. mial juz dosc jego marudzenia. Poprosil syna, zeby pokazal palcem jak mu sie ten zab kiwa, po czym: PAC! Popchnal lekko raczke Kokusia i zab wylecial! :D Nik sie najpierw poplakal (bo "boli i krew mu leci"), zeby po kilku minutach smiac sie z ulgi takim histerycznym, lekko nawiedzonym smiechem. ;) A potem oczywiscie byla wielka radosc z kasy of Wrozki Zebuszki.

Kolejna szczerba do kolekcji :)

Pozniej przyszlo Halloween... Pogoda tego dnia byla rozhisteryzowana zupelnie jak Kokus poprzedniego wieczora. :) Zrobilo sie 20 stopni, ale za to pizdzilo jak w Kieleckim i co chwila padal przelotny deszcz. Pomimo ciepla, pogoda kompletnie nie zachecala do wyjscia, ale wiadomo, ze Potworki nie odpuscily.

Przynajmniej nie musieli zakladac kurtek na kostiumy ;)

Gdyby do wiatru oraz deszczu, bylo jeszcze zimno, moze poszlibysmy tylko do paru domow na krzyz i wrocili do domu. Ale, ze bylo cieplo, Potworki uzbrojone w parasole i plaszcze przeciwdeszczowe, ruszyly na lowy w asyscie kolezanek. Myslelismy z rodzicami owych dziewczynek, ze dla nas bedzie to relaksujacy, choc mokry spacerek. Taaa... Bi wraz ze starsza sasiadka, pedzily od domu do domu, zupelnie nie zwazajac, ze nawierzchnia jest pokryta mokrymi, sliskimi liscmi. Mlodsza sasiadka (lat prawie 6) ciagle plakala bo zostawala w tyle, wiec jedno z jej rodzicow musialo z nia podchodzic do drzwi, a Nik uparcie odlaczal sie od naszej grupki i szedl za jakimis, znanymi ze szkoly chlopcami. :O W rezultacie, moja "konwersacja" ograniczala sie do: "Zwolnij!", "Uwazaj, jest slisko!", "Gdzie jest Nik?!", "Nie biegaj!", "A gdzie Nik?!", "Spokojnie, bo sie poslizgniesz!", "Nik, ile razy mam powtarzac, ze masz isc z nami!!!".

Tak lecieli, ze wszystkie foty wyszly zamazane ;)

I tak w kolko... Zanim oskarzycie mnie o nadopiekunczosc przypomne, ze bylo ciemno, nasze osiedle jest na gorce, wiec podjazdy tez sa pod dosc stromym katem, bylo slisko i padal deszcz. ;) Wyszlismy z domu o 18, wrocilismy o 19:20, przeszlismy pol sasiedztwa i choc bylam mniej zmeczona niz rok temu, to za to bylam mokra i z ulga schronilam sie w suchutkiej chalupie. Dziaciakow lazilo duzo mniej, bo minelismy tylko kilka mniejszych grupek i po powrocie do domu nikt juz do naszych drzwi nie zastukal (a mi zostaly 3 wielkie torby slodyczy!)... Zreszta, wtedy juz wiatr zerwal sie naprawde mocny, pogoda zrobila sie burzowa i nie dziwota.

Nasza mala grupka. Po minie i wlosach Bi mozna zobaczyc, ze porzadnie wialo

Potworki uzbieraly polowe sporych toreb z cukierkami i nie mozna ich teraz od nich oderwac. A ja co wieczor podbieram im po kilka z zapasow, zeby je szybciej uszczuplic i zanosze do pracy. ;)

Mialabym jeszcze kilka watkow do opisania z zeszlego tygodnia, ale zakoncze aktualnym (choc troche powiazany jest z zeszlym tygodniem, ale o tym za momencik).

Dzis skonczylam oficjalnie 40 lat.

Juz. Kolejna dekada zycia przeszla. Najbardziej chyba przerazajace jest to, ze byla to najszybsza z tych 4 przezytych. Dopiero co konczylam lat 30 i czulam sie taaaka stara, a teraz juz cztery dychy za mna... ;) Czy kolejna tez tak przeleci? Mam nadzieje, ze nie...
Jak sie czuje jako czterdziestolatka? Coz... marnie. Pomijam to, ze gardlo i glowa mnie boli i chyba lapie jakies swinstwo, ale czuje sie tez zle psychicznie. Wracaja te same demony, ktore dreczyly mnie rowne 10 lat temu, a myslalam, ze na dobre sie od nich uwolnilam... Konczac 30 lat, mialam meza, mielismy domek i brakowalo nam tylko dziecka. Juz ponad 2 lata sie staralismy i nic. Plakalam, bo czulam sie stara, mialam wrazenie, ze czas ucieka, a tego najwazniejszego ciagle nie mialam. W dodatku, moja mlodsza o 6 lat siostra, wlasnie urodzila corke. Potem jednak urodzily sie Potworki, zycie nabralo rumiencow (z wysilku i tempa ;P) i przez pare lat czulam sie tak po prostu spelniona i szczesliwa. Myslalam, ze konczac lat 40, bede wzruszac ramionami, ze co z tego? Czterdziesci to nadal nie tak duzo. Nadal ma sie sily i energie zeby cieszyc sie zyciem. Cialo nadal jest w miare szczuple, sprawne, zmarszczek ciagle malo, siwych wlosow praktycznie zero (bycie blondynka pomaga)... Na co tu narzekac?
Niestety, 40 lat to jest bardzo duzo, kiedy pragnie sie zostac jeszcze raz matka.
Zycie zatoczylo dla mnie kolo i tak jak konczac lat 30, rozpaczalam, ze nie moge zajsc w ciaze, tak konczac 40 rozpaczam, bo zadna z ostatnich moich ciaz, nie zostala ze mna. Los najwyrazniej jeszcze chce mi sie zasmiac w nos, bo termin ostatniej ciazy, tej straconej wiosna tego roku, przypadalby rowniutko na 1 listopada! Co za ironia! I co za beznadzieja, bo moglabym sie wlasnie, na czterdzieste urodziny, wybierac na porodowke! To bylby jeden z najlepszych prezentow w zyciu! Ale nie... Zostal tylko gorzki posmak...
Zeby jeszcze mi psychicznie dokopac, okres pod koniec wrzesnia spoznil mi sie prawie 2 tygodnie. Zrobilam oczywiscie test, ktory byl rzecz jasna pozytywny. Kreska bladziutka, ledwie widoczna, ale byla. Byla, ale sie zmyla, chcialo by sie rzec, bo 4 dni po tescie dostalam okres. Bardzo dlugi (prawie 10 dni) i obfity, wiec wiem na pewno, ze "cos" sie zdarzylo. Biochemiczna.
Bilans ostatnich 4 lat wynosi wiec dwie ciaze biochemiczne i dwie obumarle... Z takim rachunkiem wkraczam w kolejna dekade zycia. Oczywiscie teraz jest sporo latwiej, bo sa Potworki, ktore rozswietlaja kazdy dzien i dzieki ktorym malo mam czasu na rozmyslania, ale gdzies tam, w glebi, pozostalo rozczarowanie i poczucie niesprawiedliwosci...


No to tak:

Happy (?) Birthday to ME...

13 komentarzy:

  1. Przede wszystkim 100 lat!!! Wszystkiego najlepszego i trzymam kciuki, żeby to marzenie o kolejnym dzieciątku się spełniło!!! :*

    Co jest z tymi chłopakami, że same nie wiedzą czego chcą? Z Jasiem to samo, chce i nie chce, znowu chce i nie chce, potem wyje bo chce a mi się już znudziło czekanie aż się zdecyduje :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Życzę Ci spełnienia marzeń, mnóstwa uśmiechów każdego dnia, dużo sił i wytrwałości przy powtórkach, które są cudowne i urocze jak mama :)
    Zyj 100 lat. I pamiętaj, że życie zaczyna się po 40stce 🥂🌄 Obyś zawsze chodziła tylko tą słoneczną stroną ulicy 🤩
    Dzieciaki są świetne, stroje hallowenowe cudne.
    Fajnie, że macie sąsiadów o innej religii i kulturze. Myślę, że jest to ciekawe doświadczenie poznawać takie osoby, coś niesamowitego. :)
    A mąż wiesz.. Jak to mąż.. Mój też len wiecznie się nie chce, a jak co do czego to przyjaciół nie ma.. 😂🤭
    1oO lat, 1oO lat, 1oO lat 🎊🎈🎉🎐😘

    OdpowiedzUsuń
  3. Zacznę od najważniejszego... wszelkiego dobra. Ja już odliczam dni. To samo mi stuknie i Twoje przemyślenia są mi bliskie. I teraz jest mi tak naprawdę trudniej niż wtedy, kiedy byliśmy bezdzietni. Pewnie dlatego, że rzecz dotyczy także Tygrysa, który nie będzie miał rodzeństwa.
    A pomidory trzeba zawinąć w gazetę, zdjąć z parapetu i czasem zaglądać, żeby nie zgniły. My kilka tak zaczerwieniliśmy.
    Uściski

    OdpowiedzUsuń
  4. wszystkiego najlepszego :) i spełnienia marzeń. wszystkich :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Życzę Ci spełnienia marzeń i jeżeli nie zajdziesz w kolejną ciążę to dokładnie obserwuj co dostajesz w to miejsce, bo tak to już jest w tym życiu
    Dostałaś przeurocze bąble i w związku z tym uważam, że to chyba najpiękniejszy prezent

    OdpowiedzUsuń
  6. Kochana, wszystkiego dobrego. Spełnienia marzeń, tego najpiękniejszego szczególnie mocno. Trochę wiem co czujesz, bo tak jak ty pragniesz trzeciego dziecka, tak ja pragnęłam drugiego. Życzę by i Wam sie udało.

    OdpowiedzUsuń
  7. Sto lat! Wszystkiego najlepszego!
    Jaka Stara, jaka stara? Kobieta zaczyna życie po 40stce!
    Ja dopiero po 30 czuję się 100% kobietą. Uczę się pewności siebie

    OdpowiedzUsuń
  8. Najlepsze życzenia, kochanie!
    Świetnie cię rozumiem, bo... tak. No po prostu z serducha. Też mam pewne marzenie, ale chyba już nie zdążę.

    OdpowiedzUsuń
  9. Sto lat, sto lat, wszystkiego najlepszego! Bilans na 40-tkę chyba nie jest taki zły, masz naprawdę sporo, a życzę Ci jeszcze więcej, no a przede wszystkim spełnienia tego największego marzenia :* Trzeba wierzyć :*

    OdpowiedzUsuń
  10. Kochana! wszystkiego cudownego z okazji urodzin!!! Spełnienia marzeń...😘😘😘😘 I żadna tam stara nie jesteś!

    OdpowiedzUsuń
  11. 100 lat, mloda mamo! Jestes w srodku zycia, zadnej starosci na razie nie widac, nawet na horyzoncie.
    Spelnienia marzen zycze.

    OdpowiedzUsuń
  12. Kochana, spóźnione, ale najserdeczniejsze życzenia urodzinowe! :* Kiedy za młodu gdzieś tam przewijał się w TV serial "40-latek" to wydawało mi się, że on to strasznie stary jest hehe ;) No i do tego nie wyglądał już świeżuchno :D teraz ludzie żyją dłużej, bardziej chyba o siebie dbają, a młode dziewczyny używają czasem tyle makijażu, że powiem Ci czasem trudno mi określić wiek. Podobno wiek to kwestia wyboru, więc póki co tego się trzymam :P
    Co do Twoich przemyśleń to cóż, są mi bliskie jak sama wiesz. Te 10 lat gdzieś tam przeminęło, życie zabrało mi kupę czasu i jedynie pozostało mi z pokorą przyjąć to co jest mi dane i docenić każdy dzień, każdą chwilę.

    Kiedyś bardzo dużo słuchałam piosenek country, może przez to, że moi nauczyciele byli z US ;) No i niejaki Garth Brooks śpiewał dwie piosenki, które zawsze mam w głowie. Słowa jednej z nich nawet ozdabiają pierwszą stronę mojego bloga. "Some of God's greatest gifts are unanswered prayers" Nie staram się już rozumieć dlaczego tak jest, bo życie jest niesprawiedliwie. Ale wybieram przeżyć je najlepiej jak umiem.

    P.S.1 Druga piosenka to "Much too young to feel this damn old" ;);)
    P.S. 2 W listopadzie macie 20 stopni?! Normalnie zazdraszczam, zazdraszczam ;)
    Jeszcze raz wszystkiego dobrego!

    OdpowiedzUsuń
  13. Spóźnione, ale bardzo szczere życzenia urodzinowe.
    Kolejnych rodzinnych wyjazdów, tonę cierpliwości i świętego spokoju;))) wytchnienia w codziennym życiu i spełnienia. Miłości, zadowolenia z pracy i tego co sobie wymarzysz!!!
    ps. moja córka ostatnio spytała mnie czy to ja wkładam pieniądze pod poduszkę zamiast wróżki zębuszki;)))

    OdpowiedzUsuń