środa, 7 czerwca 2017

Zaleglosci

Ciekawe ile mi zajmie napisanie tego posta... Dla potomnosci notuje, ze zaczynam w sobote rano. ;)

Minal drugi tydzien w nowej pracy...  Czy cos sie zmienilo? Niestety nie. Nie bylo co prawda szefa  - Chinczyka, wiec chociaz z nim nie musialam sie uzerac. Byl za to inny szef - Amerykanin dla odmiany. Wydaje sie znacznie przystepniejszy, ale jego glownym zadaniem jest przeprowadzenie tej firmy przez wypuszczenie ich produktu na rynek. Niestety, facet przyjezdza na kilka dni w miesiacu i ma obraz tego miejsca, odbiegajacy zupelnie od rzeczywistosci. Ta firma nie ma pojecia o przepisach federalnych i jest lata swietlne od wykonania wszystkich potrzebnych testow i badan. Oni od 4 lat pracuja nad tym swoim produktem, a nadal nie maja nawet spisanej konkretnej formuly! Wszystko nadal odbywa sie na zasadzie badan szalonego doktorka, bez ladu i skladu czy jakiegos planu. Rownie dobrze mogliby je przeprowadzac z jakiejs sekretnej piwnicy. Bardziej by pasowalo.

I tu wkraczam ja. Mam napisac przepisy, wprowadzic je w zycie, wytrenowac personel i sprawdzac czy ich przestrzegaja, upewnic sie, ze instrumenty sa regularnie serwisowane (tego tez nikt nie wie!) i to wszystko przy bardzo ograniczonych zasobach. Ja nie mam nawet szuflad w biurku, zeby sobie zorganizowac jako tako papiery! A w piatek dowiedzialam sie, ze mam na to wszystko jakies dwa miesiace. Oni sami nie wiedza w jakiej czarnej doopie sie znajduja!

Tu zobrazujcie sobie gorzki smiech z rodzaju wcojasiejasnacholerawpakowalam!!!!

No ale... Nawarzylam piwa (w sensie, przyjelam oferte pracy), teraz musze je wypic... Sprawdza sie inne powiedzenie, ze co nagle, to po diable. Zmienilam prace ekspresowo, bo panikowalam, ze stara firme moga zamknac w kazdej chwili, a szybko nie trafi mi sie inna oferta. A powinnam byla trzymac sie pierwszego instynktu. Ten zas podpowiadal mi, ze nie chce dla tej firmy pracowac. Tak to bywa, jak sie przeczuc nie slucha. Mam nauczke.

Coz... Jeszcze pewnie poczytacie wystarczajaco mojego zrzedzenia na nowa prace. Szukam dalej, ale tym razem mam nadzieje, ze pokieruje sie pierwszym wrazeniem. Ono mnie jednak malo kiedy zawodzi...


Dobra, zmienmy temat na cos przyjemniejszego...

Dwa tygodnie temu zaliczylismy trzecia - ostatnia juz impreze urodzinowa Bi. Tym razem z dzieciarnia, w sali zabaw.

(Solenizantka wymordowana szalenstwami)

Zgodnie z moimi przewidywaniami, z klasy Starszej przyszlo tylko szescioro dzieci. Dwoje zaliczylo wczesniej impreze u kolegi Bi, wiec tym bardziej doceniam, ze rodzicom chcialo sie przyjsc. Ale to jednak tylko szostka na 17 dzieci. Piecioro, juz tradycyjnie, nawet nie raczylo odpowiedziec. :/ Jedna dziewczynka nie odpowiedziala, ale przyszla. ;)
Na szczescie znajomi dopisali i razem z naszymi Potworkami bylo 16 berbeci. Jak dla mnie to wsam raz. Nie mam zdjec z szalenstw, bo ruchome obiekty ciezko bylo sensownie uchwycic w obiektywie. Za to mam fotke tortu. Byl z niczym innym, tylko z ostatnia fascynacja Bi - Elena z Avaloru.


I jak na te amerykanskie paskudztwa, byl calkiem smaczny. ;)

I to na tyle o przyjeciu. Ja jak zwykle biegalam od osoby do osoby, starajac sie z kazdym zamienic choc kilka slow. W rezultacie z wlasnymi kolezankami sobie nie pogadalam i mialam mocny niedosty. No coz, przyjecie bylo dla Bi, nie dla mnie. ;)

Poza tym, jak juz ostatnio wspomnialam, w poprzedni weekend zaliczylismy pierwszy kemping. To byla nasza tutejsza majowka. Z okazji Memorial Day, mielismy 3 dni wolne. Tyle na nie wyczekalismy, a pogoda dopisala ponizej sredniej. Dwa dni bylo co prawda sucho, ale slonce praktycznie caly czas chowalo sie za chmurami, a ze bylismy nad samym oceanem, to wialo niemilosiernie i bylo zaledwie 18 stopni.

(Nasza miejscowka)

Mielismy zostac do poniedzialkowego popoludnia, ale nie dosc ze obudzil nas ulewny deszcz, to jeszcze Nik nie tknal sniadania, po czym dostal dreszczy, po chwili zrobil sie wyraznie goracy i zasnal na lawie. A ja, matka - idiotka, nie wzielam ze soba ani termometru, ani lekarstwa na goraczke. Ale coz, wyjezdzalismy wszyscy wlasciwie zdrowi, tylko Kokus z lekkim katarkiem. I tak naprawde nadal nie wiem co mu bylo, bo po powrocie do domu i zaaplikowaniu lekarstwa, goraczka juz nie wrocila.

W kazdym razie, pomijajac srednia pogode, kemping zaliczam do udanych. Pomimo, ze bylismy tylko godzine drogi od domu, czulismy sie jak na wakacjach. Przez te dwa dni zycie plynelo zupelnie innym rytmem, a my cali bylismy dla siebie i dzieci. Pozbawieni telewizora i komputerow, a wiec rowniez potworkowych kreskowek, wlasciwie caly czas spacerowalismy po okolicy. A to na plaze, a to na plac zabaw, z powrotem do przyczepki cos zjesc i sie wysiusiac i znow w droge.

(Woda jak to na polnocy pod koniec maja - LODOWATA! Ale Potworkom zupelnie to nie przeszkadzalo i musieli chociaz stopy zamoczyc :D)

Zalowalam, ze nie pomyslelismy o zabraniu rowerkow dla dzieci. Bylo tam idealnie plasko do jezdzenia i wiekszosc napotykanych maluchow pomykala wlasnie na dwukolowcach. Spory odsetek zupelnie samopas i to dzieciaki niewiele starsze od Bi, co powodowalo u mnie lekki opad szczeki. To prawda, ze "za naszych czasow" bylo to zupelnie normalne, teraz jednak dzieci sa trzymane bardziej pod kloszem. Osobiscie w zyciu nie puscilabym 6-letniej Bi, zeby sama jezdzila po kempingu. To byl ogromny teren, uliczki zas skladaly sie w taki labirynt, ze bez oznaczen sama nie znalazlabym drogi, a co dopiero dziecko. W dodatku, z racji dlugiego weekendu, krecily sie tam tlumy ludzi: biwakujacy, osoby odwiedzajace, a na dodatek bezposrednie dojscie to terenu kempingu mieli ludzie, ktorzy przyjechali po prostu na plaze. Nie powiem, zebym czula sie tam komfortowo jesli chodzilo o bezpieczenstwo dzieci. Ale pod okiem rodzicow mogliby spokojnie jechac na rowerkach i moze Nik w koncu nauczylby sie porzadnie pedalowac. ;)

W dzien lazilismy wiec w kolko, a wieczorami zasiadalismy przy ognisku. Szczegolnie, ze nocki byly potwornie zimne i bez ognia nie daloby sie wytrzymac na zewnatrz. Malym zonkiem okazal sie fakt, ognisko na ziemi bylo zabronione. Na stronie kempingu bylo napisane, ze w sklepiku mozna dostac drzewo na opal, wiec zalozylam, ze palenie go jest dozwolone. I jest, ale w odpowiednim pojemniku i w odpowiedniej odleglosci od ziemi. :) Na szczescie, za 12 dolcow (plus 30 depozytu) mozna bylo wypozyczyc cos na ksztalt metalowej balii na ceglach, w ktorej mozna bylo rozpalic ogien.

(Faza na glupie miny chyba sie u Kokusia nigdy nie skonczy...)

Kielbasek nie mielismy, za to sprobowalismy amerykanskiego klasyku - s'mores. :) Mozliwe, ze mieliscie okazje podejrzec na jakims hollywoodzkim filmie, ze Amerykanie na ognisku pieka "pianki" - marshmallows. "Pieka" to w sumie nieodpowiednie slowo, bo te pianki sie zwyczajnie topia. Takie gorace, topiace sie marshmallows, wklada sie w pomiedzy grahamkowe krakersy, w ktore wlozona jest tez cienka warstwa czekolady. Efekt koncowy okazal sie tak slodki, ze az robilo sie mdlo. ;) Tylko ja zdolalam pozrec caly. M. wywalil niemal wszystko, Bi wcisnela raptem polowe, ale najmniejszy czlonek rodziny - Nik pochlonal prawie calego s'mores'a. Ze go po tym nie zemdlilo, to sie dziwie. ;) W kazdym razie powtorzylismy to kolejnego wieczora, bo zostal nam zapas pianek i czekolady, ale na kolejnym kempingu s'mores nie przewiduje. ;)

Kompletnym zaskoczeniem bylo dla nas zachowanie potomkow. Czujac sie jak na wakacjach, zamierzalismy na te dwie noce odpuscic dzieciom normalna pore spania. Planowalismy siedziec przy ognisku wpatrujac sie w gwiazdy, az nie skonczy sie drewno. Tymczasem nasze starsze dziecko, jak tylko sie sciemnilo, zaczynalo jeki, ze ona nie chce siedziec na dworze, nie chce ogniska, boi sie ognia i w ogole to polozcie ja spac... Co bylo robic, szlam do przyczepki, pomagalam dziecku sie przebrac i wgramolic do spiwora, po czym Bi padala jak mucha...
A Nik, zapytacie? Ten przeciwnie, moglby balowac do bialego rana! Nawet juz w przyczepce, na lozku i w spiworze, uparcie siedzial az zgasimy swiatlo. Dopiero wtedy sie kladl. Bo nie daj Boze cos by go ominelo... ;)

Najwieksza zmora kempingu okazaly sie... kleszcze. Mimo, ze nie bylismy w lesie tylko bardziej na nadmorskich mokradlach, a trawa byla ladnie skoszona, pelno bylo tego dziadostwa. Juz pierwszego wieczora, pierwszy kleszcz chodzil Bi po buzi! W panice popedzilam do sklepiku, gdzie za zabojcza cene kupilam srodek na owady (zapomnialam o nim kompletnie). ;) Potem znalezlismy jeszcze dwa lazace w przyczepce. Znajomi M. przemycili na kemping pieska (niedozwolone) i na tym biedaku naliczylismy w ktoryms momencie piec kleszczy! To naprawde cud, ze nie znalezlismy zadnego wczepionego w ktores z nas. Mam nadzieje, ze ich rzeczywiscie nie bylo, a nie ze nie zauwazylismy... :/

W "prezencie" z kempingu, M. przywiozl sobie piekne przeziebienie. Ale co sie dziwic, jak sie podlacza przyczepke do auta w ulewnym deszczu, majac na sobie tylko koszulke, bokserki oraz klapki. Przy 11 stopniach!!! No, ale nie przetlumaczysz... :/ Na dodatek, zamiast wydobrzec, M. "sprzedal" wirusa mnie i od dwoch dni rowniez ja smarcze. I modle sie, zeby sie kompletnie nie rozlozyc oraz zeby nie zarazic Bi (Nik w koncu dochodzi do siebie po 2-tygodniowym przeziebieniu i mam nadzieje, ze chwilowo nabral odpornosci), bo na nadchodzacy weekend znow mamy zarezerwowany kemping!

Tym razem wiem przynajmniej nieco lepiej co dodatkowo przygotowac. Mianowicie, nawet jesli cala nasza czworka jest pozornie zdrowa, nie wolno mi zapomniec termometru oraz podstawowych lekarstw! Przezorny zawsze ubezpieczony! ;) Dodatkowo, oprocz spray'u na owady, trzeba zapakowac specjalny odstraszajacy proszek i posypac nim wokol przyczepki. To szczegolnie wazne, bo zdaje sie, ze tym razem bedziemy biwakowac w typowym, gestym lesie. Moze byc wesolo jesli chodzi o robactwo, tym bardziej, ze Potworki nie usiedza w jednym miejscu i biegaja w kolko do i z przyczepki, nie domykajac za soba drzwi... :/

A z pomniejszych wiesci, Bi miala dzis rano (sroda) bilans 6-latka. Tym razem nie robili chyba nic szczegolnego. Zwazyli, zmierzyli, cisnienie sprawdzili, opukali, osluchali, zajrzeli w gardlo, uszy, itd. Nie wiem dokladnie, bo Bi pojechala z tata. Ktory to zreszta byl z tego tytulu bardzo niezadowolony, a wszystkie formy do wypelnienia przywiozl mi do domu. :/
Z facetami jak z dziecmi...

Dane techniczne:
wzrost - 118.9 cm
waga - 22.9

Podobno pediatra skomentowala cos w stylu, ze Bi przestala tak gwaltownie rosnac. Z tego co widze, jest jednak nadal jedna z najwyzszych dziewczynek w klasie, wiec sama nie wiem...

Tymczasem w weekend nie tylko jedziemy na kolejny kemping, ale takze Kokus konczy rowno 4 i pol roku. Za to w nastepnym tygodniu przypada kolejna rocznica zalozenia bloga, a w piatek Nik ma pozegnanie przedszkola. Okazji do pisania bedzie wiec sporo, ale co z tego jak brak weny, a czasu juz w szczegolnosci... :( Zaniedbuje Was, zaniedbuje swoje wlasne miejsce... A najgorzej, ze nie moge nawet obiecac poprawy... :(

No i tak... Jest sroda wieczor... Tempo pisania mam wrecz porywajace...

22 komentarze:

  1. Fajny long weekend mieliscie, az zazdroszcze. Ja czesto marze o domku na kolkach - przyczepce, czy jakims Winnebago "domku motorowym". Na razie jeszcze niczego takiego sie nie dorobilam, i obawiam sie, ze juz sie nie dorobie, bo zawsze jest cos wazniejszego, potrzebniejszego do kupienia.
    A z ta twoja chinska firma moze byc roznie... Na razie chyba jada na kredytach inwestycyjnych czy innych pozyczkach, wiec maja z czego prowadzic business. To moze calkowicie trwac, powiedzmy, 5-6 lat. Z czego, jak piszesz, juz 4 lata minely. Wiec niewiele czasu zostalo na dopniecie wszystkich regulacji i przepisow federalnych, a jak dobrze wiemy - w USA z tym nie ma zartow. Wyglada, ze najeta zostalas na osobe odpowiedzialna wlasnie za procedury i regulacje, i ze gdy fedsy przyjada na inspekcje - w razie draki zrobia z ciebie scapegoat. Bo po to wynajeli specjalistke, zeby nieczego/nikogo nie zawiodla. Znam 2 podobne historie z firm RTP (NC). A jednoczesnie - najbardziej odpowiedzialnej osobie w firmie dali biurko bez szuflad! Dobrze wiec robisz, ze nie ustajesz w dalszym poszukiwaniu pracy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oni tu zupelnie nie wiedza co robia i jak robia. Na szczescie za ustalenie jakie dokladnie przepisy nalezy przygotowac i wprowadzic w zycie, odpowiedzialna jest inna osoba. Problemem jest tylko to, ze ta osoba pracuje zdalnie, z domu i prawie sie tu nie pojawia! :O Ja jestem odpowiedzialna za wykonanie, ale nie otrzymuje zadnych wskazowek, a na pytania dostaje odpowiedzi w stylu "zrob jak uznasz za stosowne". :O Masakra...

      Usuń
  2. Cieszę się, że weekend mimo sredniej pogody się udał. Jak to mówią, pogoda nie jest najważniejsza, ważne jest towarzystwo :) a Wasze najwyraźniej spisało się na medal :)
    Co do pracy to cos w tym jest, ze trzeba słuchać instynktu i pierwszego wrażenia. Gdybym słuchała sama siebie, nie trafiłabym do poprzedniej pracy, a tak przekonałam siebie samą, że "będzie super" i doopa. Nie martw się, może się rozkręci, a jak nie, to znajdziesz cos lepszego. Uszy do góry :)
    P.S. Nie mogę uwierzyć, że Bi ma już 6 lat... Zaczęłam do Ciebie zaglądać jak miała 3,5... ale ten czas zasuwa...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aj, nie gadaj. Mi w oczach zmarszczek przybywa... ;)

      To widzisz, u mnie dokladnie tak samo... Skusilam sie wizja wyzszej wyplaty i mam za swoje. Ale ze starej pracy dochodza mnie sluchy, ze atmosfera do dupy, kolejne osoby odchodza, wiec moze i dobrze, ze zdecydowalam sie na ten krok...

      Usuń
  3. Ja jużmarzę o urlopie, jejku jak mi tego potrzeba... ale jeszcze miesiąc. Na szczęscie w przyszłym tygodniu Boże Ciało więc i długi weekend (my piątek mamy wolny) :)
    Szkoda, że tą pracą tak wyszło, żeby chociaż współpracownicy trochę się postarali o jakąs lepszą atmosferę, zupełnie nie dziwię Ci się, że chcesz szybko stamtąd uciec - tak się po prostu nie da pracować. Ale może takie są np. chińskie standardy? Wiesz praca, praca i tylko praca, zero "marnowania" czasu? Nie wiem, ale nie brzmi to dobrze :/
    Pierwsza kempingowa pogoda może nie dopisała ale najważniejsze że wszystko inne się udało :) Właśnie zawsze mnie te pianki zastanawiały, ale jako że generalnie to paskudztwo jest to chyba na ciepło byłoby jeszcze gorsze (jak widać nie pomyliłam się ;)
    Pozdrowionka i buziaki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te pianki to kolejny amerykanski wynalazek, z ktorym niewiadomo co robic, bo jesc sie nie da. :)
      Wiesz, podejrzalam, ze przynajmniej jedna osoba tutaj robi w pracy zakupy internetowe, wiec to nie tak, ze tylko praca, praca, praca. ;) Ale zycia towarzyskiego nie ma w ogole...

      Usuń
  4. Kurcze, godzina drogi od domu i ocean już jest, to po co dalsze gdzieś wakacje, też bym w kółko tam wypady robiła choćby na taki kamping :) Pamiętam takie kampingi w rodzicami jak byłam dzieckiem, potem dziewczynka ciut starsza, bardzo często jeździliśmy gdzieś pod namiot bądź z przyczepka. Moim marzeniem było zawsze w niej jechać, no ale to niemożliwe ;)
    Pianki i my sobie czasem pieczemy, ale na pomysł aby zjeść je z czekoladą chyba nie wpadła bym, choć kocham słodycze, to tego chyba bym nie udźwignęła :) jestem pełna podziwu że dałaś radę.
    U nas plaga i komarów i kleszczy również :/
    Ech z tą pracą nadal ciężko widzę. Trzymam jednak kciuki aby się to poprawiło
    Fajnie że impreza Bi mimo wszystko udała się w pełni. My mieliśmy ponad 20 dzieci i też mam cały czas zaległy post urodzinowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczescie Bi jest szczesliwa jak tylko ma przy sobie chociaz jedna kolezanke. :)

      Powiem Ci, ze jesli chodzi o wypady na lono natury, mieszkamy w rewelacyjnym miejscu. Godzina drogi jestesmy nad nasza zatoka. W dwie docieramy nad otwarty ocean. Zima, na taki porzadniejszy stok mamy 2 godziny. Pod tym wzgledem, nasz malutki Stanik to bajka! :)

      Usuń
  5. Starszak ma 121 cm I 24 kg I jest najwyzszy w klasie. Glupia ta pigula. Dzieci dopiero teraz naprawde zaczynaja rosnac. Widze po chlopakach - nie nadazam z zakupami dla nich,
    Z robota nieciekawie. Nienawidze zalowac swoich decyzji. Nadal jednak wierze,ze rozkreci sie wszystko.
    Super,ze imprezka urodzinowa Bi sie udala.
    I sporo dzieci przyszlo, a to najwazniejsze.
    Szkoda,ze dzieci ze szkoly bylo malo.
    Pozdrowienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wysoki Twoj Starszak!!!
      U Bi akurat jest rzeczywiscie odwrotnie. Wczesniej rosla po 6-8 cm rocznie. W zeszlym urosla skromniej. Prawdziwy "skok" i tak czeka w nastoletnich latach. ;)
      Dostalam ostatnio wiadomosc od dawnego szefa, ze w starej pracy atmosfera ciezka, kolejni ludzie odchodza i nawet ucieszylam sie, ze chociaz to poza mna. :)

      Usuń
  6. Bi nieźle wymęczona na zdjęciu urodzinowym, co znaczy że impreza udana. Jak to mówią nie ważna ilość, ale jakość. Przyszli Ci najlepsi :)
    Jak fajnie macie - godzina i nad oceanem. Nic dziwnego, że korzystacie. Jak ja dawno nie byłam na ognisku. Co prawda te pianki wydają się za słodkie, ale kiełbachę bym wciągnęła.
    Mam nadzieję, że wszystko się z pracą ułoży. Jak nie tu, to w nowym miejscu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak sie prawie godzine szaleje na dmuchancach i innych akrobatycznych sprzetach, to sie potem pada na nos. ;)
      A powiem Ci, ze chociaz blisko mamy nad ocean, to w sezonie jestesmy nad nim raptem kilka razy. Jakos nas nie ciagnie i zazwyczaj przy domu jest huk roboty. ;)

      Usuń
  7. Ale Ci córa rośnie :)
    Mam nadzieję, że z pracą wszystko jednak dobrze wyjdzie, tak wiesz - najlepiej jak może!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rosnie, moja Malutka - juz nie taka malutka... ;)

      Usuń
  8. Sytuacji w pracy Ci Agatko nie zazdroszczę, ale chyba najbezpieczniej będzie, jak w miarę szybko stamtąd odejdziesz. Nie wygląda to wszystko ani dobrze, ani wesoło.
    Za to kemping- super sprawa! Godzina jazdy i można mieć wakacje z prawdziwego zdarzenia. Dla dzieci to na pewno wielka frajda.

    Ach, urodziny... No właśnie- odwieczny problem z gośćmi!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzieci naprawde mialy frajde! Ja tylko zaluje, ze nie bylo troche cieplej, no i ze w ostatni dzien nie dane bylo nam posiedziec, tylko w ulewnym deszczu zebralismy sie z powrotem. No i ta Kokusiowa goraczka, wrrr...

      Usuń
  9. Blanka 126 i 20 kg, wyższa od większości 7 latkow z którymi jest w grupie. No i patyczak

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jejku, rzeczywiscie baaardzo wysoka! No i nadwaga jej nie grozi! ;)

      Usuń
  10. Usmialam si widzac zdjecie Kokusia :)
    Praca.... powodzenia w szukaniu kolejnej....Usciski moja droga!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nik wszedl w faze glupich min... :/

      Usuń
  11. Mam nadzieję, że szybko uda Ci się znaleźć nowe zatudnienie - i że jednak nie będziesz musiała tego piwa wypijać, a swoich obecnych pracodawców zostawisz w tej czarnej doopie, w której obecnie tkwią ;)

    Kempingu troszkę zazdroszczę - bo o ile pod namiot raczej bym się nie wybrała, o tyle o posiadaniu takiej przyczepki skrycie marzę :) Może kiedyś uda mi się namówić na nią męża, który podchodzi do tematu na razie dość sceptycznie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wlasnie, namiot odpada. Ale przyczepka jest super - ciepla woda, ogrzewanie lub klima jak trzeba - bajka!

      W starej pracy podobno dzieje sie coraz gorzej, wiec moze to moje piwo az tak gorzkie nie jest... ;)

      Usuń