czwartek, 11 lipca 2019

Krotka przerwa na codziennosc i kolejny wyjazd

Tak jak w tytule. Ledwie odkopalam sie z prania po wyjezdzie (jak to mozliwe, ze 4-osobowa rodzina potrafi w trzy dni uzbierac taka gore brudow?!), ledwie doprowadzilam chalupe do jako takiego ladu (zawsze przed wyjazdem, nawet krociutkim, tyle jest rzeczy do ogarniecia, ze sprzatanie spada na sam koniec listy zadaniowej), ledwie poczulam, ze lapie oddech i... nadeszla pora pakowania sie na kolejna wyprawe! ;) Nie wiem co ja myslalam rezerwujac dwa wyjazdy tak blisko siebie, ale chyba po prostu myslenie slabo mi wtedy szlo. :D

Staram sie sobie przypomniec co robilismy przez ten tydzien dzielacy dwa wyjazdy (poza praniem i sprzataniem, rzecz jasna) i nie za bardzo moge... ;) Probuje wspomoc sie zdjeciami, ale tych jak na zlosc mam tylko 3. ;)

Z jednego waznego wydarzenia, to Bi doczekala sie w koncu bilansu 8-latka. Jechala na niego cala zestresowana bowiem nie chcialam jej zapewnic, ze nie bedzie miala szczepionek. ;) Zwyczajnie nie moglam sobie przypomniec, a nie chcialam klamac. Bylam raczej przekonana, ze nie bedzie, ale to nie wystarczylo, zeby Bi uspokoic. Szczepionek w koncu nie miala, choc pytanie o nie, bylo pierwszym zdaniem, ktore wypowiedziala, zaraz po odpowiedzi na "dzien dobry". :)

Dane techniczne:
Wzrost: 128.3 cm
Waga: 26.8 kg

Mniej wiecej srodek siatki centylowej, choc widzialam na wlasne oczy, ze tylko dwie dziewczynki z klasy ja przerastaja. Jakies male te dzieciaki u niej w szkole. ;)
Poza tym Bi wydaje sie okazem zdrowia. Tylko odruch kolanowy jej nie wyszedl, bo tak koncentrowala sie na swoich odnozach, ze lekarka pukala i pukala, a nogi ani drgnely. :D Za to odpowiedziala prawidlowo na szereg pytan o bezpieczenstwo w czasie wakacji, m.in. jak chronic sie przed sloncem, kleszczami, co zakladac na przejazdzke lodka, itd. Na ostatnie bylam pewna, ze nie bedzie znac odpowiedzi bo nigdy nie plynela kajakiem czy innym wodnym ustrojstwem, ale jednak cos gdzies kojarzy. ;)

Poza tym, M. przekladajacy porabane drewno pod daszek dobudowany do szopki, znalazl ukrytego w nim, czarujacego "goscia".

Czy nie fajna? ;)

To tutejsza wersja rzekotki drzewnej, choc to oczywiscie zupelnie inny gatunek. "Nasza" byla szara, ale w zeszlym roku, na drzwiach znalazlam jaskrawo - zielona. W kazdym razie zabka byla urocza i Potworki bardzo niechetnie odniosly ja w koncu w krzaki. ;)

Wlasnie takich "pieszczot" obawialam sie, ze zaba moze nie przezyc ;)

Z polkoloniami mamy nadal wzloty i upadki. Jednego dnia Potworki jada chetnie, podekscytowane i zastanawiajace sie, co beda robic, innego marudza, ze nie chca. Zalezy od poziomu zmeczenia i ogolnie humoru. ;) Za to z duma prezentuja dyplomy, ktore otrzymuja na koniec kazdego tygodnia. ;) Poki co, maja po dwa, bo na koniec trzeciego tygodnia wakacji wyjechalismy.


Musze przyznac, ze opiekunowie (mlode "dzieciaki" w wieku licealno - studenckim) wykazuja sie kreatywnoscia, ze hej! ;) Czasem tez nieco naginaja prawde, bo np. w pierwszym tygodniu Bi dostala dyplom "dla najlepszej starszej siostry". Tiaaa... Ja tam akurat wiem, jak Bi traktuje Kokusia, a ze ma w grupie ulubiona kolezanke, wiec watpie zeby poswiecila mu choc kilka sekund uwagi. ;) W drugim tygodniu otrzymala jednak dyplom "playground pro" i tu juz sie zgodze, bo to, co Bi wyrabia na drabinkach przyprawia mnie o podziw polaczony ze stanem przedzawalowym. :D Nik w pierwszym tygodniu dostal dyplom dla "loudest camper", a poproszony o wyjasnienie o co chodzi (bo ogolnie to on raczej malo wrzeszczy), wytlumaczyl, ze to dlatego, ze ciagle gada. Zgadzaloby sie. :D W drugim tygodniu trafil mu sie "dodgeball king" ("king" niestety rozmazalo sie przez stycznosc z mokrym recznikiem). Dodgeball to nic innego niz nasza gra w zbijanego czy dwa ognie. Najwyrazniej kilka razy pod rzad, Nik byl ostatnim "zbitym". ;)

A jak juz odhaczylismy dyplomy, rzekotki oraz bilanse, to jak wspomnialam, czas byl ponownie wyruszac nad ocean. Tym razem w inne miejsce niz ostatnio.
Na tym kempingu pojawiamy sie od dwoch lat przynajmniej raz w sezonie i lubimy go glownie ze wzgledu na bliskosc plazy. I choc rok temu bardziej zachwycila mnie plaza z poprzedniego kempingu, tak w tym roku zdecydowanie wygrala ta. Nie bez znaczenia jest tez fakt, ze kemping tu jest taki... bezstresowy. Kazde miejsce ma bowiem podlaczenia zarowno do pradu, jak i wody. Mozna sie wiec myc do woli nie ryzykujac, ze zaraz trzeba bedzie biegac z baniaczkiem i donosic wody (waz nie zawsze dosiegnie ;P), uwazajac tylko zeby nie przepelnic z kolei pojemnika na brudna wode. No nie ma latwo, zawsze cos. ;) Ludzie, ktorzy przyjezdzaja na dluzej, maja specjalne pojemniki na kolkach, ktore moga napelniac nadmiarem wody i zawozic do miejsca spuszczania sciekow. Co rano oraz popoludniu cale kawalkady aut z takimi pojemnikami przyczepionymi do hakow, przejezdzaly przez kemping. ;) Jesli ktos zastanawia sie czy to ma sens, odpowiem, ze ma. Mozna oczywiscie podjechac do odbioru sciekow cala przyczepka, ale to juz wiecej zachodu, podpinania, a potem od nowa ustawiania, poziomowania, itd. Latwiej jest z takim kontenerkiem. ;) My poki co obeszlismy sie bez, ale najdluzej wyjezdzamy na 5 dni i w przyczepie nie bierzemy prysznica.
Tym razem zbawienne okazalo sie tez podlaczenie do pradu. W koncu bowiem, z poczatkiem lipca, zdecydowalo sie przyjsc lato. :) Jest ponad 30 stopni (hurra, doczekalam sie!), a ze pole kempingowe nad oceanem to wlasciwie odslonieta przestrzen z kilkoma rachitycznymi drzewkami, slonce palilo niemilosiernie. Pechowo trafila nam sie tez miejscowka, na ktorej cien z daszku przyczepki oraz drzewa, padal tylko rano. Od wczesnego popoludnia nie bylo niemal miejsca, zeby sie schowac. W koncu M. wpadl na pomysl, zeby postawic w poprzek samochod i to za nim chowalismy sie dla chwili ulgi. ;) Zreszta, nawet w cieniu gorac byl niemozliwy, wiec klimatyzacja w przyczepce chodzila praktycznie bez przerwy, nawet noca. Dlatego tez i podlaczenie do pradu to wspaniala rzecz. Bez niego nie wiem ile benzyny zuzylby nasz agregator. Nie mowiac juz o tym, ze po godzinie 22 nie wolno go puszczac, a noca temperatura w przyczepie tez byla nie do zniesienia. ;)
Przez 5 dni zywilam sie glownie lodami i az strach pomyslec ile ich poszlo prosto w boczki. :D Moze zreszta nie, bo w sumie nie jadlam niemal nic poza nimi. Caly dzien kawa i lody, wieczorem na ognisku jakas kielbaska i tyle. ;)
To byl naprawde piekny czas, szkoda tylko, ze taki krotki. :)
Zeszly czwartek, 4 lipca bylo tutaj swietem, wyjechalismy wiec w srode, liczac na to, ze zdazymy przed korkami. Niestety, jakos opornie nam szlo pakowanie i ustalismy sie na autostradzie za wszystkie czasy. Powrot zreszta byl niewiele lepszy, tutaj to jednak zrozumiale, bowiem pol Hameryki wracalo z przedluzonego weekendu. ;)
Pomiedzy staniem w korkach, mielismy jednak 3 cale dni (oraz dwie polowki) gdzie jezdzilismy na jedna plaze (oceaniczna):

Zdjecie idealnie wrecz oddaje skrajnie rozne osobowosci Potworkow ;)

...Szlismy na druga (przy ujsciu rzeki do oceanu):

Temperature wody zgadniecie po mojej minie - wlasnie fala niespodziewanie obmyla mi lydki :D

...Albo ruszalismy na rowerowe przejazdzki (a Bi marudzila za wszystkie czasy), zas pod wieczor, kiedy temperatury robily sie znosne, odwiedzalismy plac zabaw:

 Akrobacje ;)

...Oraz przybrzezne skalki odsloniete przez odplyw:

Odplyw byl bardzo spektakularny, zapewne z powodu dopiero co zakonczonego nowiu ksiezyca

Po zmroku oczywiscie obowiazkowe bylo ognisko i s'mores'y.

Lepiej w ciemnosci po kempingu nie krazyc, bo mozna sie natknac na takie stworzonka. Wybaczcie jakosc foty - to oczywiscie skunks ;)

Jednego wieczora udalo nam sie puscic papierowa latarnie na szczescie. Cale to puszczanie niemal zakonczylo sie fiaskiem bo knot uparcie nie chcial sie zapalic, konczyl sie gaz w zapalniczce, a wiatr gasil plomien. M. umeczyl sie dobre 15 minut zanim udalo mu sie podpalic, scianka latarni w jednym miejscu sie przepalila (wgiela sie do srodka od wiatru) i tylko cudem latarnia w koncu poleciala. Balismy sie, ze spadnie komus na przyczepe kempingowa, ale na szczescie poleciala w koncu porzadnie w gore. Mamy jeszcze dwie takie latarnie, ale M. stwierdzil, ze takie pomysly to tylko ja mam (choc co wieczor latarnie przelatywaly nad kempingiem, wiec wiecej osob je puszczalo) i nie wiem czy je jeszcze w tym roku puscimy. :D
Na 4 lipca, fajerwerki puszczane byly w kilku wioskach otaczajacych kemping i ogladalismy je z Potworkami z roznych punktow obserwacyjnych do poznej nocy. :)


Przedostatniego dnia pod wieczor, zlapala nas jedyna burza, po ktorej deszcz uparcie co chwila kropil do 10 wieczorem. Bylo jednak tak goraco i duszno, ze drobny deszczyk nikomu nie przeszkadzal. Dzieciaki nadal biegaly po kempingu, a dorosli stali przy ognisku, ktorego cieplo natychmiast osuszalo wilgoc na ubraniu. ;) Zas nastepnego ranka, przywital nas... chlod. Nooo, moze to za mocne slowo, ale kiedy przez 3 dni wstawal czlowiek rano i temperatury juz osiagaly 25 stopni, to kiedy nagle slupek rteci spadl z rana do 18 stopni i zniknela przesladujaca nas wilgoc, zrobilo sie zwyczalnie zimno. Do tego dodac nadmorska bryze i nawet Nik zazyczyl sobie bluze, a Bi, wbrew moim perswazjom, zalozyla pod sandaly skarpetki. :D
Kiedy wyjezdzalismy w poludnie, stopni zrobilo sie juz 22, a w domu dogonil nas upal - 28! ;)
Ogolnie, nie chcialo sie wracac. Gdyby nie rozsadek i wzywajaca praca, kazalabym sie tam zostawic na kolejny tydzien, tym bardziej, ze pogode zapowiadali rownie piekna. Co Wam zreszta bede dlugo opowiadac, popatrzcie na zdjecia. ;)

Harce w wodzie - tu akurat rzeka

Deski tym razem przydaly sie srednio bo na plaze z falami jezdzilismy na rowerach i nie bylo jak ich przetransportowac. A na plazy przy rzece, nie bylo fal ;) Troche jednak sie dzieciaki pobawily

Tak Maya "kocha" wode :D

Poza miloscia do wody, Bi odkryla w sobie nature... kopacza


Co chwila wykopywala nowe dziury, po czym kazala sobie z nimi pstrykac zdjecia ;)

Na plazy przy oceanie byly niezle fale - Nik jest moze ze dwa metry od brzegu, ale juz go przewyzszaly. Nauczylam go wiec skakac w odpowiednim momencie i doplywac na fali do brzegu

Jesli ktos ma watpliwosci czy mu sie podobalo ;)

Podczas odplywu jakis mlodzieniec zlapal kraba, ktorego Nik z radoscia przejal ;)

Szalenstwom w wodzie nie bylo konca ;)

Jesli woda ich nie zmeczyla, to moze plac zabaw dokonczy sprawe? ;) (Nie patrzcie na te skarpety do sandalow - tak jak pisalam, Starsza sie uparla :D)

Nik zupelnie od siostry nie odstaje, ale przynajmniej nie ma skarpetek ;)

Jeszcze ostatni spacer po plazy...

Koniec... Zostala codziennosc. Praca, polkolonie, bleeee... Az do kolejnego wyjazdu. ;)

Milego weekendu! ;)

10 komentarzy:

  1. Suuuper. Zazdroszczę takich wypadów, a Junior byłby zachwycony, bo ostatnio na swira na punkcie przyczep i kamperow.
    My już na wakacje w tym roku pojedziemy, choć mężu twierdzi co innego. Nie wiem kiedy on ma zamiar jechać, ale ok.

    OdpowiedzUsuń
  2. Super!

    Bibidealnie wpasowała się w siatki centylowe.

    Mój syn ma dopiero 7 lat a już ma 134 cm wzrostu i waży ponad 27 kg. Martwię się że zbyt szybko rośnie - ma wzrost dziesięciolatka. Pamiętaj jak moi kuzyni mieli w okresie dojrzewania problemy z układem kostnym, operacje, śruby w kolanach...

    OdpowiedzUsuń
  3. Pięknie to wygląda. Cieszę się, że wyjazd się Wam udał i pogoda dopisała. I przyznam, samo słowo ocean jakoś tak na mnie działa, że Wam zazdroszczę tej możliwości :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale fajne takie mini odskocznie od codzienności! I jakie fale! Fajnie, że wyjazd się udał. U nas za to po 17 st i chmury.

    OdpowiedzUsuń
  5. Te rodzinne wyjazdy to macie super! U nas są rzadkością ze względu na hobby i pracę MęŻa.
    Buziaki z Luxemburga:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Cudowne macie te przygody :) zazdroszczę pogody, bo u nas zima w środku lata.. Lipcopad normalnie..
    A te skarpetki.. To takie hmm polskie :p

    OdpowiedzUsuń
  7. Skarpetki do sandalow sa OK, gdy jest zimniejszy dzien. Bi ma racje, ze jej komfort jest wazniejszy od elegancji.
    Fajnie wam sie udalo z tym wyjazdem, jak zwykle.
    My pojechalismy na 4 lipca do Myrtle Beach, SC. Niestety, po poludniu zaczelo tam padac i nici byly z fajerwerkow.

    OdpowiedzUsuń
  8. Fajne te Wasze kempingi :) Super, że pogoda dopisała! Oby następny też był taki udany ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Łoooo :D ile wszystkiego!
    Po pierwsze - lody się przecież rozpuszczaja! Nie idą w boczki 😁 po drugie - fajne Potworki 😏 zazdroszczę przygód, ja się nie okłamuje - w tym roku pewnie nigdzie się nie zbierzemy...

    W wolnej chwili przewertuję bloga, coś czuję, że dużo fajnych historii tu się kryje i zdjęć ;)

    OdpowiedzUsuń