środa, 11 października 2017

"Co slychac Panie Tygrysie? A nic, nudzi mi sie..."

Jak w tytule. Niby cos sie tam dzieje, ale to "dzieje" to takie malo ciekawe jest. ;)

Trwa lato. Zeszly tydzien byl tak goracy i wilgotny, ze w niektore dni przeklinalam M. i jego narwanie, ktore w ferworze po-letniego porzadkowania, kazalo mu wyjac z okna klimatyzacje. Od okolo 3 tygodni (z malymi 2-3-dniowymi przerwami), bylaby jak znalazl, a tak to musimy sie kisic. Gwoli scislosci, to M. pytal i sama wydalam pozwolenie na wymontowanie tego arcywaznego sprzetu, ale nie przyjmuje tego do wiadomosci. To jego wina i juz. ;)

Potworki mialy dlugi weekend. W poniedzialek byl Columbus Day, a we wtorek nauczyciele w naszym miasteczku mieli szkolenia.
Szkoda, ze ten Dzien Kolumba to takie swieto - nieswieto. Wolne maja szkoly, poczta, banki oraz urzedy stanowe i federalne. Pozostali, zwykli smiertelnicy zasuwaja normalnie do pracy. A we wtorek to wiadomo, ze pracowali wszyscy, oprocz nauczycieli... ;)

Te nauczycielskie szkolenia to jakis porypany wymysl. My mielismy je we wtorek, a np. sasiednie miasteczko, w miniony piatek. Tak czy owak, dzieciaki mialy 4 dni wolnego. W miescie kolezanki z pracy maja jeszcze inny system. Przez caly rok szkolny, z wyjatkiem dwoch miesiecy, w srody dzieci maja zajecia tylko pol dnia, a przez reszte godzin, nauczyciele sie "szkola".
I ja sie pytam, moi panstwo, czy nie daloby sie zrobic tych szkolen w weekend, zamiast dezorganizowac zycie wszystkim rodzinom w miescie???  Przynajmniej dla nauczycieli podstawowek, bo starsze dzieciaki zostana juz same w domu i po klopocie. A dla maluchow trzeba szukac opieki... 
Oczywiscie dyzurujaca swietlica dziala, ale nie dosc, ze nie w naszej szkole, to jeszcze odplatnie... :/ Co wiec zostaje? Wziecie wolnego z pracy. :/

W ciagu poprzednich dwoch lat, strasznie sie napsioczylam na ciagle branie wolnego "z okazji" zamknietej szkoly. W tym roku mam luzy, bo M. pracuje na druga zmiane, mi pozostaje wiec tylko wyjscie o godzinke szybciej, zeby zdazyl na czas. Myslicie, ze jestem zadowolona? A gdzie tam! To znaczy w teorii tak, bo wiem ze to duzo prostsze niz ciagle branie wolnego. Szczegolnie kiedy jest sie w nowej pracy zaledwie 4 miesiace. W praktyce jednak, posiedzialabym sobie w domu...
Jak zwykle wiec - nie dogodzisz. ;)

*

W sobote, po basenie Bi oraz cotygodniowym odgruzowaniu chalupy, stwierdzilam, ze patrzec juz nie moge na stan okien w domu. Nie mylam ich ze dwa lata, wiec mozecie sobie wyobrazic jak wygladaly. ;) Zanim ktos zakrzyknie ze zgroza, nadmienie tylko, ze Amerykanie myja okna niezmiernie rzadko, wiec wroslam juz po prostu w tutejsze (flejtuchowate :D) srodowisko. Nigdy nie widzialam, zeby moi sasiedzi z naprzeciwka (Polacy zreszta) czyscili okna. Ani zadni inni. :) Zreszta, musze przyznac, ze nie wiem jakiego szkla uzywa sie do tych amerykanskich okien, ale one, po 2 latach nieczyszczenia, wcale nie sa az tak brudne! :O To znaczy czesc dolna, zaslonieta siatka, rzeczywiscie byla upackana, bo nie dosc, ze pryska na nia kurz i brud z siatek, to te ostatnie utrudniaja splukiwanie syfu. Gorna czesc jednak, po ktorej swobodnie splywa deszcz, wydaje sie calkiem przyzwoita, najwyzej lekko przykurzona.

Spedzilam wiec cale popoludnie szorujac okna. W zasadzie to nawet nie skonczylam bo zrobilo sie ciemno. Mimo wszystko jednak bardzo bylam z siebie zadowolona. Dopoki nastepnego dnia nie spadl deszcz, a dwa dni pozniej lalo calutki Bozy dzien!
Normalka, ze nie padalo trzy tygodnie, a jak umylam okna, to nadszedl front z ulewami. Typowe! :/

*

W niedziele zas, kopnal mnie "zaszczyt". Zostalam mianowicie zaproszona na grilla do szefa. Jak i pozostali pracownicy, nie ze tylko ja. :) Tak tak! Ci dretwi Chinczycy jednak sie socjalizuja! ;) Juz myslalam, ze nie zostane zaproszona, bo tydzien wczesniej X. (imie mojego szefa zaczyna sie wlasnie na X ;P) pytal wszystkich po kolei czy ta niedziela im pasuje. Mnie nie zapytal, wiec uznalam, ze jako najnowszy "nabytek" firmy moge zostac pominieta. Jednak zaproszenie otrzymalam i pojechalam uznajac, ze w tak malej firmie, kiedy szef zaprasza, wypada sie chociaz pokazac. ;)
Zapytacie jak bylo?
Meh... ;) To nie imprezy z dawnej firmy, gdzie wino lalo sie strumieniami, a szef wlaczal muzyke i zapraszal kazda dziewczyne po kolei do tanca. Tutaj do picia bylo tylko piwo (a fuj!) i pomimo ze zaproszenie bylo na "grilla", zostalismy posadzeni przy stole w jadalni i tam spedzilismy caly wieczor. A ja spodziewalam sie zabawy na swiezym powietrzu! Nawet kalosze Potworkom spakowalam (bo zaproszenie bylo dla calych rodzin, a rano padalo) a tu impreza rodem z Bozego Narodzenia, gdzie czlowiek tylko je, pije i popuszcza pasa. ;) Musze jednak przyznac, ze zarcie bylo pyszne i atmosfere psul tylko jeden z Azjatow - Koreanczyk sie okazuje, opowiadajacy jakies koszmarne anegdotki o genetycznych eksperymentach, ktore mial kiedys okazje przeprowadzac w swojej ojczyznie. Na szczescie na zwierzetach, a nie ludziach, ale mimo wszystko... :/

*

Poniedzialek po pracy spedzilam w znacznie lepszym towarzystwie. Wpadla do mnie kolezanka ze swoimi blizniakami. Nie tylko, ze ja mialam kumpelke do poplotkowania, ale tez Potworki pieknie sie z kolegami bawily. :) Bylam nawet w lekkim szoku, bo chlopaki niedawno skonczyli 7 lat, wiec wiekowo sa blizej Bi. Cala trojka wlaczyla jednak do zabawy Kokusia i mieli frajde na calego. Pod koniec wizyty Bi zaczela narzekac na bol brzucha, wycofala sie nieco i Nik wrecz przejal dowodzenie, przynoszac swoje wszystkie planszowki i tlumaczac zasady gry. Co prawda Starsza wolala oburzona, ze "They are all cheating!" [= oni wszyscy oszukuja!], ale co tam. Najwazniejsze, ze nikt nie mial pretensji, a za to wszyscy po kolei zanosili sie smiechem. ;)

*

Bol brzucha, wlasnie... :/ Wyglada na to, ze oprocz przeziebienia, ktore nadal ciagnie sie niczym guma z gaci u mnie oraz Nika, wpadla nam z wizyta jakas jelitowka... W piatek rano M. przyslal mi smsa, ze Kokusia boli brzuszek az placze. Po chwili jednak przeszlo, wiec M. jednak odwiozl go do szkoly. Nie na dlugo. Juz o 11:30 dostalam telefon od szkolnej pielegniarki, ze Nik placze, ze boli go brzuch i nie tyka jedzenia... M. nie odbieral telefonu, wiec po syna zmuszona bylam jechac ja. I co zastalam w pielegniarskim gabinecie??? Usmiechniete dziecko, wesolo brykajace miedzy lezanka a biurkiem. ;) Cos jednak bylo na rzeczy, bo do konca dnia Nik nie tknal jedzenia. Nawet do picia musialam go wrecz zmuszac. Poza tym zasnal M. w dzien, czego nie robi juz od dawna i to na podlodze, wsrod puzzli.

(To se miejsce wybral... A zaraz obok ma kanape...)

Pozniej, kiedy odebralismy Bi, po 5 minutach na placu zabaw oznajmil ze jest zmeczony i chce jechac do domu. Poza tym jednak nie mial goraczki, humor w miare dopisywal, a jeden luzny, ekhem... stolec, pojawil sie dopiero w poniedzialek. W sobote apetyt mial jeszcze slaby, ale juz cos tam jadl, a w niedziele wydawal sie zdrow jak ryba.

Wobec braku porzadnych objawow, uznalam, ze moze cos mu zaszkodzilo, mimo, ze jedlismy w sumie to samo. Niestety, jak juz wspomnialam, w poniedzialek po poludniu Bi zaczela narzekac na bol brzucha, po czym ona rowniez urzadzila sobie glodowke. Pierwszego dnia nie zjadla nawet wieczornych owocow, ktore zwykle uwielbia. A wiec jednak jelitowka... :( Na szczescie bardzo lagodna, ale i tak czuje sie winna, ze w niedziele na "firmowej" imprezie Potworki mialy kontakt z szesciorgiem dzieci, a nastepnie w poniedzialek jeszcze ze znajomymi blizniakami...

*

Remont tarasu pomalu posuwa sie do przodu. Idzie to w slimaczym tempie, ale co zrobic, skoro M. uparl sie, ze da rade sam.

(Na poczatku zeszlego tygodnia straszyly nadal stare schody)

Oplacona ekipa uporala by sie z tym w kilka dni, a maz dlubie po trochu w wolnych chwilach. W tym tygodniu mial w ogole poslizg, bo poniedzialek i wtorek spedzil w domu z Potworkami, a przy nich wiadomo, ze nie da sie spedzic calego dnia przy robocie.

Nie powiem, ciesze sie, ze M. chce robic cos przy domu i dumna jestem, ze potrafi i nie zraza sie tym, ze czasem musi cos oderwac i zaczac od nowa. ;) Nie mowiac juz o uldze w portfelu, bo ekipie jednak najwiecej placi sie za robocizne. Czasem jednak chcialoby sie miec skonczone i ladne juz, teraz, natychmiast... No, ale pomalu widac swiatelko w tunelu.

(Stan z poniedzialku obecnego tygodnia. W sobote, podczas gdy ja walczylam z oknami, taras dorobil sie nowych schodow)

*

Przyszly stroje dla dzieci na Halloween'owa parade w szkole. W tym roku stwierdzilam, ze moze niech sami wybiora sobie kostiumy. Nie, nie dalam im calego katalogu do przejrzenia, bo to niechybnie skonczyloby sie oczoplasem i w koncu placzem. Dzieciaki sa bezradne w obliczu zbyt wielkiego wyboru. Ja zreszta tez. ;) Wydaje mi sie, ze sa jednak juz na tyle duzi, zeby z kilku opcji wybrac cos, co najbradziej im sie podoba. Poza tym obawialam sie, ze ja cos zamowie, a potem bedzie placz, ze im sie nie podoba. W koncu oboje, a Bi szczegolnie, maja juz swoje gusta oraz zdanie. :)
Co sie przy okazji okazalo? Moje dzieci nie maja zbyt wygorowanych wymagan. Zamiast bardziej skomplikowanych przebran ksiezniczki, pirata lub innego spidermana, wybrali... Nik prosta peleryne udajaca nietoperza, a Bi... w sumie sama nie wiem co to jest, ale dla mnie tez z grubsza przypomina przebranie nietoperka. Albo raczej nietoperki. ;)

(Dwa Gacki :D)

Oboje strojami zachwyceni, a to najwazniejsze. ;)

*

We wtorkowe popoludnie, Potworki wykazywaly daleko posuniete oznaki znudzenia. W skrocie, biegali jak szaleni, przepychali sie, klocili, naprzemian wyrzucali z pokojow, wrzeszczeli, tarmosili psa, jeczeli o slodycze i sama juz nie wiem co. ;) Najpierw wyrzucilam towarzystwo do ogrodu. Bylo 25 stopni, niech sie wyzyja! Bardzo wczesnie jednak zapada teraz zmierzch, a wraz z nim spadaja temperatury. Trzeba bylo w koncu zamknac dzieciarnie w domu. Obawiajac sie powtorki z wczesniejszych (watpliwych) rozrywek, urzadzilam im najprostsza chyba, jesienna zabawe, mianowicie robienie pieczatek z lisci napredce zebranych w ogrodzie.


Zabawa ta szybko przeszla w robienie pieczatek dloni, a nastepnie w malowanie paluchami. ;)


Patrzylam z lekka zgroza na poczynania zwlaszcza Nika. Koniec koncow, dywan udalo mi sie uratowac, podloge na szczescie szybko sie wyciera, a Potworki cale usmarowane kolorowymi maziajami, byly przeszczesliwe. ;)

*

Od dzis Potworki wrocily do szkoly. Na 3 dni, haha! W tym tygodniu jeszcze wiele sie nie zmieni, ale od poniedzialku zaczyna sie praca domowa! :O Przynajmniej dla Nika, bo jego pani przyslala oficjalne zawiadomienie. O Bi nic konkretnego jeszcze nie wiem, ale na poczatku roku byla mowa, ze praca domowa zacznie sie w pazdzierniku. Poniewaz nastepny tydzien to juz trzeci tego miesiaca (a dopiero co byl 1 pazdziernik!!!), wiec wnioskuje, ze i Bi zacznie przynosic lekcje do domu. Az sie boje. :D U Nika przynajmniej wiem z grubsza czego sie spodziewac, bo po zeszlym roku znam system jego Pani. Ale wychowawczyni Bi to wielka niewiadoma. Nie wiem ile bedzie zadawac, ani w jakiej formie. Wiem tylko, ze praca domowa bedzie od poniedzialku do czwartku. Weekend jest dla tutejszych nauczycieli czasem odpoczynku. :)

*

Od poniedzialku czeka Potworki rowniez delikatna zmiana grafiku. Przynajmniej tymczasowa. Zapisalam ich mianowicie na zajecia plastyczne, odbywajace sie po poludniu w szkole przez 8 poniedzialkow pod rzad. Oczywiscie Bi byla cala chetna, ale Nik mial swoje watpliwosci. Przekupilam go w koncu godzinnym pobytem na swietlicy w oczekiwaniu na owe zajecia. :D Potworki morduja mnie juz jakis czas o chodzenie na swietlice, to beda mieli okazje. Widzicie, swietlica jest tu odplatna, dlatego nie zapisywalismy na nia dzieci, skoro mozemy ich odwiezc i odebrac. Natomiast, jesli Potworki zapisane sa na dodatkowe zajecia (rowniez odplatne oczywiscie ;P), moga zostac po lekcjach w swietlicy za darmo. Ja natomiast chetnie skorzystam z dwoch godzin "wolnosci", bo na codzien jestem albo w pracy, albo z Potworkami. Nie mam czasu na samotny wypad na zakupy, czy zeby cos zalatwic. Teraz bede miala okazje, a Potworki beda mialy swoja wymarzona swietlice. Wilk syty i owca cala. ;)

A dlaczego Potworki tak ciagnie na ta nieszczesna swietlice? Nie uwierzycie, ale (oprocz towarzystwa kolegow), chodzi im glownie o slodycze. Szkola Potworkow ma wymagania, ze do picia dzieci moga dostawac tylko wode, a przekaski musza byc zdrowe, bez cukru. Swietlica jednak jakos pod te wymagania nie podchodzi, bo zaraz po ulokowaniu w niej dzieci, dostaja one soczek oraz albo batonik (niby granola, ale sklad powala) albo zelki (niby "fruit snacks", ale to normalne zelki!). :O Akurat slodyczy (w ramach rozsadku) Potworkom nie bronie (choc ograniczam :D), ale sokow nie dostaja so picia niemal w ogole. Zakladam wiec, ze to zaciete dopominanie sie swietlicy, to taki niemy krzyk o ten nieszczesny soczek. :D

*

I na tym skoncze, bo te "nudy" nagle przerodzily sie w kolejnego tasiemca. ;) Pozdrawiam jesiennie!

(Nie lubie jesieni, ale kolory naszego ogrodu o tej porze roku, niezmiennie wprawiaja mnie w zachwyt)

8 komentarzy:

  1. Naszej jesieni daleko do Waszej (przynajmniej narazie, bo leje i zimno i buro i ponuro). Czemu Potworki ne dostają sokow? Nie mówię o takich rozcieńczonych wodą czy barwnikami, ale takich jednodniowych? (u nas są Cymesa - bardzo dobre :) Tak pytam, zupełnie z ciekawości, nie bierz tego jako wtrącanie się do Twojego wychowania czy zasad w domu :) Od tego mi daleko :)
    Odkąd mam dziecko w I klasie zupełnie rozumiem Twoje urywanie się z pracy i wieczne wolne, właśnie się u mnie zaczęło - dzisiaj na galowo, bo Dzień Edukacji Narodowej (który jest przecież 14, a nie 12, ale co ja się znam nie? ;) a jutro w związku z tym dniem dzieci mają wolne (pierwszy ze stu dni wolnych od szkoły, bo tak ;). Ja mam akurat ten "luksus", że mam teściową w domu, ale nie wszyscy mają tak dobrze.
    Prace domowe to u nas już od wrzesnia praktycznie i powiem Ci, że jednego dnia to już był totalne przegięcie, bo nie dość, że Martyna miała ze cztery linijki liter (osobno i łączonych), szlaczek (to akurat lubi, więc nie wiem czy jako obowiązek liczyć? ;), matematykę i angielski :/ Ja wiem, rozumiem że to szkoła a nie przedszkole, tylko ona ma możliwość te lekcje odrobić dość późno, bo dopiero jak ja wrócę z pracy czyli ok. 18:30, więć siłą rzeczy jest już zmęczona, czasem na świetlicy odrobi jak są jakieś starsze koleżanki, ale to sporadycznie. Szkoda mi jej no ale cóż poradzić, będzie starsza będzie lżej pewnie.
    Taras wygląda coraz lepiej, M zdąrzy do następnego lata więc daj chłopu spokój, chce dobrze i niech tak będzie ;) Co do imprezy firmowej to powiem Ci tak, że ja u siebie pracuję już 10 lat i mimo, że generalnie lubię się z moimi szefami, chyba nie chciałabym iść z nimi na jakieś balety :p Jest dobrze tak jak jest ;)
    Pozdrawiamy :* :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziwny macie ten hamerykancki system szkoly, choc nasz w sumie nie lepszy :P U nas jeszcze cisza przed burzą, bo Junior jeszcze w przedszkolu, ale ani się nie obejrzymy i będzie w zerówce i nam też zaczną się prace domowe :-/
    M. bardzo ładnie radzi sobie z tarasem, nie narzekaj ;)
    @ lata nie myte ok nie wyglądały źle? To faktycznie macie tam jakies brudoodporne szkło. Moje po 2-3 miesiącach wyglądają tragicznie :P

    OdpowiedzUsuń
  3. tak sobie myśle o tych oknach..
    może mieszkacie w bardzo czystej ekologicznie okolicy, nie kopci się z kominów niema smogu itd
    zdjęcie "na ściance" świetne, zwłaszcza ta przypadkowa psia łapa, Maya też chciała? :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo fajne te przebrania. Moi chlopcy juz doczekac sie nie moga. W tym roku Starszak bedzie rycerzem, a Mlody jego smokiem ( rok temu ten stroj zdobywal tyle pochwal I nagrod, ze stwierdzilam, ze Mlody ubierze go jeszcze raz).
    Okna nie myte 2 lata?
    Wow, ja myje raz na trzy miesiace :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Kurczę, to nieźle z tą szkolą, faktycznie... W niesmak są mi wszystkie takie sytuacje, kiedy trzeba organizować wolne, albo opiekę dzieciom. To niestety nie takie proste. A dni wolne szybko umykają za urlopu.

    Stroje macie fantastyczne. Muszę zapytać u Lilki w przedszkolu, czy będą mieli jakiś bal, bo tam gdzie pracuję jest takowy. I fajnie. Znasz moje podejście do Halloween- dobrze, że są ludzie którzy podchodzą do niego na wesoło, z przymrużeniem oka, a jeśli nawet sami nie mają potrzeby go obchodzić, czy nie uznają- to nie próbują "nawracać" innych. Chciałabym kiedyś przeżyć takie prawdziwe amerykańskie halloween, w jakiejś dzielnicy domków, gdzie faktycznie te dzieci mogą mieć z tego mega frajdę!

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie no, taras zaczyna wyglądać imponująco :)
    Ja okna dziś myłam, u nas kolejny dzień z ok 25C ;)
    A swoją drogą zazdroszczę klimatu. moja psiapsióła kiedyś wyjechała na jakiś czas do hameryki i wiesz co jej się najbardziej tam podobało? Mówiła mi tak - wytarłam kurze w poniedziałek i do piątku ich nie było, umyłam samochód i z miesiąc był czysty itd itp. jeśli też tak tam macie, to Wam zazdroszczę bardzo i niezbyt brudne okna po dwóch latach wierzę :)

    Przebrania super! U nas przebierać się nie będa, ale Tolcia już ma odłożoną na ten dzień sukieneczkę w halloweenowe dynie ;)

    Rozwaliłas mnie "powodami" chęci do świetlicy :D Haaha, Potworki wiedzą jak się ustawić :) W naszej szkole dają dzieciakom mleko w kartonikach z ryrką, owoce, paprykę, pomidorki i wode do woli. Na szczęście na świetlicy nie ma wyjątków. Mały słodycz mogą zabierać w śniadaniówce z domu.

    Fajne te Wasze "nudy". Jesień cudowna, nasza Polska złota równie piękna. Nadal zielono i pomiędzy tym mnóstwo pieknych jesiennych przebarwień i to słońce i ostatnie ponad dwudziestostopniowe temperatury. Jest fajnie.

    Z impreza firmowa się uśmiałam, zwłaszcza z tych spakowanych kaloszy :) Pojadłas przynajmniej ;) Potworki się nie wynudziły?
    Ja pamietam imprezy co piątek w dawnej firmie, na terenie firmy się dobywały, były grille typowe, ale było tez super towarzystwo tam, więc lubiłam. PW kolejnych firmach wszelkich integracji nie znosiłam, mimo tez fajnych ludzi, to jednak to były typowe wyjazdowe korpo integracje... ech


    OdpowiedzUsuń
  7. Przebrania halloweenowe obojga sa swietne. Nick jako nietoperz jest boski.
    A meza robiacego samodzielnie BUDOWLANE przerobki/naprawy to az zazdroszcze. Gratulacje!

    OdpowiedzUsuń