niedziela, 2 grudnia 2018

Krotki urlop w raju

Dziewczyny, przepraszam za opoznienie! Nie moglam sie ogarnac po tym naszym wyjezdzie, a poza tym sporo bylo do spisania. :)
Urlop byl krociutki, ale post bedzie rekordowy. I tylu zdjec juz dawno (albo i nigdy) nie bylo! :D

Ciekawe jestescie dokad nas wywialo? ;)

Otoz, dosc mielismy zimna oraz dlugich, ciemnych wieczorow i postanowilismy choc na kilka dni uciec gdzies, gdzie - jak widzialyscie na fotce - nie brakuje slonca i ciepelka. :D Dlugi weekend z okazji Thanksgiving nadal sie idealnie, bowiem zwolnilismy dzieci ze szkoly juz w srode i jeszcze w poniedzialek po weekendzie, dajac sobie pelne 4 dni (oraz dwie polowki, haha) na... Karaibach. A konkretnie w Republice Dominikanskiej! :)

Przyznaje, ze mialam wiele obaw, poczynajac od lotu (nie lecialam samolotem od ponad 6 lat!), a konczac na wyprawie z nadal malymi dziecmi do, jakby nie bylo, kraju rozwijajacego sie, o obcym, goracym klimacie. Ale pragnienie ciepla i odskoczni od biegu ostatnich tygodni, przewazylo.
Ze wzgledu na mlody wiek Potworkow, wybralismy wygodna opcje "all inclusive". Niegdys, w czasach "przed dziecmi", gardzilismy taka forma wypoczynku i traktowalismy ja jako obciach. Kojarzyla nam sie z kolega M., ktory co roku jezdzi z cala, duza rodzina (zona, dzieci, dwoch szwagrow z rodzinami) na taka forme wypoczynku i przyznaje, ze przez tydzien lezy na lezakach przy basenie lub morzu i... nie trzezwieje. Dla niego (zreszta, poza ta "drobna" przywara, bardzo fajnego faceta) urlop = chlanie do oporu. ;)
My natomiast praktycznie nie tykamy alkoholu, a za to lubilismy miec pelna swobode transportu i zwiedzania. Wolelismy wiec zarezerwowac sobie jakas tania baze noclegowa, a potem ruszac w teren na wlasna reke. Teraz jednak, z dziecmi, cenie sobie przede wszystkim bezpieczenstwo oraz wygode, a caly kompleks wypoczynkowy nadal sie do tego idealnie. Chyba dlugo nie wybiore innej formy zagranicznych wakacji. Bo u siebie, to wiadomo - wolimy naszego kampera. ;)

Nie wiem wlasciwie od czego zaczac moja opowiesc... Na poczatku byl(a) chaos  podroz, wiec moze od podrozy... ;)
Poczatkowo chcielismy leciec z naszego lokalnego lotniska, jakies pol godziny drogi od domu. Niestety, to okres swiateczny, wiec ceny nie dosc, ze jak z kosmosu, to jeszcze uparcie wskazywaly przesiadke i 7 (!!!) godzin czekania w... Panamie! Ktora zreszta wcale nie jest blisko Dominikany! Polaczenia mieli koszmarne i okazywalo sie, ze spedzilibysmy caly dzien w podrozy. Szybko zmienilismy wiec port lotniczy na Nowy Jork. Stad mielismy bezposredni, niespelna 4-godzinny lot. Niestety, NY jest prawie 3 godziny od nas. Nie chcielismy ciagnac mojego taty, zeby odwozil a potem przywozil nas taki kawal, wiec postanowilismy zostawic auto na parkingu dlugoterminowym. Wszystko super, tylko chcac jak najwczesniej byc na miejscu, zarezerwowalismy lot na 8:40. Oznaczalo to pobudke o 3 nad ranem, zeby sie zebrac i dojechac na czas. Ale czego nie robi sie dla fajnych wakacji, nie? ;)
To byla pierwsza swiadoma podroz samolotem dla obu Potworkow. Ostatnio bowiem Nik plywal sobie w moim brzuchu, a Bi miala 15 miesiecy, wiec oczywiscie nic nie pamieta. Chcialam wiec uwiecznic jak najwiecej z ich reakcji. Jak to bywa, matczyne checi nie zawsze wspolgraja z humorami dzieci. Zaczelo sie juz na lotnisku, kiedy umyslilam sobie fote z samolotami w tle. Tiaaa... Na pierwszym zdjeciu usmiechnieta Bi i nadasany Nik.

Starsza rozczochrana po pobudce w srodku nocy oraz dosypianiu w aucie ;)

Na drugim - usmiechajacy sie Nik, wsciekla Bi.

Tak Bi wyglada zazwyczaj przy odrabianiu lekcji z polskiej szkoly :D

Poddalam sie...
W samym samolocie nie lepiej. Nik siedzial przy oknie i co chwila irytowal mnie podnoszac zaslonke i po sekundzie ja zamykajac. Trzask - trzask. Za kilka minut powtorka. Trzask - trzask, trzask - trzask. Mialam ochote jego trzasnac. ;)

W miedzyczasie udalo mi sie okielznac fryzure corki ;)

Do tego ciagla pacyfikacja Bi, ktora chciala popatrzec przez okno, a brat uparcie je zaslanial. Co ciekawe, Starsza tak sie awanturowala, ze Nik nie daje jej patrzec przez okno, a w drodze powrotnej, kiedy to ona zajela owo zaszczytne miejsce, podniosla zaslonke raptem kilka razy na maksymalnie minute! :/

Jesli ktos tutaj planuje lot liniami Delta, to napisze, ze mam mieszane uczucia. Samolot w obie strony mielismy piekny, nowiutki, w kazdym fotelu ekranik, no full wypas. Musze im przyznac, ze znacznie ulatwilo to podroz z dziecmi, bowiem caly lot klikali tylko przeskakujac z bajek na gry. Mieli wiec zajecie i zbytnio nie marudzili.
Minusem i to dla mnie ogromnym, bylo za to jedzenie. Nasz lot mysle, ze byl sredniej dlugosci. Nie bylo to 7-8 godzin jak do Europy, ale nie bylo to tez 1.5 godziny, kiedy ledwie czlowiek wystartuje, a samolot juz obniza sie do ladowania. Spodziewalam sie, ze dostaniemy cos do picia i moze jakas kanapke. Niestety, przeliczylam sie. Picie owszem bylo, ale do jedzenia w jedna strone dostalismy tylko po paczuszce, w ktorej znajdowaly sie DWA herbatniki! :O A i tak zaliczylismy sie do szczesciarzy, bowiem kiedy rozdawano przekaski, zaczely sie turbulencje. Mielismy niesamowitego farta, bo nasz rzad byl ostatnim obsluzonym. Po nas rozdawanie picia i jedzenia zawieszono i nie wznowiono juz do konca lotu. Pozostale rzedy lecialy o, potocznie mowiac, suchym pysku. :O Mozna bylo oczywiscie kupic jakies konkretniejsze jedzenie, ale ceny byly takie, ze prosze siadac. Mozna tez bylo miec wlasne przekaski, ale po pierwsze szkoda na nie miejsca w bagazu, a po drugie to byl do cholery dosc dlugi lot i wedlug mnie chociaz kanapeczka nalezala sie wszystkim jak psu buda! Obsluga w ogole dala ciala, bo najpierw przeszla cala kabine rozdajac jedzenie "kupne", a dopiero potem rozpoczela rozdzielanie darmowych przekasek. W rezultacie, jak pisalam wyzej, czesc pasazerow nie dostala nawet tego, bo turbulencje przeszkodzily w rozdawaniu. W drodze powrotnej rozegrali to nieco lepiej i sprzedawali zarelko w czasie rozprowadzania darmowego, a dodatkowo, poza herbatnikami, dostalismy mini-paczuszke krakersow. Za to trzeba bylo sie upomniec o sluchawki do telewizorka, bo jakos im sie zapomnialo. ;)

Dosyc jednak o locie. Chyba wszystkie linie lotnicze maja ogolnie beznadziejne jedzenie, wiec nie ma co rozpamietywac. ;)
Pora na wlasciwe wakacje.

To nasza pierwsza (miejmy nadzieje, ze nie ostatnia! :D) podroz do Dominikany, czy na Karaiby ogolnie, wiec nie mam porownania z innymi osrodkami. Trafila nam sie naprawde korzystna oferta i choc opinie nasz hotel mial rozne, to nam sie podobalo. Owszem, lazienka w pokoju pokazywala slady intensywnego uzytkowania, ale bylo czysciutko, co dla mnie ma najwieksze znaczenie. A ze wanna byla lekko obita? W hotelowych wannach i tak biore prysznic w klapkach, a kapieli nie biore w ogole, wiec bylo mi wsio ryba. Pokoj byl naprawde duzy. Zdjec niestety nie mam, bo nie udalo mi sie uchwycic go bez naszego burdelu. ;) Mielismy dwa podwojne lozka (queen size), kanape oraz stolik z trzema fotelami. Byloby w nim bardzo przestronnie, gdyby ktos nie byl nadgorliwy i widzac w rezerwacji dwoje dzieci, nie dodal do pokoju jednoosobowej dostawki na kolkach oraz... lozeczka dzieciecego! :D Z poczatku mialam zadzwonic do recepcji i poprosic o zabranie chociaz tego lozeczka, ale w koncu posluzylo nam jako skladowisko ozdobnych poduszek z lozek. O dostawke byla za to wielka awantura, bowiem i jeden i drugi Potworek usilowal ja sobie zawlaszczyc do snu. Kategorycznie odmowili tez spania razem na podwojnym lozku, kiedy oznajmilam, ze ja i M., jako najwieksi, powinnismy spac sami, wiec dostawka nalezy sie jednemu z nas. Koniec koncow ja spalam z Bi, a M. z Nikiem, a dostawka sluzyla dzieciakom do zabawy, na ktora zreszta praktycznie nie mieli czasu. ;)
Czytajac opinie o hotelu, zalamal mnie tez ktos narzekajacy, ze straszliwie pogryzly go komary lub inne latajace bestie. Przezornie spakowalam psikadlo na owady, ale zwatpilam, kiedy zauwazylam, ze kiedy zamkniemy drzwi od pokoju (a wchodzilo sie do niego od zewnatrz), w kilku miejscach zostaja wyrazne, spore szpary. Krwiopijcy z Dominikany okazali sie jednak bardzo dyskretni. ;) Mimo, ze jednego czy dwoch ubilam w pokoju, to nigdy nie zdarzylo nam sie polowac na jakiegos, bzyczacego w ciemnosci upierdliwie prosto w ucho. A do domu wrocilismy kazdy z raptem paroma ugryzieniami. Wiecej lapalam chodzac latem o zmierzchu pod wlasnym domem, phi! ;)

Nasz osrodek od strony wejscia wygladal dosc niepozornie. ;)

Widzicie to cudowne, bezchmurne niebo??? Ech...

W nocy, podswietlona fontanna, nadawala frontowi nieco uroku:


Zaraz po wejsciu jednak, wrazenie robilo ogromne pomieszczenie naprzeciwko recepcji.


Ladne, z mnostwem foteli oraz wygodnych kanap i stolikow. Szybko okazalo sie, ze byly one bardzo potrzebne, bowiem miejsce bylo popularne. Nie tylko goscie czekali tam na transport na wycieczki badz lotnisko, ale bylo to tez jedyne miejsce gdzie zawsze byl zasieg internetowy. ;)
Ja melduje tacie, ze bezpiecznie dotarlismy na miejsce, a znudzona Bi siedzi z mina jak gradowa chmura. ;)

Mialo ono tylko jedna wade. Calosc byla otwarta z dwoch stron na zewnatrz, nie bylo tam klimatyzacji tylko wiatraki i w srodku dnia robilo sie nieznosnie goraco. Klimatyzacja na Dominikanie bardzo mi zreszta pasowala. Nie pizdzila jak w Hameryce, gdzie zawsze dostawaje sie gesiej skorki, tylko delikatnie chlodzila. Podejrzewam, ze Amerykanie topili sie we wlasnym pocie. :D

Probowalam tu ujac troche roslinnosci . Niedaleko wyjscia bylo bowiem cos na ksztalt kruzgankow otaczajacych dziedziniec porosniety ozdobnymi krzewami oraz kwiatami. Fota niestety nie oddaje jego uroku. :) Za to widac takie jakby "wiaderka" zwisajace ze stropu. To byly moi Drodzy... rynny! :)

Naprzeciw osrodka znajdowalo sie cos, zwane "village", czyli wioska. Nazwa mocno na wyrost, bowiem na "wioske" skladaly sie dwa sklepiki z pamiatkami, kapliczka, centrum medyczne, placyk z altanka oraz... dyskoteka. ;) W dzien malo kto sie tam zapedzal, bo slonce prazylo niemilosiernie.

Wioska Smurf'ow. :D Ten budynek po prawej to byla wlasnie dyskoteka. Zupelnie nie wygladala ;)

Pokoje usytuowane byly w jednopietrowych budynkach - "villach", a caly teren wokol nich, basenu i przy plazy byl przepieknie utrzymany.

I wszedzie te palmy: mniejsze, wieksze, srednie... ;)

Calymi dniami mozna bylo obserwowac armie ogrodnikow, ktorzy przycinali, sadzili i ogolnie dbali o tropikalna roslinnosc. Wszedzie bylo czysciutko. Chodniki zmywane woda z weza i czyszczone jesli trzeba. Ekipa sprzatajaca dyskretnie, ale caly czas krazyla zbierajac smieci, pozostawione kubki po napojach, papierki, itp. Swoja droga, ludzie to prosiaki. To, ze ktos to podniesie i wyrzuci, upowaznia cie do rzucania smieci byle gdzie? Nie rozumiem takiego zachowania i ostro ganie za nie takze Potworki.
Co wieczor lezaki i stoliki wokol basenu oraz plazy byly ustawiane na miejsca (a byly ich setki!). Basen co rano dokladnie czyszczony. Ba! Kazdego ranka ekipa grabila wodorosty, ktore morze wyrzucalo przez noc na brzeg! Ku rozpaczy dzieci, grabili przy okazji muszelki, ale w ciagu dnia fale wyrzucaly ich wystarczajaco. Poza tym znalezlismy miejsce, gdzie bylo ich duzo wiecej, ale o tym pozniej.
Wszystko to sprawialo, ze gdziekolwiek sie szlo na terenie osrodka, ten po prostu cieszyl oko. A ja co dwa kroki pstrykalam zdjecia. ;) No ale wezcie nie pstryknijcie, jak macie takie widoki:

Ten krzaczor po prawej wzbudzal zachwyt calej naszej czworki. Okazuje sie jednak, ze aby utrzymal taki niesamowity ksztalt, wymaga zpecjalnego podcinania ;)






Palmy nad brzegiem morza w swietle poranka. Zdjecie chyba najlepiej oddajace klimat naszych wakacji :)


Dla mnie oraz M., najlepsza czescia (poza wygrzaniem starych kosci i cieszeniu sie estetyka otoczenia), byl oczywiscie fakt, ze nic nie musielismy. Lazilismy wiekszosc dnia w strojach kapielowych, ktos sprzatal nam codziennie pokoj, ktos za nas gotowal. Gotowal przy okazji baaardzo obficie. Hotel mial wielki bufet serwujacy sniadania, lunch oraz kolacje oraz dwie restauracje, gdzie jednak obowiazywal stroj wieczorowy i takie "prostaczki" jak my sie zwyczajnie nie zalapaly. ;) W zupelnosci wystarczal nam jednak bufet.

Przy sniadaniu, z bufetem w tle ;)

Tylu egzotycznych ryb, ktorych nie je sie na naszej polnocy oraz innych owocow morza, dawno nie pozarlam! Zreszta, serwowane bylo jedzenie z roznych "kuchni". Sporo lokalnych przysmakow, ale tez chinszczyzne, typowe meksykanskie tacos oraz cos dla upartych dzieciakow, czyli amerykaskie klasyki - hot-dogi, burgery, spaghetti oraz frytki. I tu okazalo sie, ze moje dzieci to zatwardziale niejadki. Podczas kiedy "starzy" opychali sie i popuszczali pasa, Potworki obchodzily caly bufet krecac nosami. Z Bi nie bylo jeszcze tak zle. Na sniadanie zawsze zlapala jakies jajo, a poza tym opychala sie owocami, ktorych rowniez serwowano bardzo duzo. Poza tym jednak na jej talerzu krolowaly... frytki z ketchupem. Z Nikiem bylo jednak znacznie gorzej, bo poza zwyczajowym tostem z miodem na sniadanie, przez 5 dni na lunch oraz kolacje, jadl rzeczone frytki maczane w ketchupie. Jednego, jedynego wieczora, na zupe (ktorych zawsze byly dwie do wyboru) zaserwowano cos a'la rosol, ktory Mlodszy rowniez zjadl ze smakiem. Poza tym tylko frytki, ketchup oraz sok pomaranczowy. Coz, przynajmniej przyjal spora dawke witaminy C. :D Nie bylo tam jablek, ktore normalnie lubi, a banany (lokane, nie zadne eksportowane!) wedlug niego smakowaly... dziwnie. :/ Nie smakowalo mu nawet tamtejsze kakao, ktore przyznaje, ze zalatywalo z lekka cynamonem. Proba rozcienczenia go mlekiem rowniez nie przyniosla rezultatow.
M. strasznie wsciekal sie i co jakis czas ponawial probe "wcisniecia" w syna tego czy owego. Proby zawsze konczyly sie histeria potomka i apopleksja ojca, wiec w koncu przekonalam go, ze przez kilka dni na frytkach nie umrze, a urlop jest po to, zeby sie zrelaksowac, a nie wku*wiac przy kazdym posilku. ;) Poskutkowalo.

Bufet, szukajac moze urozmaicenia, chetnie podchwytywal swiateczne dni z krajow odwiedzajacych hotel gosci. I tak, w dzien Thanksgiving (oprocz widocznej na plazy tablicy), w jadalni wisialy amerykanskie flagi, a na kolacje serwowano pieczonego indyka. Ucieszylo to Bi, ktora wyjezdzajac dopytywala czy mozemy swietowac na wakacjach, a potem i tak tego indyka nie posmakowala. :) Byl tez tort udekorowany we flage amerykanska. Niestety, zdjecie pstryknelam, kiedy nieco juz z niego "uszczknieto". :D


Innego dnia byly jakies meksykanskie obchody, flagi zmieniono na Meksyk i serwowano takiez dania. Jeszcze kolejnego dnia podchwycono jakies dominikanskie swieto. Bufet udekorowany byl w kolory flagi Republiki Dominikanskiej.

Ja - ignorantka, pomyslalam najpierw, ze to znow jakies hamerykanckie obchody, bo kolory zgadzaly sie idealnie! :D

Tego wieczora mialam okazje sprobowac krokietow z... manioka oraz jakies korzenie zapiekane w lisciach. Szczerze... nie polecam. Maniok okazal sie bezjajowy, a ten korzen (zebym to ja wiedziala, CO to konkretnie bylo) po prostu ohydny. ;)
A! Za drobny napiwek mozna bylo poprosic o muzyke na zywo. Tych dwoch gosci naprawde dobrze gralo! Niestety, wielu gosci prosilo o znienawidzone przeze mnie "Despacito", ale jakos wytrzymalam i nie zaczelam rzucac w nich widelcami. ;)


Jedynym negatywnym szokiem byl dla nas - kawoszy rozmiar kubkow na kawe. ;) Wiecie, jak w Hameryce serwuja ci kawe, to w KUBKACH. A tam - filizanusie niewiele wieksze od tych do expresso! :D Na szczescie na bufecie mozna bylo sobie tej kawy dolewac do oporu, w pokojach tez ekspres byl (choc ilosc parzona byla na raptem 3 filizanki, ech), a dodatkowo wyczailismy kolo recepcji maszyne serwujaca cappuccino, latte i roznorakie wersje obu z dodatkami. Szybko rutyna stala sie kawka z maszyny po kazdym posilku. Nawet nie chce wiedziec ile w tym bylo cukru. ;) Jesli kogos chwycil nagly glod, przy recepcji caly czas byly tez dostepne ciasteczka, cos a'la miniaturowe drozdzowki, sok pomaranczowy, iced tea oraz... koktail dnia. Ten dostepny byl rowniez na bufecie i to juz od sniadania. Do kolacji serwowano takze dwa kolejne. Dodatkowo, od poznych godzin porannych, czynny byl bar. Nic dziwnego, ze niektorzy tam nie trzezwieli. ;)
My ograniczylismy sie do wina do kolacji, ale to mieli akurat niesmaczne. :/ Za to opychalismy sie niczym swinki. Ciesze sie, ze nie mam wagi w domu, bo nie wiem ile przytylam po tym tygodniu i nie chce wiedziec. Czlowiek chodzil bowiem na ten cholerny bufet nawet nie bedac glodnym! Codziennie, 3x dziennie odbywalismy nastepujaca rozmowe:
"To co, idziemy na sniadanie/ obiad/ kolacje?"
"A jestes glodny(a)?"
"No nie, ale potem nic nie bedzie az do nastepnego posilku..."
"A, no tak. No to idziemy."

I tak kazdego dnia! Chyba nie mamy instynktu samozachowawczego, bo jeszcze nie strawilismy poprzedniego posilku a znow szlismy opchac sie "pod korek"! :D
Jakby tego bylo malo, przy basenie dostepne byly zimne napoje (bezalkoholowe) oraz lody do oporu. Potworki krecily nosem na bufetowe zarcie, ale dawno juz tylu lodow nie pozarly. ;)

Dni uplynely nam wlasniwie wokol jednego schematu: pobudka - sniadanie - plaza - lunch - plaza/ basen - kolacja - sen. Do pokoju wpadalismy tylko zeby przebrac sie w suchy kostium, tudziez zeby ubrac jakas bluzke/ spodenki na bufet. Nam to w zupelnosci wystarczalo, ale jesli ktos pragnal urozmaicenia i zajec, tych bylo pod dostatkiem. Na terenie osrodka bylo spa oraz silownia. Poza tym, tam caly czas cos sie dzialo! Wczesnym rankiem - joga na plazy. Poznym rankiem - wodny aerobik w basenie.

Ten gosciu na brzegu prowadzil oba zajecia i byl po prostu wulkanem energii! ;)

Po poludniu - aerobik na brzegu basenu.Jednego dnia wystawiono dla dzieci wielka, dmuchana zjezdzalnie, z ktorej mogly zjezdzac do basenu.

Nik jedzieee! :D

Dodatkowo wieczorem odbywaly sie widowiska dla gosci. Raz bylo to karaoke w hotelowej "wiosce", pod dyskoteka. Innego dnia odbyl sie koncert Micheal'a Jackson'a! I kurcze, przysiegam, z daleka ten gosc naprawde przypominal Krola Popu! Nie mowiac juz, ze poruszal sie i glos mial zupelnie jak on! ;)

Wiem, slabo widac niestety...

Innego wieczora odbyl sie pokaz cyrkowy. Byli "klauni", ale dosc nietypowi, bo wyglupiajacy sie na szczudlach, byly akrobacje na wstazkach i linach.


Potworkom udalo sie strzelic fote z gwiazdami przed pokazem. :)


W ogole dzieciaki mialy ucieche nawet z pokazu Jackson'a, choc przeciez nie wiedza kto to taki. :D

Skoro juz o dzieciach mowa, to osrodek mial tez klubik, gdzie mozna bylo odstawic potomstwo na kilka godzin dziennie. Przyznaje, ze mialam taki niecny plan przynajmniej na jeden dzien, ale Potwory ostro zaprotestowaly i dalam sobie spokoj. ;)

Jesli jednak ktos mial ochote wypoczywac bardziej aktywnie, osrodek oferowal tez (za dodatkowa oplata) wycieczki. My nie skorzystalismy (o tym pozniej) i strasznie zaluje, ale bylo ich tyle, ze mozna by spedzic tydzien do hotelu przyjezdzajac tylko na nocleg.

Basen osrodek mial cudowny! Przede wszystkim byl ogromny, dzieki czemu, mimo ze mnostwo ludzi z niego korzystalo, nie bylo scisku. Jedna czesc wydzielona byla jako "barowa", przy innej codziennie odbywal sie aerobik i mecze wodnej siatkowki, ale reszta byla wolna.

Koleczka kupione specjalnie na wakacje. Dalo je sie zlozyc w naprawde male paczuszki, idealnie do samolotu :)

Minusem byla glebokosc - 1.30m, czyli Bi ledwie dosiegala do dna, a Nik w ogole. Kolejny raz lekcje plywania okazaly sie jak znalazl. Bi plywa juz tak, ze choc nadal ja obserwuje bo licho nie spi, to w sumie jestem spokojna. Nawet jednak Nik sobie radzil. I dla obojga to basen byl najlepsza czescia wakacji. Co oni tam wyprawiali! Skakali z piruetami i przewrotkami, wskakiwali do wody przez swoje kolka, nurkowali i Bog wie co jeszcze.

"I believe I can fly..." :D

Hotel mial oczywiscie rowniez plytszy basen dla dzieci, ale z niego Potworki zupelnie wyrosly. Bylo tez natomiast jacuzzi, tylko dosc nietypowe, bowiem woda w nim byla... letnia. ;) Nie zupelnie zimna (choc w pozostalych basenach rowniez trudno bylo jej temperature nazwac "zimna"), ale tez nie goraca. A nam marzylo sie wieczorem posiedziec i wygrzac dupki, choc nie wiem w sumie po co, skoro nawet w nocy temperatura powietrza nie spadala ponizej 20 stopni! :D

"Hot" tub ;)

Hotelowe wyposazenie i mnogosc atrakcji to jednak jedno, ale miejsce tworza w duzej mierze ludzie. A obsluga hotelowa okazala sie fantastyczna! Wszyscy byli przyjazni i otwarci, zawsze starali sie pomoc i doradzic, choc czasem bariera jezykowa dawala sie we znaki (na Dominikanie mowi sie po hiszpansku). I wiem, ze oczywiscie od ludzi tych wymaga sie, zeby byli uprzejmi dla gosci, ale juz tego zeby zagadywali nasze dzieciaki i przybijali z nimi piatki, nikt nie przeciez nie oczekiwal. A jednak to robili. Potworki ucza sie w szkole hiszpanskiego i szybko podchwycily, zeby na powitanie wolac "Hola!". Szybko zaczely tez dodawac "Como estas?" [Jak sie masz?], co owocowalo smiesznymi sytuacjami, niektorzy slyszac to mysleli ze moje dzieciaki sa hiszpansko - jezyczne, zaczynali do nich swiergotac w swoim narzeczu, Potworki staly z otwartymi buziami, a ja i M. zrywalismy boki ze smiechu! :) Nie przeszkadzalo im to jednak przy pozegnaniu wolac wesolo "Gracias, adios!".

No dobrze. Zachwalam i opisuje same superlatywy, ale nie wszystko na naszym urlopie bylo az tak idealne. ;)

Po pierwsze - plaza. Byla czysciutka, to prawda, ale nam marzyl sie karaibski, slynny turkus i przejrzysta woda, a tu byla... metna. :(

To ma byc ten tropikalny blekit??? (tu kolor pogarsza tez pozna pora i nisko padajace slonce)

Niestety, doczytalam o tym dopiero dwa dni przed wylotem, kiedy za pozno bylo juz na zmiany. Optymistycznie stwierdzilismy, ze moze nie bedzie tak zle, ale niestety... bylo. Powodowala to rzeka, ktora ma ujscie w poblizu i zamula cala zatoczke.

 Zejscie na plaze bylo calkiem malownicze

Zachody slonca tez nie rozczarowywaly ;)

Na szczescie, juz drugiego dnia wakacji, napotkane polskie malzenstwo z Nowego Jorku zdradzilo, ze na samiutkim koncu plazy mozna znalezc znacznie przejrzystsza wode. Caly osrodek bowiem, to byl ogromny teren, w sklad ktorego wchodzil hotel, beach club dla "lokalesow" oraz prywatne mieszkania nad samym oceanem. Kazdy z tych obiektow mial teoretycznie wlasna czesc plazy, ale w praktyce hotelowi koscie rozlazili sie po calej jej dlugosci. Szczegolnie, ze po takim bufetowym karmieniu, dobrze jest spalic nieco kalorii. ;)
Pomaszerowalismy wiec az na sam koniec (dalej roslinnosc schodzi az na same przybrzezne skalki, a morze jest znacznie bardziej wzburzone i niebezpieczne), gdzie okazalo sie, ze ktos pomyslal i zbudowal bariere, tworzac sztuczna jakby lagune. Bariera ta pieknie chronila zatoczke od mulu z rzeki. Woda byla tu krystalicznie czysta i miala wlasnie ten zielonkawo - niebieski odcien, choc uparcie nie chcial dac sie ujac na zdjeciach. ;)

Nawet rodzinne selfie sobie pstryknelismy, ha!

Nie mowiac juz o tym, ze byla ciepla jak zupa. Dodatkowym bonusem okazalo sie, ze sluzby sprzatajace nie byly tu az tak gorliwe, wiec na brzegu Potworki znajdywaly cale kilogramy muszelek. :)

Tak przejrzysta wode widzialam ostatnio w gorskich potokach

Najlepsza jednak czescia tej sztucznej laguny bylo to, ze rybki traktowaly ja chyba jako namiastke rafy koralowej. Bylo ich tam pelno, takich srebrzystych z czarno - zoltymi ogonkami. I podplywaly do czlowieka skubiac po nogach! :) Naszym codziennym rytualem bylo zabieranie ze sniadania kilku kawalkow tosta i przychodzenie z rana, zeby nakarmic rybki.

Bi karmila je niemal z reki!

Wcale sie nie baly! Nik probowal je lapac, a one tylko zwinnie umykaly przed jego raczkami i wracaly zeby skubnac chlebka. Widzialam pary ludzi, gdzie jedno rzucalo do wody chleb, a drugie obok nurkowalo w masce i patrzylo. Bi zreszta tez nurkowala, ale ze miala tylko gogle, co chwila musiala sie wynurzac. Jesli znow przylecimy na wakacje w tropikach, koniecznie musze sie zaopatrzyc w maske do snorkeling'u! :)
Kolejna zaleta tego miejsca byla odleglosc, ktora sprawiala, ze panowal tam rozkoszny spokoj. Pomimo, ze bylo to jakies 10 minut spacerkiem, niemal nie bylo tam ludzi. Leniwi goscie woleli pozostac przy hotelowej plazy, gdzie kelnerzy donosili drinki. ;)
A idac, trzeba bylo przejsc wzdluz murku, majacego na celu chyba ochrone plazy przed zbyt szybka erozja, ktory rowniez sluzyl malym, pasiastym rybkom jako namiastka rafy. :)

To zamazane na srodku, to kotlujace sie przy chlebku rybki :)

Zreszta, prawdziwa rafa koralowa musiala gdzies w poblizu byc, bowiem oprocz muszli, morze wyrzucalo na brzeg mnostwo ukruszonego koralu.







Problem mulistej plazy udalo nam sie wiec obejsc. :) Co jeszcze bylo nie tak? Tym razem "problemem" okazal sie czlonek naszej malej grupki, a konkretnie... Kokus. Ktory to, juz drugiego dnia urlopu dostal uczulenia. Caly pobyt probowalismy dojsc co go uczula, ale nie znalezlismy winowajcy. Poczatkowo M. oskarzyl mnie (bezczelny! :D) ze zapomnialam posmarowac Kokusiowi buzie kremem z filtrem, bowiem dostal na buzi czerwonych plam. Wygladalo to rzeczywiscie jak poparzenie sloneczne, tylko ze plamy... zaczely sie przesuwac. Czasem znikaly, a pojawialy sie w innym miejscu, czasem pojawily sie na szyi, po czym z niej zeszly. Czasem wygladaly jak wysypka i wykwitaly sie na plecach lub ramionach... Lekko swedzialy, ale nie strasznie, bo Nik nie drapal sie jakos tragicznie. Ogolnie na ciele wysypki praktycznie nie mial, ale jego buzia wygladala strasznie. Czerwone plamy, wysypka, skora szorstka jak papier scierny. Hotel mial centrum medyczne (w ktorym wizyta jest jednak odplatna poza "all inclusive"), ale poniewaz Mlodszy nie mial ani goraczki ani szczegolnie nie narzekal, uznalismy, ze to musi byc uczulenie. Tylko na co? Na kremy z filtrem, ktorych zreszta stosowalismy dwa rozne? Na cos w jedzeniu? Na sok pomaranczowy, ktorego Nik nigdy nie lubil a tam nagle wypijal dwie spore szklanki przy kazdym posilku? Na wode w morzu, basenie, wreszcie - na slonce, ktore jest tam duzo mocniejsze niz u nas? Cokolwiek to bylo, po powrocie do domu, skora Kokusia natychmiast zaczela wracac do normy, choc szorstka i przesuszona buzie mial jeszcze przez pare dni...
Ja zas odebralam kolejna lekcje. Lecac do egzotycznego kraju, przygotowana bylam bowiem teoretycznie na wszystko. Mialam leki na biegunke i wymioty, elektrolity w razie odwodnienia. Mialam lekarstwa przeciwgoraczkowe i przeciwbolowe. Wzielam nawet zwykle lekarstwa na przeziebienie (w samolocie mozna cokolwiek podlapac). Nie pomyslalam jednak o niczym na alergie, bowiem normalnie nikogo z nas nic nie uczula! :D
W kazdym razie, stan skory Kokusia i niewiedza, co ja powoduje sprawil, ze odpuscilismy sobie wycieczki. :( Tak naprawde, z malymi dziecmi polecano nam tylko jedna, zeby popatrzec na rafy koralowe i spedzic dzien na malej wysepce. Szkopul jednak w tym, ze wycieczka byla praktycznie calodniowa, od 9 rano do okolo 16 po poludniu. Calutki dzien na lodzi, w morzu, na plazy. A nie wiedzac co Mlodego tak strasznie uczula i czy to przypadkiem nie jest jednak jakas choroba, odpuscilismy.
Ja i M. do dzis nie mozemy odzalowac. Potworkom wystarczyl do szczescia basen. :D

W ostatni dzien, Bi postanowila pozwolic zaplesc sobie warkoczyki. Kobiety plotly je w poblizu osrodka i polowa mlodych turystek je z duma obnosila. ;)

Zaplecenie takiej kunsztownej fryzury zajelo prawie 40 minut i pracowaly nad nia dwie osoby! :O

Teraz, po prawie tygodniu, warkoczyki pomalu zaczynaja sie rozpadac, ale Bi uparcie nie daje ich sobie rozpuscic :D

Jak wspomnialam, na poczatku byl chaos, ekhem, byla podroz i rowniez podroza zakonczyly sie nasze wakacje. A ta byla... ekscytujaca, delikatnie mowiac. W drodze na wakacje mielismy turbulencje przez okolo ostatnie pol godziny lotu. Wracajac z wakacji, turbulencje mielismy praktycznie CALE prawie 4 godziny. I nie tylko turbulencje. Pogoda na wysokosci USA byla deszczowo - burzowa, a my lecielismy niemal caly czas w chmurach, wiec samolotem bujalo na wszystkie strony. Zeby oddac jak bylo zle napisze, ze po raz pierwszy w zyciu (a swojego czasu nalatalam sie sporo) zrobilo mi sie niedobrze i myslalam ze puszcze tam pawia. Niedobrze bylo rowniez Bi i plakala mi w ramie, kiedy ja sama siedzialam sztywno, uparcie patrzac w jeden punkt i starajac sie gleboko oddychac, walczylam z nudnosciami. Nawet moj maz, ktorego malo co rusza, trzymal sie kurczowo oparcia fotela przed nim i przestal puszczac do mnie oczko. Krotko mowiac bylo bardzo nieciekawie...
Na szczescie zalecielismy szczesliwie, chociaz nawet w momencie uderzenia kol o pas, czuc bylo, ze najpierw uderzylo jedno, a po sekundzie dopiero drugie. Czyli nawet wtedy nadal samolotem bujalo. :/ Zreszta, pilot oglosil chwile wczesniej przez megafon, zeby sie przygotowac, bo to nie bedzie lekkie ladowanie. Cudownie, jak na pierwsza podroz lotnicza od 6 lat. ;)
Wisienka na torcie bylo ponad polgodzinne spoznienie busa, ktory mial nas zabrac na parking, gdzie zostawilismy nasz samochod. Ja wiem, ze Nowy Jork, ze godziny szczytu, no ale bez przesady... Stanie pod prowizorycznym zadaszeniem w zawiewajacym deszczu nie nalezy do przyjemnych...
Aha! Na lotnisku, po powrocie z egzotycznych wakacji, przywitaly nas takie dekoracje. Nie ma to jak brutalny powrot do rzeczywistosci. :D








I to tyle o naszych wakacjach. Nie wiem, czy ktos w ogole dotrwal do konca, a mam jeszcze cos do dodania. ;)
Bylo pieknie, bylo leniwie (az za), czyli tak jak powinno byc na urlopie. Zakoncze jednak na nieco powazniejsza nute, bo to co widac w luksusowych osrodkach, to tylko mala czastka rzeczywistowsci pieknej Dominikany.
Wiem juz teraz dlaczego Krzysztof Kolumb nazwal Dominikane rajem na ziemi. Wyspa jest przepiekna. Niestety, woda z kranu nie nadaje sie tam do picia. Do tego stopnia, ze nawet do plukania ust przy myciu zebow, dla gosci w lazience ustawiona byla butelka z woda mineralna. Zastanawiam sie czy tubylcy sa do tamtejszej wody przyzwyczajeni, czy nie majac dostepu do czystej, pija zanieczyszczona ryzykujac choroby oraz pasozyty?
Ta malownicza wyspa ma za soba rowniez bardzo burzliwa historie. Przez stulecia przechodzila z rak do rak i walczyla o niepodleglosc. Nawet w minionym, XX wieku przeszla szereg rewolucji, dyktature i zamachy stanu.
Owa niestabilnosc niestety widac. Dominikana to kraj kontrastow. Z jednej strony luksusowe osrodki wczasowe oraz eleganckie domy nad oceanem dla najbogatszych. Z drugiej, stosy smieci przy autostradzie (nie pojedyncze papierki, ale cale GORY odpadow!) i rozpadajace sie rudery nieco tylko lepsze od slums'ow. Kazdy porzadniejszy budynek otoczony wysokim murem, z solidna brama oraz zakratowanymi oknami. Na autostradzie gorzej sytuowani tubylcy wiozacy cala rodzine motorynka, pomieszani z luksusowymi autami, na ktore stac malo kogo nawet w Ameryce. Przy wjezdzie na teren osrodka szlaban i budka straznikow. Nikt nieupowazniony sie nie dostanie.
Kobiety zaplatajace dziewczynkom z hotelu warkoczyki, usytuowane byly zaraz na obrzezach hotelowej plazy (na jej terenie zapewne nie wolno im bylo nic postawic) w ruderze troche tylko lepszej od szalasu, przykrytej palmowymi liscmi. Wokol rudery sklecone przypadkowo lawki oraz stoliki, wygladajace jak poskladane do kupy ze znalezionych smieci. Kobiety cale dnie przemierzaly plaze nagabujac turystow i zachecajac do zaplatania warkoczykow. Ubrane byly w jednakowe t-shirty, wiec to jakas bardziej zorganizowana dzialalnosc, ale ubrania byly wyraznie brudne i zniszczone. Jedna zagadnela mnie czy nie mam jakichs ubranek po Potworkach, ktorych juz nie chce, bo ma dzieci w podobnym wieku. Oprocz kobiet, byli tam mezczyzni usilujacy sprzedawac bizuterie z muszelek. Ceny zaczynaly sie od $15, ale kiedy odchodzilismy, czlowiek ten gotow byl sprzedac ten sam naszyjnik juz za $5, byle tylko zarobic pare groszy. Cale szczescie, ze M. ma wiecej sily woli, bo ja pewnie oddalabym im i ubrania i reszte pieniedzy, ktore przy sobie mialam...

Patrzac na to, trudno nie docenic dobrobytu, w ktorym zyjemy. Na codzien czlowiek narzeka, ze dom moglby byc wiekszy, praca lepsza, pieniedzy wiecej, ze malo ma tego, malo owego... Ale wystarczy rozejrzec sie po takim pozornym "raju", zeby stwierdzic, ze jest cholernym szczesciarzem. Osobiscie nie moge wyrzucic tych widokow z pamieci i ciezko mi z tym...

24 komentarze:

  1. Mysle, ze to nie byl rekordowy post, bywaly dluzsze😂 Super wakacje, az mi sie zachcialo plazy i ... amerykanskiego tortu!😁

    OdpowiedzUsuń
  2. Ach jak zatesknilo mi sie za wakacjami. Takimi wlasnie leniwymi.
    A z alergia moj Maly mial to samo. Wydaje nam sie,ze bylo to od polaczenia kremu do opalania i chloru w basenie. On na szczescie mial tylko w zgieciach rak.
    W tamtych rejonach nigdy nie bylam,bo to jakies 7 h od Nas i takimi fancy liniami nie latalam :-) u nas rzadzi Ryanair :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Swietne mieliscie wakacje, doskonaly pomysl na wypad zimowy. Uczulenie Nika moglo byc spowodowane wieloma czynnikami: sloncem, woda basenowa czy woda oceaniczna, (bo inne byly niz znane wam bakterie czy tez skladniki odkazajace basen, do ktoryh zalicza sie przeciez nie tylko chlor, ale i rozne chemikalia), a takze pozywienie, w tym wspomniany sok pomaranczowy. Na szczescie - nie bylo zadnych po9wazniejszych objawow.
    Co do biednego zycia lokalesow na Dominikanie: wszedzie tak bywa, niestety. Szczegolnie w turystycznie atrakcyjnych krajach 3-ciego swiata.

    OdpowiedzUsuń
  4. ale pięknie!!
    Mam marzenie, żeby polecieć samolotem, żeby polecieć do ciepłego kraju, żeby polecieć samolotem, do ciepłego kraju z ukochanym....
    jeszcze poczekam;D
    Pięknie napisałaś!

    OdpowiedzUsuń
  5. Co do tej alergii to mój starszy chyba ma coś podobnego - też myślałam, że to krem z filtrem, ale rok później mieliśmy inny a też po jednym dniu miał plecy z wysypka.
    Co do Dominikany to mam znajomą z tamtych stron, przyjaciel męża zakochał się na wakacjach i takową poślubił 😊 Najlepsze jest to że jak rodzinnie jadą na Dominikanę to zatrzymują się w hotelu bo mąż (Wloch) potrzebuje wygód jakich lokalne domostwa nie są w stanie zapewnić typu ciepła woda w kranie 😉
    Co do lotu to współczuję, u mnie byłby atak paniki na bank bo ja generalnie boję się latać.

    OdpowiedzUsuń
  6. Wspaniałe miejsce na wyjazd, zwłaszcza w środku zimy. U mnie zimno, sama bym najchętniej się spakowała w samolot i gdzieś daleko wyleciała :)
    Za to tak poza tematem, co do zdjęć... Dziwi mnie bardzo, że krępujesz się pokazać w Internecie swój wizerunek, ale wizerunki dzieci już nie. Kiedyś, kiedy one to przeczytają, mogą wstydzić się tego, że wiele obcych im osób może gdzieś na prywatnym dysku przechowywać ich twarze, tym bardziej, że ich rodzice dwóch twarzy nigdy nie pokazali. To tylko czysto teoretyczne rozważania, bo ostatnio sporo myślę o tym, dlaczego ludzie tak łatwo rozporządzają zdjęciami swoich dzieci, które kiedyś przecież dorosną i mogą niektórych zdjęć się wstydzić. To trochę tak, jakby wchodziły w dorosłość już z pewnym bagażem, którego nie będą mogły się pozbyć, a przez pryzmat którego mogą być oceniane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "dzieci, które kiedyś przecież dorosną i mogą niektórych zdjęć się wstydzić"? - Niektorych, tzn. konkretnie KTORYCH? - Ja bym sie jednak wstydzila robic TAKIE IDIOTYCZNE UWAGI.

      Usuń
  7. Jak człowiek ogląda takie zdjęcia to aż sam marzy, żeby się tam znaleźć. Mi to pewnie nie będzie dane, bo Krzysiek jest zwierzęciem lądowym i upiera się, że w życiu nie wsiądzie do samolotu :P
    Ale dobrze, że wypoczęliście, zrelaksowaliście się i poleniuchowaliście. Człowiekowi naprawdę jest to potrzebne, chociaż od czasu do czasu :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Omg. Zatęskniłam za ciepłem! (U nas jest po północy, już poniedziałek i pada deszcz). Wasze wakacje przypomniały mi nasze w Tunezji. Bardzo podobnie było też pod kątem tego syfu w miastach, na drogach, domo-twierdz.
    Nie wiem jak daliście radę wrócić z tego ciepła w to zimno :)
    Kochana, ten krzaczor to bugenwilla 😍. Moja rośnie już drugi rok i akurat została ścięta na zimę hihi. Pięknie kwitnie, ale daje radę tylko w cieple.. W Grecji jest ich od grona 😍. Będąc na Minorce i Malcie mieliśmy maskę do snoreklingu, super sprawa!
    Co do tego uczulenia.. Będąc w Grecji na Evii, podczas zwiedzania stolicy postanowiliśmy się poplażować na stworzonej niedaleko portu plaży. Po godzinie mąż wyglądał jak rak, miał całe ciało w krostkach czerwonych. zeszło dopiero po kilku dniach..
    Na miejscu kupowaliśmy wapno w aptece ;)

    Pozdrawiamy! Buźki!

    OdpowiedzUsuń
  9. Cudowny wypad :) Piraci z Karaibów, zwłaszcza jeden z nich mogliby jeszcze tam być co ;)
    Ja kiedyś uczulenie dostałam w Warszawskim zoo od egzotycznych roślin i ich pyłków będąc tam podczas dużego upału. Dermatolog ostrzegł, że tak niestety mogę też reagowac w ciepłych egzotycznych krajach.. pyłki tych roślin w połączeniu z dużym słońcem to dla mnie zło.
    Piękne zdjęcia, ociepliły bardzo, zmobilizowałaś mnie tym do dokonczenia spisywania wakacji naszych.
    Warkoczyki super!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałam etapami, ale doczytałam..
      Smutny ten kontrast, ale tak wygląda prawda. Bogaci żyją z turystyki i wyzysku biednych, pomaga im w tym krajobraz, reszta się nie liczy. Oglądałam ostatnio program własnie o tym śmieciowisku tam, większość to śmieci turystów, które skrzętnie się przed nimi ukrywa pozwalając im na wszystko, a mieszkańcy żyją w tych śmieciach potem, żeby tylko turysta był zadowolony i uwierzył, ze to naprawdę raj. Smutne

      Usuń
    2. Nonsens 0 bzdura kompletna, ze "mieszkańcy żyją w tych śmieciach potem, żeby tylko turysta był zadowolony..." Przeciez gdyby nie turysci - ta biedota 3-go swiata nie mialaby kompletnie z czego zyc!

      Usuń
  10. O jeżu... Raj!! <3 Cudowny wypad!

    OdpowiedzUsuń
  11. Raj na ziemi, cudownie!!! Wracajcie tak często jak możecie i na wszelki wypadek bierz dwie torby leków ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Ale super. Nalezalo wam się.
    A co do zakonczenia to chyba coraz więcej jest takich kontrastow. Smutne to

    OdpowiedzUsuń
  13. Ale cudne wakacje mieliście!! Zwłaszcza, że pogoda "w domu" nieciekawa.. ;) Pozazdrościć! Dobrze, że wypoczeliście :))

    OdpowiedzUsuń
  14. O rety, Agacia, jakie cudowne wakacje mieliście!
    Przeczytałam Twoją relację, od A do Z, z zapartym tchem.
    Nigdy nie byłam na Karaibach (i nie wiadomo, czy kiedykolwiek będę), więc tym bardziej - wszystko mnie bardzo ciekawiło. Fajnie, że tak szczegółowo opisałaś i lot, i pobyt. Czuję, że i mojej rodzince przydałyby się takie wakacje w tropikach, z basen, oceanem, pysznym jedzonkiem podanym na tacy...
    Rozmarzyłam się dzięki Tobie. Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  15. Tam nas jeszcze nie było;) ale ogólnie to latamy - minimum 4 razy w roku (tylko nie tak długo;))?

    Mina Bi bezcenna!!! Ubawiłaś mnie tą fotką zacnie:))) Normalnie jakbym widziała Martę!!!!

    A takie wakacje to dobra rzecz. My odkąd są dzieci, to też tylko z opcją all inclusive, by móc odpocząć od codziennych obowiązków;))?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ps. Te znaki zapytania to oczywiście w gratisie od mojego telefonu;))

      Usuń
  16. Agatko bardzo Ci dziękuję za to, że chce Ci się pisać, że pozwalasz nam "zaglądać" do Twojego domu, poznawać Twoją rodzinę, Wasze codzienne życie, że zabierasz nas z sobą na wakacje:))
    czytam każdą notkę z ogromną przyjemnością,
    przesyłam serdeczności

    OdpowiedzUsuń
  17. Wow, urlop rzeczywiście w raju!!!
    Oj, chciałoby się tam wyjechać, choćby na weekend... U nas modna wśród znajomych ostatnio Teneryfa... Człowiek potem podziwia takie zdjęcia na fejsbukach, a za oknem szaruga, uh :D

    Uściski dla Was!

    OdpowiedzUsuń
  18. O matko... ale zazdroszczę :)))

    OdpowiedzUsuń
  19. Bosko!!! Zazdroszczę ogromnie słońca!!! U nas szaro- buro i ponuro. Ciemno gdy wychodzę, ciemno gdy wracam. Jakaś depresja mnie dopada ;) oby do lata!!!

    OdpowiedzUsuń