czwartek, 20 kwietnia 2017

A Wielkanoc przeszla migusiem...

A jak miala zreszta przejsc, skoro tutaj to tylko jeden dzien... :(

Dziwnym jednak trafem, mimo ze nie przygotowywalam niemal nic, lodowka nadal jest pelna zarcia. Cuda, panie Dziejku. ;) Serio! Upieklam biala kielbase, ziemniaczki w czosnkowym maselku, zrobilam torcik nalesnikowy z wedzonym lososiem (pycha, swoja droga!) i upieklam sernik. Oraz rozmrozilam miche bigosu, lezakujacego w zamrazarniku od... Bozego Narodzenia. ;) M. ugotowal zupe, ale zamiast zurku zrobil pomidorowa, wiec na swiateczny stol nawet nie wyjechala. To wszystko. Do tego normalne, cotygodniowe zakupy i lodowka peka w szwach. Chyba trzeba zainwestowac w wieksza.
Tiaaa, jeszcze tej nie splacilismy... :/

Wbrew sytuacji w pracy, swiateczny dzien uplynal calkiem sympatycznie. Tak naprawde, otrzasnelam sie juz z poczatkowej rozpaczy. W czwartek i piatek dwa tygodnie temu, kiedy gruchnela wiadomosc, nie bylam nawet w stanie sie skupic. Czulam sie skolowana i rozzalona. Wtedy jednak oplakiwalam stara prace. Mimo, ze placili srednio, to jednak, poza regularnymi audytami, nie moglam sobie wymarzyc spokojniejszej posady. Szef zupelnie nie wtracal sie do mojej pracy. Miedzy kolega z biura oraz nasza asystentka, sami rozdzielalismy miedzy siebie zadania i wraz z "kierowniczkami" laboratorium, ustalalismy priorytety. Moglam wyjsc wczesniej kiedy chcialam, lub przyjsc pozniej. Bez problemu wziac wolne jesli ktores z Potworkow zachorowalo, co przy tutejszym braku porzadnej polityki prorodzinnej, wcale nie jest takie oczywiste... Po prostu, przy malych dzieciach taka praca to skarb i musialam oplakac swiadomosc, ze na takie warunki gdziekowiek indziej, bede musiala sobie od nowa zapracowac...

Dosc szybko jednak, stwierdzilam, ze trzeba isc naprzod. Az sama sobie sie dziwie, ze w tak krotkim czasie bylam gotowa zostawic za soba 11 lat zycia. Jest na to chyba jednak termin. Nazywa sie odpowiedzialnosc. Mam dwoje dzieci. Jestem odpowiedzialna za zapewnienie im odpowiedniego bytu. To dla nich potrzebuje stabilizacji i zaplecza finansowego. W tej chwili chodze do obecnej pracy bo nie moge sobie pozwolic na odejscie. Nadal mi placa, wiec staram sie byc choc troche produktywna, ale marnie mi to wychodzi. Po proostu, brak mi jakiejkolwiek motywacji. Brzydko mowiac, mam na ta firme wy**bane. Caly wysilek koncentruje na szukaniu nowej pracy. I najbardziej boje sie, ze wieki zajmie mi znalezienie czegos odpowiedniego... :(

Ale mialo byc o Swietach...

Z wiadomych powodow, atmosfery swiatecznej zupelnie w tym roku nie czulam... Dobrze, ze prezenty dla dzieci zamowilam/ kupilam duzo wczesniej. Sporo (jak na mnie) wczesniej, poszlam tez do spowiedzi. Chociaz to mialam wiec odhaczone... Dodatkowo, zeby choc troche oderwac mysli od pracy, tydzien przed Wielkanoca, zagonilam Potworki do sadzenia rzezuchy. "Zagonilam" to w sumie niewlasciwe slowo, bo oni sami az sie rwali do tego projektu. ;)


Reszta przygotowan lezala jednak odlogiem. Dopiero doslownie kilka dni przed Swietami, wyciagnelam kilka zajaczkow i ustawilam na szafkach. Stol w koncu przyozdobilam galazkami bazi z kolorowymi jajeczkami w Wielka Sobote...
Wzielam wolne w Wielki Piatek (bo moja firma normalnie tego dnia pracuje), zeby choc czesciowo uporac sie z przygotowaniami. I w koncu wyszorowalam tylko lazienke oraz upieklam sernik... Oraz spedzilam 20 minut w kolejce za wedlina w polskim sklepie. Normalnie jak za PRL...
A, no i jajca z Potworkami kolorowalismy. To znaczy, w tym roku moja rola ograniczyla sie do nalewania wody i pilnowania, zeby barwniki nie chlapaly na pol pokoju. ;) O tym, ze dzieciarnia miala frajde, niech zaswiadczy relacja fotograficzna:

(przed farbowaniem)

(jajca zanurzone...)

(...i gotowe!)

W sobote oczywiscie rano ze swieconka:

(Kokusiowy znak rozpoznawczy :D)

Nastepnie ostatnie zakupy, a potem rzucilam sie, choc niechetnie, w wir faktycznych przygotowan. W koncu, juz tradycyjnie, wszyscy zwalali sie do nas, trzeba wiec bylo posprzatac nieco dokladniej niz zwykle, no i pogotowac. Oraz pranie zrobic, bo uparlam sie, ze w niedziele nie chce juz robic NIC! Nawet kuchenke oraz zlew szorowalam o 23 wieczorem, bo wiedzialam, ze w wielkanocny poranek wstaniemy, popedzimy na msze, a potem wyglodniali jak wilki wpadniemy na sniadanie i nie bede miala czasu na sprzatanie. A ta kuchenka i ten zlew bedzie mnie przy kazdym spojrzeniu, draznic. Chyba tez z dziesiec razy, dziekowalam niebiosom za to, ze posiadam zmywarke. ;)
Na szczescie, po porannym chlodzie, pogoda zrobila sie naprawde piekna, wyrzucilam wiec malzonka z dzieciarnia na podworko, a sama zabralam sie za robote. :) Musze przyznac, ze nawet sprawnie mi to poszlo, chociaz paznokci juz nie pomalowalam. Moglam to zrobic gdzies okolo polnocy, ale spasowalam. Wolalam sie wyspac. ;)
W sobote wieczor, Potworki zrobily przy drzwiach "gniazdka" ze swoich szalikow, w ktorych Zajaczek mial zostawic prezenty. Ze swojej strony, planowalam pojsc pochowac dodatkowo w ogrodzie plastikowe jajeczka wypelnione slodyczami, naklejkami oraz innym dobrem, ale plany pokrzyzowal mi deszcz. Lunelo niewiadomo skad i odechcialo mi sie wedrowek po podworku.

W wielkanocny poranek, Potworki zerwaly sie zaraz po 6. ;) Przezylam jednak lekki szok, bo zamiast przyleciec do mnie i M. z wiescia, ze oto rozpoczynamy swietowanie, sami popedzili pod drzwi do swoich "gniazdek". Do sypialni, pod cieplutka koldre, dochodzily tylko radosne piski i podniecone okrzyki. Kiedy w koncu wstalam (myslac, ze beda potrzebowac pomocy w odpakowaniu prezentow) okazalo sie, ze Bi dorwala nozyczki i z grubsza poradzila sobie sama, rozpakowujac zarowno wlasny prezent, jak i brata. Ot, dorastaja Potwory. ;)

Pamietacie moze, ze Nik po Gwiazdce urzadzil ktoregos dnia placz, ze Mikolaj nie przyniosl mu kopary? Postanowilam naprawic blad Gwiazdora i koparke przyniosl Zajaczek (aka "Kloliczek", jak nazywa go Kokus).


Z Bi zas mialam zagwozdke. Minela faza na konie i Starsza aktualnie nie przezywa zadnej wiekszej fascynacji. Od czasu do czasu, gdzies w reklamie przewija sie jakas lalka i Bi wspomni, ze chcialaby ja dostac. I nawet o tym myslalam... tylko, ze ona nie bawi sie lalkami! Byl (bardzo) krotki okres, gdzie rzeczywiscie wyciagala domek dla lalek, wszystkie uzbierane Barbie oraz Barbio-podobne czupiradla oraz cala swoja "stadnine" i bawila sie w rodzine. Od dluzszego czasu jednak, domek stoi pusty, a lalki oraz koniki walaja sie po polkach nieuzywane. Postanowilam wiec postawic na cos, co Bi uwielbia, czyli prace plastyczne.


Padlo na zestaw koralikow, ktore mozna ukladac we wzorek, a po ulozeniu spryskac woda, co sprawia, ze po wyschniciu paciorki lacza sie ze soba. Fajna sprawa. Bi na poczatku wsciekala sie, bo nie mogla trafic koralikami w odpowiednie miejsca i musiala pomagac sobie paluchem. Szybko jednak nabrala wprawy i teraz trzaska jeden wzorek za drugim w takim tempie, ze za kilka dni bede musiala dokupic koralikow. ;)

Z prezentow od Zajaczka, Potworki byly wiec bardzo zadowolone, ale juz po chwili podniesli larum, ze chca isc do ogrodu szukac jajek. K%$@#a! Jak wspomnialam wyzej, w sobotni wieczor padalo i nie chcialo mi sie wylazic i chowac ich w taka pogode. Moglam oczywiscie nastawic budzik na 4 rano i zrobic to zanim wszyscy powstaja, ale ten tego... Mowy nie ma. ;) Szybko wiec wcisnelam Potworkom, ze Zajaczkowi nie chcialo sie w deszczu biegac po ogrodzie (jak sie przyjrzec, to byla szczera prawda :D). Poza tym spieszylismy sie do kosciola i Potworki jakos to przelknely. Kiedy wrocilismy, chcialam jeszcze zrobic szybka sesje swiateczna w ogrodzie. Akurat wtedy jednak, Nik musial przypomniec sobie o tych pierdzielonych jajkach! :/ A ja, zniecierpliwiona, tez zle to rozegralam i rzucilam tylko, ze w ogrodzie nie ma zadnych jajek. W rezultacie, Nik sie rozplakal, a moje "piekne", wspolne z dziecmi zdjecie, jest wrecz klasyczne:


Jedno dziecko mruzy oko, drugie jest cale zaryczane, a matka nie dosc, ze wlos ma rozwiany w bynajmniej-nie-artystycznym nieladzie, to jeszcze stoi dziwacznie rozkraczona, bo do nogi ma uczepionego, malego, ryczacego focha. ;)

Wkoncu jednak, po swiatecznym sniadaniu, kiedy dzieci zajete byly dziadkiem oraz rozpakowywaniem (i pozeraniem) kolejnych slodyczy, udalo mi sie wymknac z domu i pochowac rzeczone jaja. Jesli jednak myslalam, ze teraz juz wszyscy beda zadowoleni z zycia oraz dobrej zabawy, to sie pomylilam. Bi bowiem wystrzelila z domu niczym strzala, zbierajac po drodze wszystkie napotkane jajka. Po doslownie minucie, Nik wybuchnal wiec placzem, ze on zadnego nie znajduje. Zaczelam wiec pokazywac mu "A zajrzyj za tamten krzaczek! A spojrz pod zjezdzalnie!", itd. Tu z kolei rozplakala sie Bi, ze pomagam Kokusiowi, a jej nie! O, matkoicorkojaciepiernicze!!! :D

Suma summarum jednak, wyzbierali wszystkie jaja.

(i znow ten jezyk... :D)

A lupami zgodnie sie podzielili i to bez mojej ingerencji! Wiem, powtarzam sie, ale normalnie dorastaja! ;)



Jak mozecie zobaczyc na zdjeciach, pogoda na Wielkanoc trafila nam sie po prostu wymarzona. Bylo prawie 30 stopni! Dla organizmow nieprzyzwyczajonych do takich temperatur po zimie, bylo wrecz za goraco! Planowalismy zabrac Potworki na plac zabaw po obiedzie, ale wyobrazilismy sobie stanie w szczerym polu bez sladu cienia (bo drzewa nie maja jeszcze lisci) i odpuscilismy. Bylo na tyle goraco, ze okolo poludnia nawet dzieci chcialy schowac sie w domu. Skonczylo sie na tym, ze M. ucial sobie drzemke, Bi oraz Nik zasiedli przed bajka, a ja klikajac w laptopie stwierdzilam, ze zaluje, ze nie mam nic do roboty, bo zwyczajnie zaczelo mi sie nudzic! :D

Lany Poniedzialek to tutaj oczywiscie dzien jak codzien, ale nie zamierzam tak latwo odpuscic naszym polskim tradycjom. Bylo chodniej niz w niedziele, ale i tak okolo 20 stopni, wreczylam wiec Potworkom pistoleciki na wode i dalam wolna reke. Spryskali najpierw mnie (zdrajcy!), ale co tam. Podobno to na szczescie, a tego akurat mi potrzeba. ;) Potem rzucili sie na psa.


Na koniec, Bi metodycznie zlala woda cala siebie, od buzi, przez bluzke, az po legginsy. Szczegolna uwage poswiecila swoim czterem literom, tworzac tam ogromna, mokra plame. ;)


I tak minely nasze Swieta. Migusiem, jak w tytule i naprawde nie wiem dlaczego wyszedl mi tasiemiec. Dawno tez tylu zdjec nie zalaczylam! ;)

12 komentarzy:

  1. Bardzo milo minely Swieta . Piekna mieliscie pogode! Swietnie opisalas wasze wspolne zdjecie :-) hihi.. wcale tak zle nie wyszlo :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Och Kochana, jak mi tego było trzeba. Uśmiałam się szczerze pierwszy raz od kilku dni, czytając Twojego posta.
    Po prostu te pierdzielone jajka i klasyczne rodzinne zdjęcie rozwaliły mnie :D
    Czytałam i widziałam wręcz tą sytuację hahaha

    Ja nie mogę, prawie 30 stopni???? U nas było chyba wręcz na minusie, przynajmniej odczuwalne. A przedwczoraj padał śnieg.

    Te koraliki łączone wodą są super, pamiętam jak na którymś pikniku w przedszkolu dzieciaczki zrobiły wiele takich ozdób na licytację dla Warszawskiego Hospicjum.

    W Wielki piątek i u nas to normalny dzień pracy, nie myśl sobie ;)

    Fajne te Wasze Święta, nasze miały być pewnie takie same, no ale.

    Ściskam i nadal za "teraz nowe" trzymam kciuki!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Najważniejsze, że spojrzałaś na wszystko z innej perspektywy. Piękne święta, jakie słoneczne. A jakie Potworki zaoferowane malowaniem jajek. Aż miło popatrzeć. Jedzenie i my ciągle dojadamy i jeszcze na jutro wystarczy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobrze, ze nie tracisz ducha. Przeciez jakos zyc trzeba - nawet w kryzysie. Wielkanoc ze zdjec i z opisu - mieliscie bardzo udana. Gratuluje!

    OdpowiedzUsuń
  5. Agata jaka fajna relacja z tych krotkich Swiat!
    Pogody zazdrosze- ja nawet 15 stopni przyjelabym z przyjemnoscia, bo u nas bylo zimno, szaro i wietrznie. Potworki wyrastaja- przy okazji widac jakie piekne, dlugie wlosy ma BI :O jak ta Elsa?? chyba tak nazywa sie ta postac bajkowa???
    Nikus, lobuziak - no musi byc, rozwesela mnie zawsze!
    Pozdrawiam Cie serdecznie, informujac, ze w Niemcowie Wielki piatek to Swieto a sobota juz nie ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. U nas piątek też był "normalnym" dniem pracy ale szef puścił nas wcześniej i to aż dwie godziny!! W Święta u rodziców, zimno niestety było, slońce dosłownie na kilka minut wyszło i my razem z nim i dzieciakami na plac zabaw, ale wkrótce potem znowu chmury i deszcz, dopiero jak wróciliśmy do domu zrobilo się wiosennie, chociaż wietrznie co wykorzystaliśmy puszczając latawca - ale dziewczyny miały radochę :)
    W Lany Poniedziałek było jeszcze gorzej bo padał śnieg ale już od rana (7.20) odwiedził nas męża wujek i polał tradycyjne wodą kolońską, dziewczynki jeszcze spały a my byliśmy w pidżamach ;) Później się wypogodziło przyjechali nasi goście i poszliśmy na spacer do lasu i do Teściow na kawę, a potem leżeliśmy na kanapie (bo Ci nasi goście to są często u nas więc luzik). Nawet było spokojnie w te Święta :)
    Odkąd przeczytałam o Twoim zawirowaniu w pracy tak siedzę i myślę, czy moze też by coś zmienić? Poza kasą, której tu już większej nie zarobię mam spoko warunki, bo i po dzieci mogę wyjeżdżać w ciągu dnia i jak się coś dzieje wolne dostanę bez problemu. No i trochę mi szkoda 10 lat pracy. Nic nie postanowiłam, po prostu patrzę co jakiś czas na ogłoszenia.
    Trzymajcie się :*

    OdpowiedzUsuń
  7. Super, piękna pogoda Wam się trafiła, tylko pozazdroscić, bo u nas to nawet szkoda gadać.
    Nam firma w piątek zrobiła wolne, więc moglismy swiętować dłużej :)
    A dzieciaczki tak Ci urosły, że jesztem w ciężkim szoku.
    Jesli chodzi o podejscie do pracy - TAK TRZYMAJ! :)))

    OdpowiedzUsuń
  8. Ależ u Was cieplutko, u nas pogoda nie była taka łaskawa :))

    OdpowiedzUsuń
  9. Fajne te Wasze święta były! No i mieliście piękną pogodę.. W Poznaniu lało, wiało. W sobotę z koszycziem szliśmy w reklamówce..w pon szłam do kościoła(a mamy jakieś 10 min marszu) już w przejściowym płaszczu..brrr. Powiem Ci, że ny byliśmy we dwoje a też miałam pełną lodówkę:) Ja również w sobotę wieczorem kończyłam sprzątać, szykować na niedzielę, żeby rano wstać i nie musieć nic ogarniać itp tylko stół nakryty itd . Ja w tym roku sama farbowałam jajka w cebuli (do zjedzenia) oraz w barwnikach - do dekoracji.
    Miłego weekendu!!!

    OdpowiedzUsuń
  10. Fajnie u Was, wesoło, pogodnie, słonecznie.
    U nas LAŁO i WIAŁO. Ale muszę przyznać, że było bardzo radośnie i rodzinnie :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Fajnie tak dostrzegać, że dzieci dorastają, że zacieśnia się ich wzajemna więź... Lila w święta spała pierwszy raz u babci z Elizą. I też niby fajnie, niby dorasta, ale coś tam mnie zakuło. Matce nie dogodzisz. Ale macie super kolory tych jajek! Czytałam już u Star, że pogoda była w Wielkanoc bajeczna, nie wiem co prawda jaka dzieli Was odległość, ale powiem tak- zazdroszczę! U nas kurtki, czapki i szaliki...
    Ściskam i cieszę się, że ochłonęłaś po nowinie o pracy!

    OdpowiedzUsuń
  12. Jak przyjemnie było przeczytać o Waszej Wielkanocy, trochę się pośmiać (jak bardzo czasami Wasz Nik przypomina mi naszego Jerzyka!), trochę rozczulić (tym, że dzieci dorastają...) - to wszystkie jest takie normalne, rodzinne, radosne. Mniej więcej takie, jak sama chciałam przeżyć w nasze święta, ale my, jak wiesz, niestety się mocno rozłożyliśmy :/

    Przeczytałam poprzedni wpis i bardzo współczuję Ci sytuacji z pracą. Mam nadzieję, że Twoje doświadczenie i umiejętności przełożą się na szybkie znalezienie nowej, może jeszcze lepszej oferty, ale mimo to wiem, jak ciężko jest zmieniać coś, czym żyło się przez lata. Współczuję :( I jestem z Tobą myślami i modlitwą :*

    OdpowiedzUsuń