czwartek, 14 lipca 2016

Wakacyjny tasiemiec z pierdylionem zdjec. :)

Posta pisalam po troszeczku calutki tydzien, a i tak mialam watpliwosci czy zdaze go skonczyc do weekendu. ;) Przyszlo mi do glowy, zeby podzielic go na pol, ale w koncu publikuje tak, jak jest. Znana jestem w koncu z moich tasiemcow. Nie moge sobie psuc opinii. :D

Wrocilismy! Niechetnie, ale za to cali (zdrowi nie do konca, bo najmlodszy turysta nadal pokasluje, a ja albo sie od niego zarazilam, albo sama cos podlapalam, bo tez smarcze), a to najwazniejsze. ;)
Jak wrazenia?

To juz moja trzecia wizyta na Florydzie, ale pierwsza latem i… MATKO BOSKA, jak tam goraco!!! :O Temperatury codziennie osiagaly 38-40 stopni w sloncu, przy wilgotnosci 80%. W nocy spadaly do okolo 30 stopni i byloby niemal przyjemnie, gdyby nie ciagla wilgoc… A lokalni mieszkancy pocieszali nas, ze i tak nie bylo zle, bo tydzien wczesniej mieli “prawdziwa” fale upalow i temperatury osiagaly 45-50 stopni! :D Ja pierdziele, to nie dla mnie! W zeszlym roku, w Karolinie Pd. bylo okolo 32-33 stopni i to najwyrazniej jest moj limit, bo wspominam tamte temperatury jako idealne. ;)
O, takie sobie zrobilam zdjecie ekranu telefonu w poniedzialkowy wieczor:


Jak widac jest prawie godzina 22, a slupek rteci nadal wskazuje 29 stopni. ;) To byla nasza pogoda na urlopie, tylko ta chmurka z wtorku gdzies sie zapodziala, bo nie pamietam zadnego pochmurnego dnia. ;)
Floryda uchodzi (przynajmniej na wschodnim wybrzezu) za Stan docelowy dla emerytow. Teraz jednak rozumiem dlaczego ci z nich, ktorych stac na utrzymanie dwoch domow/ mieszkan, latem wracaja na polnoc… Poniewaz latem na Florydzie mozna zdechnac! A my bylismy w jej polnocnej czesci! Strach pomyslec co sie dzieje np. w takim Miami! ;)
Pogoda bylaby wiec prawdziwie urlopowa, gdyby nie drobny fakt, ze w srodku dnia ciezko bylo wyjsc z klimatyzowanego pomieszczenia. ;) Wychodzilismy wiec rano i poznym popoludniem, a srodek dnia spedzalismy w pokoju hotelowym, probujac jakos zabawic znudzone Potworki. Z pomoca przyszly bajki na DVD, ktore szczesliwie bylo w wyposazeniu pokoju, kolorowanki, itp. Poza tym, przed wyjazdem Mlodziez zapakowala troche zabawek do wlasnych plecaczkow, wiec mieli czym sie bawic. Wczesnym popoludniem, Nik wymordowany upalem, porannymi wycieczkami oraz przeziebieniem, padal na drzemke (sam szedl do sypialni, bez zadnej zachety! :O), a ja wraz z Bi pedzilysmy na basen. Tatus, ktory oswiadczyl, ze nie jest fanem chlorowanej wody, zostawal pilnowac syna. ;) Na tym cholernym basenie spalilam sobie ramiona i dekold, a Starsza buzie, mimo “wodoodpornego” kremu z filtrem… :/

Tak jak napisalam w poprzednim poscie, Nik musial wybrac sobie akurat urlop, zeby zachorowac…  :( Juz w poniedzialek wydal mi sie jakby “przytkany”. We wtorek pojawil sie stan podgoraczkowy oraz kaszel, a w srode puscilo mu sie z nosa juz na dobre. :( I zaczelo sie marudzenie! Ogolnie nic Kokusiowi nie pasowalo… Caly czas zawodzil, a jak trzeba bylo kawalek przejsc pieszo, to juz wyl na calego, zwalnial do zolwiego tempa i szlochal na srodku chodnika jakby mu sie niewiadomo jaka krzywda dziala. Wiem, ze bylo niemozliwie goraco, ale Bi maszerowala dzielnie i cieszyla sie z nowych doswiadczen oraz widokow. Nik mial je gdzies. Kilka razy kapitulowalam i bralam delikwenta na barana, mimo, ze wychodzilam z tego z potem cieknacym mi doslownie po doopie, ze o plecach i skroniach juz nie wspomne. A byly to naprawde krotkie dystanse. M. wzruszal ramionami, zebym zostawila mala gadzine, ale obawialam sie, ze wtedy dojscie gdziekolwiek zajmie nam pol godziny zamiast 5 min. i to w palacym sloncu, ktore juz od rana prazylo bezlitosnie…
W dodatku Niko, ten maly wrazliwiec strasznie przezywal wszystkie nowosci. Nie dosc, ze budzil sie (oraz mnie i M.; tylko Bi spala jak zabita) w nocy przez zatkany nos, to jeszcze zrywal sie z krzykiem z lozka, mamroczac cos o odplywajacych na falach zabawkach i po omacku probujac je zlokalizowac w pokoju hotelowym… ;) To ostatnie to akurat moja wina. Ulubiona zabawa na plazy Kokusia, bylo bowiem wjezdzanie wagonikem z wiaderkami, lopatkami, grabkami, itd. do oceanu. Wagonik – lekki, plastikowy – kolysal sie na falach, przechylajac niebezpiecznie. Postarszylam wiec syna, zeby tego nie robil, bo wszystko mu powypada do wody. Zebym ja przewidziala, ze Nik bedzie mial potem koszmary senne na ten temat, to bym sie slowem nie odezwala!!! :D

Choroba Kokusia pokrzyzowala nam nieco urlopowe plany. Jak tylko ruszylismy sie gdziekolwiek piechota, Mlodszy wlaczal syrene. W samochodzie zreszta tez jeczal… Przez niego okroilismy zwiedzanie do minimum… Miasteczko, do ktorego nas ponioslo, to Saint Augustine, najstarsze miasto w Stanach, zalozone jeszcze przez Hiszpan, z przepiekna starowka, malowniczymi uliczkami, usiane muzeami i atrakcjami… Musimy tam koniecznie wrocic za kilka lat, kiedy Potworki beda starsze i skorzystaja na lekcji historii. Az mnie swierzbilo na widok niektorych muzeow, ale coz… Potworki sa na nie nieco za male, a poza tym Nik zupelnie nie w formie… :/ Ograniczylismy sie wiec do przejazdzki pociago – traktorem, ktory obwozi turystow po starym miescie, zatrzymujac sie przy kazdej atrakcji. Za cene biletu mozna przez caly dzien zwiedzac muzea (oczywiscie wstep oplacany jest osobno), po czym wsiadac do pociagu (jezdza co mniej wiecej 20 min.) i podjezdzac do nastepnej atrakcji. Dzieci do lat pieciu jezdza za darmo i mila pani w kasie podpiela pod to jeszcze Bi. :) Na poczatku “wyprawa” zapowiadala sie kiepsko, bowiem Nik urzadzil nam histerie w drodze z parkingu na przystanek. To byl akurat pierwszy dzien, kiedy jego przeziebienie sie rozkrecilo i gotowa bylam wracac z nim do hotelu, ale M. niezrazony rykami, uparl sie, zeby kontynuowac. Potem juz bylo lepiej, bowiem Mlodszy ozywil sie na widok czerwonego “pociagu”. Bylo potwornie goraco, ale wagoniki mialy zadaszenie, a ze byly calkowicie otwarte, podczas jazdy pojawiala sie cudowna bryza. Nik wkrotce zasnal mi na kolanach i caly objazd (okolo 1.5 godziny) uplynal juz spokojnie. A St. Augustine spodobalo nam sie do tego stopnia, ze M. zaczal z ciekawosci przegladac oferty pracy w swoim zawodzie. ;) Trudno mu sie dziwic, bo serio, nie zakochalybyscie sie w miasteczku, ktore wyglada TAK?



(W tle stara hiszpanska twierdza obronna. Mialam wielka ochote do niej wejsc, ale Potworki... no wlasnie. :/)
I jeszcze jedna interesujaca fota, zrobiona obok muzeum starego wiezienia. Kiedys wiezniow "wypozyczano" do prac polowych. Potencjalni kandydaci siedzieli sobie w takim "powozie" nieraz cale dnie i czekali na wynajecie. Nieodplatne, jak sadze... ;)
A na obrzezach Starego Miasta, odkrylismy swietny plac zabaw. Na tym placu, gekony masowo zwiewaly spod nog, niczym pasikoniki na lace. W calym miasteczku bylo ich zreszta zatrzesienie. :)

(Caly plac, to byl istny labirynt wiezyczek, schodkow, ukrytych przejsc i sprytnych skrytek)




 (Hustawka - aligatorek, obowiazkowa! A o temperaturach niech swiadczy kolor buzi Kokusia i przyplaskane od potu wloski...)

Druga wycieczka jaka odbylismy, bylo wyjscie do “Alligator Farm” i to byl nasz najbardziej udany wypad. Nazwa atrakcji okazala sie dosc mylaca, bowiem “farma aligatorow” to bardziej zoo z gadami i innymi zwierzakami z calego swiata. Najpierw, kiedy za wejscie naszej czworki, zabulilismy ponad 70$ (Potworki po znizce), az wzielam glebszy oddech, bo z zewnatrz obiekt wygladal bardzo niepozornie. Okazalo sie jednak, ze byl wart swojej ceny, a co lepsze, po zaplaceniu za wejscie, dostawalo sie pieczatke na reke, za pokazaniem ktorej, mozna do konca dnia swobodnie z zoo wychodzic, po czym wracac. Bardzo praktyczne, bowiem organizowanych jest tam sporo pokazow edukacyjnych na temat aligatorow oraz innych zwierzat mieszkajacych na Florydzie. Pokazy te odbywaja sie jednak tylko bodajze 3 razy dziennie. Jesli nie trafi sie na nie w czasie zwiedzania, mozna wyjsc, zjesc cos, przeczekac, po czym wrocic. Swietna sprawa!


(Spokojnie, ten "okaz" nie byl zywy. A Bi i tak odmowila usiadniecia nieco blizej jego glowy...)

W srodku obiekt byl ogromny! Niektore czesci, szczegolnie z mlodymi osobnikami, wygladaly niczym ogromne terraria, wiekszosc jednak byla zbudowana tak, zeby przypominac autentyczne, wielkie mokradlo, z aligatorami plywajacymi w bajorkach i wygrzewajacymi sie na sloncu.

(Tu Potworki podziwiaja mlode aligatory - albinosy)

Nie mialam pojecia, ze tyle jest na swiecie gatunkow krokodyli! Poza tym weze, smoki z Komodo, wielkie zolwie z Galapagos, male malpki, lemury, kolorowe tukany oraz skrzeczace na przechodzacych, swobodnie latajace po obiekcie papugi.


Nawet kafejka oraz plac zabaw sie znalazly.


(A przy placu zabaw, taki "interesujacy" posag :D)

Naprawde swietne miejsce! A co najwazniejsze w tamtejszych temperaturach, bardzo dobrze zacienione. ;)

(Tak szlo sie przez wiekszosc czasu)

Nawet jednak tutaj, po nieco ponad godzinnym zwiedzaniu, Nik, poczatkowo zachwycony, zaczal jeczec i wymyslac… :/
Aha! Wiekszosc aligatorow mozna bylo karmic! Jesli jednak wyobrazacie sobie krwiste befsztyki wpadajace do wody, musze Was rozczarowac. Biedne gady karmione sa przez zwiedzajacych kuleczkami, wygladajacymi jak psia karma. :D Niestety, karme kupuje sie w automatach na pieniazki, a my, “mundrzy” rodzice nawet nie pomyslelismy zeby wziac ze soba drobniaki. Bi byla bardzo rozczarowana… Ale za to aligatory, nauczone ze kazdy “ludz” niesie zarlo, na widok zwiedzajacych podplywaly stadnie do barierek. ;)

Jeszcze jedna ciekawostka jest, ze na drzewach nad zoo zbudowany zostal park linowy. Ludzie zjezdzaja sobie na linkach ponad zagrodami dla aligatorow. M. wyrazil ciekawosc tym, co by sie stalo gdyby ktoras lina sie urwala i turysci wpadli prosto do stawu z gadzinami? Ja mysle jednak, ze te byly tak objedzone ciaglym zarciem wrzucanym przez zwiedzajacych, ze nawet by ludzi nie powachaly… :D
Ostatnia nasza wycieczka, odbyta zreszta w ostatni dzien (chlip!) bylo odwiedzenie Marineland Dolphin Adventure. 



I tu niestety mocno sie rozczarowalismy… Miejsce to wyczailismy zupelnym przypadkiem, podczas przejazdzki krajoznawczej po okolicy. Po powrocie do hotelu wygooglowalam je i troche poczytalam. Okazalo sie, ze to najstarsze oceanarium na swiecie, wiec wydawalo sie warte zwiedzenia.  Wstep byl podejrzanie tani i powinno bylo nas to ostrzec. Nie ostrzeglo. :) No coz, obiekt od zalozenia, jakos w latach 30-tych poprzedniego stulecia, niewiele sie rozbudowal… Cale oceanarium stanowilo akwarium z zolwiami morskimi, basen (doslownie taka prowizorka, do ktorej mozna bylo zajrzec tylko od gory) z kilkoma rekinami oraz dwa akwaria z delfinami. 


I tak naprawde caly biznes “oceanarium” krecil sie wokol tych kilku delfinow. Mozna bylo mianowicie nakarmic je lub nawet wejsc z nimi do wody i poplywac. Jeszcze cena karmienia nie byla najgorsza, chociaz ponad 30$ za okolo 3 min. z delfinem (za osobe), to wedlug mnie sporo. Ale juz kazde dluzsze spotkanie z tymi, badz co badz pieknymi  i inteligentnymi ssakami, kosztowalo od 220$ wzwyz. Za nasza 4-osobowa rodzinke, stuknalby nam tysiaczek! :O Bi wykazywala checi zeby poznac delfinki blizej, ale Nik, odkad dowiedzial sie, ze nie moze jednego z zolwi wziac do domu, skoncentrowal sie na wyciu i pretensjach do calego swiata. ;)

Kolejna wada tego delfinarium (bo oceanarium to-to nie bylo), byl niemal calkowity brak cienia… Zar lejacy sie z nieba, betonowe chodniki otoczone piaskiem i tylko pojedyncza palma gdzie niegdzie… Przy basenie z rekinami bylo male zadaszenie z wiatrakiem rozpylajacym zimna wode, ale to byl jedyny punkt, gdzie mozna bylo uciec przed upalem… Najgorsze bylo jednak dojscie do delfinow, bo zeby tam dotrzec trzeba bylo przejsc wokol prawie calego obiektu. W pelnym sloncu, bez chociaz drzewka… Tu Nik skapitulowal zupelnie i odmowil marszu. Musialam go dzwigac, mimo ze sama ledwie zipalam… :/ A przy delfinkach tylko 3 czy 4 parasole, zajete przez ludzi z daleka robiacych zdjecia czlonkom rodziny chlapiacym sie z butlonosymi… A jak juz czlowiek przeszedl to wszystko, malo nie zemdlal z goraca i zniosl wrzaski mlodszej pociechy, to okazalo sie, ze jak to czesto w Hameryce bywa, wyjscie z obiektu jest obowiazkowo przez sklep z pamiatkami. :/ Tam Potworki dostaly doslownie oczoplasu i po twardych negocjacjach rodzicow oraz placzu obojga dzieci, do naszej kolekcji maskotek dolaczyly pluszowe delfinek oraz zolwik. ;)
To byly wszystkie wycieczki, na jakie sie odwazylismy z dwojka malolatow, w tym jednym ekstremalnym, chorym w dodatku, malkontentem. ;) Poza tym zaliczylismy obowiazkowy wypad do sklepu z pamiatkami, bo matka musiala, no MUSIALA, zdobyc magnes na lodowke. Tam tez nie obylo sie bez szlochania, bo w sklepie oprocz typowych pamiatek, czyli koszulek, ramek do zdjec, magnesow, kubkow i muszelkowych zolwikow, bylo mnostwo kiczu, np. plastikowe swinki pierdzace po nacisnieciu. Co to ma wspolnego z Floryda, czy samym St. Augustine? Nie pytajcie, nie mam pojecia. ;) Tam Nik wybral sobie mala ciezarowke (znow: co ona w ogole robi w sklepie z pamiatkami?), a Bi… pierscionek. Za duzy na nia w dodatku… Uparla sie jednak, ze pierscionek jest maly, wiec mimo naszego limitu na JEDNA rzecz, probowala wycyganic cos jeszcze. Nie zgodzila sie wymienic go na cos innego, uparla sie na ta nieszczesna blyskotke, a my bylismy nieugieci, wiec w koncu wyszla stamtad z rykiem i wyla cala droge powrotna do hotelu… Musze jednak pochwalic Bi, ze to byl jedyny az taki jej wyskok. Poza tym i podroz w obie strony i urlop, zniosla niczym turystka na medal. :)

Jeszcze jednym niezbednym, acz wymuszonym sytuacja wypadem, bylo poszukiwanie supermarketu z... tamponami, bo jak ostatnio Wam sie pozalilam, “te” dni nawiedzily mnie jak w zegarku (a nawet o dzien wczesniej), czyli w pierwszy pelny dzien urlopu… Nic tylko sie pochlastac… Mialam nadzieje, ze sie obejdzie bez (jak zwykla je wdziecznie opisywac moja siostra) “kolkow”, ale niestety… :( Liczylam na chociaz 2-dniowe opoznienie i bylam przygotowana, ze pierwsza polowe urlopu spedze plazowo – basenowo, a druga wycieczkowo… Niestety, jak zwykle zycie wszystko zweryfikowalo… Poniedzialkowy wieczor spedzilam jak struta, az M. wkurzony spytal czy moze powinnismy zapakowac sie i wrocic, bo jak mam miec taki humor przez caly urlop, to on serdecznie dziekuje. A ja po prostu bilam sie z myslami… Nie chcialam wracac do domu, ale panicznie balam sie tamponow, a z drugiej strony bliskosc cieplutkiego ocanu oraz basenu, kiedy moglabym zamoczyc w nich co najwyzej stopy, to bylaby tortura!
We wtorek wiec zebralam sie na odwage, pojechalam do najblizszego sklepu, kupilam paczke OB i postanowilam zobaczyc co z tego wyjdzie… Wyszlo jako tako. ;) Podziwiam te z Was, ktore uzywaja tamponow co miesiac! Mi bylo bardzo nieprzyjemnie, caly czas czulam ten sznureczek i mialam wrazenie, ze cos mi sie wysuwa, a dwa razy rzeczywiscie sie obsunelo… ;) Ale przezylam, a co najwazniejsze, moglam pluskac sie w basenie i oceanie do woli, wiec maly dyskomfort (glownie psychiczny) byl tego wart. Dzieki temu wrocil tez i humor. I tylko maz narzekal, ze nie mialam kiedy okresu dostac i co to za urlop bez chociaz malego “bang-bang”. :D
Poza tym, jak juz pisalam, plazowalismy, a ja oraz Bi pluskalysmy sie w basenie. Z Nikiem poszlismy na basen pierwszego dnia, ale nie za bardzo mu sie spodobalo. Hotel, w ktorym mieszkalismy, mial jedna wade – nie bylo brodzika dla dzieci. W najplytszej czesci, woda siegala Bi do ramion, ale Nik niestety jest o glowe nizszy i znikal pod powierzchnia. Przez prawie cala reszte pobytu powtarzal, ze nie chce na basen, chce "do faluf”, czyli na plaze. ;) Na dodatek przyplatalo mu sie to przeziebienie, wiec cala czworka wybralismy sie tam ponownie dopiero dnia ostatniego. I strasznie zaluje, bo Mlodszy nagle zapomnial, ze wolal ocean, z zapalem wchodzil do wody i plywal w rekawkach. To “plywal” to troche na wyrost. ;) Smialam sie do M., ze Nik jest jak plankton – cos tam macha nogami, ale ogolnie unosi sie, gdzie go woda poniesie. :D



Bi za to, to juz inna para kaloszy. Kazdego dnia, juz od rana jeczala, ze ona chce na basen. I z wody mogla nie wychodzic. A raczej wychodzila, ale tylko po to, zeby wskoczyc z powrotem. Szybko przekonala sie, ze plywaczki wyniosa ja na powierzchnie i skakala na “bombe” nawet tam, gdzie nie dotykala dna. ;)




Nad ocean chodzilismy juz cala rodzina. Zreszta, daleko chodzic nie musielismy, bo celowo wybralismy hotel polozony przy samiutkiej plazy. :) A ta byla szeroka i ciagnela sie kilometrami!


(Zdjecie panoramiczne, specjalnie dla zobrazowania obszaru plazy - tu podczas odplywu)

Podczas odplywu w ogole robila sie ogromna! I ten piasek! Zawsze mi sie wydawalo, ze najpiekniejsze plaze sa w okolicach polskiej Leby. Na naszej polnocy tez mamy jedna plaze z bialym, drobnym piaskiem. Ale plaza w Saint Augustine bila ja na glowe! Tam piasek nie tylko jest bielusienki, ale drobny niemal jak cukier puder! Cudo! Swietnie tez, ze nie ma tam w ogole tloku, nawet w weekend. Na polnocy, z racji, ze piaszczyste plaze sa niewielkie, w upalne dni lezy doslownie koc na kocu (dobrze, ze nie ma chociaz wioski parawanow, jak w Polsce :D). Na Florydzie kazdy mial swoja przestrzen. 

(Plaza - przyplyw. Troche zaslaniaja ja wydmy...


(Plaza - odplyw)

A co jeszcze lepsze, po plazy mozna jezdzic autem! Wydzielona jest przestrzen na przejazd oraz miejsce na parkowanie. Rewelacja! Nie ma taszczenia tobolow kilometr przez las! ;) Oczywiscie wjechac mozna tylko z napedem na 4 kola. Bylismy swiadkiem, jak laweta zabierala jakiegos idiote, ktory wjechal zwklym, osobowym autem i oczywiscie utknal. :D Ale moja Venza dala rade. Bo oczywiscie musielismy doswiadczyc tej nowosci na wlasnej skorze (czy raczej oponach samochodu). ;)

(Jedziemy sobie po piachu... :D)

W kazdym razie Potworki korzystaly z plazy ile wlezie. W tym roku Nik na szczescie wyrosl ze strachu przed woda. Oboje wbiegali do oceanu i skakali przez fale. Wchodzili (jak na nich) bardzo gleboko i trzeba ich bylo naprawde pilnowac, bo nieraz ktoremus fala chlusnela prosto w buzie, albo z lekka przeturlala. ;)


 

A podczas odplywu, zostawalo pasmo “kaluz”, w ktorych dzieciaki taplaly sie, kladly i turlaly. ;)



Poza tym oczywiscie zachwycalismy sie palmami oraz reszta poludniowej roslinnosci, tak innej od naszej polnocnej, ale takze jasnym, gladziutkim asfaltem oraz drogami, ktore ida prosto i rowno, w przeciwienstwie do ciaglych zakretow, serpentyn, pagorkow i dolin, ktore mamy na codzien. :)

(O, tak fanie sie tam jezdzi :D)
Musze tez napisac, ze jazde w obie strony, ktora wraz z postojami zajela nam okolo 18 i pol godziny, Potworki zniosly (prawie) doskonale. W strone Florydy spaly cala noc, a w dzien troche poogladaly bajki, troche porysowaly (to Bi), troche pozawodzily i znow zapadaly w sen (to Nik). Obawialismy sie drogi powrotnej, ktorej poczatek odbywal sie w dzien, bowiem hotel trzeba bylo opuscic do 11 rano. Okazalo sie jednak, ze nie bylo zle. Potworki znow ogladaly bajki, zatrzymalismy sie na dluzej dwa razy i kilka razy na krotkie rozprostowanie nog oraz zatankowanie benzyny w auto lub kawy w rodzicow. ;) Nik (pomijajac awanture o autko wyczajone na jednej ze stacji benzynowych :D) rozryczal nam sie porzadnie tylko raz, kiedy juz zapadla noc, wyjac, ze on chce sie przewrocic na brzuszek, co w foteliku bylo oczywiscie niewykonalne… Wiekszym utrapieniem niz dzieci, okazal sie ruch drogowy. Zanim wyjechalismy z Florydy (a to zaledwie 2 godziny drogi), zdazylismy utknac w dwoch korkach spowodowanych wypadkami. Co ciekawe, oba wypadki wydarzyly sie po przeciwnej stronie autostrady, ale nasza tez stala, bo kazdy chcial popatrzec. :/ Najgorszy byl jednak przejazd przez Karoliny Pd. i Pn., gdzie co jakis czas wszystkie auta na autostradzie nagle zwalnialy do slimaczego tempa. Wlokly sie tak kilka kilometrow, po czym nagle ruszaly. Zadnego sladu po wypadku czy czymkolwiek innym, co moglo spowodowac zator… Potem przez jakis czas jechalo sie gladko, az dotarlismy do pierdzielonego Nowego Jorku, przez ktory szczerze nienawidze przejezdzac. Tam oczywiscie w nocy odbywaja sie roboty drogowe i znow utknelismy w dwoch gigantycznych korkach, bo na 3 pasy autostrady, otwarty byl 1. :/

Ogolnie jednak, urlop zaliczam na plus i zaluje jak zwykle, ze byl tak krotki. A dla tych z Was, ktore mieszkaja, badz wybieraja sie do Stanow, z czystym sumieniem polecam wyprawe do Saint Augustine, bo naprawde warto! :)
PS. M. twierdzi, ze na nastepny urlop w Polsce, a na kolejny obiera kierunek: Arizona/Texas. Tam jednak raczej nie dojedziemy juz autem… ;)

30 komentarzy:

  1. Fajna relacja, ale te upały...uff, lubię gorąco, ale to chyba jednak przesada;)
    Mnie się marzy podróż po Stanach, tak z jednego końca na drugi, autem, ale szczerze powiedziawszy nie sądzę abym kiedyś miała tyle kasy i tyle odwagi;-P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nam tez sie marzy taka podroz, tyle ze z przyczepka kempingowa. ;) Ciagnac za soba przenosny "dom", mysle, ze dalibysmy rade. :)

      Usuń
  2. Ja wiem jak trudno wytrzymac w upaly, ale ja pragne slonka.u Nas juz od misiaca 17'C, mokro I ciemno. Nie znosze irlandzkiego klimatu.
    Tamponow nie nosze,bo mnie tez "uwieraja". Poza tym organizm musi sie oczyszczac, a przy tamponach jest to utrudnione.
    Wyjazd super, ten drewniany plac zabaw czad.
    Z aligatorami bym sie bala podchodzic blizej ( po tej historii 2latka porwanego w Disneylandzie).
    Plaze piekne, pogoda piekna...szkoda tylko , ze Kokus troche sie rozchorowal.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czesto narzekam na upaly, ale w zyciu nie zamienilabym ich na Wasz klimat! ;)
      Nawet ten wyjazd nie przekonal mnie do tamponow. ;) Moze jeszcze kiedys ich uzyje od czasu do czasu, bo lato jest krotkie i fajnie jest moc korzystac z niego do woli, ale napewno nie stana sie moim stalym ekwipunkiem. ;)
      Wszystkie aligatory, ktore widzielismy, byly za szklana szyba. ;) Wiemy, ze wystepuja na Florydzie naturalnie, ale pomimo intensywnego wpatrywania sie w kazde mijane bajorko, zadnego nie przyuwazylismy. :)

      Usuń
  3. Ja przez pierwsze dwa dni używam tamponów, bo nie lubię tego uczucia jak mi się "wylewa" cały strumień na raz, brrr i bleee.
    Ty kończysz urlop ja zaczynam i tez na plażę się wybieramy ale na taką jeziorną nie oceaniczną :) No i takie upały raczej nam nie grożą ale to nic, tam gdzie jedziemy są dwa wielkie place zabaw i chyba dwa mniejsze, orliki, rowery i różne takie wiec myślę, ze się dzieciaki nie znudzą :) do tego będą miały towarzystwo swoich dwóch znajomych wiec we czwórkę jakoś spędzą wolny czas :)
    Wasz bilans wakacyjny generalnie na plus wiec nie ma co narzekać, wypoczęci i spaleni słońcem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, bardziej niz na Florydzie, spalilam sie w sobote na basenie! W przeciwienstwie do urlopu, gdzie bardzo pilnowalam kremu z filtrem, tutaj bylo pochmurno i nawet straszyli deszczem, wiec nie smarowalam ani siebie ani dzieciakow. Oni siedzieli glownie w wodzie, wiec tylko lekko sie zarozowili, a ja coz - na raczka. :D
      To prawda, ze to uczucie z poczatku okresu jest mega obrzydliwe. Ja zazwyczaj zastygam w bezruchu, a zaraz potem lece do lazienki sprawdzic, czy mi gdzies nie przecieklo. :)

      Usuń
  4. Fajnie, że już jesteście i że się udały wakacje.
    My dopiero przed urlopem (niby już mam, ale z dziećmi w domu to jednak nie urlop ;) ).
    Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj nie, cale dnie z dziecmi w domu, to ciezka orka. ;) No i urlop nie urlop, a sprzatac, gotowac i prac trzeba! :D

      Usuń
  5. Swietny urlop, wiadomo ze z dziecmi nie zawsze mozna zaliczyc wszystkie atrakcje, ale najwazniejsze, ze spedziliscie ten czas razem, rodzinnie I w milych okolicznosciach.
    A jak hotel? Pamietam, ze rok temu troche Was rozczarowal.
    Pozdrawiam, GOSIA

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm... No coz... Hotelowi przydalby sie lekki remont. ;) Ale bylo czysto i tym razem bez chmary mrowek, wiec na plus. :)

      Usuń
  6. Jupi! Wróciliście cali i zadowoleni- to NAJWAŻNIEJSZE! Co do pogody- wiesz, mamy 15lipca, a ja dziś rano zakładałam płaszcz wiosenny i apaszkę. Na nogach miałam baleriny bez podkolanówek, i kurna- było mi zimno!!! W Szczecinie od 2dni masakra po prostu. Nie znoszę upałów, więc gdy czytam, że bywa tam po 50stopni, robi mi się słabo :) ale u nas chętnie zobaczyłabym te 23-25 na termometrze...
    Podejrzewam, że u mnie też skończy się okresem na urlopie (to już za tydzień!!!) i już mnie to przeraża. Nigdy nie nosiłam regularnie tamponów- nie znoszę tego uczucia, ale czasem się nimi ratowałam, kiedy sytuacja tego wymagała. I podziwiam również regularnie używające...
    Kokusia usprawiedliwiamy, w końcu przeziębienie każdemu odbiera humor i energię :) Wiem co mówię, bo sama chyrlam i smarkam od 3tygodni.

    Texas? Wow, tak Wam zazdroszczę, macie tyle wspaniałych możliwości! Korzystajcie, korzystajcie!
    Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, ze Stany sa pod wzgledem klimatu niezrownane! Mozna odwiedzic niemal kazda strefe klimatyczna bez wyjezdzania za granice! :)

      Plaszcz wiosenny i apaszka w lipcu?! :O I pomyslec, ze ja krecilam nosem na zimno, kiedy dzis rano termometr wskazal 19 stopni! :D

      Usuń
  7. Ale się rozpisałaś;) z chęcią bym wybrała na taką farmę z aligatorami. Słonka też bym podkradła:) No może nie aż tak grzejące jak tam u Was, ale koło 30 mogło by być:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje slonko! Nie oddam!!! :D Za pozno, podkradlas, bo od 3 dni pada... Dobrze, ze nie bez przerwy. ;) Jest pochmurno, ale nadal okolo 25 stopni i potwornie duszno...

      Usuń
  8. Jeeej ale bym chętnie na takie wakacje pojechała! No dobra, może nie w miejsce gdzie jest aż tak gorąco, bo takich upałów nie znoszę, ale liczy się sam fakt plaży, basenu na wyciągnięcie ręki, tych widoków! Zazdroszczę :) i współczuję, że Nik się pochorował. Zdrowia dla Was!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To wlasnie lubie na urlopie: basen i plaza pod nosem! ;)
      Za zdrowko dziekujemy. Nadszed sierpien I az sie wzdrygam. W zeszlym roku jak Nik sie pochorowal pod koniec sierpnia, to wszyscy naprzemian smarkalismy I kichalismy do listopada... :/

      Usuń
  9. Najważniejsze, że mimo wszystko, urlop udany. Świetne atrakcje. A miasteczko piękne. Nie dziwię się, że Mąż zaczął rozglądać się za pracą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, mojemu mezowi latwo szukac, bo on ma taki zawod, ze praktycznie wszedzie prace znajdzie. Ze mna byloby duzo trudniej. ;)

      Usuń
  10. Super urlop. A to miasteczko jest po prostu piękne!
    No i łączę się w bólu, ja też dostanę okres na wakacje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest piekne, jest! Bylabys zachwycona, bo to takie hiszpanskie klimaty! :)

      Usuń
  11. Takich upalow chyba bym nie przezyla:) A tak serio- swietne zdjecia! Widac,ze wszyscy sie dobrze bawili a to najwazniejsze:) Aligatory sama bym chetnie pokarmila. Odpoczywajcie po urlopie i zdrowiejcie szybko! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tutaj ogolnie sa gorace lata. Nawet na naszej polnocy niemal caly lipiec bylo po trzydziesci kilka kresek. Mozna sie przyzwyczaic. ;) Mysle, ze po kilku latach przywyklabym i do 40 stopni Florydy, przy 30 byloby mi chlodno. :D

      Usuń
  12. Jak tak patrzę na te Wasze zdjęcia to nic, tylko rzucić wszystko i jechać :) Szkoda, że to aż tak daleko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E tam, tylko 20 godzin podrozy! :D

      Usuń
  13. Wooow! Aż zazdroszczę tego wyjazdu. W sumie szkoda, że Nik trochę lamentował, ale mimo wszystko wakacje niesamowite. Te aligatory... fajne zwierzaczki ;)) ten na którym dzieciaki siedzą, ma niezłą paszczę :D
    No i wielkie brawa, że zdecydowałaś się na tampony. Zazdroszczę takiej temperatury, mimo wszystko. U nas w Poznaniu strasznie. Niby mamy lipiec, a pogoda jak we wrześniu/październiku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tez wole takie upaly niz lodowe. ;)

      Przyznaje, ze nawet pomimo nikowego marudzenia, to byly jedne z naszych bardziej udanych wakacji. :)

      Usuń
  14. Czyli udane wakacje za Wami! Super, że Potworki dopisały i że miejsce okazało się tak piękne. Architektura St.Augustine faktycznie zachwyca chociaż upały tego rzędu przez okrągly rok (?) muszą być uciążliwe. Okresu współczuję... ja co prawda dobrze dogaduje się z tamponami, na, nawet lepiej niż z podpaskami, ale co z tego, że ogólne samopoczucie w tych dniach jest po prostu paskudne?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po urodzeniu dzieci znosze miesiaczki znacznie lepiej niz kiedys, ale mimo wszystko to nie TO. ;) No i nawet z tamponami i w cieplej wodzie, mialam wrazenie, ze sobie "cos" tam przeziebie. Takie dziwne uczucie... Nie bardzo mi sie podobalo. No, ale przezylam. ;)
      A nie, St. Augustine to polnoc Florydy i zima temperatury spadaja tam nawet do... -2 stopni! ;) Nieczesto, ale jednak. :) Nawet w Miami, w srodku zimy bywa "tylko" 18-20 stopni. ;)

      Usuń
  15. Jeeeeeej, bajka! Świetna relacja, czułam się, jakbym tam była z Wami, trochę zgrana, trochę zmęczona, ale zadowolona :) Tak strasznie marzymy z mężem, żeby zwiedzić Stany Zjednoczone, a tymczasem sytuacja remontowa domu wymknęła się spod kontroli i nie stać nas nawet na polskie morze dłużej niż na jeden dzień ;p

    Czy mieszkacie w Stanach na stałe? Zawsze mi się wydawało, że raczej gdzieś w anglojęzycznej części Europy, ale możliwe, że po prostu poszłam na skrót myślowy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale za to nad Baltyk macie na tyle blisko, zeby wybrac sie na te kilka godzin! :D

      Kiedys w koncu remont sie skonczy, odetchniecie finansowo i kto wie, moze zjawicie sie za Wielka Woda! :)

      Tak, mieszkamy tu na stale. Tyle teraz Polakow w Anglii oraz Irlandii, ze nic dziwnego, ze uznalas ze i my nalezymy do tej grupy. ;) A ja tez nieczesto wspominam gdzie mieszkam, bo zycie w USA to nie glowny temat tego bloga, choc pojawia sie od czasu do czasu. :)

      Usuń