czwartek, 9 maja 2019

Tasiemiec sam sie jakos napisal :)

Posty z poczatku maja jak zwykle zostaly zdominowane przez urodziny Bi (co zrozumiale), ale i przed nimi i zaraz "po" sporo sie dzialo.

Czesc z Was usmieje sie z akapitu, ktory zamierzam splodzic, czesc pewnie przewroci oczami. Jednym z waznych, potworkowych wydarzen z konca kwietnia, byla wizyta w... galerii! Mozecie sie smiac, tudziez wzruszac ramionami, ale ja naprawde nie pamietam kiedy ostatnio Potworki tam zawitaly! Ja sama galerii nie znosze niczym morowej zarazy i unikam za wszelka cene. W ogole, jesli o zakupy chodzi, co tylko moge zamawiam przez internet. Wole kilka razy odsylac i wymieniac niz lazic po sklepach. A dzieciaki zabieram na spacer do lasu lub na szlak rowerowy, a nie do galerii handlowej. ;) Pamietam, ze bylismy tam z malenka, kilkumiesieczna Bi kupic komputer. I mam wrazenie, ze na tej jednej wizycie sie skonczylo. Nawet ja sama w galerii bylam w ciagu ostatnich kilku lat tylko pare razy, kiedy juz naprawde musialam... ;) No i wlasnie w ostatni weekend kwietnia ponownie zostalam do tego zmuszona. Cholerny H&M bowiem za odeslanie produktu potraca sobie $6. Niby niewiele, ale ze (jak wspomnialam wczesniej) ogolnie duzo rzeczy zamawiam, a wiec czesto zdarza mi sie cos odeslac. Jakby tak zebrac te wszystkie kilka dolcow za przesylke, uzbieralaby sie niezla sumka. Za oddanie produktu bezposrednio w sklepie, nie placi sie juz nic, wiec czasem warto sie pofatygowac. ;)
Mialam wiec do oddania kiecke, ktora zamowilam z mysla o zaproszeniach na dwie Komunie w maju oraz buty Nika, ktore okazaly sie bublem (w pierwszej zamowionej parze nie swiecil jeden but, w drugiej, tym samym modelu - nie swiecily oba! :O). Sklep z ktorego je zamowilam, ma taka sama glupia polityke jak H&M. A ze znajdowal sie niemal naprzeciwko galerii, to korzystajac z tego, ze Potworki nie szly do Polskiej Szkoly (Bi miala pilna wizyte u dentysty) postanowilam zalatwic oba zwroty za jednym zamachem.
Sklep obuwniczy jak to sklep obuwniczy. Zero sensacji. Za to galeria... No to juz bylo wielkie WOW. :D Potwory malo oczoplasu nie dostaly. Gdzie ja chcialam jak najszybciej uciekac z tego przybytku, oni mogli tam pewnie zostac caly dzien. Bi oczywiscie wyczaila Build-a-Bear Workshop, ale stanowczo oznajmilam, ze nawet tam nie wchodze. ;) Choc najgorsza pokusa dla Potworkow okazaly sie... ruchome schody. Na jednym koncu galerii musieli wjechac i zjechac dwa razy, na drugim - trzy razy. W miedzyczasie musieli tez wjechac do gory winda, jakby inaczej. :D

Przejete Potworki niczym na kolejce gorskiej :D

Normalnie, biedne, dzikie dzieci, w lesie chowane. ;)
W kazdym razie galerie mamy zaliczona. Nie planuje tam wracac z dziecmi przez kolejne 8 lat. :D

Jak wspomnialam wczesniej, wizyta Potworkow w galerii trafila im sie jak slepej kurze ziarno tylko dlatego, ze Bi musiala isc tego dnia do dentysty. To byla sobota i normalnie byliby tego dnia w Polskiej Szkole. Do "zebologa" zmuszona zas bylam zabrac Starsza, bowiem ulamal jej sie kawalek trzonowca. :O Na szczescie zab mleczny, na nieszczescie jednak, trzonowce wypadaja dopiero w wieku 11-12 lat, troche wiec ten zab musi jeszcze Bi posluzyc. Nie bylo wiec wyjscia, trzeba go bylo zreperowac.
Niestety, zab ten mial juz spora plombe, a teraz dodatkowo pojawily sie w nim kolejne ubytki, z dwoch stron. :O Dlatego z jednej strony kawalek sie ulamal. Na szczescie Bi nie boli.
Wizyta u dentysty okazala sie zas kompletna klapa, choc po poprzednich doswiadczeniach powinnam byla sie domyslic, ze tak sie to skonczy. Ucieszylam sie bowiem, ze wizyte mamy wyjatkowo w sobote, ze nie musze zwalniac sie z pracy, itd. Tiaaa... Moja radosc okazala sie mocno przedwczesna. Zeba Bi obejrzala najpierw higienistka. Potem obejrzal go lekarz. Na koniec zas zrobili przeswietlenie, po czym oznajmili... zeby sie umowic juz konkretnie na naprawe! Wszystko zajelo 40 minut, a wyszlysmy z niczym! Zmarnowali moj czas, Potworki ominela Polska Szkola (nie zeby sobie bardzo krzywdowali), Nik kota dostawal z nudow i wszystko na nic! :/

Na pocieszenie oraz zeby ukoic nieco buzujace nerwy, postanowilam upiec w koncu ciasteczka, na ktore mieszanke kupilam sporo przed Wielkanoca. Zazwyczaj nie kupuje takich gotowych mieszanek, ale tym razem urzekla mnie uroda sloika, bowiem skladniki byly w nim ulozone warstwowo. Poza tym wystarczylo dodac jajko oraz maslo i juz Potworki mogly lepic kuleczki. Potem zas siedzieli z nosami przyklejonymi do szyby piekarnika i podziwiali jak kulki zmieniaja sie w ciasteczka. ;)

Taaa... Kiedy podjelam probe zrobienia im zdjecia z nosami przy szybie, jak na komende odwrocili sie i zaczeli pajacowac pozowac ;)

Pierwszy maja, kiedy Polska rozpoczynala wesolo majowke, u nas byl zwyklym, pracujacym dniem. W szkole Potworkow odbyly sie jednak tego dnia doroczne obchody May Day, starej, (chyba) brytyjskiej tradycji powitania wiosny. Jak w zeszlym roku bylo tego dnia potwornie goraco, tak tym razem trafil sie najzimniejszy dzien w tamtym tygodniu. A i tak mielismy farta, bo okazal sie jedynym bezdeszczowym. Jeszcze rano kropilo, ale potem litosciwie przestalo. I dobrze bo ja juz wzielam pol dnia wolnego zeby obejrzec popisy dzieciakow i gdyby impreze odwolali, bylabym bardzo zla. ;)
Wiosne w ogole mamy w tym roku beznadziejna. Same deszczowe dni przeplatane pojedynczymi slonecznymi. I jest potwornie zimno! Malo kiedy temperatura podnosi sie wyzej niz 13-14 kresek! :O Na obchodach May Day bylo jakies... 12. Na poczatku jeszcze az tak sie tego nie oczuwalo, ale w polowie wystepow zerwal sie lodowaty wiatr i nawet w kurtce bylo mi potwornie zimno. Z przerazeniem obserwowalam niektore dzieci, ubrane w krotkie rekawki i spodenki. Mlodziez miala byc ubrana w odpowiednie kolory (np. Klasy I na czerwono/ rozowo, Klasy II na niebiesko) ale sporo rozsadniejszych jednostek nalozylo na wierzch kurtki i w nosie mialo pasujaca kolorystyke. ;) Potworkom pod t-shirty w klasowym kolorze zalozylam bluzeczki na dlugi rekaw, ale po wystepie, Nik (ten Nik, ktory wiecznie chodzi spocony i mu za cieplo! :O) zalozyl kurteczke. Bi za to uparla sie siedziec w dwoch cieniutkich warstwach, mimo, ze miejsce mialam zaraz za jej klasa i kilka razy prosilam zeby ubrala kurtke. Na efekty nie trzeba bylo dlugo czekac, ale o tym pozniej. :/

Same wystepy oczywiscie wywolaly lzy wzruszenia. Troche bylo tez smiechu, bo I Klasy mialy taniec polegajacy glownie na odtanczeniu malego ukladu w parach, kazda po kolei. W kazdej klasie tych par bylo okolo 10, wiec sporo czasu dzieciaki spedzaly klaszczac, tupiac do rytmu oraz od czasu do czasu przegalopowujac naokolo swojej grupy, ale w zasadzie czekajac na swoja kolej. Dziewczynki staly w miare grzecznie, za to chlopcy odstawiali jakies wlasne tance, robili miny, gadali, przepychali sie, itd. Oczywiscie co chwila ktorys tez sie zagapil i inni musieli go szturchnac, zeby ruszyl w tan. ;)

Tancza I Klasy. Nik pierwszy od lewej w czerwonym :)

Byla tez chwila "grozy", kiedy dziewczynka w klasie Bi potknela sie o wlasne sznurowadla i wywinela orla. Az wstrzymalam oddech. Zaloze sie, ze gdyby przytrafilo sie to Bi, byloby po "ptokach" i z rykiem porzucilaby dalszy taniec. Jej kolezanka jednak dzielnie nalozyla buta z powrotem i dokonczyla uklad. Bylam pod wrazeniem! ;)

Tancza II Klasy (widac tylko klase Bi). Starsza mniej wiecej na srodku, w rozowych spodniach

Poza tym, juz tradycyjnie IV Klasy zatanczyly uklad z mieczami drewnianymi kijkami oraz owinely wstazki wokol majowego slupa.

Zawsze jestem pod wrazeniem jak im sie udaje z tych "mieczy" ulozyc gwiazde

Nie moge uwierzyc, ze juz za dwa lata to Bi bedzie owijac slup i zegnac te szkole na zawsze. W tym roku byla to corka mojej sasiadki, ktora choc przeciez dosc mala - 10letnia, wydaje mi sie taka dojrzala i powazna. Czas tak szybko leci!


Po wystepach Potworki strasznie chcialy wracac do domu ze mna. Szczerze, okropnie chcialo mi sie sikac, bylam tez przemarznieta do szpiku kosci i na mysl o wystawaniu przez pol godziny pod szkola czekajac na nich (wszystkie dzieci musialy wrocic do klas na sprawdzenie czy nikt sie nie zapodzial) az przeszly mnie ciarki. Niczym wyrodna matka kazalam im wiec wracac normalnie, autobusem. ;)

Maj jest ostatnim pelnym miesiacem roku szkolnego i szkola Potworkow jakby zaczela nadrabiac stracone miesiace. Nagle mamy May Day (to akurat doroczna impreza), Art Show, Ride Your Bike to School Day oraz aukcje dla doroslych, ktorej celem jest zbiorka dodatkowych funduszy na szkole. I to wszystko w ciagu dwoch tygodni! :O Dodatkowo, ten tydzien to Teacher Appreciation Week i z tej okazji rodzice z dwojki klasowej (tutaj to "dwojka", a nie "trojka" :D) zbierali kase oraz/lub materialy, bowiem nauczyciele mieli codziennie serwowany uroczysty lunch i codziennie dostawali upominki od podopiecznych. Nie wiem, jeden dzien by nie starczyl? :/ Szczegolnie, ze zaraz koniec roku i znow dostana prezenty, tym razem na pozegnanie...
Nie dosc, ze nagle w maju posypaly sie szkolne "imprezy", to jeszcze, po calym roku ciszy pod tym wzgledem, akurat w maju wystartowaly dwa ciekawe kluby. Caly rok dodatkowe zajecia pozalekcyjne byly albo interesujace tylko dla wybranych, np. klub matematyczny, brrr... albo przeznaczone dla najstarszych klas - III i IV. A w maju, jak na zlosc otworzyli dwa kolka w sam raz dla Potworkow - ogrodnicze oraz plastyczne. Pogadalam z dziecmi i oboje chcieli chodzic na... oba. W ten sposob, przez caly maj (tutaj takie dodatkowe zajecia trwaja zazwyczaj tylko od 4 do 6 tygodni) we wtorki oraz czwartki beda zostawac po szkole na swietlicy, po czym panie odstawia ich na odpowiednie kolko, a ja ich odbiore po pracy.

A poza szkolnymi atrakcjami, w maju byly urodziny Bi oraz mamy zaproszenie na dwie Komunie. Takze tego, ten miesiac mamy taki troszenku zalatany... :D

Za to pomalu konczy sie polska szkola... Potworkom "upieklo sie" w ostatni weekend kwietnia ze wzgledu na nieszczesnego dentyste Bi. Na poprzednich zajeciach byli, choc z ostrym marudzeniem Starszej. Na kolejne znow nie pojda bo jestesmy zaproszeni na Komunie znajomych. Potem zostana juz tylko jedne zajecia, ktore uplyna pod znakiem wystepow z okazji Dnia Matki i Ojca. Kolejny weekend to tutejsza majowka, wiec zajec nie bedzie. Nastepny zas to wycieczki klasowe z Polskiej Szkoly, na ktore jednak nie zdecydowalam sie Potworkow zapisac. A kolejny to juz zakonczenie roku szkolnego. Tak naprawde wiec, zostaly Potworkom tylko jedne zajecia. Oboje zarzekaja sie tez, ze w przyszlym roku nie chca chodzic, a nie wiedza, ze ja juz wzielam formy rejestracyjne na kolejny rok szkolny... :D

Za tym nie bede tesknic - odrabianie lekcji do Polskiej Szkoly to jedno wielkie narzekanie i placz ;)

Z tymi wystepami na Dzien Matki i Ojca, wyszla smieszna sytuacja. Otoz, juz od kwietnia, nauczycielki przypominaly o odpowiednich strojach na ten dzien. W przypadku klasy Bi, dla dziewczynek mialy byc czarne legginsy oraz czarne bluzeczki (szkola da im spodniczki), a dwie dziewczynki, ktore sie zglosily mialy ubrac stroj ksiezniczki. Zamowilam wiec Bi czarny stroj, bo przeciez ostatnio utrzymuje, ze ksiezniczek nie znosi, wiec nie mogla zglosic sie, zeby byc jedna z nich, tak? TAK? Jakos w zeszlym tygodniu cos mnie jednak tknelo i spytalam Starszej czy to przypadkiem nie ona zglosila sie na ksiezniczke? A moja corka, ze nie wie, ale kiedy cwicza uklad taneczny, to ona ma role ksiezniczki... :O W zeszla sobote upewnilam sie wiec u nauczycielki i zgadnijcie, kto sie faktycznie zglosil na te cholerna ksiezniczke?! No oczywiscie Bi!!! :D Pani wytlumaczyla, ze pytala kto ma stroj ksiezniczki i Bi zglosila sie, ze ma...
No ma. Stary, poplamiony i rozdarty stroj Elsy. :D Co bylo robic, wlazlam szybko na Amazon i Bi wybrala sobie kiecke. Chyba najbardziej rozowa i blyszczaca jaka mogla byc, ale trudno. I wybrala ja ta Bi, ktora ostatnio nie znosi ksiezniczek oraz koloru rozowego, hm... :D

To na czole Bi to resztka z malowania twarzy dnia poprzedniego :D

W miniona sobote, jak pisalam ostatnio, przyjechal moj tata oraz chrzestny Bi na przyjecie urodzinowe Starszej w gronie naszej mini-rodziny. Dla takiej garstki i skoro z powodu pracy obu panow (i Polskiej Szkoly Potworkow) zaprosilismy ich dopiero na 16:30, stwierdzilismy, ze nie ma co szykowac wystawnego obiadu. Wystarczy tort i kawa. Tort upieklam sama i jestem z siebie po prostu niemozliwie dumna! ;) Niestety, mimo, ze obiecalam go Bi, nie dalam rady przygotowac tortu sernikowego, ktory zrobilam na urodziny Kokusia. Po Swietach bowiem, w calym pierdzielonym Polakowie, nie ma masy sernikowej. No nie ma. W jeden weekend M. objechal wszysciutkie sklepy i wrocil z niczym. W zeszly piatek pojechalam ja, z nadzieja, ze moze mieli dostawy i masa przybyla z Polski. Tiaaaa... :/
Musialam zmienic wiec plan i upieklam torcik, ktory wyprobowalam juz na poprzednie urodziny Bi - oreo, ktory poprzednio wyszedl mi za suchy. ;) Musze sie pochwalic, ze biszkopt tak mi urosl, ze udalo sie przekroic go na 3 czesci zamiast dwoch. No i tym razem pamietalam, zeby go nasaczyc. Musze jednak zapamietac, zeby kolejny raz przygotowac go przynajmniej 1-2 dni wczesniej. Przelozylam go bowiem masa w dzien przyjecia i dla mnie za bardzo czuc bylo w niej smietanke. Musze pokombinowac z proporcjami. Mniej smietanki, wiecej soku z cytryny i powinno byc gucio. Chociaz juz dwa dni pozniej masa smakowala mocno cytrynowo, a smietanki w ogole nie wyczuwalam.
Tort moze nie wygladal porywajaco, ale (nawet pomimo tej smietanki) smakowal super. Goscie brali dokladke, co chyba jest najwiekszym komplementem. ;)


Od chrzestnego Potworki dostaly nowe sniadaniowki, ktore beda jak znalazl na letnie polkolonie oraz latarki, ktore mozna zalozyc na glowe lub kask od roweru. Juz widze ten szal na kempingach. :D
Oczywiscie maly foch ze strony Kokusia tez musial byc. O ile bowiem wujek potraktowal obydwoje jednakowo i kupil podwojny prezent, o tyle dziadek upiminek kupil tylko Bi (m.in. kolejna lala L.O.L!), a Nikowi dal same slodycze. Bardzo sie to wnukowi nie spodobalo. ;) Ogolnie jednak calkiem milo spedzilismy czas i nastroje byly nieco mniej grobowe niz podczas Wielkanocy. ;)

Poprzedni weekend w ogole byl szalony. W sobote rano Polska Szkola, a po poludniu przyjecie urodzinowe Bi, zas w niedziele... Komunia blizniakow mojej dobrej znajomej. Sprawy dodatkowo sie pokomplikowaly, kiedy po odstawieniu Potworkow do Polskiej Szkoly oraz zrobieniu zakupow, zdazylam wrocic do domu, rozpakowac siaty i zaczac ogarniac chalupe przed popoludniowymi goscmi, a znienacka zadzwonil telefon. Normalnie nie odbieram nieznanych polaczen, tym razem jednak jakos mialam przeczucie, ze powinnam. I dobrze, bo dzwonila nauczycielka Bi, ze Starsza placze od pol godziny, ze zle sie czuje i boli ja brzuch. :O No masz babo placek! Musialam rzucic to, co robilam i jechac ja odebrac. Po powrocie okazalo sie, ze ma stan podgoraczkowy, boli ja gardlo oraz brzuszek... Najbardziej zwariowany weekend od jakiegos czasu, to akurat teraz "wybrala" sobie chorowanie! :/ Chociaz, po tym jak przesiedziala w dwoch bluzeczkach w lodowatym wietrze na May Day, wcale sie nie dziwie... Podejrzewam, ze sie zwyczajnie przeziebila, chociaz nie wiem skad ten bol brzucha. Podejrzewam, ze po prostu nie miala apetytu, bo do dzis je slabo choc goraczka juz dawno zniknela i wrocila energia. W kazdym razie jeszcze w poniedzialek zostala w domu, bo z samego rana termometr pokazal 38.0. Zabralam ja do lekarza myslac o tym bolu gardla i podejrzewajac angine, ale okazalo sie, ze to tylko jakis wirus. Faktycznie, kolejnego dnia goraczka zniknela i juz nie wrocila.
W weekend mielismy za to dylemat co zrobic z planami. Postanowilismy w koncu sprawdzac temperature Bi, dawac cos na zbicie goraczki i podejmowac decyzje na biezaco. Po zbiciu stanu podgoraczkowego, Bi jednak bawila sie jak gdyby nigdy nic. W sobote wiec imprezka sie odbyla. Gorzej z Komunia w niedziele, ale stwierdzilismy, ze jesli Bi bedzie sie bardzo zle czula to najwyzej pojade sama z Kokusiem, z racji, ze rodzice komunijnych dzieci to bardziej moi znajomi niz M.

Na szczescie okazalo sie, ze w niedziele Bi nadal miala tylko stan podgoraczkowy i mimo, ze utrzymywala iz pobolewa ja brzuszek, to cos tam jadla. Trzeba jej bylo podsuwac pod nos przysmaki, ale jadla. Uznalismy wiec, ze jedziemy. I dobrze zrobilismy, bo impreza byla naprawde swietnie zorganizowana. Bylo cos fajnego i dla dzieci i doroslych, a nie zwykle siedzenie przy stolach.

Takie eleganckie Potwory! :D

Bylo mnostwo pysznego jedzenia. Gospodarze to Polacy, wiec bylo stoisko z domowymi wedlinami, chlebem i swoiskim maslem, a pozniej bufet, gdzie jedzenia bylo do wyboru do koloru, od pierogow az po shrimp scampi. ;) Na deser kilkanascie rodzajow ciast i ciasteczek oraz tort. Pozniej mial byc jeszcze barszcz z krokietami, bo okazalo sie, ze przyjecie trwalo do 21 (a wszystko zaczelo sie ceremonia w kosciele o 13:30...)! :O My zmylismy sie o 18:30, bo dzieciaki juz wymiekaly. ;) Byl D.J. (zreszta starszy syn gospodarzy), byl parkiet do tanczenia. Jedynie muzyka nie powalala, bo puszczal wylacznie polskie biesiadne piosenki oraz... disco polo. :O Coz, polska impreza, tak one tutaj zazwyczaj wygladaja... :D
Dla dzieciakow byla stacja z Polaroidem, gdzie mogly sobie porobic zdjecia oraz cala masa balonow, ktore oczywiscie byly hitem.


Pozniej zas pojawil sie... klaun, ktory zafundowal mlodziezy kilkugodzinne atrakcje: zabawy taneczne, malowanie twarzy, magiczne sztuczki oraz zwierzatka z balonow.

Bi zostala motylem, ktorego nie dala sobie przed snem zmyc, wobec czego kolejnego dnia chodzila z brudna buzia ;)

Naprawde bylam pod wrazeniem jak to wszystko bylo zorganizowane. Dzieciaki wybawily sie swietnie i jeszcze na koniec dostaly goody bags w podziekowaniu. :O Potworki naprawde wspaniale spedzily czas i jedyne co, to pod koniec po prostu byly wymordowane. A jak na zlosc byla to niedziela, wiec kolejnego dnia nie bylo opcji odespania i odpoczniecia. Dlatego, kiedy w poniedzialek rano okazalo sie, ze Bi ma goraczke, z ulga przyjelam pretekst zeby zostac z nia w domu. :D Tym bardziej, ze weekend byl tak zabiegany, ze w chalupie udalo mi sie zrobic tylko 1 pranie i byla zupelnie nieogarnieta... Mialam wiec czas, zeby nadrobic, choc "chora" panna skutecznie mi to utrudniala. Poza poranna lekka goraczka bowiem temperatura jej spadla, czula sie calkiem niezle i caly dzien jeczala, ze jej sie nudzi i chce isc na dwor. Taka to choroba... ;)

W goody bags dzieci dostaly zabawe w poszukiwaniu skarbow zatopionych w glinie. Dzien wolny Bi wykorzystala do odlupania swojej zdobyczy

Zeby zakonczyc juz tego tasiemca dodam tylko, ze w srode Potworki mialy w szkole Art Show (juz wyzej o tym napomknelam). Zeszloroczna pani od "sztuki" odeszla, maja nowa i da sie to niestety odczuc. Rok temu wiecej bylo wystawionych dzieciecych "arcydziel", a dodatkowo rozstawione byly stacje z olowkami i post-its. Mozna bylo przyczepic do obrazkow swoich (i nieswoich tez :D) dzieci karteczki, chwalac za efekt i wysilek.
W tym roku pani braklo najwyrazniej polotu. Wystawione bylo tylko po jednym dziele kazdego dziecka i nie dalo sie zamiescic zadnej pochwaly. :(

Dzielo Kokusia to ta sowa nad przejsciem :)

Dzieciaki mogly dla zabawy wziac udzial w scavenger's hunt, czyli poszukiwaniach roznych roznosci (wszystkie elementy znajdowaly sie na obrazkach uczniow). Niestety, my wpadlismy na Art Show tylko w biegu, bo zaczynal sie o 17, a na 17:45 Bi miala trening, na poszukiwania nie bylo wiec czasu. :/

Czyje TO dzielo, wiadomo... ;)

Jedyny z tego pozytek, ze tata w koncu mial okazje zobaczyc szkole dzieci od srodka. Chodza w koncu juz do niej ponad rok, a on jeszcze ani razu tam nie byl! :O
A pod klasa Kokusia strzelilam fote portretowi klasowych maskotek narysowanemu przez syna:

Calkiem udany :)

W tym roku maja... raki pustelniki! :D
W klasie Bi hoduja zas gasiennice, ktore planuja wypuscic na wolnosc kiedy przemienia sie w motyle. Teraz wiekszosc jest jednak w formie poczwarki, wiec sa malo interesujace i zdjecia nie robilam.

To tyle ostatnio. Duzo. Mam nadzieje, ze wybaczycie mi kolejnego, ekstremalnego tasiemca. :D

9 komentarzy:

  1. No to faktycznie działo się u was. Pogodę widzę mamy podobną, bo i u nas temperatura nie powala. Wygląda na to, że w hameryce komunie przypominają małe wesela, tak jak coraz częściej w Polsce. My byliśmy zaproszeni na dwie rok temu, ale nie poszliśmy, bo byłam ledwie kilka dni po porodzie. A kolejne będą dopiero za 3 lata, wtedy to już będzie impreza za imprezą ��
    Fajne takie kółka, podejrzewam że Junior też chciałby na mnie chodzić, gdyby przedszkole organizowalo coś takiego.

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam Cie czytać.

    OdpowiedzUsuń
  3. E tam zaraz ekstremalny... Jak zawsze :D Ale ja lubię te Twoje tasiemce ;)
    Faktycznie działo się u Was sporo. Bi to prawdziwa kobietka- zmienną jest, raz czerń, raz róż... ;)
    Uśmiałam się z wizyty w galerii, dzieciaki musiały mieć mega frajdę! Muszę pamiętać, żeby bywać w takich miejscach częściej, może wtedy Misia nie będzie tak szaleć przy każdej wizycie ;)
    A kiedy Potworki dowiedzą się, że czeka je powrót do ukochanej Polskiej Szkoły? :D
    Co do pogody to u nas też nie wiadomo czy to zima, czy to jesień, czy jakieś wczesne lato... Wczoraj padał grad, potem przyszła ulewa, dziś po południu palące słońce. Oszaleć można.
    A Bi całkiem dobrze się trzyma, jak na chorobę ;p

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie wiem jak Ty,ale wedlug mnie to przyjecie komunijnie wygladalo prawie jak slub. Wielkie i z pompa. My za rok na pewno skromniej bedziemy swietowac tak wazna ceremonie.
    A z ta galeria.. Serio nie chodzicie w ogole? Musieli miec frajde wiec z tymi schodami :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja do galerii mam takie samo podejście. Jeśli tylko mogę to omijam szerokim łukiem. W ogóle nie lubię sklepów i większość zakupów, zwłaszcza tych niespożywczych robię przez internet. Jedyny wyjątek kiedy toleruję galerię, to wtedy gdy idziemy do kina. Ale wjeżdżamy schodami od strony kina, aby jak najmniej chodzić po galerii :)

    Intensywnie u Was. My w tym roku nie mamy żadnej komunii i w przyszłym z tego co pamiętam też nie. A kolejny rok to już będzie Oliwki.

    Naprawdę podoba mi się, że tak wiele różnych rzeczy dzieje się w szkole u dzieciaków

    OdpowiedzUsuń
  6. Ha, widze, ze u was to nawet kazda choroba jest niezla przygoda i wydarzeniem. Brawo!

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja tam JESZCZE lubię galerie :D Kochana, jak się czujesz? tak ogółem... jak nie chcesz na forum, pisz na priv :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja się panicznie boję ruchomych schodów po wypadku kilka miesięcy temu u nas w Gdańsku, gdy matka jechała z dwiema córkami i jednej z nich urwało palce, chwilę trwało, zanim ochrona zdołała zatrzymać schody, a ludzie przechodzili sobie obok wykrwawiającej się, płaczącej dziewczynki jak gdyby nigdy nic. Tak to w każdym razie opisywał znajomy. Od tej pory mam blokadę w głowie i nogi jak z ołowiu, gdy mam wejść z dziećmi na schody ruchome. Co nie zmienia faktu, że nasze dzieci to uwielbiają.

    Jak Potworki ślicznie wyglądają na Komunii! Jak elegancko. To prawda, co napisał ktoś powyżej, że przyjęcia komunijne teraz to jak małe wesela, w Polsce też już weszła taka moda, czy jak to nazwać. Wygodne dla rodziców - to pewne. Wszystko w restauracji, zero bałaganu, a animator zajmie się dziećmi :) Co my zrobimy za cztery lata, gdy nadejdzie czas Komunii najstarszego, nie mam pojęcia.

    Może Art Show było według Ciebie mniej ekscytujące niż rok temu, mnie jednak zachwyca, jak amerykańska szkoła jest ciekawie zorganizowana. Co chwila dzieje się coś fajnego dla dzieci i angażowani są w to również rodzice. Jednak pod tym względem polska oświata zatrzymała się tak mniej więcej w XIX wieku. No, może nie do końca, ale jednak zdecydowanie nie umywa się do Waszej.

    Uściski!

    OdpowiedzUsuń
  9. A u nas - Komunia Martusi już w niedzielę!!! Od czwartku mam pełną chatę;) Pomyśl o mnie;))

    OdpowiedzUsuń