piątek, 18 stycznia 2019

Kryzysy i sukcesy oraz o jajku, ktore robi sie madrzejsze od kury

Tytul odnosi sie do minionego weekendu (choc o malzenskich kryzysach tez moglabym napisac to i owo :D). Rozpoczal sie kryzysem, zakonczyl malym sukcesikiem i w ogolnym rozrachunku wyszlismy chyba na zero. ;)

Jak pisalam ostatnio, Bi miala w sobote kolejne zawody plywackie. I dziecko zlapalo kryzysa. Oswiadczylo, ze ono nie jedzie, nie chce plywac, jest shy i sie boi. Kiedy zaczelam dopytywac skad taka nagla zmiana, powiedzialo, ze tam sa duze dzieci, a ona nie wie gdzie jest mama. Zaalarmowala mnie wzmianka o "duzych dzieciach", wiec zaczelam drazyc czy ktos dokucza maluchom (Bi jest w najmlodszej grupie), ktos kogos gdzies popchnal, itp. No niby nie, ale ona sie boi. Co do tego, ze Bi "nie wie, gdzie jest mama", to przypomne, ze na poprzednich zawodach, na trybuny wchodzilo sie od tylu i nie bylo na nie wejscia bezposrednio z basenu. Znajdowaly sie jednak zaraz ponad laweczkami dla zawodnikow, Bi caly czas mnie widziala i szczerze, to nawet za bardzo nie zwracala uwagi. Musialam krzyknac i pomachac, zeby laskawie spojrzala w gore i odpowiedziala na pytanie. A tu nagle kryzys, bo ona mamy nie widzi? Prooosze...
W kazdym razie Bi placz, ze nie chce jechac, urzadzila juz w piatek wieczorem, ale wtedy wzielam to za zwyczajne zmeczenie materialu. Niestety, w sobote rano znow podjela te same jeki: ze nie chce, ze sie boi, ze nie bedzie wiedziec, gdzie jest mama, i tak w kolko. Nie pomogla wzmianka, ze bedzie jej ulubiona kolezanka, ani ze przeciez nie znamy tego basenu i moze tutaj rodzice beda siedziec zaraz obok, jak na pierwszych zawodach... Wyciagnelam w koncu "gruba artylerie" i oznajmilam, ze jesli nie chce plywac, to w takim razie jedzie do polskiej szkoly, bo dostala od niej wolne tylko ze wzgledu na wlasnie zawody. To dalo jej do myslenia, choc widzialam, ze waha sie pomiedzy "mniejszym zlem". :D
M. stwierdzil, ze skoro tak bardzo nie chce, to trzeba dac sobie spokoj. Problem tylko w tym, ze juz od kilku dni mialam rozpiske od trenera, w ktorych wyscigach Bi plynie i dwa z nich to byly sztafety. Jesli ktores dziecko nie dotrze na sztafete, musza znalezc na jego miejsce inne, albo ktos musi poplynac dwa razy. A w druzynie Bi, w tej najmlodszej grupie (8 lat i ponizej) jest tylko garsteczka dziewczynek, wiec niespodziewany "wylam" jednej z nich to juz klopot. No, nie robi sie tego zespolowi i tyle. Mimo protestow Bi zdecydowalam wiec, ze jedziemy, choc M. ponuro przewidywal, ze zaraz bedziemy wracac. ;)

Finalnie okazalo sie, ze nie taki diabel straszny, choc nie moge zaliczyc tych zawodow do zupelnie udanych. ;) Bi zajela dwa drugie miejsca, w jednej ze sztafet jej druzyna zajela pierwsze, a w drugiej sztafecie nie mam pojecia. :D
Ale nie o miejsca mi chodzilo, kiedy pisalam, ze zawody nie do konca sie udaly. Mielismy szczescie i tym razem wejscie na trybuny bylo od strony basenu, wiec tu pierwsze ufff... Bi byla bardzo zadowolona, ze miedzy wyscigami moze przyjsc do nas na laweczke i sama przyznala, ze teraz, kiedy juz tam jest, sie nie boi. Niestety, dobry humor szybko prysl. Nie wiem jak to sie stalo, ale przed trzecim wyscigiem Bi sie pogubila. Mimo, ze miala karteczke, na ktorej napisane jest, ktora linia ma plynac i jakim stylem, podeszla na start, a tam krecil sie tlumek ludzi, bo i zawodnicy (ci sa ustawiani na kilka wyscigow przed czasem) i trenerzy i wolontariusze mierzacy czas (jest ich troje na kazda linie!) i Bi... kompletnie spanikowala! Bylam na tyle daleko, ze w pierwszej chwili nie zauwazylam co sie dzieje, kiedy Bi nagle wrocila na swoje miejsce na laweczce. Dopiero po chwili dotarlo do mnie, ze zamiast szykowac sie do wyscigu, moje dziecko siedzi i placze. :( Pobieglam do niej, ale wtedy Bi byla juz w stanie kompletnej histerii i chyba tylko ludzie krecacy sie naokolo powstrzymywali ja przed klapnieciem na ziemie i rozryczeniem sie w glos. ;) Pytana co sie stalo, odpowiadala tylko w kolko, ze nie wiedziala gdzie ma plynac. Kiedy tlumaczylam, ze przeciez ma i trenerow i mnie, zeby podejsc i zapytac, sama nie wiedziala dlaczego nikogo nie poprosila o pomoc...
Na poczatku odmowila plyniecia, ale ze byl to wyscig stylem na plecach, ktory bardzo lubi, dala sie namowiac.

Tu nasz "delfinek" plynie wlasnie w owym feralnym wyscigu ;)

Mimo, ze nadal splakana i roztrzesiona, poplynela i zajela 2 miejsce, wiec niezle. Ale potem caly czas blagala zebym pozwolila jej opuscic ostatni wyscig. Niestety, ten ostatni rowniez byl sztafeta, wiec musialam tlumaczyc, ze kolezanki na nia licza, itp. Na szczescie dala sie przekonac. ;)

Koniec koncow, to zdecydowanie nie byl dzien Bi. ;)
Z tego jednak co moge wywnioskowac, to nie tak, ze Starsza nagle znienawidzila plywanie. Zaraz kolejnego dnia miala trening skokow do wody, na ktory pojechala bez szemrania. Na normalne treningi biegnie w podskokach. Tylko zawody zaczely ja nagle przerazac. Najwyrazniej dopadla ja trema. ;)
Coz... Kolejne ma za troche ponad tydzien. Czy bedzie chciala na nie jechac? Zobaczymy. Zaoferowalam, ze moge zglosic sie jako wolontariuszka do pomocy oraz mierzenia czasu zawodnikow. W ten sposob zawsze bede sie krecic przy basenie. Moze to troche doda Bi pewnosci siebie, mimo ze nie bede mogla caly czas sie nad nia cackac...

Z mojej strony wkurzyl mnie brak organizacji przeciwnej druzyny. Przeniesli godzine zawodow z 9:20 na 11:45. Ok, no moze bali sie, ze sie nie wyrobia. Tyle, ze przyjechalismy idealnie o tej godzinie i oni dopiero rozkladali sznury oddzielajace linie! No ludzie kochani! Pozniej nasza druzyna juz cala zebrana rozpoczela rozgrzewke, a tamci dopiero zaczynali sie schodzic! Faktyczne zawody zaczely sie dopiero gdzies o 13:30. Bylismy z M. zalamani, przewidujac, ze bedziemy tam siedziec do us*anej smierci. Albo przynajmniej do wieczora. ;) Dobrze, ze ktos pomyslal i sporo wyscigow polaczono, np. dziewczynki z chlopcami lub rozne grupy wiekowe, czego normalnie nie robia. To pozwolilo zaoszczedzic sporo czasu i wyszlismy w miare wczesnie.

Takie laczenie wyscigow okazalo sie problematyczne, ale dopiero przy wpisywaniu wynikow. Widzicie, kazdy wyscig ma przypisany numerek, a jesli w danej grupie wiekowej jest wiecej dzieci, do numerkow dodane jest "heat 1" oraz "heat 2". Kiedy polaczyli rozne numery wyscigow, zrobil sie balagan. W rezultacie, za pierwszy indywidualny wyscig, Bi ma wpisane miejsce #3 zamiast #2, a kolezanka, ktora wygrala, wpisane ma miejsce #2. Ktos sie ewidentnie pomylil. Pewnie nie zwrocilabym na to wiekszej uwagi, ale ten akurat wyscig nagralam na telefonie. Widac tam, ze kolezanka juz wychodzi z basenu, Bi wlasnie doplynela do brzegu, a na wszystkich pozostalych liniach dzieciaki nadal plyna. Powinna miec 2 miejsce jak w morde strzelil! A w wynikach jak byk stoi 3... :/

Druga rzecza, ktora mnie zalamala, byla temperatura. Bylo tam zimno! Na wysokosci trybun az tak sie tego nie czulo, bo wiadomo, cieplo idzie do gory. Ale za kazdym razem kiedy schodzilam na poziom basenu, czulam chlod. W dodatku co chwila ktos wychodzil na korytarz, powodujac dodatkowe podmuchy zimnego powietrza. Bi miala dwa reczniki, ale szybko je przemoczyla i trzesla sie jak osika. Mam nadzieje, ze sie nie pochoruje... :/

Tyle o zawodach. W sezonie zimowym zostaly jeszcze tylko jedne, a potem w lutym sa mistrzostwa... O rety... Nie wiem czy Bi zdecyduje sie w nich poplynac, nie wiem czy sa jakies kryteria dopuszczajace, ani czy sa to mistrzostwa Stanu czy jakies miedzydruzynowe (mysle, ze raczej to drugie)... Coz... kiedys w koncu sie dowiem. ;)

Po takiej emocjonujacej sobocie, w niedziele wypadalo sie nieco odstresowac, chociaz tu tez grafik wchodzi w parade. Rano, jak juz wspomnialam, Bi miala trening skokow do wody. Nie wiem kto ustalil, zeby dodatkowy trening robic juz nastepnego dnia po zawodach, ale zgodnie z moimi przewidywaniami, zjawila sie garstka dzieci. Ja Bi przywiozlam, bowiem kolejny taki trening najprawdopodobniej nam przepadnie (bowiem bedziemy na innych zajeciach, haha!), wiekszosc rodzicow jednak najwyrazniej machnela reka i wcale im sie nie dziwie. ;)

Jakby malo bylo sportu na jeden weekend, w niedzielne popoludnie postanowilam zabrac Potworki na lodowisko. Sama chcialam sie poruszac, no i dac okazje do ruchu Kokusiowi, ktory poki co, oprocz plywania raz w tygodniu, zalicza tylko zawody Bi i to w charakterze widza niestety... Bi oczywiscie za nic nie przepuscilaby takiej okazji, mimo, ze akurat jej wcale nie ciagnelam, bo zakladalam, ze moze byc zmecznona.
Taaa, zmeczona, phi! ;)
Lyzwy okazaly sie swietnym wypadem, mimo ze M. sie na nas wypial i nie pojechal. Bi szlifowala jazde i idzie jej naprawde swietnie, choc swoim zwyczajem, jedzie raczej wolno i ostroznie. Ale rownowage trzyma znakomicie i upadla moze dwa razy w ciagu godziny jazdy. Dla porownania, podczas naszego noworocznego wypadu, co chwila ladowala na lodzie. ;)

Nie dosc, ze plywaczka, skrzypaczka i narciarka, to jeszcze lyzwiarka ;)

Za to Nik, ha! Nik nauczyl sie jezdzic! Zaczal z takim czerwonym "balkonikiem", ktore daja tu zamiast pingwinkow.

Tu w jednym kadrze udalo mi sie nawet ujac Bi (w rozowych spodniach) i Nika zapierdzielajacego z "chodzikiem" :D

Dosc szybko, jak to Nik, zaczal kombinowac. Probowal jazdy naokolo "chodzika" albo odsuwal go i dojezdzal do niego. Widzac to zachecilam go zeby sprobowal pojechac przytrzymujac sie scianki i wtedy juz po-szlo! Oczywiscie Nik to nie Bi, zamiast jechac pomalu i cwiczyc rownowage, on zapieprza na wariata! :D Boszzz... Nie macie pojecia ile razy patrzac na niego, mialam serce w gardle! Bo oczywiscie, przy takiej jezdzie, co chwila lezal, a upadki mial, hmmm... spektakularne, ze tak powiem.

Najwazniejsze, ze jest usmiech, nawet jesli co chwila siostra (lub matka) musiala pomoc gramolic sie w gore ;)

Zdecydowanie, kolejnym razem biore jego kask (najchetniej kupilabym mu taki hokejowy, ktory oslania tez zeby :D). Tym razem nawet nie przyszlo mi do glowy zeby go wziac, bo spodziewalam sie, ze cala jazde spedzi przy balkoniku. A tu niespodzianka! Pozytywna, rzecz jasna, choc nieco przyprawiajaca o zawal. ;)
Tak wiec, Moi Drodzy, malutki Kokusio jezdzi samodzielnie na lyzwach! Brak mu zarowno stylu, jak i gracji, ale jedzie! :D

Jade, jade! Ale nie na dlugo, bo zaraz bede lezal! :D

Zebysmy sie za bardzo nie nudzili, szkola Potworkow rowniez dostarcza nam atrakcji. ;)

W tym tygodniu rozpoczelo sie trwajace miesiac wyzwanie czytelnicze dla wszystkich klas. Dzieciaki mialy przyniesc formularz, w ktorym deklaruja, ze beda czytac okreslona ilosc minut dziennie. Co tydzien beda dostawac kolejny, w ktorym zaznaczaja ile czytali. Oczywiscie czytam im glownie JA wieczorem, jak rowniez to mi przypada codzienne zaznaczenie ile przeczytali (czy raczej JA przeczytalam :D). Tylko pierwszego dnia Bi miala zryw i czytala sama bite 40 minut. ;) Raz w tygodniu, w piatek, miedzy wszystkimi dziecmi bioracymi udzial w wyzwaniu, losowana jest ksiazka. Zobaczymy czy ktoremus z Potworow uda sie wygrac. ;)
Dodatkowo, w okazji tego wyzwania, co srode dzieciaki beda mialy dzien z tematem przewodnim. W tym tygodniu byl to "crazy hair day". I tu juz zgrzytalam zebami, bo wyzwanie wyzwaniem, ale nie lubie kiedy zajecia szkolne utrudniaja zycie mi. Poranki mamy chaotyczne i w biegu, a tu jeszcze trzeba wymyslic jakas zwariowana fryzure??? No dajcie na luz! Na szczescie Bi nie miala zbyt wygorowanych wymagan. Zrobilam jej kitke wysoko na glowie, a z tej kitki zaplotlam kilka warkoczykow. Chcialam jeszcze te warkoczyki podpiac pod spod, zeby tworzyly jakby pierscienie, ale corka uznala, ze to juz przesada. Coz, nie bede sie upierac. :) Zawsze jednak przy takich szkolnych "wymaganiach" zla jestem na siebie, ze brak mi kreatywnosci, polotu i co najwazniejsze, checi. Wsciekam sie raczej, ze szkolne lata mam dawno za soba, a tu znow dzieciaki przynosza zadania, ktore okazuja sie zadaniami dla rodzica. :/
Nik ma wlosy blagajace juz o strzyzenie, ale tu akurat sie to przydalo. Co prawda jego wlosy to takie sliskie "piorka", ale z pomoca tapirowania, ktore dzielnie zniosl oraz lakieru do wlosow (zostawionego przez tesciowa), udalo mi sie je zaczesac do gory. Probowalam ulozyc z nich cos a'la Elvis, ale zapomnij. Wyszedl malowniczy koltun. :D

Cale szczescie, ze Kokusia cieszylo zwyczajnie to, ze ma na glowie cos "innego" :)

Dodatkowym szkolnym bolem glowy (na szczescie tu mam sporo czasu zeby cos wymyslic) jest setny dzien szkoly. Tak, tak, w Polsce sa studniowki w klasach maturalnych, tutaj za to obchodzi sie 100 dzien roku szkolnego, chyba za to tylko w podstawowkach. Zazwyczaj z tej okazji dzieciaki maja przyniesc kolekcje stu przedmiotow, co juz jest upierdliwe, ale w tym roku nauczycielki klas I poszly o krok dalej. Kokus musi nie tylko uzbierac (bardziej realnie "kupic") sto przedmiocikow, ale jeszcze ulozyc je w obrazek o okreslonych wymiarach! Wezcie mnie zastrzelcie! Czeka mnie wyprawa z synem do sklepu, gdzie bedziemy przegladac guziczki, cekiny i tym podobne pierdoly i zastanawiac sie co mozna z nich ulozyc. :/ A jak potem okaze sie, ze to go*no bedzie sie odklejalo od kartki, to chyba kogos pogryze!
Az sie boje, co wymysla nauczycielki klas II i co bedzie musiala zrobic Bi. Powaznie zastanawiam sie czy w ten arcy-wazny setny dzien, nie zatrzymac dzieci w domu. :/

A na koniec, mala anegdotka.

Okno w mojej sypialni wychodzi na poludnie, ale ze jest duze, dom polozony na wzgorzu, a lozko mam odpowiednio ustawione (przypadek), siedzac w nim z samego ranka, mozna podziwiac wschody slonca. Latem je zwykle przesypiam, ale teraz - zima, ich czas wypada akurat na pore, kiedy ziewajac i przecierajac patrzalki, usiluje zwlec sie z lozka. Ktoregos z takich porankow, przydreptal ze swojego pokoju Nik. Tego dnia, dzieki wysokim, plaskim chmurkom, wschod slonca byl iscie spektakularny - cale niebo plonelo rozem i purpura. Nik az oczy otworzyl z podziwu.
"Mama, a dlaczego cale niebo jest takie kolorowe?"
Ja: "Widzisz jak pieknie? To slonko wstaje i nas wita" - polecialam romantyzmem. :)
Nik (patrzy na mnie krytycznie): "Ale przeciez to nie slonce wstaje, tylko ziemia sie do niego obraca..."

Koniec swiata. Moje mlodsze dziecko zaczyna mi tlumaczyc madrosci tego swiata... Jeszcze rok temu slepo by uwierzylo, ze slonce budzi sie i caluje rosa kazdy kwiatek. A dzis serwuje mi wyklad o astronomii.
Sama nie wiem, czy powinnam sie cieszyc, czy zaplakac nad tym, ze dzieci mi sie "starzeja". :D

12 komentarzy:

  1. A nie mozesz tego studniowkowego obrazka zrobic zamiast na papierze to na filcu? Guziki sie przyszyje, cekiny i inne drobiazgi przyklei klejem na goraco. Nie odpadna. A obrazek sie nie pogniecie.
    Pzdr cieplo
    AgulaW

    OdpowiedzUsuń
  2. Bi ma bardzo dużo na głowie, nic dziwnego, że czasem jej trudno, zwłaszcza w tych bardziej stresujących momentach. I tak jest dzielna :) Ja w jej wieku miałam tylko szkołę, mniej więcej pięć godzin dziennie, a i tak mniej obciążającą niż dzisiejsze szkoły, a w weekendy siedziało się w domu lub u babci... Dzisiejsze dzieci by się zanudziły :D Czasy się zmieniają. Bi jest wszechstronna, super :)
    Co do dzieci mądrzejszych niż dorośli, to od kilku miesięcy Jerzyk mnie tak zachwyca. Ja mu o baśniach, a on na to, że takie rzeczy fizycznie nie istnieją. Czasem o coś pyta, ja nie znam odpowiedzi, a on zna, bo na przykład tata już mu to tłumaczył. Ach jej.

    Ślemy ciepłe pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
  3. Może u Bi to tylko chwilowy kryzys spowodowany zmęczeniem i nawałem różnych obowiązków?

    Mam wrażenie, że strasznie u Was wymyślają z tymi różnymi dniami i akcesoriami do ich przeżywania. Ja zdecydowanie nie nadaję się na takie kreatywne akcje, a jeśli są jakieś plastyczne, to już jest działka Krzyśka :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Masz świetne dzieciaki. Bi
    TO autentyczna twardzielka.
    Uwielbiam łyżwy.
    Mój syn ma już 19 lat ale razem dzielnie szusujemy
    😊

    OdpowiedzUsuń
  5. Junior i Bi mogliby sobie podać ręce z tymi histeriami ��

    OdpowiedzUsuń
  6. Widzisz Mama? To ziemia krąży :P Typowy chłop z tym romantyzmem! :P

    OdpowiedzUsuń
  7. Brawo dla Bi, że mimo stresu dała radę:)
    Ps. Odnośnie tych stu rzeczy. Może spróbuj z tablicą korkową i kolorowymi pinezkami (np. kształt ryby - pinezki łuski) albo duży brystol i 100 naklejek w kształcie domu/szkoły/samochodu:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Balagan (czy dokladniej - pierdolnik) przy takich dzieciecych zawodach czy innych spedach - to niestety, standard, w wielu przypadkach w Ameryce. (Bo starsi osobnicy, tj. przy koncu High School, albo juz w college'u sami potrafia byc pomocni i wiecej sie orientuja, o co chodzi.) Mnie czasami az ciskalo ze zlosci gdy widzialam, ze niby dorosli profesjonalisci nie mogli ogarnac rzeczywistosci organizacyjnej. Mysle, ze to zawsze zle odbija sie na dzieciach uczestniczacych w takim pierdolniku. I moze wlasnie to mocno irytuje i przeraza Bi. Chociaz ona sama moze nie zdaje sobie sprawy, CO ja najbardziej boli.
    Podziwiam, ze corka nadal dawala rade - poplynac i zajac godne miejsce.

    OdpowiedzUsuń
  9. Bi na pewno przezywa te zawody. Ostatnio rozmawialam z Starszakiem i pytalam sie co go trapi,a on,ze testy w szkole,bo chce wypasc najlepiej. Kocham lyzwiastwo,kiedys trenowalam ,ale nis jezdzilan juz xxx lat. Twoje Sloneczka super sobie radza :-)

    OdpowiedzUsuń
  10. Tak to jest z tymi jajkami i kurami ;) Uczeń przewyższa mistrza ;)
    Ucałuj swoje świetne dzieciaki!

    OdpowiedzUsuń
  11. Z basenem i u nas kryzys kiedyś przyszedł i nie były to zawody. tak jak Tymon uwielbiał basen i zajęcia, tak jednego razu pojawił się płacz i wzmianka że "starsze dzieci". Przeszedł więc do młodszej grupy, żeby był na ich poziomie i niby było lepiej, ale ten zapał i euforia już Mu nigdy nie wróciły. Nadal nie wiemy czemu, coś się zadziało, chodzi niby na basen, ale raczej bo musi z klasa niż chce.
    Przed zawodami karate też ma tremę, nie płacze może, ale strach widac, a po zawodach, kiedy przychodza sukcesy, bez problemu zapowiada że jedzie na kolejne ;)

    Gratuluję mimo wszystko Bi wyników, brawo i oby tak dalej :)

    Z łyżwami też gratulacje od Cioci Iwosi ;) U nas bez kasków dzieci mają zakaz wstępu.

    Nik super wyszedł na zdjęciu z fryzurą ala Elvis ;) Taka pociecha mała słodka.

    Z tym setnym dniem, omg daj spokój, faktycznie zadanie z wysoką poprzeczką. ja pozbywam się z domu tego typu pierdół nagminnie, a wy musicie ich sobie sprawić aż 100 :) no nie zazdroszczę ;)

    Anegdota wymiata :D Widzisz kuro!

    OdpowiedzUsuń