poniedziałek, 22 września 2014

Jak dobrze byc z powrotem w pracy...

I kawe wypic goraca!

I siedziec na tylku przy biurku!

I rozmawiac o czyms innym niz pieluchy, posilki, priorytety, rachunki, stan konta...

Jak zwykle w sobote i niedziele, zostalam wylaczona z blogowego swiatka, tzn. czytac - czytalam, ale juz skomentowac nie dalam rady. A tu jak na zlosc, blogi tetnily zyciem, pojawila sie kupa nowych wpisow, mam mnostwo zaleglosci... Ale najpierw doniose Wam co u nas. Nie zeby dzialo sie strasznie duzo, ale i tak Wam ponudze. A potem lece komentowac. ;)

Jesli przeczytalyscie pierwsze 3 zdania, to juz wiecie, ze weekend dal mi po d*pie. Stracilam rachube ile razy wydarlam sie na dzieci. Oraz ile fochow zaserwowalam M. Zreszta, nalezalo mu sie, bowiem od niego wszystko sie zaczelo...

Jak chyba wiekszosc facetow, moj malzonek to typowy gadzeciarz. Kocha nowinki techniczne (bardziej niz zdrowie psychiczne zony), szczegolnie jesli chodzi o telefony. A moze wiecie, ze ostatnio wyszedl iPhone 6? Ja bym nie miala pojecia, gdybym nie zostala oswiecona przez wlasnie mojego chlopa. Zeby nie przedluzac, M. postanowil wymienic swoja stara, wysluzona "czworeczke" na "szostke". Tak, nic sie nie zmienilo, klopoty finansowe nie odejda zbyt szybko, lata zajmie nam zeby sie odbic, a moj maz sprawia sobie nowy telefon... Przyznaje, ze przy umowie z siecia nie byl to jakis ogromny wydatek. Ale tez i nie zupelnie malutki... O to jednak awanture odbylismy juz jakis tydzien temu, zanim cholerstwo przyszlo, emocje juz opadly...

Tylko po to zeby natychmiast sie podniesc, poniewaz M. wrocil w piatek do domu jak na skrzydlach, porwal telefonik i popedzil do sklepu sieci, zeby go aktywowac. Na moje zaskoczone "przeciez mielismy jechac na zakupy!", spuscil nos na kwinte "ale wtedy nie bede mogl dzisiaj uzywac nowego telefonu...". Machnelam reka, bo to jak zabronic dziecku bawic sie prezentem, ktory wlasnie otrzymalo od Mikolaja... Ale juz mi gula skoczyla. Widzicie, mieszkanie na obczyznie rzadzi sie swoimi prawami i co tydzien robimy zakupy w zwyklym, "tubylczym" spozywczaku, oraz w tzw. "polakowie". ;) Do kazdego ze sklepow trzeba dojechac, zrobic zakupy, odstac swoje w kolejce do wedlin (to w polskim, nienawidze amerykanskich szynek...) oraz kasy, po czym wrocic jeszcze do domu. Zeby wiec nie spedzac polowy weekendu na zakupach, odkad M. pracuje na dzien, do jednego ze sklepow jedziemy w piatkowe popoludnie. Zawsze! M., jadac do sieci telefonicznej, rozpi*przyl wiec caly plan soboty i niedzieli, bo musielismy oba sklepy obskoczyc w weekend, a oprocz zakupow jest przeciez jeszcze million pierdolek do zrobienia. Szczegolnie, ze w sieci, wraz z dostawa nowych telefonow dzialo sie istne pandemonium i M. spedzil tam niemal caly wieczor, wrocil dopiero jak juz dawalam dzieciom kolacje. Jak ja nienawidze takich zmian ustalonego porzadku! Szczegolnie bez ostrzezenia! :/

Nie musze chyba tez dodawac, ze przez caly piatkowy wieczor oraz kolejne dwa dni, M. nie robil niemal nic, tylko gapil sie w to ustrojstwo? W piatek polozyl Bi do spania niemal o 21:30, a ja co 5 minut przypominalam, ze dziecko przysypia ze zmeczenia na kanapie! Sama bym ja polozyla, gdyby nie to, ze Starsza, jak by nie byla senna, uparcia powtarzala, ze chce isc spac z tatusiem... Poza tym M. ciagle chcial ustawiac cos w moim telefonie, zeby jego mogl sie z nim komunikowac, co ulatwiloby nam przesylanie sobie zdjec, itd. Nadmienie tylko, ze przez te kilka lat odkad jestesmy razem, zdarzylo sie raptem dwa razy, ze chcielismy cos tam sobie nawzajem przeslac... W kazdym razie siedze na kanapie karmiac dzieci jogurtem, a M. nawija mi nad glowa o loginach i haslach. W tym czasie Bi zdazyla wyciagnac dla siebie lyzeczke, druga podac bratu, po czym wykorzystujac moje roztargnienie (tlumacze malzonkowi, zeby trzymal lapki od mojego telefonu z daleka) wsadzaja je oboje jednoczesnie do pojemniczka I zaczynaja mieszac jogurt, ktory oczywiscie rozchlapuje sie na wszystkie strony: podloge, ich rece moje nogi... Oczywiscie zrywam sie jak oparzona, opierdzielajac po drodze Potwory oraz meza, ze zawraca mi d*pe...

W sobote przymusilam malzonka, zeby pomalowal chociaz kawalek plotu. Strona postawiona w zeszlym roku, musi byc pomalowan przed zima, bo juz poszarzala i obawiam sie, ze po kolejnej zimie po prostu sprochnieje i sie rozpadnie... W koncu M. pomalowal 1 (slownie: jedno) przeslo, bo zabieral sie do tego tak dlugo, ze zrobil sie wieczor, a u nas w tej chwili zaraz po 19 robi sie ciemno.

Taras rowniez blaga o pomste do nieba... W zeszlym roku M. pomalowal go o wiele za pozno, bo jakos w listopadzie. Farba juz dobrze nie przyschla, zaraz zaczely sie sloty, potem snieg oraz mroz i teraz ciezko jest zauwazyc, ze taras w ogole byl rok temu malowany... :( To juz ostatni dzwonek, bo lada dzien liscie zaczna spadac z drzew, a wtedy malowanie nie bedzie mialo sensu az do (znowu!) listopada... W sobote dusilam wiec M. o pomalowanie nieszczesnego tarasu. Bardziej w sumie zalezalo mi na nim niz na plocie. M. jednak uczepil sie jak rzep jednej z prognoz pogody, zapowiadajacej na niedziele deszcz. I stwierdzil, ze nie bedzie na darmo machal pedzlem... Nawet moj foch tu nie pomogl, ale okazalo sie, ze mial racje (tym razem!) i rzeczywiscie padalo. ;)

Juz nawet zaproponowalam M., ze wezme ktorys dzien wolny z pracy i sama pomaluje ten taras. Absolutnie nie zlosliwie, wiem w koncu, jak wygladaja nasze weekendy. Zawsze jest million rzeczy do zrobienia i niewiele czasu na ich wykonanie... Ale tu moj malzonek wsciekl sie, ze przeciez on ten plot w koncu pomaluje oraz dlaczego wywieram na niego presje?! No to sie juz na ten temat nie odzywam, ale jak znowu przyjdzie listopad a taras nie bedzie pomalowany, wtedy M. dopiero zobaczy co to znaczy foch malzonki. :/

Z przyjemniejszych rzeczy, w sobote zabralam Bi na ciuchowe zakupy. Mialam nadzieje, ze kiedy Niko bedzie spal, a Starsza zniknie z horyzontu, M. uda sie zrobic cos kolo domu. Taaa, wrocilam 3 godziny pozniej, zeby sie przekonac, ze Kokus pospal tylko godzinke w lozeczku, za to potem kolejna godzine na tacie, wiec ten ostatni nie zrobil absolutnie nic.
Ale zakupy byly calkiem przyjemne i udane. Wybralysmy sie bowiem na zakupy dzieciowo - ciuchowe. Odkad przyszly chlodniejsze dni, zaobserwowalam z przerazeniem, ze wszystkie nogawki w spodniach Potworow sa przykrotkie, podobnie jak rekawki bluzeczek. Chcac czy nie, trzeba bylo zaopatrzyc maluchy w nowa garderobe. Portfel zawyl z rozpaczy, ale Bi i Niko powinni miec zapas ciuchow do wiosny, chyba, ze ktores nagle wystrzeli w gore, co wcale nie jest takie niemozliwe... Jeszcze tylko zimowe kozaki i porzadne rekawice na snieg i dzieciaki mam "z glowy". A, no i Bi nie ma botkow na jesien, tylko adidasy...

A w niedziele, moi panstwo, w ostatni (wg tutejszego kalendarza) dzien przed jesienia, lato postanowilo nam pokazac, ze tak latwo nie odpusci. Co prawda bylo pochmurno i co chwila mzylo, ale temperatura skoczyla do dawno niewidzianych 27 stopni. Wieczorem, stojac w ogrodzie w krotkich spodenkach i koszulce, marzylam, ze to jeszcze jednak lipiec, a nie wrzesien... A potem w domu zalowalam, ze M. tydzien temu wyciagnal klime z okna, tak bylo duszno. No coz, dzis mamy powrot do rzeczywistosci, bo temperatura ma nie przekroczyc 20 stopni...

Wczoraj Bi, ku swojej niezmiernej radosci zdazyla zaliczyc sesje malowania farbkami. Zdazyla, bo odkad przekonalam sie, ze "zmywalne" w przypadku tych farb oznacza zmywalne z ciala, ale niekoniecznie z ubran czy innych powierzchni, malowanie nimi jest ograniczone tylko i wylacznie do ogrodu. A ze pogoda robi sie kaprysna, nie wiadomo ile jeszcze razy trafi sie okazja, zeby je wyciagnac. Ale poki co, dziecko szczesliwe.



Mimo, ze temperatury mielismy wczoraj letnie, jednak jesien daje o sobie znac. Noce i ranki sa lodowate, a jeden z naszych klonow, oslabiony przez oplatajace go pnacza, wyglada juz tak:



Innym znakiem, ze lato sie skonczylo, jest parkowanie przeze mnie pod praca na innym miejscu. Cale lato auto moje stalo pod rozlozystym debem, dzieki czemu wsiadajac do niego po poludniu nie czulam sie jakby ktos odcial mi doplyw swiezego powietrza. ;) Dab ten jednak zaczal zrzucac zoledzie i to doslownie garsciami, wiec z obawy o karoserie mojego pojazdu, przeparkowalam na zimowa miejscowke. Oprocz braku destrukcyjnego drzewska, miejsce ma jeszcze jedna zalete: bliskosc wejscia. Dla takiego zmarzlucha jak ja to bardzo wazne, bowiem pozna jesienia i zima i tak te kilkanascie metrow pokonuje biegiem, uciekajac przed wiatrem oraz lodowatym deszczem/sniegiem. ;)

No i jeszcze jeden nieuchronny efekt uboczny nadchodzacej jesieni. Niko smarcze juz od zeszlego tygodnia, Bi lzej, ale za to kaszle, M. w sobote dostal takiego kataru, ze "umieral" (jak to przeziebiony chlop), a mnie wczoraj zaczelo bolec gardlo. Dzis podczas przerwy na lunch zaliczylam wiec rundke do najblizszej apteki, zeby uzupelnic zapasy medykamentow... Ktos by pomyslal, ze taka z nas zgodna rodzinka. Dzielimy sie wszystkim, nawet wirusami... :/

PS. Po drodze z apteki wstapilam po kawe. Natchnelo mnie na sezonowy smak dyniowy i pozalowalam tego juz po pierwszym lyku. Smak Pumpkin Spice jest obrzydliwy!!!

30 komentarzy:

  1. Zdrówka dla dzieciaków!
    A co do M. to wszyscy faceci są tacy sami, albo nie robią kompletnie nic, albo robią tylko to, co dla nich wygodne, ehhh- oni są z innej planety, ale bez nich byłoby nudno prawda? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nudno - tak, ale za to jak spokojnie! ;)

      Usuń
  2. Ach Ci faceci. Moj jak kupi sobie nowy telefon to tez go nie ma..a z tym kladzeniem spac to Maz u mnie to robi kiedy pracuje wieczorami,a jak razem ich kladziemy to Starszak 'Mommy' I Mlody nagle tez chce Mame I wszyscy mame,a mama ma tylko dwie rece...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas od zawsze M. kladl Bi spac w weekend. Jak zaczal pracowac na dzien, Bi domagala sie spania z tatusiem, bo on sie z nia kladzie do lozka, podczas gdy ja tylko siadalam na brzegu. I juz tak zostalo, ze ja usypiam Nika, a maz Bi.
      A z tym telefonem, to daj spokoj. Przedwczoraj Niko spierdzielil sie z krzesla w jadalni, bo M. zamiast go pilnowac, gapil sie w smartfona. :/

      Usuń
  3. Przede wszystkim zdrówka :)
    A co do mężczyzn oni na wszystko mają czas przecież praca nie zając, nieucieknie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja sama jestem "miszczem" prokrastynacji, ale jak juz data mnie goni, to spinam poslady i to robie... A maz zawsze ma kuuupe czasu...

      Usuń
  4. A mój małżonek ma odwrotnie...jego telefon już dawno nie przypomina telefonu. To chyba nokia jakaś była. Niestety to coś połączenia jeszcze wykonuje i SMS -y jakieś wysyła. Szybki w zasadzie nie ma, klawisze ( bo to to ma coś takiego niby...) chodzą na wcisk, kolor zmienił się już parę razy- aktualnie przypomina starą puszkę po sardynkach. Ale Ślubny oddać go nie chce za nic w świecie. Może go ( tzn. telefon, nie Ślubnego) upiorę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, a to chyba jakis ewenement wsrod chlopow! Wiekszosc z tych ktorych znam, slini sie na mysl o nowym aparaciku... ;)

      Usuń
  5. Pocieszylas mnie :))) Dokladnie tak jak u nas!! Kurcze za dwa dni Menzon dostanie rowniez nowa komorke..... czyli wiesz co sie bedzie dzialo.... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem. Nie bedziesz miala chlopa (znaczy sie duchem, bo cialo niby obecne) przez minimum 3 dni. ;)

      Usuń
  6. Mój może gadżeciarzem nie jest, ale i tak to Jego lampienie się w telefon doprowadza mnie do szału! A zapał, żeby zrobić coś na działce, jest dokładnie taki sam, jak u Twojego M. Ludzie! Gdyby nie fakt, że niektórych czynności nie dam rady tam wykonać, to bym już Go dawno o nic nie prosiła. I cały czas też powtarzam, że czas ucieka, że nie wiadomo kiedy zaczną się deszcze, potem zima, ale nie- On ma (kur...) czas!

    Co do kawy dyniowej... Przypomniałaś mi sytuację z zeszłego roku- gdzieś w necie przeczytałam o tej kawie, że serwują ją w jednej z sieciowych kawiarni. Napaliłam się na nią bardzo, bo dynie uwielbiam- przyprawy a'la korzenne również... Oczywiście owa kawiarnia w mieście, więc nie mogłam po prostu sobie "wyskoczyć na kawę". I chyba ze trzy podejścia robiliśmy z Marcinem, żeby w końcu pójść i usiąść bez dzieci. W końcu się udało... Jeny, jak mnie rozczarował jej smak :) To był po prostu ulepek, w dodatku nie mający nic wspólnego z dynią i kawą :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to dokladnie jak u nas! Cale lato prosilam o przesadzenie kilku roslin i nadal nie zostaly przesadzone. Zrobilabym to sama, ale ziemia jest u nas strasznie kamienista, nie mam sily wbic lopaty tak gleboko jak trzeba i boje sie, ze poprzecinalabym im korzenie... Czekaja wiec do nastepnego sezonu, chyba ze M. zbierze sie tak jak z roza i hibiskusem rok temu - w listopadzie. :(

      Z kawa tak samo! Dynia wiadomo, jest raczej bez smaku, ale przyprawy korzenne lubie, wiec pomyslalam, ze moze bedzie niezla. A to bylo obrzydliwie przeslodzone, jakbym pila skondensowane mleko z dodatkiem gozdzikow i cynamonu, ohyda!

      Usuń
  7. Faceci są jak dzieci i jestem przekonana, ze nic i nikt tego nigdy nie zmieni! Masakra!!!!
    A u nas dziś pierwszy chłodny dzień się zapowiada, bo rano jak zawoziłam Tusię do przedszkola to już musiałyśmy ubrać ciepłe jesienne kurtki. I ten paskudny wiatr, którego nie cierpię!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, jesien i Zima na Pomorzu = wichury! U nas na przewiezienie dzieci rano do opiekunki wystarczaja narazie kamizelki, a potem robi sie okolo 20 stopni. Ale juz niedlugo sie zacznie, chociaz na weekend znow zapowiadaja po 25-26 stopni i tego sie trzymam! ;)

      Usuń
  8. O o o! Jakbym czytała o H.! Wyprawia mi w domu dokładnie to samo, a na punkcie telefonów ma po prostu niesamowity odchył! Niestety ochota na zmianę telefonu nachodzi go średnio 2 razy do roku i to niekoniecznie z wzięciem pod uwagę naszej aktualnej sytuacji finansowej. W jego kolekcji znalazły się też telefony, których z nieznanych mi (i jemu pewnie też) przyczyn mimo wszystko nie używał i tak przeleżały sobie nieużywane w szafie kilka lat. Teraz H. próbuje je sprzedać za 1/3 ceny i i tak nikt ich nie chce. Szlag mnie trafia, gdy tylko słyszę hasło "Chciałbym sobie kupić nowy telefon....".
    I potem jeszcze to wysłuchiwanie o tym jaki dany model jest cudowny, jakie ma zajebiste funkcje i co można z nimi robić, grrr.... I też grzebie w moim telefonie ściągając na niego milion aplikacji, których w życiu nie wykorzystam :> Faceci!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie wiem co ci faceci maja na punkcie telefonow, bo "fiol" to za slabe okreslenie. ;) M. dokladnie tak jak Twoj H. - przez jakis czas kupowal sobie co kilka miesiecy nowy aparacik, bo zaden mu nie odpowiadal... Oddam mu jednak sprawiedliwosc, ze wiekszosc od razu sprzedawal. Potem sprawil sobie iPhona 4 i zostal przy nim na kilka lat. No, ale teraz nadeszla era "szostki"! ;) A przez kilkudniowe grzebanie w moim telefonie, kompletnie go nie poznaje! Zrobil mi jakis "update" oprogramowania i nie moge sie polapac nawet w folderze ze zdjeciami... I jeszcze mnie o malo o zawal nie przyprawil, kiedy stwierdzil, ze chyba niechcacy wykasowal mi 2/3 fotek! Myslalam, ze go na miejscu udusze! Na szczescie okazalo sie, ze folder sie tylko "sam" przeorganizowal...

      Usuń
  9. Czego ci Amerykanie nie wymyślą... dyniowa kawa :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To taki sezonowy smak, niestety zupelnie nietrafiony. :) Sa dwa rodzaje, ale po sprobowaniu tego, na eksperymenty z drugim odeszla mi ochota... ;)

      Usuń
  10. Powiem tak, nudno to Ty w ten weekend nie miałaś :)
    Kawa o smaku dyni? No zupę zrozumiem, ale kurde, kawę???
    pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nudno bylo jesli chodzi o atrakcje, ale jak pomyslimy o atmosferze, to tak, sporo do nudy brakowalo. ;)
      Niom, tubylcy lubuja sie w dziwnych smakach, szczegolnie sezonowych, chociaz u mnie w pracy wszyscy zgodnie stwierdzili, ze smak "dyniowy" jest zupelnie nietrafiony. :)

      Usuń
  11. Gadżeciarze... Oni są straszni. Ja też nigdy nie wiem "nowinek", ale wystarczy zapytać mojego mężula to wie wszystko. No cóż... Faceci!!
    Zdrowiejcie :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moj malzonek tak samo. Jesli chodzi o nowosci komorkowo - samochodowe, to ma je w malym paluszku. :)

      Usuń
  12. Ech, Cię rozumiem, Aga! Mój małżon co prawda gadżetomaniakiem jest w teorii raczej, interesuje się owszem bardzo tymi różniastymi bajerami, udoskonaleniami i czytać na te tematy godzinami mógłby, może. Więc gdyby tak jeszcze począł wdrażać w życie od strony praktycznej to swoje upodobanie, to ja nie wiem, doprawdy, czy cholera jasna by mnie nie ścisnęła! ;-)
    Cieszę się, że powrót do pracy sprawia Tobie tyle frajdy, to świetnie!
    Zdrówka Wam życzę, kochani :*
    Kawa dyniowa, powiadasz?? yyy, blee - chyba ;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Blee - dokladnie, nie chyba, ale napewno! ;)

      Po kazdym weekendzie wracam do robotki jak na skrzydlach, wymeczona fizycznie (ganianie za Potworami, ktore maja 10x tyle energii co ja) oraz psychicznie (godzenie, rozdzielanie, "wmuszanie" zdrowych posilkow, obawy, zeby mlody sie nie zaniosl...). Podziwiam mamy, ktore rezygnuja z pracy az dzieci pojda do przedszkola, a nawet czasem i szkoly. Ja bym oszalala! :)

      Usuń
  13. U mnie jeszcze daaaleko do tego etapu (odchowania dzieciaków czy wyjścia z pieluch i powrotu do pracy), ale wróciłam sobie do Twoich starych postów, po urodzeniu Nika - i tu jestem "bardziej na czasie". Dosyć hardcorowo u Ciebie było, ale ja akurat tak sobie wyobrażam początki rodzicielstwa. Ciężko... więc twardym trza być, a nie "mientkim" ;-)
    pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesssu, moze jednak tych wpisow nie czytaj??? ;)

      Nie chce wystraszyc zadnej przyszlej mamy... Pocieszam, ze ja sama czytajac je teraz, mysle sobie "To az tak strasznie bylo? Nie pamietam...". Szybko sie zapomina... ;) Dobrze, ze zaczelam pisac bloga juz po urodzeniu synka. Gdybym pisala od urodzenia corki, to te pierwsze wpisy moglyby sklonic niektore kobiety do aborcji! ;))

      Usuń
  14. Oj, znam to... - w kwestii radości z powrotu do pracy (nie kawy dyniowej ;) ). Z córą byłam dwa lata i to było dokładnie o pół roku za długo ;)
    A teraz mam na tapecie ząbkowanie, skok rozwojowy, katar i lęk separacyjny w jednym i powiem - lekko nie jest ;)
    Plus Starszaczkę w szpitalu :(

    Czasem to bym sobie do tej pracy pojechała...
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja czesto w soboty rano, kiedy Potworki budza sie przed switem, marudza, odmawiaja sniadania, kloca sie i leja, mysle sobie: spokojnie, jeszcze dwa dni i znow wypijesz w spokoju poranna kawe... ;)

      Ja mialam macierzynskiego zaledwie 12 tygodni, a to stanowczo za malo. Mysle, ze drugie tyle byloby idealnie, przynajmniej dla mnie. :)

      A jak Lusia? Wiadomo juz czy operacja pomogla?

      Usuń
  15. O bosze...jak bym o swoim czytala. Zakup nowego telefonu to jak nabycie swietego gralla :D. Masakra. Ale ja mam podobnie przy kolejnej parze butow :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, padlam z porownania do swietego Gralla! Ale rzeczywiscie cos w tym jest! ;)

      Hmm... Ja ostatnio chyba czulam taka euforie po kupnie zmywarki, 5 lat temu... Czas zainwestowac w jakis nowy sprzecik... ;)

      Usuń