poniedziałek, 16 lutego 2015

Nadrabiam, czesc I: Nominacja Dobrych Mysli

Cale wieki temu, czyli na poczatku grudnia, zostalam nominowana przez Marte W do tej blogowej zabawy we wspomnienia (po zasady, odsylam Was do zrodla :p). Jak to jednak u mnie bywa mimo, ze siedziala mi ona gdzies w czelusciach pamieci i od czasu do czasu dopominala sie o uwage, to odkladalam ja, przekladalam, poza tym mialam sporo do pisania na biezaco. I tak zlecialy ponad 2 miesiace. Wstyd! Przepraszam Martus! :*

Po czesci taka zaleglosc wziela sie z wrodzonej prokrastynacji, po czesci jednak, kiedy zastanawialam sie jakie wspomnienia moglabym przywolac, ograniala mnie panika. Chyba jestem strasznym ponurakiem, bo bardzo ciezko jest mi znalezc jakies wyjatkowo szczesliwe wspomnienia. A moze juz taka ta nasza ludzka natura, ze bardziej zapadaja w pamiec przykre wydarzenia? Bo tymi moglabym sypac jak z rekawa. Moze to pomysl na kolejna blogowa zabawe, hmmm... A moze lepiej nie, nie chcialabym zapoczatkowac masowej depresji... ;)

No coz, zobaczymy. Moze w czasie pisania, przypomni mi sie cos wiecej...

Mysl Pierwsza.
Obie babcie. Jednego dziadka nie znalam wcale, drugiego prawie wcale, ale za to nadrabialam babciami. Szkoda tylko, ze obie zmarly kiedy bylam jeszcze bardzo mlodziutka...

Mam dwa wspomnienia z babciami, ktore szczegolnie zapadly mi w pamiec.
Pierwsze zwiazane z babcia Marianna, mama taty. Spedzilam z nia cudowne lato, miedzy zerowka a pierwsza klasa. Teraz podejrzewam, ze moi rodzice chcieli sie mnie "pozbyc" z domu i odpoczac od opieki nad dwojka dzieci, moja siostra miala bowiem wowczas raptem kilka miesiecy. No coz, jak by to nie bylo, skorzystalam wybornie! :) Babcia Marianna to byla babcia przez duze "B", robiaca wlasne przetwory, podsuwajaca wnuczkom pod nos ulubione smakolyki i przynoszaca sniadanie do lozka. Z racji, ze tata jest jedynakiem, miala tylko dwie wnuczki, a ja jako pierworodna bylam zdecydowanie jej oczkiem w glowie. ;) Mieszkala w przedwojennej kamiennicy, z pieknymi, drewnianymi schodami. Do dzis pamietam chlodny, lekko wilgotny zapach korytarza i tych schodow...
Ale wracajac do tamtych wakacji. Pamietam, ze co wieczor wychodzilam na balkon i darlam sie do babci, ze jaskolki lataja wysoko, czyli bedzie pogoda i mozemy jechac nad jezioro. Zapomnialam bowiem napisac, ze babcia mieszkala w Ketrzynie, na pieknych Mazurach. :) Trafilo sie wowczac upalne lato i niemal co rano bieglysmy z babcia na stacje kolejowa, wsiadalysmy w lokalny pociag (najwieksza frajde mialam jesli trafil sie pietrowy) i podjezdzalysmy do najblizszej jeziornej miejscowosci. Potem krotki marsz na dzika plaze i przez reszte dnia plywanie, wylegiwanie sie na kocu i zajadanie babcinymi przysmakami. Bajka! :) A w deszczowe dni, czasem zabierala mnie do siebie do pracy chrzestna, mieszkajaca (do dzis) w tym samym miasteczku. Pracowala na poczcie. To dopiero byla frajda dla takiej smarkuli jak ja, kiedy mozna bylo samodzielnie poprzybijac pieczatki! Wszystkie panie z poczty i klienci usmiechali sie do malego pedraka placzacego sie pod nogami. ;)

Drugie babcine wspomnienie dotyczy babci od strony mamy, noszacej rzadkie imie: Apolonia. Nazywalismy ja po prostu babcia Pola. Albo babcia Smieszka, bo kochala smiech. :) To byla kompletnie inna babcia! Zawsze elegancko ubrana, z rozem na policzkach, ufryzowanych i pociagnietych farba wlosach. Po smierci meza pomieszkiwala przez jakis czas raz u jednej corki, raz u drugiej, ale nie dogadywala sie z zieciami i sama zapisala sie do Domu Spokojnej Starosci. Moja matka i jej siostry strasznie sie tego wstydzily. Nie chcialy, zeby wytykano je palcem jako te, ktore gdzies babcie "oddaly". To jednak byl wybor tylko i wylacznie babci i jak sie okazalo, ona sie tam swietnie bawila! Wesola i zadbana, wzbudzala zazdrosc i zlosliwosc wspolmieszkanek, ale za to adoratorow miala na peczki! :) Nieraz przy odwiedzinach pytalam o jej ostatniego "przyjaciela", a babcia na to: "A nie, poklocilam sie z Jozkiem, teraz przyjaznie sie z Wladziem!". :) Najsmieszniejsze wspomnienie babci mam z rozmowy z nia i moja kuzynka, wlasnie o sprawach sercowych. Bylysmy wtedy ledwo opierzonymi nastolatkami, o czym moga wiec w kolko gadac podlotki? O chlopakach oczywiscie! Wylewamy wiec babci swoje zale, ze nikt nas nie chce, ze nie mamy chlopakow... Babcia na to, ze jak to, takie fajne, ladne dziewczyny i same? My z zaloscia, ze nik, kompletnie nikt nas nie podrywa! A babcia Pola ze smiechem: "No to trzeba samej kawalera zaczepic, a nie liczyc ze ktos was poderwie!". Ja i kuzynka, z glowami pelnymi ksiazek i filmow romantycznych, strasznie sie oburzylysmy, ze jak to, to mezczyzna ma zabiegac o kobiete! No przeciez kto ma o tym lepiej wiedziec niz BABCIA, urodzona jeszcze przed II Wojna Swiatowa! A babcia malo nie spadla z kanapy ze smiechu, ze to juz nie te czasy. :)
No i powiedzcie same, kto tu byl naprawde mlody duchem???

Mysl Druga.
Siostra! Powinna byc na miejscu pierwszym, ale na poczatku nawet nie wzielam jej pod uwage. Obecnosc siorki w moim zyciu wydaje sie tak oczywista i naturalna, ze zupelnie nie pasuje do pojecia "wyjatkowo szczesliwych chwil". Ona nie jest chwila, jest staloscia, jest mi tak bliska, ze wydaje sie niemal czescia mnie. Wie o mnie wszystko, wiecej nawet niz maz. Mimo sporej roznicy wieku, przyjaciolka i powierniczka. Tylko ona trzymala mnie przy zdrowych zmyslach w domu wariatow rzadzonym przez moja mamuske... Poniewaz ta ostatnia dostawala na glowe kiedy tylko przylapala nas na siedzeniu i szeptaniu sobie "sekretow" (czyli wparowywala do naszego pokoju i sadowila sie kolo nas z bezczelnym "to o czym rozmawiacie?", a kiedy slyszala, ze chcialybysmy chwilke prywatnosci, natychmiast wpadala w szal wyzwisk i bicia), znalazlysmy inny sposob. Wieczorem wslizgiwalysmy sie nawzajem do swoich lozek i prowadzilysmy szeptane pogaduchy i zwierzenia dluuugo w noc. Moja matka zawsze narzekala, ze ma lekki sen i budza je wszelkie odglosy u sasiadow, wiec spala z zatyczkami w uszach. I chwala jej za to! :) Kiedy wyjechalam do Stanow, siorka zalozyla sekretne konto mailowe (bo do tego oficjalnego, awanturami i ciaglym nagabywniem matka wymusila haslo), ktore sluzylo nam kilka lat (az do wyprowadzki N. z domu) do wylewania wzajemnych zali na porabana rodzicielke... Teraz moja mala siostrzyczka ma juz wlasna rodzine. Przez roznice czasu, prace i roznorakie inne zobowiazania nieraz nie dzwonimy do siebie nawet miesiac, ale kiedy w koncu zasiadziemy na Skype, czuje sie jakbysmy znowu lezaly obok siebie na ciasnym tapczanie i gadaly bez konca. :)

Mysl Trzecia
Kolejne wakacyjne wspomnienie. Moi rodzice mieli znajomych posiadajacych domek letniskowy nad jeziorem. Domek polozony byl swietnie, wystarczylo bowiem zbiec ze sporej gorki i juz czlowiek byl nad brzegiem jeziora. W czasach, o ktorych mowa, ta strona jeziora byla niemal pusta, oprocz kilku domkow letniskowych. Po jednej stronie dzialki znajomych bylo gospodarstwo. Po drugiej stronie drogi (zwyklej, piaszczystej drozki), bylo pole pszenicy. Do brzegu jeziora, czyli do wodopoju o zmierzchu zapedzano krowy. :) Slowem, byla to zwykla wioseczka, dopiero przeradzajaca sie w miejscowosc wypoczynkowa. Znajomi mieli corke w moim wieku, czyli okolo 5-letnia. Moi rodzice odwiedzali ich niemal co weekend i zazwyczaj zostawiali mnie tam na 2-3 dni. Znajoma miala dosc poblazliwe podejscie do wychowania dzieci i wraz z corka znajomych mialysmy niemozliwie duzo swobody. Troche to mowi tez o niegdysiejszym pogladzie na wychowanie dzieci. A. i ja szwendalysmy sie po calej okolicy. Jej matce mowilysmy tylko, ze wychodzimy tylna furtka i juz nas nie bylo. Zbiegalysmy do jeziora i stamtad rozpoczynalysmy wyprawy eksploracyjne. Przez nadjeziorne szuwary przelazilysmy do ogrodu gospodarstwa obok i wyjadalysmy porzeczki oraz swieze pomidorki i ogorki z cieplarni. Lapalysmy male kaczatka i bawilysmy sie nimi jak puchatymi maskotkami. Zjezdzalysmy namietnie ze stogu siana. Alternatywa bylo robienie labiryntow w zbozu. To jednak szybko zostalo ukrocone kiedy gospodarz przyszedl do znajomych na skarge. :) Niby nie robilysmy nic wielkiego, ale jakie 5-latki maja w dzisiejszych czasach mozliwosc biegania po calej, wiejskiej okolicy bez nadzoru? Przeciez to-to ma jeszcze pstro w glowie! Cud ze sie nie potopilysmy, nie zgubilysmy w pobliskim lesie ani nikt nas nie zamordowal. Sama wiem, ze w zyciu nie puscialbym 5-letniego dziecka, zeby biegalo samopas po wiosce. A moze przesadzam? Bo dzieki tej letniej swobodzie, mam teraz wspaniale, cieple wspomnienia...
Ostatni raz bylam w tamtej okolicy jakies 15 lat temu. Gospodarstwo zniknelo, zostalo zamienione w pole namiotowe. Pole pszenicy jest platnym parkingiem. A domkow letniskowych jest tyle, ze aby dojsc do jeziora trzeba kluczyc zygzakiem miedzy ogrodzeniami. Tylko jezioro jak bylo, tak jest, tyle ze zaloze sie, ze nikt juz do niego nie spedza wieczorem krow... Po niegdysiejszym lecie zostalo tylko dziecinne wspomnienie...

Mysl Czwarta
Dawno, dawno temu, niektore z Was moze nawet pamietaja te czasy, nie bylo czegos takiego jak telefony komorkowe i internet. :) Ze mnie jest taka staruszka, ze pamietam te czasy doskonale. Jako smarkuli, nie wolno mi bylo wisiec godzinami na telefonie domowym, trzeba wiec bylo znalezc inny sposob zeby pozostac w kontakcie z kuzynkami. Dzielilo nas 4-5 godzin podrozy, wiec odwiedziny osobiscie wchodzily w gre tylko kilka razy do roku. A co robic w miedzyczasie? My znalazlysmy sposob stosowany przez stulecia, chociaz teraz juz staroswiecki i chyba niezbyt modny - listy! Ile mysmy sie ich upisaly! I wiecie co? To bylo cos! Caly, wspanialy proces! Napisac, potem przepisac na czysto jesli znalazlo sie w nim za duzo skreslen. Wsadzic w koperte, zaadresowac. Ja do dzis pamietam adres moich kuzynek, a nie wyslalam im zadnego listu od dobrych 20 lat! :) Potem zostalo juz tylko codziennie sprawdzac skrzynke w oczekiwaniu na odpowiedz. A jaka byla radosc jak w koncu przyszla! Pedzilo sie do domu jak na skrzydlach, zeby porwac kluczyk do skrzynki i jechalo na dol, zeby wyjac cenna przesylke. Jeszcze czekajac na winde, rozrywalo sie koperte, wyciagalo kartki i czytalo, czytalo... Dodam tylko, ze jedna z moich kuzynek byla urodzona humanistka, wygrywala konkursy polonistyczne w szkole, pisala piekne opowiadania, wiec jej listy czytalo sie jak dobra ksiazke. Nie brakowalo jej tez poczucia humoru, wiec nie raz zrywalam boki ze smiechu. :) Mam cale spore pudelko ze starymi listami. Od kuzynek, kolezanek, babci. Jest tam rowniez wiele pocztowek i kartek swiateczno - urodzinowych, ktore wyjatkowo przypadly mi do gustu. Moj anty-sentymentalny maz pyta wiecznie czemu nie wypierdziele tych staroci, ale nie moglabym sie na to zdobyc. To tak jakbym wyrzucila kawalek Agaty sprzed 20-25 lat. :)

Mysl Piata
Wyjatkowo niedawna, bo tylko sprzed okolo 15 lat. ;) Wyjazd na narty do Szczyrku. Moj pierwszy narciarski wypad. To tam zlapalam "bakcyla". Szkoda, ze tak pozno, bo dopiero na studiach. Pamietam jakie mialam obawy w zwiazku z tym wyjazdem. Z calej 10-osobowej grupy, znalam tylko kuzynke i to taka dalsza, z ktora nie utrzymywalam blizszych kontaktow. Juz nawet nie pamietam jak to sie stalo, ze zaprosila na ten wyjazd wlasnie mnie. Koniec koncow, pojechalam. Mialam ze soba pozyczone od kogos, za dlugie narty oraz buty kupione w szmateksie, ktore byly w modzie chyba 10 lat wczesniej. :) Ale kuzynka okazala sie swietna towarzyszka, a chlopaki z Polibudy wcale nie az tak zarozumiali jakby sie to moglo na pierwszy rzut oka wydawac. ;) Spalismy w jakims tanim schronisku ze wspolna lazienka na korytarzu, do 1-2 w nocy spiewalismy szanty (jeden z chlopakow mial girate i przygrywal), rznelismy w karty i nie mam pojecia jak udawalo nam sie zwlec o 7 rano z lozek (a nocne posiadowy byly oczywiscie zakrapiane), zeby zlapac autobus na stok. :) Dwoch chlopakow zdalo kursy instruktorskie, wiec mozna powiedziec, ze reszta z nas miala profesjonalne i prywatne lekcje narciarstwa. :) W kazdym razie, z gor wrocilam z kontuzja kolana, ale zachwycona i z nowa pasja oraz smakiem na oscypki. Warto bylo! :)

Mysl Szosta
To w sumie zadna szczesliwa chwila, ale wpadla mi do glowy pod wplywem starych wspomnien. Otoz, blok w ktorym sie wychowalam, lezal niegdys na samych obrzezach miasta. Na jesien, regularnie raz w tygodniu, od bloku do bloku jezdzil furmanka ciagnieta przez konia, rolnik i darl sie "Kaaaartofleeeee!!!!". Echo odbijalo sie od betonowych scian i az szyby w oknach brzeczaly. :) Wiele osob (w tym moja babcia Marianna, ktora mieszkala z nami przez jesien i zime) zbiegalo na dol, otwieralo facetowi drzwi do piwnic i kupowalo zapas ziemniakow na cala zime. :) Niestety, przedmiescia szybko sie rozbudowaly i polaczyly w jeden ciag z rowniez sie rozbudowujacymi okolicznymi miasteczkami. Drogi zrobily sie szybkie i ruchliwe, a przy wjezdzie do miasta widnieje tabliczka zabraniajaca wjazdu konnym zaprzegom... I troche mi smutno, bo to tez element mojego dziecinstwa, ktory juz nie wroci, ale na mysl o tym donosnym "Kaaarrrtooofleee!!!" nie moge sie nie usmiechnac... :)

To juz koniec wspominek. :) Z racji, ze zabawa krazyla juz jakis czas temu, nie nominuje nikogo, poniewaz zwyczajnie nie pamietam, kto juz wzial w niej udzial. Jesli jednak znajdzie sie wsrod Was ktos, kto mialby ochote ja "pociagnac", zapraszam! :)

23 komentarze:

  1. Cudowne myśli, bardzo optymistyczne i ciepłe :)
    Podobała mi się ta zabawa i sama brałam w niej udział :)
    Uściski! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A rzeczywiscie! Teraz pamietam. :)

      Usuń
  2. Piękne i wesołe wspomnienia :)
    Dobrze było być dzieckiem w tamtych czasach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj dobrze... Troche mi szkoda, ze moje dzieci nie beda mialy podobnego dziecinstwa, ale z drugiej strony nie odwazylabym sie dac im tyle swobody. :)

      Usuń
  3. Ale fajne wspominki :) aż przeniosłam sie w myślach do tamtych lat sprzed internetu i komórek, jak pisałaś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agatko, duża jest różnica wieku między Tobą a siostra?

      Usuń
    2. Stare dzieje. :)

      Miedzy mna a siorka jest dokladnie 6 lat i 8 dni. :)

      Usuń
  4. Ja też jestem taka stara, ze pamiętam czasy bez internetu, komputerów i komórek ;)
    Fajne wspomnienia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To byla prawdziwa podroz sentymentalna. :)

      Usuń
  5. Te pamietam te czasy bez komorek I komputerow :)
    Pamietam gre w noge przed domem I pelno bawiacych sie dzieci.
    Teraz osiedle wyglada jak wymarle... piaskownic nie, bo kotki sraja, grac w pilke nie mozna, bo sasiadom za glosno. porazka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokladnie tak! Za kazdym razem jak jestem w Polsce, nie moge uwierzyc jak wszystko sie zmienilo. U nas pod blokiem, kiedys nie dalo sie przejsc chodnikiem tyle bylo tam dzieci grajacych w gume, kozla, przejezdzajacych rowerami, itd. A teraz pusciutko...

      Usuń
  6. Oj, ja jestem jeszcze starsza, bo pamiętam czasy czarno-białego telewizora! :) I w kolejkach stałam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hihi, ja jestem niewiele mlodsza. W bardzo wczesnym dziecinstwie tez mialam czarno-bialy telewizor. Pamietam rowniez kupowanie na kartki i stanie z mama w kolejce po kawe. ;)

      Usuń
  7. Świetny, przyjemny, optymistyczny post.
    "Szczęśliwe wspomnienie jest może na ziemi prawdziwsze od samego szczęścia."

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe jakie wspomnienia beda mialy moje dzieci? :)

      Usuń
  8. Fajnie opisalas te mysli :) wspomnienie siostry, babci ach fajnie tak poczytac :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Musze przyznac, ze oprocz matki, to rodzina mi sie calkiem "udala". ;)

      Usuń
  9. Masz bardzo przyjemne wspomnienia, świetny post :-) Jesteśmy w podobnym wieku i część rzeczywistości, którą opisujesz jest mi doskonale znana i jak czytałam, to usmiechałam się do siebie od ucha do ucha. Z tym, że ja wychowałam się na wsi i Twoje letnie wspomnienia to codzienna rzeczywistość mojego dzieciństwa... Ależ mi się sentymentalnie zrobiło :-) Dziękuję :-)

    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Im wiecej sie nad tym zastanawiam, tym czesciej dochodze do wniosku, ze dzieci potrzebuja natury i otwartej przestrzeni do szczescia. Ja wychowalam sie w betonowym bloku w miescie, ale te wesole wspomnienia wiaza sie nierozerwalnie z wsia, jeziorami, lasem i morzem. :) Chyba za "moich czasow" w miastach nie bylo tylu atrakcji dla dzieciakow...

      Usuń
  10. Ile tych dobrych myśli - pięknie :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet ich sie pare uzbieralo. A jak zaczynalam pisac posta, nic nie przychodzilo mi do glowy. :)

      Usuń
  11. Masz wspaniałe wspomnienia. Miło się czytało, myśląc o swoim.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podejrzewam, ze masz sporo podobnych. :)

      Usuń