piątek, 11 września 2026

Dlugi weekendos i reszta tygodnia

W piatek, 4 wrzesnia, mlodziez jechala normalnie do szkoly, ale ja pracowalam z domu. Potworki pojechaly na rowerach, z czego byli srednio zadowoleni, ale powiedzialam im, ze musze szykowac nas na wyjazd i nie mam czasu stac po poludniu w sznureczku aut odbierajacych mlodziez ze szkoly. W ciagu ranka probowalam oczywiscie cos tam przy okazji pakowac, ale szybko okazalo sie, ze jesli o prace chodzi, to byl dzien z problemikami i musialam skupic sie na tym, co robie. Po pierwsze, zaczelam przygotowywac zalaczniki do raportu i odkrylam, ze niektore dokumenty, ktore wyslala mi firma z inspekcji, sa chronione haslem! Szlag mnie trafil na miejscu! Otwieraly sie normalnie, dawaly zachowac na moim kompie, ale potem juz nic nie dalo sie z nimi zrobic. I zebym to ja probowala robic jakies cuda! A gdzie! Dostalam, np. plan kazdego pietra w kazdym budynku jako osobny dokument. Zeby nie tworzyc 11 osobnych zalacznikow, chcialam polaczyc je w jedna calosc i doopa. Nie da sie. Kombinowalam jak kon pod gore, ale nie moglam tez zachowac ich w innym formacie, nic! W koncu odkrylam, ze jedyne co moge, to zrobic screenshot kazdego dokumentu, skopiowac do Word'a, a pozniej zachowac to jako PDF. Jakos to wiec obeszlam, ale zajelo mnostwo czasu, a jeszcze nie wiedzialam czy szef sie nie przyczepi, bo niby mamy zostawiac wszystkie zalaczniki tak, jak je dostalismy, nic nie przerabiac... Pozniej mi sie przypomnialo, ze za tydzien mialam wyjechac, ale nie zrobilam jeszcze rezerwacji hotelu. Szybko weszlam na stronke i... zonk! Tym razem mam jechac do firmy praktycznie w centrum Bostonu i nie dosc, ze wiekszosc okolicznych hoteli nie ma wolnych pokoi, to ceny maja takie, ze wszystko opada. W koncu wybralam cokolwiek, ale ze przekroczylam dozwolony budzet o tysiac dolcow, to dostalam pozniej maila od ludzi z dzialu podrozy, ze musze miec upowaznienie, albo moge pokryc roznice z wlasnej kieszeni. No zadzieram kiece i lece! :/ Musialam odpisac, ze upowaznieniem zajme sie we wtorek, bo moj szef byl na urlopie... No ale caly dzien jakies przeszkody. :( W koncu wybila 13, napisalam jeszcze szybko dwa maile do szefunia, ze mam problem i z raportem i z wyjazdem, po czym zamknelam laptoka i postanowilam nie myslec o robocie przez kolejne 3 dni. Spojler: nie da sie. :D W miedzyczasie wrocil M. i kontynuowal pakowanie tego, czego nie zdazylam spakowac ja. Potworki dojechaly okolo 14:30, ale na szczescie oznajmili ze nie sa glodni, dopakowali tylko co tam jeszcze mieli swojego do spakowania i chwile po 15 wyjechalismy. Jechalismy niby dwa Stany dalej, ale tak po ukosie i wlasciwie bylismy na samej granicy dwoch, wiec mielismy jechac godzine i 40 minut. Pozniej jednak M. sprawdzil, ze trasa prowadzila malymi drozkami, a my mamy dosc dluga przyczepe, wiec stwierdzil, ze woli jechac autostradami, co niestety wydluzylo nam droge o pol godziny. No a juz w trasie, wpadlismy w korki, bo wiadomo - piatek przed dlugim weekendem, wiec wszyscy ruszaja. ;) Na miejsce dojechalismy wiec dopiero przed 18. W ktoryms momencie zwatpilismy, bo ostatnie 2 km jechalismy taka waziutka, zwirowa drozka i zastanawialam sie czy nie pobladzilismy. ;) Na miejscu okazalo sie, ze kemping, choc na totalnym zadupiu, byl bardzo fajny, bo mial i basen i budynek z bilardem, ping-pongiem i air hokey (cymbergaj) i staw do lowienia ryb, po ktorym mozna tez plywac rowerkiem wodnym lub kajakiem. Jak to na prywatnym kempingu, mielismy podlaczenia do wody oraz pradu, a dla mlodziezy niby tez i wi-fi, choc to ostatnie okazalo sie raczej zartem. Byly dwa modemy, ale ze kemping na koncu cywilizacji, to internet pojawial sie i znikal. Nawet dla mnie bylo to dosc frustrujace, a Bi wsciekla sie zupelnie, bo wziela laptoka i chciala odrobic lekcje, ale sie nie dalo. ;) Poniewaz ostatnio czesto mamy kempingi z "przygodami", nie moglo byc inaczej i tym razem. Okazalo sie, ze mamy... przeciek! Puscilo laczenie w jednej rurce i lalo nam sie do jednego ze schowkow. Zanim sie zorientowalismy, ze cos dziwnie szumi, mielismy tam juz kilka cm wody. :O Zaczelo sie odsaczanie szmatkami, co zajelo nam wieki, ale i tak woda juz poprzedostawala sie szparami glebiej i kiedy w poniedzialek zjechalismy z podporek dla kol i przyczepa sie przekrzywila, zaczelo kapac w kilku dziwnych miejscach. Suuuper... Przyczepy kempingowe maja to do siebie, ze jesli je zaleje, to potem ciezko jest sie pozbyc wilgoci. Tylko nam grzyba brakuje... :/ Poki co jednak, palacym problemem bylo to, ze nie moglismy podlaczyc wody. Na poczatku stwierdzilismy, ze trudno, napelnimy zbiornik i nie bedziemy sie bawic w biezaca wode. Taaa... Niestety, nawet biorac wode ze zbiornika, zeby puscic ja z kranu, trzeba wlaczyc pompe, ta zas rozprowadza wode po calej przyczepie i z rurki znow zaczelo leciec! :/ Przy tym, laczenie puscilo w takim miejscu, ze nie mogl sie czlowiek do niego dostac. Frustujace jak cholera, bo jest dziurka, przez ktora wchodzi rurka i widac gdzie woda leci, ale da sie tam wlozyc doslownie jednego palca i nic nie da sie zrobic! Calosc zaslonieta jest panelem przykreconym na sruby, ale te maja taki ksztalt wglebienia, ze M. nie mial do nich odpowiedniego srubokreta, mimo ze posiada cala skrzynke z narzedziami. W dodatku robilo sie juz ciemno, co dodatkowo utrudnialo jakiekolwiek naprawy. Juz mielismy wizje, ze przemeczymy sie jakos bez wody jedna noc, bedziemy korzystac z publicznych lazienek, a kolejnego dnia wrocimy do domu. Malzonek bowiem wpadl nawet na pomysl jazdy po srubokret, ale najblizszy sklep z narzedziami byl... 40 minut od kempingu! :O Ostatecznie, moj pomyslowy maz wymyslil, zeby dostac sie do rurki od innej strony. Szczescie w nieszczesciu bowiem, rurka nie byla gdzies gleboko w srodku, tylko biegla pod lozkiem  pietrowym. Zeby nie bylo za prosto, do deski pod lozkiem, przykrecona jest szyna od podwieszanego grilla, ktora najpierw trzeba bylo odkrecic, a dopiero pozniej dalo sie odkrecic deske z polowy lozka. Na szczescie do tych srub, malzonek mial srubokret. W tym momencie wszystko M. juz robil przy swietle latarki, ale po polgodzinnej walce, udalo mu sie dostac do przeciekajacego laczenia! I co sie okazalo?! Zadna uszczelka nie puscila, nic nie peklo, laczenie trzeba bylo po prostu... mocniej dokrecic! :O Pytalam M. jak to, kurna, mozliwe, a on stwierdzil, ze widocznie jak jedziemy i przyczepa trzesie i buja na wszystkie strony, pomalu sie odkrecila. Ja cie pierdziele; takie gowno, a tyle stresu! Kryzys z woda udalo sie wiec zazegnac, tyle, ze poniewaz wszystko bylo pootwierane, pozniej mielismy w srodku tyle komarow i innego robactwa, ze strach sie bac! ;)

W sobote rano odkrylismy, ze jestesmy w chyba najbardziej zacienionym miejscu kempingu. Co nie bylo zbyt przyjemne, bo bylismy w gorach (takich nizszych, ale jednak), wiec ogolnie bylo tam chlodniej i w dodatku akurat przyszlo lekkie ochlodzenie. Caly ranek przenosilam sie z krzeslem z jednej plamy slonca na druga. :) Bi nadal byla niezadowolona z braku internetu i zrzedzila, ze nie lubi wyjezdzac w czasie roku szkolnego, bo nie moze na spokojnie sie uczyc i odrabiac lekcji. Za to Nik szalal na calego! To znaczy, nie szalal w sumie. Lowil ryby. Na potege. :) Staw na kempingu byl specjalnie zarybiony i dosc latwo mozna bylo cos chwycic. W sklepiku nie mieli co prawda zywej przynety, ale pani podpowiedziala, ze ryby lubia... hot-dogi! :D My tychze nie posiadalismy, ale za to mielismy kielbase na ognisko. Okazuje sie, ze polska kielbasa smakuje rowniez rybom. ;) Mlodszy lowil rybsko za rybskiem. Glownie takie mniejsze sztuki, ale udalo mu sie zlowic tez rekordowa. Ta byla wieksza nawet niz ostatnio zlowiona w domu. 

Pan "cool" w okularach pozyczonych od ojca :D

Poza tym, krazylismy po kempingu, bo skoro internet raz sie pojawial, a raz znikal, trzeba bylo sie czyms zajac. Pogralismy w ping ponga i cymbergaja, ale po kule i kije do bilarda juz nam sie nie chcialo isc.

Bi spodobalo sie szydelkowanie pod wierzbami placzacymi. A ten plot po prawej, to wybieg dla psow, z ktorego tez z Maya korzystalismy

Za to po poludniu, kiedy w sloncu zrobilo sie przyjemniej, poszlam z Potworkami na basen. Woda byla w nim nadal calkiem ciepla po upalnym lecie. Ja niestety akurat na ten wyjazd dostalam okres, ech... Cale lato mialam jakies hormonalne zawirowania i udalo mi sie uniknac tej "przyjemnosci" na wyjazdach, to akurat na ostatni kemping przyszedl (mniej wiecej) punktualnie. :/ Nie plywalam wiec, ale chcialam posiedziec na krzeselku.

Nik wskakuje do basenu... piruetem :D 

I tu mialam niestety pecha... Uczepil sie mnie jakis uposledzony (chyba) dzieciak, ktorego matka zupelnie nie kontrolowala. Pierwszy raz podeszla ta dziewczynka, to sie do niej usmiechnelam, bo mialo to moze z 6-7 lat. A ta malpa... ochlapala mnie woda! Matka z daleka wola cos tam, ze nie wolno, ale nawet nie podeszla. Gowniara wskoczyla do basenu, ale za moment widze, ze idzie znowu w moja strone. Kiedy sie zblizyla, powiedzialam ostro ze "nie wolno!", a ta znow chlapnela i uciekla! :O Tu matka zaczela nad brzegiem basenu wykrzykiwac cos, ze za kare dzieciak nie dostanie telefonu i ze zaraz zadzwoni po tate i tym podobne brednie. Za trzecim razem z daleka krzyknelam do smarkuli, ze ma sobie isc i troche ja wybilam z pantalyku, a troche najwyrazniej wkurzylam. Po chwili znow szla w moja strone, wiec wstalam z krzesla szykujac sie zeby ja przegonic, a ta wredota specjalnie miala nabrana wode w buzie i cala na mnie wyplula! Przyznaje, ze sie wkurzylam, zlapalam panne za plywaczki, ta zaczela wrzeszczec, a ja... zglupialam. Az mnie reka swiezbila, ale przeciez nie dam klapsa obcemu dzieciakowi! Matka dopiero teraz zaczela biec w moja strone, bo wczesniej wolala grozic cala litania kar dzieciakowi, ktory chyba niezbyt wiele rozumial, ale z daleka. Puscilam gowniare, ktora czym predzej wskoczyla znow do basenu. Matka zadzwonila najwyrazniej do ojca (klekotala po hiszpansku, wiec nie wiem co tam gadala). Po chwili przyszedl i rozegrala sie istna komedia. I on i matka stali nad basenem i krzyczeli do smarkuli ze ma natychmiast wyjsc, a ta... miala ich kompletnie w doopie! Tu juz zapomnialam o wku*wie i razem z Bi po prostu siedzialysmy tam smiejac sie niemal w glos! :D Zadne z rodzicow nie mialo zamiaru wchodzic do wody. Byly w niej dwie starsze siostry czy kuzynki tej panny, ale tez nie kwapily sie, zeby ta mlodsza wyciagnac z basenu. Wolali i wolali, gowniara sobie plywala na srodku nawet na nich nie patrzac, a wszyscy ludzie na basenie przypatrywali sie scenie. Wreszcie, jakis chlop spytal czy ja wyciagnac, na co oni szybko przytakneli. Normalnie rece opadaja z takimi rodzicami, zeby obcy czlowiek musial im wyciagac dzieciaka z wody. A jeszcze, kiedy ja chwycil, zaczela machac lapami, kopac i wrzeszczec! W koncu ja wyciagneli, matka i ojciec przytrzymali, ale potem nie mogli jej ani zmusic do zalozenia klapkow, ani wyciagnac z terenu basenu. Myslicie, ze strzelili jej po tylku, albo chociaz opierdzielili?! Jesli tak, to sie pomyliliscie. W ktoryms momencie zorientowalam sie, ze to dziecko nie bylo do konca normalne, ale mimo wszystko, jestem zdania, ze nawet uposledzone potrzebuje dyscypliny. Tutaj ojciec prosil, obiecujac przejazdzke na rowerze, zeby gowniara w koncu pozwolila sie wyprowadzic. Pozniej glupio mi sie zrobilo, bo matka wychodzac mnie przepraszala i mowila, ze cieszy sie ze dzieciak mnie nie uderzyl, bo podobno tak tez potrafi. Powiedzialam, ze nic nie szkodzi, chociaz cisnelo mi sie na usta, ze jesli nie maja nad gowniara kontroli (a wygladalo, ze nie maja zadnej) to niech ja trzymaja w przyczepie kempingowej, albo uwiaza na smyczy, czy cos. Bo ona kiedys urosnie i skoro taka mala chodzi i pluje na ludzi czy ich bije, to co bedzie jak zrobi sie z niej wielka nastolatka? :O

Bi wybrala zupelnie inny rodzaj zabawy w basenie - ratowala zuczki, muszki i inne stworzenia

Reszta dnia to byly spacery po kempingu, a wieczorem ognisko. Niestety, pod wieczor Bi zaczela narzekac na bol gardla. Kilka dni wczesniej, niewiadomo skad, bo wszyscy w domu byli zdrowi, przeziebil sie M. Tez zaczal od bolu gardla, ktory przeszedl w zawalony nos. Czyli takie typowe przeziebienie, ale ponuro przewidywalam, ze chwycimy je wszyscy po kolei. No i wykrakalam. :/

Ciezko zobaczyc, ale M. piecze kielbaski

W srodku nocy obudzila mnie ulewa walaca po dachu przyczepy i niedzielny ranek nadal byl z przelotnym deszczem. Przy okazji temperatura spadla do 14 stopni, wiec bylo i wilgotno i chlodno. Dlugo nie bylo slonca, wiec powietrze sie nie nagrzewalo i w koncu wlaczylismy w przyczepie... kominek. Wreszcie mielismy okazje go wykorzystac. To takie elektryczne ustrojstwo i mozna wlaczyc go zeby tylko swiecil, albo zeby tez grzal. Tym razem wybralismy opcje z grzaniem i zaraz zrobilo sie przytulniej. :)

No kurcze, jak prawdziwy! :D 

Bi niestety byla wyraznie zasmarkana i tym bardziej narzekala na pobyt na kempingu. Ponura pogoda nie przeszkadzala Kokusiowi i jak w koncu wydawalo sie, ze przestalo padac na dobre (zludnie, bo mzawka pojawiala sie przez wiekszosc dnia), znow utknal z wedka przy stawie. Przynajmniej w koncu udalo mu sie zlowic kolejny gatunek ryby - okonia. I to nawet nie na kielbase, tylko na zwykly wabik.

Kolekcja sie powieksza :)

Poniewaz to byl nasz ostatni dzien tam, Nik chcial sprobowac polowic ryby ze srodka stawu. Mozna bylo wypozyczyc kajaki albo rowerek wodny. I to za darmo i na ile sie chcialo. :O Chlopak wybral rowerek w nadziei, ze bedzie bardziej stabilny. Liczyl na wielkie sztuki, ale nawet z rowerka lowil same malizny. :D Poczatkowo poplynal z nim M., ale po prawie dwoch godzinach zrobilo mi sie go zal i sie z nim zamienilam. Mialam fuksa, bo nie minela godzina, a chlopakowi skonczyla sie kielbasa i musielismy zakonczyc polowy. ;) 

Czesc dnia spedzilam "tak", czyli bujajac sie w hamaku i popijajac kawke :)

Po poludniu jednak chcial poplynac kolejny raz i tym razem wybrala sie z nami tez Bi. Jak to z nimi; sporo bylo przekomarzania i przechwalek kto lepiej steruje rowerkiem. Ryby niestety nie braly. W koncu oddalismy rowerek i my - kobiety spacerowalysmy wokol stawu, a Nik nadal probowal cos zlowic, ale z brzegu. 

Zeglujemy po siedmiu morzach

Nic jednak nie zlapal i Bi stwierdzila, ze przynosi mu pecha, bo chcialaby choc raz zobaczyc jak lowi rybe, a przy niej nic nie bierze. Cos w tym jest, bo tak to chlopak lowil jedna za druga. :D Wieczor oczywiscie przy ognisku, choc i tak niezbyt dlugo, bo zerwal sie chlodny wiatr i czuc bylo jak gwaltownie spada temperatura.

W nocy spadla chyba do 12 stopni i w poniedzialek nad ranem M. znow wlaczyl kominek. Nik spi na gorze lozka pietrowego, wiec kiedy rano wstal, od razu rzucil z pretensja, ze "czemu tak goraco w tej przyczepie?!". :D Jak to na koniec dlugiego weekendu w czasie roku szkolnego, juz od rana caly kemping sie pakowal i samochody oraz przyczepy wyjezdzaly jedno za drugim. My tez zjedlismy na spokojnie sniadanie i zaczelismy sie pakowac. Poniewaz M. ma duzo wiecej podlaczania i ustawiania, wiec kiedy skonczylam chowac wszystko w srodku, zabralam Potworki do sklepiku na obiecane lody. Pozniej czas byl juz ruszac, zahaczajac tylko o stacje zrzucania sciekow. Jak na ostatni dzien dlugiego weekendu, ruch na drogach byl zaskakujaco niewielki i juz o 13:45 bylismy w domu. Dobrze sie zlozylo, bo o 15 Nik mial trening. Dla chetnych, no ale chlopak byl chetny. :D Kiedy przyjechalismy, pierwsze co, to polecial pod prysznic, bo twierdzil ze czuje sie nieswiezy po kempingu. Pukalam sie w czolo, bo przeciez za chwile mial przez ponad godzine biegac, wiec wiadomo, ze spoci sie jak mysz, ale sie uparl... Jeszcze sie wkurzylam, bo normalnie treningi ma od 15 do 16:30, wiec zawiozlam go i na spokojnie kontynuowalam wypakowywanie przyczepy. Tymczasem po chwili dostalam smsa, ze koncza okolo 15:45. Zaraz po treningu mieli zas miec imprezke u jednego z czlonkow zespolu. To tak jak w druzynie plywackiej Bi - prawie co tydzien pasta party, czyli impreza przy spaghetti. ;) Co bylo robic; pojechalam po syna, a kiedy juz stalam pod szkola, ten pisze, ze jednak skoncza o 16! Lekko sie wpienilam, ale nie chcialo mi sie wracac na 5 minut do domu, wiec juz poczekalam.

Jak na biegi przelajowe, to jakis statyczny ten trening ;) 

Zaoferowalam tez, ze moge na imprezke podwiezc kolege Kokusia, chlopaki laduja sie wiec do auta, ale oznajmiaja, ze impreza zacznie sie dopiero o... 16:30, tak jak normalnie konczylby sie trening! Wszystko mi opadlo. No coz. Przywiozlam ich wobec tego do nas, gdzie posiedzieli zawrotne 15 minut, po czym trzeba bylo jechac. Tu kolejny zonk. Wiecie, to mile jest, ze ludziom chce sie goscic taka gromade i zapraszaja bande do siebie, kupuja jedzenie, itd. Tyle, ze dajac adres, mogliby dopisac wskazowki, jesli jest on nietypowy. Tutaj, Google pokazalo mi, ze taki adres nie figuruje w naszej miejscowosci, ale jest w sasiedniej. Po szczegolowym przejrzeniu mapy, zapytalam internety kolejny raz i powiedzialo mi, ze poniewaz adres jest na pograniczu dwoch miejscowosci, mapy czasami zle pokazuja. To super, tyle ze dla nawigacji w aucie to rowniez bylo juz sasiednie miasteczko... No ale, ufajac ze to jednak pomylka, jedziemy dalej. I co? Droga zamknieta! Wykopany row, barierki i ciezki sprzet po drugiej stronie. Przejazdu brak, chyba ze na przelaj, przez czyjs ogrod. Zawrocilam, a chlopakom kazalam zadzwonic do kogos z zespolu, kto moze wiedziec gdzie mieszkaja organizatorzy. Dowiedzieli sie tyle, ze tak, droga zamknieta bo remontuja most, a impreza jest na osiedlu takim i takim. Oczywiscie nazwa osiedla nic mi nie mowi, stwierdzilam jednak, ze wyjade z tej drogi, skrece w glowna i sprobuje znalezc przejazd naokolo. Mialam nosa, bo na zaraz kolejnej byl znak na "objazd" do poszukiwanej przeze mnie ulicy. Osiedle najwyrazniej nowe, bo na nawigacji nagle skonczyla sie ulica, pokazalo ze jestesmy na miejscu, tymczasem bylismy pod mumerem 38, a jechalismy pod 94! :D Tu na szczescie dojechalismy juz jednak bez przeszkod. I tylko zastanawiam sie, co by szkodzilo organizatorom zeby wyslac wiadomosc, ze po pierwsze, mapy pokazuja ich adres jako sasiednia miejscowosc, a po drugie, zeby nie skrecac w pierwsza uliczke, tylko pojechac dalej, gdzie jest objazd? Tak czy siak, odwiozlam chlopakow, wrocilam do domu, przynioslam ostatnie rzeczy z przyczepy, wzielam prysznic i czekalam az syn laskawie napisze ze mam po niego przyjechac. W koncu, o 19, stracilam cierpliwosc i sama napisalam z pytaniem, czy on ma zamiar wracac do domu. Odpisal zeby "teraz" po niego przyjechac. Pojechalam wiec i przywiozlam kawalera do domu, ten zas spuscil nos na kwinte bo wlasnie gromada zaczela jakas fajna gre, a on musial jechac. Jednoczesnie przyznal ze nie mial nawet odrobionych lekcji na kolejny dzien, wiec wcale nie bylo mi go zal. ;)

We wtorek wszyscy wracalismy do normalnego grafiku, czyli starzy do roboty, a mlodziez do szkoly. Jechalam do biura, wiec powiedzialam Bi ze moge ja zawiezc do szkoly, ale pozniej bedzie musiala wrocic na piechote, albo czekac godzine az M. wroci z pracy. Panna nie miala bowiem tego dnia treningu, wiec nie jechala po szkole na basen. Wybrala jazde na rowerze zeby moc spokojnie wrocic zaraz po lekcjach. Nik takiego problemu nie mial, bo po zajeciach jechal na pierwsze zawody! A konkretnie to wyjezdzali nawet 45 minut przed koncem lekcji. Swoja droga, to zastanawiam sie, ze nauczyciele zgadzaja sie na cos takiego, bo wszystkie sportowe druzyny, jesli maja zawody "wyjazdowe", wychodza wczesniej. O tej porze roku w szkole sa biegi przelajowe, football, pilka nozna, unihokej, cheerleading i plywanie dziewczat. Oznacza to, ze niemal codziennie jakas grupa uczniow urywa sie wczesniej z zajec. To zas zawsze wprowadza jakies zamieszanie. No ale sporty szkolne sa tu taka nieodlaczna kultura, ze chyba nikt nawet nie pomysli, ze to jakos nie teges. Poniewaz szkola, w ktorej odbywaly sie zawody Kokusia, byla duzo blizej z mojej pracy niz domu, stwierdzilam, ze wyjde wczesniej z biura i podjade popatrzec. Tego dnia otrzymalam dwie dobre wiesci. Juz pisalam, ze wrzesien szykowal mi sie wyjazdowy i bylam niezle o to wpieniona. Mialam bowiem jechac do Bostonu, nastepnie do Stanu Maryland, a po powrocie znow pod Boston. Przez 3 tygodnie przyjezdzalabym do domu tylko na weekendy. Rano jednak mialam rozmowe z szefem i okazalo sie, ze wskoczylo jakies inne zlecenie, ktore chcialby zebym wziela, wiec odwoluje moj wyjazd z samego konca wrzesnia. Ucieszylam sie, choc jednoczesnie powiedzial mi niestety, ze do konca listopada, a najlepiej pazdziernika, chcialby zebym zdala moj "egzamin" na level 1. Tak naprawde to nie egzamin, ale obserwacja mojej inspekcji. Najpierw obserwowalby mnie moj szef i dal mi pozniej wskazowki co moge poprawic, a pozniej juz jakis obcy kierownik, zeby byl obiektywny. Niestety, przy okazji, poniewaz kazdy inspektor musi miec te same podstawowe zdolnosci, wiec na takiej obserwowanej inspekcji musze wykonac kilka rzeczy, np. zebrac "probke" dokumentacyjna. Kazdy musi bowiem potrafic pobrac probki i wbic je w system i niewazne, ze nasza grupa nigdy nie pobiera probek, bo nie mamy z czego ich pobierac. :O Wszystko to oczywiscie wiaze sie z niepotrzebnym stresem, ale co robic. Tyle, ze jak zwykle moj szef spieszy sie niewiadomo dokad. Po poludniu zas, probowalam dokonczyc rezerwacje wyjazdu na kolejny tydzien. Jak pisalam przy piatku, niezle przekroczylam budzet i musialam dostac oficjalne pozwolenie. Moj szef dopiero tego dnia sprawdzil numerki, po czym szybciutko skontaktowal sie z wlasna szefowa i ustalili, ze... jednak nie jade! Oczywiscie zachwycona bylam takim obrotem spraw, bo z trzech tygodni poza domem, zostal mi jeden! :) Co prawda wyjazd najdalszy, ale nie bede narzekac. Tak czy owak, wreszcie praktycznie skonczylam raport. Mordowalam sie z zalacznikami i wbiciem wszystkiego w system, ale zawzielam sie, ze skoncze tego dnia. Oczywiscie, jak sie czlowiek spieszy, to wiadomo... Juz wszystko mialam wklepane, juz chcialam wyslac, to wyskoczyl jakis blad i doopa. Nie moglam za cholere wykumac o co chodzi, bo przy poprzednich raportach tego nie bylo. Kombinowalam, probowalam i przez to wyszlam z pracy w momencie kiedy zaczynaly sie zawody syna. Wedlug nawigacji jednak mialam jechac 15 minut, a chlopaki biec 3 mile (4.8 km), wiec stwierdzilam ze moze akurat na styk zdaze. Taaa... Przebicie przez popoludniowe korki zajelo mi ponad 20 minut, wiec jak dojechalam, akurat przybiegaly ostatnie niedobitki. Nik juz dawno przybiegl, bo byl drugi w grupie z najmlodszego rocznika. 

Chlopaki juz sobie spacerowali po boisku...

Okazalo sie przy okazji, ze numery identyfikacyjne na koszulkach maja magnetyczne "czipy", ktore automatycznie mierza czasy zawodnikow. Bylam oczywiscie z syna bardzo dumna, ale jednoczesnie przykro mi sie zrobilo, ze nie widzialam jak dobiega do mety. No coz. On sie za to cieszyl, ze moge go od razu zabrac do domu. Po chlopcach, biegly bowiem jeszcze dziewczyny, o czym wiedzialam, nie mialam jednak pojecia, ze przy czekaniu az cala grupa dobiegnie, a potem przygotowaniu panien, one biegna cala godzine po chlopakach! :O To dla mnie takie niepotrzebne przeciaganie. Ponoc co roku sie wymieniaja - w zeszlym dziewczeta biegaly pierwsze. Nie wiem co by im szkodzilo puscic cala gromade razem, albo np. dziewczyny 20 minut po chlopakach... W kazdym razie, zabralam syna, zajechalismy jeszcze do Dunkin' (nie moglam odmowic skoro tak dobrze mu poszlo :D) i wrocilismy do domu. Dostalam tez maila, z wynikiem egzaminu z nauk scislych (science) Kokusia z zeszlego roku. Egzaminy robia w maju, ale ze sa one na caly Stan, to wyniki przychodza dopiero we wrzesniu. To juz ostatni raz. High school ma swoje wlasne egzaminy polroczne oraz koncowe, a te stanowe sa inne. W kazdym razie, wynik mnie nieco rozczarowal. ;)

Musialam sie tez opatrzyc z nowym formatem 

Mlodszy zawsze twierdzil ze uwielbia ten przedmiot i mial z niego same A w middle school. Tymczasem, z egzaminu uzyskal 814 punktow co klasyfikuje go oczywiscie w widelkach "zaliczone". Tyle, ze srednia naszego szkolnego dystryktu to 821 punktow, czyli Nik otrzymal ich delikatnie mniej niz przecietnie. Z trzech ocenianych "kategorii", w dwoch zostal oceniony jako "dobiegajacy standardu", a w jednej jako "przekraczajacy standard" i srednia wyszla jako wlasnie zaliczone. ;) Wieczor uplynal mlodziezy na odrabianiu lekcji, a dla Bi wzdychaniu ze kolejnego dnia ma juz normalnie basen. Oj ma sie lenia w tyleczku... :D

W srode ponownie zawiozlam Potwory do szkoly, po czym pojechalam do biura. Tego dnia, poza mna, byly jeszcze "az" dwie osoby. :D Poprzedniego wieczora, juz w domu, zawzielam sie, ze wysle ten glupi raport i koniec. Kombinowalam, klikalam gdzie popadnie i w koncu udalo mi sie wyslac, choc podejrzewam ze szef moze wrocic z jakas uwaga, ze zrobilam to nie tak jak powinnam. Tak czy siak, bede sie tym martwic pozniej, za to, poniewaz szef sprawdzal raport, wiec mialam spokoj wiekszosc dnia i moglam zajac sie innymi rzeczami. Miedzy innymi, mialam zalegle szkolenie z uzycia respiratora. Teoretyczne oczywiscie. ;) Myslalam, ze hop-siup, wlacze, przejrze slajdy i bedzie gucio. A tu doopa. Najpierw musialam otworzyc konto na kolejnej stronie. Serio, nie mogliby tego jakos polaczyc?! Mam wrazenie, ze kazde szkolenie mamy w innym systemie... Pozniej szczeka mi opadla, bo wyswietlilo, ze "lekcja" potrwa 45 minut, a pozniej bede jeszcze miala test! :O Calosc zajela mi wiec okolo godziny, ale na szczescie zdalam. ;) Pozniej musialam zarezerwowac auto sluzbowe na kolejny tydzien, gdzie wyskoczylo mi, ze nie mam waznego szkolenia z uzywania federalnych pojazdow! Ktore to szkolenie zrobilam w styczniu tego roku, wiec zastanawialo mnie ile ono jest wazne. Napisalam do jakiejs osoby z zarzadzania "flota", ktora odpisala ze moje szkolenie wazne jest 2 lata, wiec powinno dzialac. W miedzyczasie cokolwiek tam sie zepsulo, samo sie naprawilo. Pozniej jeszcze wypisac pozwolenie na zabieranie auta sluzbowego do domu, zeby nie jezdzic kolejnych 20 minut do biura. Do tego mialam przygotowac prezentacje na szkolenie i wyslac ja do sprawdzenia do czwartku. To chyba moja najbardziej "na odwal-odpieprz" prezentacja w zyciu. Mialo byc nie wiecej niz 8 slajdow. Mi wyszlo 6 i sklecilam je doslownie w pol godziny. :D Na wyjazd musialam tez przygotowac upowaznienie od szefa oraz ludzi z dzialu podrozy, bo choc hotel mamy zarezerwowany osobno i jade autem wiec nie potrzebuje biletu lotniczego, ale potrzebowalam zeby przyznali mi budzet na wyzywienie. W koncu jesc cos trzeba. :D W miedzyczasie probowalam zawiadomic kolejnego doktorka o nadchodzacej inspekcji. Oczywiscie on nie odbiera, jego koordynatorka nie odbiera, departament zajmujacy sie inspekcjami nie odbiera... Sprobowalam raz i drugi i stwierdzilam, ze przed pojsciem do domu napisze do babki, ktora zarzadzala inspekcja w lipcu, bo wracam w to samo miejsce. Niespodziewanie, poznym popoludniem ktos oddzwonil, wiec chociaz to z glowy. A na koniec dostalam poprawki do raportu od szefa. Niezle ma facet podejscie, bo pisze "dobra robota", a potem buch, wrzuca ci ze 40 komentarzy! :D Dzien w pracy zlecial mi wiec dosc intensywnie i cala szczesliwa wyruszylam wreszcie do domu. Tam dowiedzialam sie, ze dzieki wynikowi we wtorkowych zawodach, Nik zakwalifikowal sie na zawody "dla wybrancow". No i super, bardzo sie ciesze, tylko ze na spotkaniu dla rodzicow, trenerzy mowili ze "specjalne" zawody sa w soboty, te zas zorganizowano w... piatek. I nie bylaby to jakas wielka tragedia, tyle, ze tego samego dnia zawody miala tez Bi! A ja juz wczesniej powiedzialam, ze chce jezdzic sprawiedliwie, do jednego i drugiego. Tu wiec Nik bedzie musial niestety jechac sam (to znaczy z kolegami, autobusem), bo M. przeciez wiadomo, ze nie pojedzie. :/ Tego dnia przyszly tez kolejne wyniki stanowych testow Kokusia, tym razem z matmy i angielskiego.

Zobaczymy co pokaze w szkole sredniej ;)

Tu mnie kompletnie zaskoczyl, bo od kilku lat zawsze mial wynik z angielskiego nieco nizszy niz srednia dystryktu, zas wynik z matematyki, nieco wyzszy. Tym razem, podobnie jak przy science, z dwoch karegorii dobijal do wymaganego poziomu, a z jednej go przekraczal. Z angielskiego dostal jednak 2656 punktow, gdzie srednia dystryktu to 2626. Pobil ja wiec i to sporo, bo tylko 12 punktow brakowalo mu do przewyzszenia wymaganego poziomu. A jak wielokrotnie pisalam, Mlodszy nie lubi czytac, pisanie zas to dla niego najwieksza kara. :D Za to z matematyki, ktora przeciez od 3 lat ma na rozszerzonym poziomie, dostal 2628 punktow, zas srednia dystryktu to 2629. Mozna wiec powiedziec ze akurat osiagnal ta srednia, bo jeden punkt w te czy we wte nie robi juz takiej roznicy. ;) Tego dnia Nik oficjalnie stwierdzil ze jednak narazie musi zrezygnowac z plywania. Mial zamiar ciagnac biegi przelajowe i druzyne plywacka, ale jednak po 3-4 przebiegnietych km na treningach, a na zawodach nawet wiecej, nie ma sil na plywanie. Nie mowiac juz o tym ze szkola srednia to duzo wiecej lekcji do odrabiania oraz nauki, a na to potrzeba czasu i spokojnego skupienia, a nie biegania z treningu na trening...

Czwartek zaczelam troche pozniej, bo pracowalam z domu. Najlepsze ze poprosilam w zeszly piatek o prace z domu w czwartek i piatek. We wtorek, z samego rana, szef odpisal ze zwykle nie wolno nam brac dwoch dni pod rzad chyba ze mamy wazny powod. Odpisalam, ze poprosilam po prostu zeby nacieszyc sie domem, skoro pozniej mialam 3 tygodnie podrozowac. Ale, ze moge to zmienic. Odpisal, ze zatwierdzi i faktycznie, po chwili dostalam potwierdzenie. Tymczasem, moze 2 godziny pozniej, odwolal jeden z moich wyjazdow, po poludniu kolejny i zastanawialam sie czy nie napisze, ze w takim razie nie potrzebuje dwoch dni w domu. Na szczescie chyba stwierdzil, ze odkrecanie tego bedzie kosztowac wiecej zachodu niz to tego warte. :D Wiekszosc dnia spedzilam poprawiajac raport oczywiscie. Dodatkowo, dostalam poprawki do prezentacji i malo sie nie spalilam ze wstydu. Jak pisalam, sklecilam ja byle jak, na szybko. No i mialam za swoje, bo pani "wytknela" (no nie, byla bardzo sympatyczna) bledy, ktore byly tak glupie i oczywiste, ze mialam ochote zapasc sie pod ziemie... Wykorzystalam tez fakt, ze bylam w domu i podjechalam na basen zamrozic plywanie Kokusia. Stwierdzilam, ze zrobie to rano, zeby bylo mniej ludzi. No i sie przeliczylam. Ludzi faktycznie nie bylo, ale za to pracownica nie bardzo wiedziala o co biega. Jak mowie ze chce zawiesic tymczasowo druzyne plywacka, a ona podaje mi wizytowke i pokazuje zeby zadzwonic pod numer. Tlumacze, ze zwykle wypelnialam formularz, wiec powiedziala ze musi spytac managerki. Oczywiscie w tym momencie musieli sie zjawic jacys ludzie zapisujacy sie na lekcje tenisa, itd., wiec stalam tam i czekalam. W koncu dziewczyna poszla do biura, z ktorego wylonila sie managerka z mina jak sroda na piatek, ale chociaz pokazala jej co i jak. Podziekowalam, a ten babsztyl nawet na mnie nie spojrzal, tylko przeszedl obok, caly naburmuszony! :D W kazdym razie, wypisalam formularz, dziewczyna go zaksiegowala i teraz gdzies do listopada Mlodszy "odpoczywa" od basenu i chloru. Malzonek wrocil z roboty, posiedzial chwile patrzac jak klepie w klawiature, po czym zaczela dochodzic 16:30, wiec pojechal po syna. Pare minut pozniej oficjalnie skonczylam robote i pojechalam z kolei po corke.

Dziewczyny sie na treningach swietnie bawia ;) 

Tego dnia to jej druzyna miala pasta party, wiec zawiozlam ja na miejsce, po czym popedzilam na zakupy. Na wszelki wypadek zostawilam M. adres, pod ktorym odbywala sie imprezka i cale szczescie, bo juz o 18 panna napisala zeby ja odebrac. No coz, ja bylam minimum pol godziny drogi od niej, wiec pojechac musial ojciec. Kiedy wrocilam z zakupow, rozpakowalam torby i w koncu siadlam z lodem na ganku (na jeden dzien wrocilo lato, mielismy 28 stopni i 60% wilgotnosci :O), malzonek wyskoczyl z propozycja spaceru. Byla prawie 19, wiec troche zwatpilam, ale poszlam, bo sama ostatnio stwierdzilam, ze musze sie wiecej ruszac. O tej porze oczywiscie strasznie pozarly nas komary, ale i tak fajnie bylo przejsc sie w pewnie jeden z ostatnich takich cieplych wieczorow... A! Jeszcze zadzwonila kolejna babka w sprawie inspekcji w kolejnym tygodniu. Bo przeciez zawsze musza byc jakies problemy... Okazuje sie, ze po pierwsze, badania zakonczyli u nich 4 lata temu, wiec wiekszosc personelu odeszla. Po drugie, doktorka nie bedzie w poniedzialek i wtorek i czy moze polaczyc sie za pomoca Zoom. Odpowiedzialam, ze tak, ale pozniej zaczelam myslec, ze przeciez musze komus wreczyc oficjalny formularz i powinien to byc doktorek. Napisalam do szefa, a ten odpisal, ze musi to byc ktos od badan, ewntualnie szef departamentu, itd. Przekazalam mu ze moga miec problem ze znalezieniem kogos i czy powinnam przelozyc rozpoczecie inspekcji na srode. Tyle, ze raczej nie zamkne sie w 3 dniach, a w kolejnym tygodniu mam wyjechac... Odpisal zebym zaczela w poniedzialek i ze "napewno kogos znajda". Taaa, ja jakos takiej pewnosci nie mam. :D

W piatek ponownie praca z domu, wiec pol godziny dluzej snu. :) Zawiozlam mlodziez do szkoly, po czym wrocilam sleczec nad praca. Dokonczylam poprawki w prezentacji i odeslalam. Pozniej zaczelam przymierzac sie do kolejnych poprawek w raporcie, ale tak jak jego pisanie, tak i poprawianie, zupelnie mi nie szlo. A jeszcze szef mnie wkurzyl, bo okazalo sie, ze nie musialam dodawac dwoch zalacznikow, wiec zmienily sie numery niektorych. To oznaczalo, ze nie tylko musze zmienic im nazwy, ale tez poprawic stopki strony i od nowa podpiac te zmienione w systemie. Jakby tego bylo malo, szef usunal z raportu nawiazania do numerow (nawet tych, ktorych zmieniac nie musialam :O) i wykasowal 2/3 z tabeli! Czyli jeszcze doszlo mi przelecenie calego raportu zeby dopisac numery i wklepanie wszystkiego od nowa w tabelke. I co by mu szkodzilo po prostu napisac zebym to poprawila i zostawic juz w spokoju?! :/ Wreszcie wszystko poprawilam, potwierdzilam zmiany w tekscie, podpielam i dopisalam co trzeba i wreszcie cholerstwo zatwierdzilam w systemie jako "gotowe". Oczywiscie to nic nie oznacza, bo szef moze w kazdej chwili odeslac z kolejnymi poprawkami. Poki co bowiem, nie dostalam automatycznej wiadomosci, ze raport zostal zatwierdzony... Po poludniu urwalam sie troche wczesniej i pojechalam na zawody Bi. Szkoda mi bylo ominac Kokusiowych, szczegolnie ze zakwalifikowal sie do grupy najlepszych zawodnikow, ale coz, musi byc sprawiedliwie. Ale o tym napisze juz innym razem, bo jeszcze musze wgrac foty, a jest 22 i juz mi sie nie chce. :D

czwartek, 3 września 2026

Skok w kierat dla mlodziezy, a dla rodzicow stara bida

Jeszcze z minionego piatku. Wyszlam sobie wieczorem na taras, patrze, a kot siedzi... na dachu garazu! I patrzy w dol, jakby chciala z niego zeskoczyc. :O Na szczescie poszla po rozum do glowy i przeszla na druga strone, gdzie pod dachem jest rabata z rozami, duzo wyzej niz nasze patio.

Wszedzie to-to wlezie...

W sobote, 29 sierpnia, mozna bylo wreszcie dluzej pospac. Znaczy, moglam ja i Bi, bo M. wlasnie konczyl trzeci tydzien bez dnia wolnego i nadal "napieral". ;) Dla mnie dzien zaczal sie typowym domowym odgruzowywaniem, ale jak to w weekend, na spokojnie i popijajac kawke. Ranek okazal sie rzeski, wiec pomimo protestow Bi, wylaczylam klimatyzacje i pootwieralam okna. Nie ma jak dobrze przewietrzyc domowe smrodki. :) W miedzyczasie co chwila pisal Nik, zdajac raport, ze wlasnie pojechali do sklepu z przynetami, ze kupil sobie nowa, ze dojechali do klubu i ida lowic, itd. :D Cale szczescie, ze wybrali sie wlasnie do klubu, bo mialam 5 minut drogi zeby go odebrac, a nie 15, jakby to bylo z domu kolegi. Po powrocie, a wlasciwie jeszcze w samochodzie, syn pochwalil sie jakiego zlapal "potwora".

Troche slabo widac, bo naokolo drzewa, a ryba tez zielonkawa... 

Najwieksze rybsko w tym sezonie. Zlapal je jednak na zywa przynete kolegi. Na te plastikowe, ryby nie daja sie az tak nabrac. ;) Na 16 jak zwykle pojechalismy do kosciola, a po powrocie stwierdzilam ze pojade do apteki po ta nieszczesna paste dla Bi. Recepte mialam od czwartku, a nie chcialo mi sie dralowac. Poniewaz u nas apteki to takie mini supermarkety, wiec Bi zabrala sie ze mna. Oficjalnie szukala... tamponow, bo chce ich uzywac w czasie treningow i zawodow. Nieoficjalnie, do koszyka wpadla mi kredka do ust, jakis korektor i cienie do powiek. :D Po powrocie mozna bylo sie troche zrelaksowac. Wieczorem, niespodziewanie, spuchla mi ta uszkodzona kostka. Nie jakos strasznie, ale zauwazalnie. Za to golen M. wygladal duzo lepiej. Przynajmniej nie byl opuchniety, bo spory krwiak narazie trzyma sie w najlepsze.

W niedziele rano zwloklam sie z lozka, zjadlam na spokojnie sniadanie, umylam sie i uswiadomilam sobie, ze nie mam zadnego ciasta na przyjazd dziadka! Jakies zacmienie mialam dzien wczesniej i zupelnie nie pomyslalam. Szybko zabralam sie za chlebek bananowy, bo niestety znow mialam 3 przejrzale banany. Tym razem dodalam do niego... nutelli. Sloiczek stoi na blacie od nie wiem jakiego czasu, wiec stwierdzilam ze choc czesc wykorzystam. Spodziewalam sie czekoladowej ambrozji, a tymczasem tej nutelli praktycznie nie bylo w ciescie czuc. :/ Kiedy ja szykowalam chlebek bananowy, Nik juz dopytywal czy moze na ryby, ech... Jak wstawilam ciasto do piekarnika, szybko go zawiozlam, po czym napisalam do dziadka zeby wpadal na kawusie. Po drodze okazalo sie, ze cala jestem mokra, bo podskoczyla wilgotnosc powietrza. Kiedy wrocilam do domu, wlaczylam wiec klime, tym bardziej, ze humid mial sie utrzymac wiekszosc tygodnia. Dziadek oczywiscie chetnie skorzystal z zaproszenia na kawe i posiedzial prawie do 15. W ktoryms momencie Nik napisal zeby po niego przyjechac, ale pojechal M. Kiedy dziadzio zabral sie do domu, Bi i ja popedzilysmy na zakupy. Wczesniej corka mowila ze w ostatni weekend wakacji chce sie zrelaksowac i nic nie robic, ale okazuje sie, ze jako dla prawdziwej kobiety, zakupy to dla niej relaks. :D Wybralysmy sie do sklepu z akcesoriami artystycznymi, bo panna chciala kupic wloczke na prezenty urodzinowe dla mnie i M. A jak juz wyruszylysmy, to podjechalysmy tez do innego sklepu, bo chcialam kupic Kokusiowi koc do przyczepy. Dwa, ktore posiada, niestety zrobily sie za krotkie i choc latem wlasciwie sie nie przykrywal bo bylo goraco, z tego co patrze, tam gdzie teraz jedziemy, ma byc troche chlodniej i noce tez zimniejsze. Wzielam mu wiec koc, a panna dla siebie chwycila... smietnik do pokoju, bo dotychczasowy miala z Elsa i od dluzszego czasu dopytywala czy moze dostac nowy. ;) Po powrocie nic sie juz oczywiscie nie chcialo, wiec posiedzialam na ganku pozerajac loda, a pozniej trzeba sie bylo szykowac na kieracik, tym razem juz dla calej rodziny. :)

Poniedzialek to byl wielki dzien dla malolatow z naszej miejscowosci, bowiem zaczal sie rok szkolny! Pozno; zazwyczaj zaczynali w ostatni tydzien sierpnia, ale tez wakacje rozpoczely sie sporo pozniej niz zwykle. W kazdym razie, Bi przezywala jak strasznie jej sie nie chce, za to Nik oznajmil, ze "w sumie fajnie jest wrocic do szkoly, tylko ta presja ocen"... Odezwal sie ten, ktory jakos specjalnie o te oceny nie walczy i przyklada sie tylko tyle o ile! :D

Tradycji musialo stac sie zadosc - Nik juz naprawde goruje nad siostra ;) 

Tego dnia jechalam do biura, ale stwierdzilam, ze moge Potworki, z okazji pierwszego dnia zawiezc. Tyle, ze mieli skrocone lekcje, wiec potem musieliby wrocic piechota. Bi uznala ze nie chce jej sie chodzic, wiec woli jechac rano z kolezanka rowerem, ale Nik chetnie z podwozki skorzystal. Podrzucilam wiec syna do szkoly, a potem pojechalam do pracy. Byla moja kolezanka z wyjazdu, wiec troche sobie pogadalam, choc nie dlugo, bo nadal uzeralam sie z raportem. Oprocz tego byla taka jakby szefowa biura (a tak naprawde to jest tam po prostu najdluzej stazem) i jeszcze jeden facet. I tyle. Kiedys uslyszalam jak ktos mowil, ze w tym biurze "oficjalnie" pracuje 20 osob. Ja nigdy nie widzialam wiecej niz 5 na raz. ;) W kazdym razie, mialam nadzieje ze w biurze, bez rozpraszaczy, uda mi sie lepiej skupic na raporcie. Taaa... Nie wiem co w nim jest, ale kompletnie, no kompletnie mi sie szedl... Cos tam popisalam, ale bez szalu. Jakos przemordowalam sie do konca dnia i wrocilam do domu. Kiedy mnie nie bylo, mlodziez juz wrocila, a Nik zdazyl nawet pojechac na trening i wrocic. Bi kolejny raz nie miala transportu na basen, bo kiedy koncza wczesniej, musza dojechac na wlasna reke. Pierwsze co, to oczywiscie wypytalam Potworki o wrazenia. Bi podlamana, bo w tym roku wziela AP (advance placement) macroeconomics, czyli ekonomie na poziomie college'u, co da jej juz punkty zaliczone na studia. Super, tyle ze nauczyciel sie nie pierdzieli i od razu dostali kupe pracy domowej. Nik, o dziwo, stwierdzil ze bylo fajnie. Zobaczymy co bedzie jak nauczyciele pomalu zaczna zaciskac petle. Narazie tylko uprzedzil, ze z hiszpanskiego moze nie wyciagnac wiecej niz C, bo nauczycielka mowi do nich tylko po hiszpansku i kompletnie jej nie rozumie. :D No rewelacja. Uczy sie hiszpanskiego od zerowki i nic mu w glowie nie zostalo? Niesamowite, ale po szkole oraz biegach przelajowych, Nik nadal mial ochote jechac na plywanie. Pojechal z nim M., zeby pocwiczyc na silowni. Ja w tym czasie zabralam sie za przerabianie cukinii, ktora zebralam z warzywnika juz jakis czas temu. Az balam sie wyciagac jej z czelusci lodowki, spodziewajac sie, ze musiala czesciowo zgnic. A tu niespodzianka; nic jej nie bylo! Jedna mniejsza zostawilam na placuszki, ale reszte skroilam, dorzucilam papryki, podsmazonej kielbasy i leczo wyszlo przepyszne. Wczesniej poszlam do warzywnika zobaczyc czy nie znajde choc paru galazek kopru, a przy okazji ogolnie popatrzylam co tam jeszcze sie trzyma. Zobaczylam przegnilego pomidora, wyciagnelam reke zeby go zerwac i wyrzucic w lasek i... malo nie wrzasnelam! :D Kto dojrzy, co mnie tak wystraszylo?

Naprawde niezle sie zakamuflowala

Wieczorem siadlam na komputerze i wszystko mi opadlo. Zaczal sie rok szkolny, wiec lepiej rodzicu lap sie za portfel! Bi musiala przyniesc na plywanie $90 na stroj druzyny oraz "senior night", czyli pozegnanie dziewczyn z najstarszego rocznika. Powiedzialam pannie zeby lepiej plywala wszystkie 4 lata, bo jak place za jakies starsze dziewczyny, to chce zeby za dwa lata ktos zaplacil i za nia. :D Dodatkowo, za kazde z Potworkow musze wybulic $125 za udzial w szkolnych sportach, a wisienka na torcie byl mail, ze za 2 tygodnie beda robic szkolne zdjecia. Czyli kolejne $60 na lepka. Nie zapominajmy tez, ze Nik w tym roku nadal gra w zespole, wiec trzeba mu wypozyczyc trabke. To kolejne $220. Az sie boje jaki mi rachunek za karty kredytowe przyjdzie w nastepnym miesiacu. :D

We wtorek moglam pospac troche dluzej bo pracowalam z domu. Wstalam tylko na tyle wczesnie, zeby zawiezc Potworki (oraz sasiadke) do szkoly. Mialo caly dzien padac, ale rano okazalo sie, ze tylko mzy, a przy tym bylo 18 stopni, wiec od biedy mogli jechac na rowerach, tyle ze nie wiedzialam jaka bedzie pogoda po poludniu. Zawiozlam ich wiec i wrocilam do domu. High School zaczyna wczesnie; pierwszy (ostrzegajacy) dzwonek jest o 7:28, a drugi, rozpoczynajacy juz lekcje, o 7:32, a dojechalismy na miejsce gdzies o 7:22, wiec kiedy dotarlam do domu, mialam spokojnie czas na sniadanie i ogarniecie sie zanim zaczne prace. Tego dnia, w koooncu pisalo mi sie troche lepiej, a przynajmniej bylam w stanie w miare sie skupic. Mimo wszystko, skakanie po wlasnych notatkach oraz dwoch innych raportach (zeby poradzic sie co i jak napisac), zajmuje strasznie duzo czasu. Dzieciaki ponownie mialy skrocone lekcje i konczyly juz o 12:08. Skoro bylam w domu, to po nich pojechalam, a potem ruszylismy po obiecane bubble tea oraz ramen. Juz od jakiegos czasu korcilo nas zeby sprobowac tego drugiego, bo tam gdzie kupujemy "herbatki", mozna kupic autentyczne (albo pseudo-autentyczne ;P) danie, a nie zupke w proszku. Zeby nie tracic czasu, zamowienie zlozylam wczesniej, tylko przeliczylam sie jesli chodzi o czas. Pamietajac wczesniejsze lata, gdzie po dzwonku mijalo kilka minut zanim dzieciaki zaczely sie wylaniac ze szkoly, a pozniej trwalo i trwalo zanim twoj potomek wylazl, zamowilam jedzenie na 13. Tymczasem w high school, ponoc na ostatniej lekcji nauczyciele pozwalaja sie pakowac troche wczesniej, w dodatku z dwoch najstarszych rocznikow wiekszosc mlodziezy ma wlasne samochody, z mlodszych sporo idzie na autobusy i w rezultacie do odbioru przez rodzicow nie ma wcale az tak wielu. Dojezdzalismy praktycznie na miejsce, kiedy stwierdzilam, ze mamy prawie pol godziny, wiec Bi wyskoczyla z pomyslem zeby wejsc do sklepu z ciuchami. Mielismy tak sobie polazic i zabic czas, ale okazalo sie, ze panna dorwala sukienke, a kawaler spodenki. :)

Pozniejsze przymierzanie :)

Pozniej podjechalismy juz do kafejki, wzielismy zamowienie i popedzilam do chalupy. Zupki okazaly sie tak ogromne, ze swoja wcisnelam tylko cudem i jedzac bardzo pomalu, jednoczesnie pracujac. Potworki mialy o 15 treningi i nie chcieli sie opychac zeby nie bylo im niedobrze, wiec swoich nie dokonczyli.

Takie to smakowitosci :) 

Myslalam, ze trening Kokusia moga odwolac, bo caly dzien popadywalo, raz mocniej, raz slabiej, ale gdzieee... Zawiozlam ich, tyle ze zaczynali o tej samej porze, a sie nie rozdwoje, wiec Nik dojechal sporo przed czasem, zas Bi sie troche spoznila, bo basen znajduje sie na drugim koncu miasteczka. Po raz kolejny tego dnia, wrocilam do domu i siadlam do raportu. Przyjechal M. i stwierdzil ze jakos tak dziwnie pusto w domu. Tez mialam takie wrazenie caly ranek. :D Polecilam mu zeby pojechal po corke na basen, ja wybieralam sie bowiem na spotkanie dla rodzicow z trenerami biegow przelajowych. Dojechalam do szkoly kiedy akurat grupa przybiegla spowrotem, mokrusienka, bo chwile biegli przez chyba najwieksza ulewe tego dnia. Cale szczescie, ze bylo 20 stopni, wiec raczej nie zmarzli. No i dobrze, ze przywiozlam Kokusiowi sucha bluzke i spodenki, choc o majtasach zapomnialam i potem na tylku i tak spodnie mu przemokly. ;)

Te koszulki maja straszne :D 

Spotkanie mialo trwac okolo 20 minut, tymczasem trenerzy gledzili o pierdolach 40 minut. Nie powiem, to fajni ludzie, tacy z pasja i widac ze lubia mlodziez. Ogolnie, stwierdzam, ze trenerzy wiekszosci szkolnych sportow (przynajmniej ci, ktorych poznalam) sa tacy pozytywni i entuzjastyczni, ze sie to czlowiekowi udziela. ;) Zawodow maja niewiele, bo tylko 4 dla calego zespolu (ponad 60 dzieciakow) i kilka (chyba 3) dla "wybrancow". Pozniej juz etap stanowy, gdzie rok temu zakwalifikowala sie tylko 1 dziewczyna i 2 chlopakow oraz etap Nowej Anglii, do ktorego nie przeszedl nikt. Oczekiwalam raczej, ze dla Kokusia skonczy sie na tych czterech podstawowych, tymczasem powiedzial ze tego dnia mieli mierzone czasy i byl najszybszy z freshmen, czyli najnowszego "nabytku" zespolu. ;) No to zobaczymy. Po powrocie spytalam Bi czy nie chcialaby dolaczyc, bo trenerzy powiedzieli zeby zachecac dziewczyny, maja ich bowiem tylko 11, na 42 chlopakow. :D W zespole sa az 4 kolezanki panny, ale ona jednak nie chce. Wiekszosc wakacji biegala i twierdzila ze lubi, ale teraz oznajmila ze probowala przekonac sama siebie. Woli jednak sprint, a nie maratony po bezdrozach. :D Kokusia chyba zaczyna doganiac zmeczenie, bo stwierdzil ze nie idzie tego dnia na basen, a ze za oknem nadal byla plucha, to wcale mu sie nie dziwilam. Choc sama chetnie posiedzialam na ganku, pod zadaszeniem, bo nadal bylo calkiem cieplo. Mam taka potrzebe swiezego powietrza, bo wiem ze polowe wrzesnia bede sie snula po hotelach, gdzie czesto nie ma gdzie wyjsc i utyka czlowiek w pokoju na cale popoludnie oraz wieczor... A jeszcze, tego dnia przyszly zamowione przeze mnie polki do szafy Kokusia. Mlodszy, nie dosc ze szafe ma malutka, to w dodatku jest w niej tylko jedna, waska polka. Poki byl maly, to bluzki, bluzy oraz spodnie, jakos sie miescily. Teraz jego garderoba jest wielkosci doroslego, wiec to wszystko jest upchniete i zmietoszone. Nie pomaga, ze Nik od jakiegos czasu sam sie rzadzi swoimi ciuchami. ;) Od wiosny marudzil ze nie ma ich jak ulozyc bo brak mu miejsca i juz wtedy powiedzialam, ze kupie mu jakies polki. Na to wyskoczyl jednak M., ze moze kupic takie specjalne podporki, do tego pare desek i sam skleci mu poleczki. Znacie ten kawal, ze "jak maz powiedzial, ze cos zrobi, to zrobi i nie trzeba mu co pol roku przypominac"? :D Tak to wlasnie wyglada u nas. Nie wspomne, ze nadal mam dziure w suficie w kuchni i nadal kapie tam z laczenia dwoch rurek. Ojciec obiecal synowi polki, ale potem wybieral sie jak sojka za morze, pozniej wyjechalam, wiec mial wymowke, ze wszystko na jego glowie, przeszla reszta wiosny, wakacje... Teraz zbliza sie jesien i pomyslalam, ze za chwile trzeba bedzie wyciagnac grubsze rzeczy, a Nik ma je upchniete na jednej polce i nawet nie wie co tam jest i czy nadal pasuje. Zamowilam wiec na Amazon takie proste, metalowe "cos" i voila! Mlodszy sam to zlozyl w 10 minut i wreszcie moze normalnie rzeczy poukladac.

Takie zwykle, metalowe polki, ale w szafie Mlodszego wreszcie mozna normalnie poukladac ciuchy 

Tymczasem... malzonek na kamerach zobaczyl Kokusia wyrzucajacego dlugie pudlo i spytal co tam bylo. A kiedy mu powiedzialam... strzelil focha! Bo przeciez on mial mu zrobic polki! :O Mialam na koncu jezyka dosc jadowita riposte, ale sie w niego ugryzlam i westchnelam tylko ciezko, ze odkad wspomnial ze to zrobi, minelo ponad 5 miesiecy, a syn dalej jest bez polek, wiec stwierdzilam, ze szybciej bedzie zamowic cos gotowego... :/

Sroda to ponownie wczesniejsza pobudka bo musialam jechac do biura. Przynajmniej dostalismy pozytywne wiesci, ze w piatek zwalniaja nas 3 godziny wczesniej, z okazji dlugiego weekendu. :) Pogoda byla niepewna, chmurzylo sie i kazda prognoza zapowiadala co innego, wiec zawiozlam Potworki do szkoly. Sasiadka wybrala rower. ;) Z plywaniem Bi jest ten "problem", ze jesli pojedzie rano na rowerze, to pozniej jej pojazd i tak trzeba po poludniu odebrac. Wygodniej jest wiec ja podwiezc. Panna moglaby oczywiscie pojsc piechota, ale ma lenia w tyleczku. :D W robocie, poza mna 3 osoby i niestety nikogo fajnego do pogadania. :( Caly dzien mordowalam sie z raportem i choc w koncu pisanie zaczelo mi isc troche lepiej, to jednak wszystko zajmuje duzo wiecej czasu, niz bym chciala. A jeszcze, w ktoryms momencie na jakis czas rozlaczyl sie internet, co jest dziwne, bo budynek mamy wiekowy i podlaczeni jestesmy kablem, a nie przez wi-fi... Pozniej zas, wylogowalam sie zeby pojsc do lazienki, a kiedy wrocilam nie moglam sie zalogowac. Caly czas pokazywalo ze karta nie ma waznego "chip'a" i koniec. Czasem tak sie robi, ale zwykle wystarczy karte wyjac i ponownie wlozyc i wszystko dziala. Tym razem cudowalam, wygaszalam, wyciagalam i wkladalam karte chyba ze 20 razy i nic. Wreszcie zmuszona bylam zrestartowac kompa, co nie tylko chwile trwalo, ale jeszcze pozamykalo mi wszystkie okienka z materialami potrzebnymi do pisania raportu. :O Przez to wszystko stracilam dobra godzine pisania. Jak na zlosc... :/ Dla rownowagi, kiedy wyszlam zrobic kilka koleczek wokol budynku, kolo mnie przejechalo takie cos:

Wesoly autobus ;)

Pojazd ma maly silniczek, wspomagajacy, ale napedzany jest glownie pedalowaniem. :) Grupy ludzi jezdza sobie od baru do baru, tylko zastanawia mnie, ze byla ledwie godzina 13... :D

Po powrocie do domu, zaczelam pomalu szykowac przyczepe na wyjazd. Sprawdzilam czy mamy mydlo, reczniki papierowe, ile zostalo wody z ostatniego kempingu, itd. Przynioslam tez od razu kilka rzeczy. Uswiadomilam sobie niestety, ze musze wstawic pranie, wiec bede musiala poczekac z pakowaniem rzeczy az te poskladam i dzieciaki zobacza co chca spakowac. Zawsze bowiem tlumacze im, ze na kemping powinni pakowac takie gorsze ciuchy, ktorych nie szkoda im zniszczyc. Co prawda teraz juz nie brudza sie az tak jak byli mali, ale nadal Kokusiowi zdarza sie ochlapac blotem przy jezdzie na rowerze, a przy ognisku nieraz strzeli iskra i wypali dziurke w spodniach czy bluzie... Mam pare takich rzeczy, gdzie wiem ze jak gdzies zahacze o galaz i rozerwe, czy kapnie mi cos niespieralnego, to nie bedzie mi szkoda. Ale Potwory, odkad sami sie pakuja, biora ulubione ciuchy, bo jak to okresla Bi, "na kempingu tez chce wygladac ladnie". :D Tak czy siak, reszta wieczoru to juz dla wszystkich prysznice i szykowanie na kolejny dzien kieraciku.

W czwartek pobudka o tej samej porze i szykowanie do roboty. Bi nadal chetna zeby ze mna jezdzic, nawet pomimo ze sasiadka wybrala rower. Nik dzien wczesniej stwierdzil, ze pojedzie sam, bo nie spodobalo mu sie, ze kiedy M. go odebral po treningu, pojechali od razu po Bi, a potem musieli na nia jeszcze chwile poczekac. Stwierdzil ze woli jechac na rowerze i pozniej sam wrocic. Rano jednak okazalo sie, ze pada, a mielismy takie ulewy przechodzace po kilka minut gdzie lalo jak z cebra, potem mzylo, a pozniej znow zaczynalo napierdzielac jak glupie. Chlopak wiec zwatpil i stwierdzil, ze pojedzie samochodem i najwyzej po treningu wroci piechota. Zawiozlam wiec potomstwo, a potem ruszylam do roboty. Na szczescie, zanim dojechalam, przestalo padac. W robocie pustki, ale byla moja wyjazdowa kolezanka, J., wiec mialam z kim pogadac. Jak zaczelysmy nawijac, to niewiadomo kiedy minela godzina. ;) A po poludniu, kiedy cieszylam sie, ze w koooncu widze final pisania raportu, przyszla do mojego kacika i jak zaczela gadac, to znow przegadalysmy 45 minut. W ten sposob raportu nie skonczylam. :D A w ogole, jak w koncu pisalo mi sie calkiem niezle, to co chwila ktos zawracal mi gitare jakimis pierdolami. A to nie wyslalam spisu przepracowanych godzin (taka biurokracja, bo pracujemy zawsze 40 godzin...), a to podsumowania inspekcji. Zazwyczaj osoby z centrum, w zleceniu daja liste pytan, na ktore chcieliby dostac odpowiedz. Tym razem nic nie napisali, wiec uznalam, ze podsumowania nie potrzebuja i beda czekac na oficjalny raport. Taaa... okazalo sie, ze chca podsumowanie, ale zamiast poprosic o nie mnie, napisali prosto do mojego szefa. Dranie. :/ W kazdym razie, dowiedzialam sie, ze po kazdej inspekcji mamy wyslac takie podstawowe informacje, jak dni inspekcji, znalezione nieprawidlowosci, itd. Szkoda tylko, ze szef nie przypomnial mi o tym w zeszlym tygodniu (i tak musze go dodac jako adresata), a nie czekal az centrum sie upomni. :/ W kazdym razie, dzien w pracy zlecial, wrocilam do chalupy i trzeba bylo wrzucic kurs na supermarket, bo kolejnego dnia wyjezdzalismy, wiec musialam nas zaopatrzyc w prowiant i na wyjazd i na kolejny tydzien. Chcialam jechac jak najszybciej, ale Potworki zakrzyknely, ze tez chca, a przyjechali z treningow tuz przede mna i akurat jedli obiad, wiec musialam na nich poczekac. W rezultacie, zanim zrobilismy zakupy i podjechalismy jeszcze do wypozyczalni po trabke Kokusia, do domu wrocilismy tuz przed 19. To by bylo na tyle z pakowania na kemping, a chcialam chociaz wrzucic do przyczepy ciuchy, ech... Poskladalam jeszcze pranie z poprzedniego dnia i wstawilam zmywarke, ale co do kempinu, to tylko powyjmowalam czesc rzeczy z szafek i ustawilam na blacie zeby latwiej bylo mi pamietac o ich zabraniu. Jutro dzieciaki maja zalozyc do koszulki, ktore otrzymali w ramach utrzymania "ducha" szkoly. Taki normalny t-shirt, nic ekstrawaganckiego, ale panna Bi oznajmila, ze zalozy go tylko jesli zdazy wczesniej obciac na dlugosc oraz dekolt, zeby opadala z jednego ramienia. Modnisia sie znalazla...

Nie wiem po co szkola wydaje kase na cos takiego, skoro potem mlodziez ma zalozyc to moze ze dwa razy w roku...

Przed nami dlugi weekend; takie nieoficjalne pozegnanie lata i ostatni kemping w tym sezonie, wiec uciekam dzien wczesniej. Papatki! :)