piątek, 14 lipca 2017

Nie powiem, zebym sie nudzila ;)

W Potworkowie sie dzieje. Na szczescie to takie zwykle, codzienne "dzianie" i choc troche klopotow i niepokojow jest (zgrzytania zebami tez), to oby tylko takie mnie w zyciu spotykaly. Tym bardziej, ze te niepokoje rownowazone sa przez nieco radosci, "podniety" oraz dumy. :)

Wakacje mijaja nam stanowczo za szybko. Kiedy czeka sie na kolejne wyjazdy, tygodnie mijaja jak szalone. Wlasnie sobie uswiadomilam, ze zostal tydzien do kolejnego wyjazdu, a kiedy z niego wrocimy bedzie juz koncowka lipca! Az zaczelam przegladac na Amazonie plecaki, bo przedszkolny Nika jest do szkoly za maly, a stary szkolny Bi po roku byl tak brudny, ze nadawal sie wylacznie do wyrzucenia. Nic jednak poki co nie kupilam, bo troche czasu jednak mamy. :)

Jak sie okazalo, z poprzedniego kempingu Bi przywiozla sobie cos wiecej niz umiejetnosc jazdy na rowerze bez bocznych kolek, chociaz zdobywanie tej umiejetnosci bezposrenio sie do pamiatki przyczynilo... :/
Otoz, Starsza przyznala, ze w czasie ktoregos z okrazen pola kempingowego, stracila rownowage, nie wyhamowala i wjechala w krzaki. Coz, zdarza sie nawet najlepszym. :D Nie ma co panikowac, prawda? Niestety, w Hameryce to NIEprawda... Bi miala pecha i najwyrazniej wjechala w Poison Ivy albo inne trujaca paskudztwo. :( Na szczescie zahaczyla o nia tylko  plecami. Mimo, ze byla w ubraniu, to jakis uparty listek musial pechowo wslizgnac sie miedzy t-shirt a spodenki. Najpierw wygladalo to na zadrapanie i babelki, troche jak ugryzienia komara. Nawet skomentowalam, ze strasznie Bi pozarly. Niestety, bable zamiast znikac, przez kilka dni sie rozrastaly, az w jednym miejscu urosly w wielka, jednolita, czerwona i swedzaca plame. :(

(Zdjecie troche przeswietlone, tak naprawde plama jest nieco ciemniejsza, a zaznaczam, ze wyglada duzo lepiej niz 2-3 dni temu! :/)

Teraz juz pomalutku plama zasycha, ale po moim wlasnym doswiadczeniu z Poison Ivy wiem, ze moze potrwac jeszcze nawet 2-3 tygodnie zanim zejdzie zupelnie. Mowie Wam, niemal teskno mi za nasza pospolita pokrzywa (tutaj tez wystepuje, ale duzo rzadziej), choc w dziecinstwie do smiechu mi nie bylo jak wsadzilam w nia lape. ;)

Coz... Plama Bi juz schodzi, czego nie mozna powiedziec o Nikowej opuchliznie. Nie, Nik nie wlazl solidarnie w trujace chaszcze. :) Nika cos ugryzlo. W czolo! We wtorek wrocilam z pracy i pierwsze co, to rzucilo mi sie w oczy "limo" na czole mlodszego. Myslalam, ze gdzies sie walnal, ale okazalo sie, ze zasnal w samochodzie kiedy skads z tata wracali, wiec maz moj zaparkowal pod drzewem, otworzyl wszystkie okna i pozwolil mu sie zdrzemnac. Jakis owad musial mu przejsc po buzi, Nik ja potarl, a owad ugryzl/uzadlil. :( Ale jak! W srode rano Mlodszy wstal i poskarzyl sie, ze oko nie chce mu sie otwierac. Spokojnie, tak naprawde sie otwiera, ale opuchlizna rozprzestrzenila sie na luk brwiowy co sprawia, ze Nikowi opada powieka. :(

(To zdjecie z czwartku. Opuchlizna pomalu schodzi. Na zdjeciu nie wyglada to najgorzej, chociaz widac, ze oko po prawej jest nieco mniejsze...)

Wyglada jakby sie z kims pobil, tylko ze nie ma siniaka lecz lekkie zaczerwienienie... ;) Nie wiem co za mutanty lataja nam po ogrodzie, pierwszy raz sie z czyms takim spotkalam... Na komara nie wyglada, za duza gula. Gdyby uzadlila go osa czy pszczola, wylby z bolu (przezylam to, to wiem), tymczasem Mlodszy narzekal tylko na swedzenie. Glosuje za pajakiem. :/

To niestety nie koniec rodzinnych przypadkow. W niedziele matka wypierdzielila sie na schodkach z tarasu, ktore wczesniej pomoczyly Potworki wracajac po chlapaniu w basenie. Na szczescie to tylko 3 stopnie, ale wygladalo na tyle niebezpiecznie, ze M. az podbiegl przerazony, a ja zdolalam wydusic, zeby mnie nie dotykal. Z bolu mowic nie moglam, bowiem walnelam lokciem w schodek, prad przeszedl mi przez cale ramie i nie moglam nim ruszac. ;) Okazalo sie jednak, ze lokiec i tak ucierpial najmniej. Obilam plecy i chociaz nic na nich nie widze, to bola mnie przy zakladaniu stanika. Najgorzej ucierpiala jednak doopa, ktora zjechalam po krawedziach dwoch stopni. Mam na prawym posladku "piekny" fioletowo - granatowy siniak wielkosci calkiem dorodnego jablka... ;)

(Sorki za fote moich 4 liter! Normalnie w zyciu bym Was czyms takim nie uraczyla, ale pomyslalam, ze ktos moze stwierdzic, ze przesadzam kiedy pisze, ze doopa boli mnie przy siedzeniu. Otoz, nie przesadzam... :D)

A zeby bylo smieszniej (choc mi chwilowo nie do smiechu bo siedziec nie moge), w srode, mimo ze wydawalo mi sie, ze jestem ostrozna, znow wywinelam orla na tych schodkach! Tym razem plecy jakos ocalaly, lokciem tylko lekko przydzwonilam w schodek, za to "poprawilam" siniaka na doopie, ktory to dopiero co troche przestal bolec. A ze trafilam kantem schodka nieco nizej, to go sobie jeszcze powiekszylam... :/

***

Z przyjemniejszych wydarzen, odkrylismy, ze Bi ruszaja sie trzy zeby naraz! Pozostala dolna jedynka oraz obie gorne. Niedlugo bedziemy miec w domu niezlego szczerbola, a Wrozka Zebuszka niech juz lepiej zacznie oszczedzac. ;)

Skoro o zebach mowa, to Nik zaliczyl kolejna kontrole u dentysty. Kontrola jak kontrola, Nik akurat ma uzebienie w stanie idealnym, chociaz on sam marzy o wypadajacych zebach, jak u siostry. :) Usmialam sie jednak z entuzjazmu, z jakim Nik podchodzil do wizyty w gabinecie. Dla mnie, jako dziecka, wizyta u dentysty to byla trauma, a tu prosze. Nik przez 3 dni odliczal i zloscil sie, ze czas tak wolno leci. ;) W poniedzialek wstal i natychmiast zaczal rozprawiac, ze dostanie nowa szczoteczke, nowa paste i wybierze sobie naklejki oraz sticky hand (taka gumowa lapka pokryta jakby klejem, ktora przykleja sie do gladkich powierzchni). Napalil sie na ta "sticky hand" jak szczerbaty na suchara, a ja staralam sie go przygotowac na to, ze w dentystycznej skrzyni nagrod, moze jej nie byc. ;) Mlodszy nawet nie chcial tego sluchac, ale na szczescie "lapka" byla. Nawet druga znalazla sie dla Bi. Uff... :)
Swoja droga, to niesamowite, ze Nik po pol roku nadal pamietal, ze wlasnie ta duperelke wybral sobie u dentysty ostatnio. Szczegolnie, ze zabawka szybko zostala oklejona brudem oraz wlosami i w ciagu kilku dni wyladowala w koszu. ;)

Poza tym, musze pochwalic Kokusia! Mlodszy Potworek, moj malutki syneczek, umie jezdzic na rowerze na dwoch kolkach! :)
Pisalam ostatnio, ze na kempingu, kiedy Bi uczyla sie jezdzic, M. odkrecil kolka boczne rowniez Nikowi. Ten zas odpychal sie nogami i swietnie balansowal, ale pedalowac za cholere nie chcial. Przekonywalismy, podtrzymywalismy, na nic. Nie i nie, on sie boi, on nie chce, on woli po swojemu. Odpuscilismy, bo stwierdzilam, ze w koncu ma czas na takie akrobacje. Okazalo sie jednak, ze kiedy zostawilo sie Nikowi wolna reke, sam pomyslal, przekalkulowal i w koncu poprosil, zeby mu pomoc. We wtorek podtrzymywalam go, zeby zrobil pierwsze kolko pedalami, a potem juz je-chal! Tak jak myslalam, swietnie trzymal rownowage, potrafil nawet zahamowac, jedynie z ruszaniem mial problem. Zaledwie dzien pozniej cwiczyl juz i to!
Czy musze dodawac, ze jestem dumna jak paw?! Moj 4.5-letni syn jezdzi na rowerze na dwoch kolach! Kto by sie spodziewal! :)

Co jeszcze?

Oprocz basenu, rowerow i kempingow (oraz pracy, sprzatania, prania i gotowania, bleee...), lato uplywa nam tez na nauce. Czy raczej moich probach cwiczenia z Potworkami tego czy owego, choc przyznaje, ze z systematycznoscia leze. Bardzo bym nie chciala, zeby Bi zapomniala przez wakacje jak sie rozszyfrowuje wyrazy po gloskach, a Nik zeby jego postepy w motoryce malej poszly w las. Dusze wiec Bi o czytanie ksiazek, a Nikowi kupilam cwiczenia z zadaniami do wyciecia i przyklejenia odpowiednich elementow. Czy musze dodawac, ze przy naszych "lekcjach" slysze wylacznie jeeeeki? ;) Normalka, ze to co sprawia trudnosc, jest nielubiane. Limit Bi to jak narazie 4 zdania! :/ Trzy jeszcze jakos ida, Starsza czyta wyrazy ktore zna, inne stara sie rozszyfrowac. Ale ostatnie zdanie to zazwyczaj juz droga przez meke. Bi zlosci sie, mekoli, tarza po kanapie z frustracja, co oczywiscie irytuje mnie, bo ilez mozna powtarzac, ze to juz ostatnie zdanie, jeszcze trzy wyrazy (z ktorych jeden znasz), dasz rade, skup sie, zaraz bedzie koniec, itd... :/

Nik za to fatalnie operuje nozyczkami. Wiecie jak sie prawidlowo trzyma nozyczki? Otoz moj syn wykreca dlon do srodka i tnie kompletnie druga strona tego narzedzia! Nie wiem jak mu tak wygodnie i dziwie sie, ze w ogole jest w stanie cokolwiek w ten sposob wyciac... Ale moje poprawianie konczy sie oczywiscie wscieklizna i cale zadanie oczywiscie lezy i kwiczy. Odpuszczam wiec. To z Nikiem czasem najlepsza taktyka. Dac mu wolna reke i czekac az sam do czegos dorosnie. Nie wiem czemu z tymi nieszczesnymi nozyczkami ma takie problemy. Zaczelam z nim bowiem cwiczyc "snap words" (wyrazy, ktore dziecko ma znac na pamiec, bez literowania) z zerowkowej listy i calkiem niezle mu "wchodza". Nawet kiedy za zadanie ma je przepisac kilka razy, nie ma problemu. Tylko cwiczenia z nozyczkami mu nie odpowiadaja. Kariery krawca mu nie wroze. ;)

***

Poworki korzystaja wiec z lata ile wlezie, ale cos od zycia nalezy sie tez i rodzicom. :) A rodzice, jak to rodzice, kiedy ma sie niemal 40 lat, chlapanie w basenie nie wystarczy. ;)
Odbylismy z M. cala serie rozmow, kalkulacji, dyskusji, troche zmienialismy zdanie (glownie ja, bo to ja jestem ta niezdecydowana w naszym zwiazku) w jedna czy druga strone, ale koniec koncow postanowilismy sprzedac nasza stara (stara??? Zaliczylismy nia zaledwie 3 wyjazdy! :D) przyczepke i kupic wieksza.
Powody naszej decyzji sa dwa: troche mielismy dosc lozka w tamtej przyczepce, a troche zmusily nas do tego okolicznosci. O tych "okolicznosciach" za moment. Najpierw o lozku.

Wiekszosc przyczepek ma duze, podwojne lozko jako staly element wyposazenia. Nasza nie miala. Trzeba bylo obnizyc stol i z poduszek w oparciach ulozyc "materac". Problem w tym, ze poduszki, choc teoretycznie jednej wielkosci, jednak troche sie roznily, jedna byla bardziej ugneciona, inna mniej, w rezultacie tworzac nierownosci, ktore sprawialy, ze nie dosc ze czlowiek turlal sie uparcie na jedna czy druga strone, to jeszcze budzil z bolem plecow. Kto spal kiedykolwiek na kiepskim materacu, ten wie. To jednak bylam w stanie przelknac i upieralam sie, ze chce "wycisnac" z naszej przyczepy chociaz ten jeden sezon. No przeciez dopiero co ja kupilismy! :/

To teraz bedzie o "okolicznosciach", a raczej calej sytuacji, ktora sprawila, ze szala przechylila sie jednak na kupno nowej przyczepy...

Otoz, podczas ostatniego wyjazdu wynikla przykra sprawa zwiazana z opieka nad naszym psem. Potwierdza sie, ze z rodzina najlepiej na zdjeciu, a na ta (i tak praktycznie nie istniejaca), ktora mamy na miejscu, nie mamy co liczyc.

Zazwyczaj kiedy wyjezdzalismy, nasza suczka opiekowala sie ciotka M. Ona sama zawsze twierdzila, ze sprawia jej to przyjemnosc, a przy okazji zawsze "wprowadzala" sie do naszego domu, cieszac sie ogrodem i zielenia, z racji, ze na codzien mieszka w ciasnym mieszkanku na 2 pietrze.

Tu musze nadmienic, ze ciotka M. to osoba bardzo "specyficzna". W skrocie, stara panna (niby ma faceta, ale to taki zwiazek - niezwiazek, poza tym czesto stwierdzam, ze "stara panna" to stan umyslu :D) o dominujacym charakterku, posiadajaca dwa koty i dokarmiajaca cala gromade bezpanskich. O tym jej "dokarmianiu" mozna ksiazki pisac. Zima rozklada na murkach gazety zeby kotkom dupki nie marzly w oczekiwaniu az wyjdzie z miskami, a swojego faceta przymusila do sklecenia kilku schronow na ksztalt "cieplarni", tylko mniejszych. Co wiecej, ona do tych "schronow" ciagnie przedluzaczami prad i wsadza grzalki kiedy jest mroz! Czaicie? Pomijam juz, ze to straszne ryzyko pozaru, ale kto wstawia grzalki do "domkow" dla bezpanskich kotow???
Wybaczcie ten przydlugawy opis, ale konieczny jest, zebyscie zrozumialy z jaka osoba mamy do czynienia...
No, ma swira (kota) kobieta i nie moze przezyc, ze kiedy wychodzimy z domu, Maya zamykana jest w klatce. Nie przyjmuje do wiadomosci, ze nam tez zupelnie sie to nie podoba, ale ze Maya ma straszne zapedy destrukcyjne, uznalismy, ze nie mamy wyjscia. Poza tym, nie wiem jak jest w Polsce, ale tutaj takie klatki to normalny element wyposazenia dla psow i nikt nawet nie zwraca na to uwagi, a my i tak kupilismy klatke wielkosciowo przeznaczona dla labradora badz wilczura, a nie dla sredniej wielkosci rasy. Nie, wedlug slow ciotuni, my sie nad psem znecamy i nie powinnismy posiadac zwierzat... :/

Od jakiegos czasu dusila nas, zebysmy ogrodzili wiate na samochody siatka i zrobili do niej odsuwana brame (aby mozna bylo nadal wjezdzac autem), zeby podczas naszej nieobecnosci sluzyla jako wybieg dla Mai! Przyznaje, ze szczeki nam opadly, ale poczatkowo, z grzecznosci, mowilismy ze sie zastanowimy. W koncu dom oraz dzialka naleza do nas i to nasza decyzja jak je zagospodarujemy.
Nasz ogrod to moze nie szczyt stylu i elegancji, w tym roku w ogole jest zarosniety i zaniedbany, a ta wiata to watpliwa ozdoba, ale nie potrzebuje jej "upiekszac" dodatkowo jakas dziwna konstrukcja z siatki! W koncu jednak, przed ostatnim wyjazdem, ciotka zadzwonila do M. spytac, czy "juz" ogrodzil wiate siatka. Tak jakby to bylo oczywiste, ze to zrobimy, skoro ona sugeruje! :/ Kobieta jest przyzwyczajona do niepodzielnych rzadow, jej facet robi wszystko dokladnie pod jej dyktando, wiec nawet jej pewnie nie przyszlo do glowy, ze ktos moze nie zastosowac sie do jej wskazowek. Kiedy wiec M. stanowczo powiedzial, ze nie zamierzamy nic takiego robic, a pies teraz, kiedy M. pracuje na druga zmiane ma naprawde dobrze (bo w klatce nie siedzi w ogole), wsciekla powtorzyla, ze niektorzy ludzie nie powinni miec zwierzat i rzucila sluchawka! :/

Jesli o mnie chodzi to krzyzyk jej na droge. Moze sie juz nie odezwac, plakac nie bede. I tak toleruje ja wylacznie dlatego, ze to ciotka M. i zeby Potworki mialy choc namiastke dalszej rodziny...

Pozostal jednak problem co zrobic z Maya podczas naszych wyjazdow.

Poprosilam mojego tate. Tata mieszka niecale 10 minut drogi od nas, wiec nie musi zbyt daleko jezdzic, a podjechanie dwa razy dziennie do psa, wypuszczenie go na siusiu, danie swiezej wody, karmy itd. nie zajmuje az tyle czasu.
Wiem oczywiscie, ze tata pracuje, ale w gre wchodzilo tylko popoludnie w sobote, niedziela, poniedzialek, wtorek (ktory byl tu swietem wolnym od pracy) oraz sroda rano. Tylko dwa dni byly pracujace, a z tego w jednym potrzebowalismy zeby podjechal tylko z rana, bo wieczorem wracalismy. Nie wydawalo mi sie ze to az takie obciazenie...

Niestety, przeliczylam sie. Dzwonilam do taty co wieczor spytac jak sobie radzi, jak Maya, itd. I juz w poniedzialek uslyszalam bardzo nieprzyjemny wyklad na swoj oraz M. temat. M.in. ze dla niego przyjechanie do nas to 1.5 godziny z glowy, dwa razy dziennie daje 3 godziny, a to juz pol dnia, ze on ma swoje zycie, ze mamy sie zastanowic czy chcemy sobie jezdzic, czy posiadac psa, itd.
Nie opisze Wam, jak przykro mi sie zrobilo. Ja nie prosilam ojca, zeby przyjezdzal za kazdym razem na 1.5 godziny. Wrecz przeciwnie, podkreslalam, zeby sie nie klopotal, zeby tylko Maye wypuscil na "zalatwienie sie", dal wode, jedzenie i tyle. Ze to tylko 3 pelne dni i dwie polowki. Nic jej nie bedzie... On sam na siebie nalozyl obowiazek rzucania psu patyka przez godzine (Maya moze tak biegac w nieskonczonosc), a potem ma pretensje...
Po chwilowym smutku, ze nawet na ojca nie mam co liczyc, przyszla jednak zlosc. Kurna, czy ja naprawde prosilam o tak wiele?! Cale dziecinstwo pamietam, ze z mama i siostra, opiekowalysmy sie psami znajomych, wyprowadzalysmy psy sasiadow, karmilysmy im koty i rybki! Nie bylysmy rodzina tylko znajomymi, a nie robilysmy z tego zadnego problemu! Bo przeciez niemal kazdy posiada jakies zwierzatko, ale nie oznacza to, ze trzeba sie zamknac z tym zwierzakiem w czterech scianach i juz nigdzie nie wyjezdzac! No bez przesady! Ale dla mojego ojca to bylo za duzo! I zrozumialabym gdyby musial jechac do nas pol godziny. Ale on mieszka w sasiednim miasteczku, niecale 10 minut drogi! :/

Zaprawde powiadam Wam, z rodzina najlepiej na zdjeciu. ;)
Albo, nie wiem, moze to ja jestem dziwna i mam wygorowane oczekiwania? Powiedzcie?

W kazdym razie, po wysluchaniu jak to mojemu tacie ciezko i jacy to my jestesmy nieodpowiedzialni, zazgrzytalam zebami i stwierdzilam, ze wiecej go nie poprosze! Siadlam wiec z wydrukami naszych rezerwacji i zaczelam glowkowac.
Kiedy rezerwowalam kempingi, staralam sie wybierac takie, na ktorych mozna miec zwierzeta. Nie majac jednak w tej materii zadnego doswiadczenia, nie wiedzialam, ze wiekszosc pol kempingowych zezwala na zwierzaki tylko w okreslonych czesciach, a na stronie do robienia rezerwacji nie bylo to jasno zaznaczone. Dopiero kiedy wydrukowalam potwierdzenia, zaznaczone bylo, ze akurat na tej miejscowce, zwierzeta sa niedozwolone. Wtedy jednak az tak bardzo sie nie przejelam, bo przeciez ciotka M. zawsze zapewniala, ze dla niej to sama radosc... :/

Teraz jednak, kiedy sprawy z opieka nad psem sie pokomplikowaly, spojrzalam na potwierdzenia rezerwacji na nasze pozostale 4 kempingi. Musze przyznac, ze mialam wiecej szczescia niz rozumu, bo jak na 3 poprzednie, ani jedna miejscowka nie byla "pet - friendly", tak na 4 pozostale az 3 pozwalaja na obecnosc psow! :) Z ostatnim wyjazdem mi sie niestety nie poszczescilo, bo te pole kempingowe nie zezwala na obecnosc zwierzat w ogole. :/ Bedziemy musieli odwolac rezerwacje i albo znalezc cos w innym miejscu, albo nigdzie juz nie wyjezdzac. Szkoda jednak by bylo, bo to bedzie ostatni letni dlugi weekend. :)
A do pozostalych trzech miejsc bede jeszcze dzwonic i dopytywac, zeby potem nie miec przykrych niespodzianek. ;)

I tu dochodzimy ponownie do kwestii przyczepki. W naszej starej, nie dosc ze lozko niewygodne, to jeszcze zupelnie nie bylo miejsca na psa! To znaczy, miejsce by sie znalazlo, ale wtedy kompletnie nie byloby gdzie stanac. Nasz pies to niestety nie jamnik czy inna chihuahua. ;)
Kwestia lozka i zwiazanego z nim przerywanego snu, wyplywala w kazdej rozmowie o kolejnych wyjazdach, wiec brak opieki nad Maya byl ta kropla, ktora przelala czare. Stwierdzilismy, ze szukamy czegos wiekszego! W poszukiwaniach bylismy ograniczeni dosc waska brama pod domem oraz maksymalnym ciezarem, ktory moze ciagnac auto M. Oprocz tego, koniecznie chcielismy, zeby przyczepa miala pietrowe lozko, aby Potworki nie musialy spac razem (co laczyloby sie oczywiscie z wzajemnym rozpychaniem, kopaniem i klotniami), dosc szybko wiec poszukiwania zawezilismy do kilku modeli.
Moim warunkiem bylo jednak, zeby najpierw znalezc kupca na stara przyczepke. Jestem pragmatyczna az do bolu, nie lubie szastac pieniedzmi, a poza tym mialam ciarki na mysl o dwoch "klamotach" stojacych na moim ogrodzie. ;) Mialam tez obawy, ze na to "malenstwo" nie bedzie zbyt wielu chetnych. A tu niespodzianka! W 3 dni znalezli sie kupcy, dajacy nam w dodatku wiecej pieniedzy niz spodziewalismy sie, ze za nia wezmiemy! Para ta od kilku lat jezdzila pod namiot, az wkoncu poczuli ze dosc maja 2-godzinnego rozkladania, porannego rozpalania ogniska zeby sie rozgrzac i ogolnej niewygody. :)

To byla zeszla sobota, a nas dopadla panika. Mamy kolejny wyjazd za 2 tygodnie (teraz juz za tydzien), a tymczasem zostajemy bez przyczepy! Aaaaaa!!! ;)

Podobnie jednak jak ze sprzedaza, mielismy sporo szczescia z kupnem. Obejrzelismy nowiutka przyczepke u dilera, za ktora jednak wolali jak za zboze w zwiazku z kilkoma dodatkowymi (i bezsensownymi) akcesoriami. M. juz rozwazal jazde do innych dilerow w Stanie New Jersey lub Nowy Jork, oddalonych od nas o jakies 3 godziny, ale majacych znacznie przystepniejsze ceny...
Traf jednak chcial, ze znalazl prywatne ogloszenie o sprzedazy przyczepy, w miasteczku oddalonym od nas o 15 minut jazdy. Facet sprzedawal zaledwie roczna przyczepe po bardzo okazyjnej cenie. Az troche glupio mi bylo, bo my jeszcze nieco wytargowalismy, a potem sie okazalo ze ow czlowiek wyprzedaje sporo swojego dobytku, bo sie rozwodzi. :( I to w kiepskim stylu, bo np musielismy poczekac kilka dni na zapasowe klucze do przyczepki, bowiem zostaly w jego dawnym domu, do ktorego jemu nie wolno sie zblizac bez oficjalnej zgody bylej malzonki (nakaz sadowy)... Poczulam sie troche jakbym zerowala na czyims nieszczesciu, bo facet mogl spokojnie wystawic przyczepke za duzo wyzsza cene, a wystawil ja tylko za tyle, ile mu jeszcze zostalo do splaty w banku. :(

W kazdym razie, juz od poniedzialku, stoi nam na ogrodzie nowe cudo.

(Nowy wakacyjny domek jest dluzszy od starego o niecale 2 m)

Zeby nie bylo za pieknie, "cudo" okazalo sie miec zepsuta pompe. ;) Na szczescie M. zamowil nowa i twierdzi, ze bez problemu wymieni. Oby. :/
Oprocz tego, musielismy kupic nowy materac na lozko, bo go nie bylo. Sprzedajacy twierdzil, ze kupili z ex nowy, bo oryginalny byl niewygodny. A przy rozwodzie jego "byla" go zabrala. :/

(Powojne lozko, oh yeah!)

Mnie zas dziwi, ze zabrala sam materac zamiast calej przyczepki. ;)
Przyczepa ma duza lodowke, osobny zamrazarnik oraz nawet piekarnik! :O
Na zdjeciu wyzej, niemal w lewym gornym rogu, widac tez kawalek ekranu. Facetowi zainstalowano na zamowienie tv oraz DVD! Bi juz dopytuje czy bedziemy ogladac bajki, ale mowy nie ma! Nawet na deszczowe dni, wole zabrac planszowki, puzzle, kredki, itd. Podczas tych wyjazdow chce spedzac czas z dziecmi, tak naprawde spedzac go razem, a nie gapic sie w telewizor! :/

(Widok na lewo od wejscia. Widac wbudowana lodowko - zamrazarke, a w glebi pietrowe lozko)

Po prawej stronie od wejscia jest podwojne lozko, a na wprost - kuchnia, skladajaca sie w sumie tylko z kuchenki, podwojnego zlewu oraz lodowki. Nie ma niestety zadnej powierzchni gdzie mozna by chociaz kanapke posmarowac. :/ Na szczescie, po przeciwnej stronie jest stolik jadalniany, gdzie mozna to zrobic. Zlew ma tez specjalne pokrywy, wiec mysle, ze jedna jego polowe przeznacze wlasnie na taka powierzchnie "robocza".

("Jadalnia")

Tutaj stolik oraz siedzenia rowniez skladaja sie w pojedyncze lozko. Moze kiedys z niego skrzystamy, jesli ktores z Potworkow zaprosi na wyjazd kumpla. Narazie cieszymy sie, ze nie musimy rano szybko skladac lozka, zeby mozna bylo w ogole usiasc przy stole. ;)

(lazienka)

W lazience jest wiecej szafek oraz polek, chociaz sa w sumie zbedne.

(Miedzy lazienka a pietrowym lozkiem, schowana jest spora szafa)

Ogolnie przyczepa jest sporo wieksza niz poprzednia i co najwazniejsze, obok duzego lozka lub przy wejsciu, jest wystarczajaco miejsca, zeby mogl polozyc sie tam pies, nawet takie "bydle" jak Maya. :)

Jest jeszcze jedna rzecz, ktora najbardziej cieszy M. Nie widac tego zbyt dobrze na zdjeciach, ale oba lozka pietrowe posiadaja zaslonki, ktore mozna zasunac dla prywatnosci. Wokol duzego lozka zas, idzie kotara podwieszona na suficie (cos na ksztalt zaslon wokol lozek w szpitalach), ktora rowniez mozna zasunac. M. juz sie cieszy na swobodne bzykanko. :D

No i jak to jest, ze wydaje mi sie, ze mam tylko pare rzeczy do wspomnienia, a potem wychodzi tasiemiec??? ;)

Milego weekendu!

14 komentarzy:

  1. Wow! Jestem pod wrażeniem przyczepki! Nigdy bym nie pomyslala, że w środku może być tyle miejsca. Kazdy kat wykorzystany, super! Niech Wam dlugo służy :-)

    No a ten siniak... Agata, katastrofa. Jak przeczytałam, ze jeszcze sobie poprawilas, to az mnie zabolalo ;-) uważajcie na siebie! Wszyscy!

    OdpowiedzUsuń
  2. Swobodne bzykanko, padłam :D
    Kurczę, Twoja pupa naprawdę poważnie wygląda :/
    U nas też wecznie jest problem z psem, ale zajmuje się nim babcia. i ona podobnie jak Wasza ciotka cieszy się,bo przyjezdża do nas na kilka dni, ma cały dom dla siebie i odpoczywa. A jeśli marudzi to nie do nas, może gdzieś tam marudzi, ale my o tym nie wiemy :P

    OdpowiedzUsuń
  3. No niestety życie ze zwierzakiem bywa pokomplikiwane, ale powiem Ci że tak jak teraz byliśmy w Łebie to bardzo dużo ludzi ma psy ze sobą. Serio. Jakoś znajdują lokum czy kemping więc i Wam sie uda.
    Wow z przyczepa udało Wam sie super! I Wy zadowoleni i ten co kupił od Was :)transakcja wymienna na plus ;)
    Potwory rosną i lada chwila sie okaże że sami z Maya będziecie na wakacje pędzić ;)
    Oby na kolejnym kempingu nie było już tyłku nieprzyjemnych przygód!
    PS. Ja już też wracam do pracy, dwa tygodnie minęły zdecydowanie za szybko :/

    OdpowiedzUsuń
  4. A czy u Was jest coś takiego jak hotel dla psa? Wydaje mi się, że w PL to coraz bardziej popularne. Myśleliście w ogóle o tym?? Czy takich wielkoludków nie przyjmują?:))) Twój siniak wygląda strasznie!!!! Ale poza tym, masz całkiem zgrabny tyłeczek :))))) no i ta przyczepa.. Super że udało się Wam tak szybko znaleźć kupca i nową przyczepę. Potworki już wiedzą, kto gdzie śpi?:)) buziaki miłego weekendu!

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak to mówią nieszczęścia chodzą stadami, choć wierzę, że to już koniec takich wątpliwych przyjemności. Siniak ma niezłe kolorki. Przyczepa... Normalnie mieszkać w niej można. Mam nadzieję, że jest niewiele mniejsza od naszego poprzedniego miejsca zamieszkania. Niech Wam dobrze służy.

    OdpowiedzUsuń
  6. Witaj:-*
    Ja też, ja też pod wrażeniem przyczepy jestem, ogromnym!
    Się będzie fajnie..bzykało, rzeczywiście:-D
    Twój siniak pokaźnego jest rozmiaru, auuuć! Ale pupa sama w sobie świetna:-P Pozazdrościłam:-)
    Ależ Ci synuś wyrósł, boże mój!
    Trzymajcie się ZDROWO.

    OdpowiedzUsuń
  7. matulu!!!!!!!!
    Współczuję, ten siniak wygląda imponująco!
    Musiałaś poprawiać?

    OdpowiedzUsuń
  8. Można powiedzieć, że przygody przeżywanie na własnej skórze! ;)
    Ale za to jaka piękna przyczepa!

    Co do zwierzaków - my mamy prościej, bo z kotami nie ma tyle obowiązków, co z psem. Sąsiedzi karmią i wypuszczają, a świnkę morską odwieźliśmy "na wakacje" do cioci.
    Rozumiem Twój żal, bo to faktycznie nie jest aż tyle zachodu...

    OdpowiedzUsuń
  9. Agatka, ale ja Cię już proszę- dość tych tasiemców :) Ja potem połowę z tego zapominam, co miałam napisać w komentarzu :)

    Kurczę, to mieliście wesoło- cała trójka! Nasza poczciwa pokrzywa jest jednak mniej upierdliwa- chwila pieczenia i koniec.

    Co do psa i opieki nad nim to rozumiem doskonale, my za każdym razem mamy ten sam problem. Z tym, że moja mama potrafi naprawdę stanąć na wysokości zadania i jeździć do nas mimo, że ma kawałek i pracuje. Teraz, kiedy byłyśmy w Gdańsku, zapłaciłam córce sąsiadów, żeby go wyprowadzała i karmiła.

    Cieszę się, że tak udało się z przyczepką. I z psem będziecie jeździć, także na niczyjej łasce nie będziecie.

    Lila nożyczki ok, ale to zasługa pań w przedszkolu :)

    OdpowiedzUsuń
  10. A ostatnio oglądaliśmy z dziećmi Franklina i odcinek, jak razem z Misiem weszli w trujące zielsko, co strasznie piekło. No proszę, a u Was tak w rzeczywistości :/
    Twój siniak też wygląda nienajlepiej, gdybyś nie napisała, że to siniak, to pomyślałabym, że to jakieś nowotworowe paskudztwo, odpukać.

    Zaczynam Wam zazdrościć przyczepy kempingowej! Gdyby tylko finanse nam na to pozwalały, to najchętniej już zaraz kupiłabym nam taką samą. Wreszcie rozwiązałby się problem, jak jeździć z dziećmi na długie wycieczki, by ich nie zamęczyć zmianami noclegów itepe.

    Współczuję sytuacji z tatą - niestety, czasem z rodziną już tak po prostu jest, że kiedy najbardziej ich potrzebujesz, to nie można na nich liczyć :( A przecież bliscy są od tego, by sobie pomagać. Nas w dzieciństwie nigdy nie było stać na długie wyjazdy, ale gdy moja ciocia wyjeżdżała, to my lub babcia braliśmy do siebie jej psa, nawet na kilka tygodni. I choć problemów trochę było, to nikt sobie tego nie wypominał i nie narzekał. Chyba ojcu zabrakło trochę dobrej woli. Ale tak bywa :(

    Pozdrawiamy wakacyjnie :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Aaaauuuuu.... biedny tyłek i biedne dzieciaki.
    Przyczepa super, rzeczywiscie Wam się udało. A to, że dzięki niej nie będziecie musieli wysłuchiwać komantarzy rodziny - bezcenne :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Przepraszam, ale nie mogłam się powstrzymać od uśmiechu jak zobaczyłam Twojego "siniora" ;)) Nie, żebym Ci nie współczuła - wręcz przeciwnie, ale wygląda imponująco!!!

    Mojemu synusiowi też marzą się ruszające zęby i Wróżka Zębuszka;))

    Przyczepa WOW!!!

    Mnie jak coś pogryzło w nogę w ogrodzie jakiś miesiąc temu, to buta nie mogłam założyć!!!

    OdpowiedzUsuń
  13. ale sinior.... masakracja. Ja takie na obu nogach miałem czasami po treningach, ale na tyłku? matko sory, ale nie mogę przestać się śmiać:)

    OdpowiedzUsuń