piątek, 6 marca 2026

Zaczynamy marzec inaczej niz bylo w planach

Sobota, 28 lutego, czyli ostatni dzien astronomicznej zimy, zaczela sie (nie zgadniecie! :D) od dluzszego snu. Wreszcie skonczyla sie koszykowka, wiec w pelni odzyskalismy soboty dla siebie. Budzik nastawilam na 9, ale po jego wylaczeniu jeszcze mi sie przysnelo, wiec wstalam dopiero po 10. Tym razem bylam ostatnia, choc spodziewalam sie, ze po wieczorze na nartach, Nik bedzie odsypial. Ogolnie jednak bylam jakas bez humoru. Musialam odkurzyc i pomyc podlogi na dole, bo niestety juz o to prosily, a malzonek rano usmazyl racuchy, po czym oznajmil ze jest piekna pogoda, wiec idzie sie przejsc. Fakt, ze mielsmy +12 stopni, co po poprzednim, snieznym tygodniu, bylo az nie do uwierzenia. Chlop jednak zaczal mnie namawiac zebym tez sie przeszla, po czym oznajmil z lekka pretensja, ze ja to nigdy nie chce chodzic na spacery. No to burknelam, ze chalupa sama sie nie posprzata, ze wszyscy (lacznie z nim) brudza na potege, ale zeby po sobie ogarnac, to nie, i nie bede lazic, podziwiac okolice, jak mam syf. Malzonek oczywiscie przewrocil oczami, ze przeciez sprzatanie nie zajmie mi calego dnia i moge sie przejsc pozniej. Warknelam, zeby sobie wyobrazil, ze "pozniej" to moge byc zmeczona. Wiecie, jak sprzatam, to nie ze odkurze srodek i czesc. Dla mnie sprzatnie wiaze sie z odsuwaniem mebli, albo ciaglym pochylaniem i klekaniem zeby dosiegnac pod spodem. Jak koncze to jestem zgrzana, spocona i zwyczajnie umordowana. Ale mam przeciez jeszcze wzuc adidasy i ruszyc na energiczny marsz po osiedlu! :/ Tak jak przewidzialam, kiedy wreszcie skonczylam, mialam ochote tylko klapnac na kanape. Wlaczylam sobie skoki narciarskie, ktore odbyly sie rano, choc tym razem Polacy  skakaki tak jak przez wiekszosc sezonu, czyli tragicznie. Pozniej trzeba sie bylo zebrac do kosciola, bo malzonek jak zwykle ostatnio, wzial wolna sobote, ale w niedziele pracowal. Po powrocie napalilismy w kominku, bo po cieplym dniu, na noc znow zapowiadali mroz, wiec milo bylo powygrzewac dupke. Panna Bi zas zabrala sie za pieczenie... chleba. Niestety, tym razem wyszedl jej sredni, bowiem zle odmierzyla ilosc wody, wiec potem ciasto mialo zla konsystencje, a ona dokladala i dokladala maki... W rezultacie wyszlo jej go sporo wiecej niz zwykle i podejrzewam ze mialo nie do konca dobre proporcje. Tyle, ze przyznala sie dopiero po fakcie. Tymczasem, kiedy zostalo 12 minut pieczenia, powiedzialam jej ze bochenki nadal wygladaja na surowe i nie wiem czy beda upieczone. Kiedy czas minal, z zewnatrz zdazyly sie juz przyrumienic, wiec panna je wyjela i dopiero kiedy przestygly i ukroila kromke, stwierdzila, ze jakos dziwnie smakuje. :O Sprobowalam i byl po prostu niedopieczony! Dopiero wtedy Bi przyznala sie do bledu, ale bylo troche pozno. Bochenki nie byly jeszcze zupelnie zimne, wiec szybko zagrzalam ponownie piekarnik i wsadzilam je na jeszcze pol godziny, ale oczywiscie teraz to juz malo co dalo... :/ Jak to czesto w weekend, polozylam sie grubo po polnocy. Juz zaczynalo mi byc milo, juz zaczynalam odplywac, po czym... rozpikal sie telefon M.! Jak on mnie wkurza z tym zostawianiem wlaczonego glosu! Wielokrotnie mu mowilam, zeby go wylaczal, to nie! Nie zlicze ile razy w nocy budza mnie jakies jego powiadomienia. Po za tym, ja mam w telefonie apke do mniejszych kamer, tyle ze w nocy moj telefon tylko wibruje. Zwykle i tak mnie to budzi, jest jednak duzo mniej irytujace niz pikanie. Malzonek ma u siebie apki i do mniejszych kamer i do duzej przy garazu, wiec teraz wszystkie zaczely pikac raz za razem. W koncu chwycilam za swoj telefon (ktory tez bzykal) zeby zobaczyc co sie, do cholery, dzieje. Okazalo sie, ze to dwie sarny postanowily sobie przejsc (i to spokojnie, bez pospiechu) pod samym garazem! :O

Najpierw jedna, a potem druga

W niedziele ja oraz Potworki smacznie spalismy, ale dla M. weekend sie skonczyl. ;) Zaczal sie marzec, czyli astronomiczna wiosna, choc poki co nie bylo tego czuc. Po pieknej sobocie, nad ranem popadal snieg, ale ze powierzchnie nadal byly nagrzane, to osiadl tylko troche po brzegach. Wstalismy, zjedlismy sniadanie i Nik zabral sie (tradycyjnie) za babke na oleju. Troche bylam zla, bo mialam juz zaplanowane ciasto, ale okazalo sie, ze musialam miec miekkie (ale nie roztopione) maslo, a tego oczywiscie zapomnialam wyjac. Ech... Kiedy zjadlam, umylam sie i ogarnelam zmywarke oraz zlew brudow, napisalam do taty ze moze wpadac na kawe. Przyjechal i znow musialam mu pomoc, choc tym razem troche z wlasnej "winy". Pamietacie, w piatek pisalam ze moje szkolenie zostalo odwolane? Otoz, moj tata zarezerwowal swoj lot na Floryde na ten sam dzien i podobna pore, zebysmy jechali razem na lotnisko. Planowal zaparkowac i zostawic tam auto na tydzien. Kiedy powiedzialam mu w sobote ze jednak nie lece, zapal mu nieco opadl i stwierdzil ze w takim razie moze zawiozlabym go na lotnisko. Nie bylo mi to wsmak, bo musialabym przebic sie przez poranne korki w stolycy dwa razy - w jedna i druga strone. A jak na zlosc, mialam meeting z szefem o 8:30, a pozniej kolejny o 10. Ostatecznie stwierdzilam, ze ok, moge go zawiezc, ale musialby byc u mnie o 6:30 rano, zebym bez stresu obrocila. W niedziele jednak tata przyjechal i stwierdzil, zebym mu zarezewowala miejsce parkingowe na tydzien. Nasze lokalne lotnisko jest niewielkie i przy glownych parkingach nie trzeba rezerwacji. Przyjezdzasz, parkujesz i tyle. Malo kiedy sa pelne. Kiedy lecielismy do Las Vegas tak podjechalismy i w czerwcu, w czasie wakacji, miejsca byly. Tym bardziej nie powninno byc problemu w marcu. No ale tata panikowal, ze co jesli tam podjedzie, a parkingi beda zajete. No wiec siadlam i zarezerwowalam mu miejsce na prywatnym, nieco dalej od lotniska, ale zapewniajacego transport do i z terminalu. Pozniej juz posiedzielismy, obejrzelismy niedzielne skoki (rezultaty zgodnie z oczekiwaniami, a raczej ich brakiem), itd. i dziadek pojechal prawie o 16. Dziwie sie, ze przed wyjazdem nie spieszyl sie zeby jeszcze sprawdzic czy wszystko spakowal i jest gotowy do podrozy. Wiem, ze ja bylabym cala w panice. ;) Po odjezdzie taty, poszlam po drzewo, bo na noc szedl solidny mroz, wiec fajnie byloby sie powygrzewac, a przy okazji zdjelam karmnik dla ptakow z tarasu. Wiosna tak naprawde jeszcze sie dobrze nie zaczela, ale dzien wczesniej ktos z fejsbukowej grupy z naszego miasteczka, wrzucil zdjecie niedzwiedzicy z trzema mlodymi, ktore nawiedzily jego ogrod tego ranka. Czyli skubance sie juz pobudzily. U nas nadal wszedzie lezy gruba warstwa sniegu, wiec dla takiego misia, karmnik dla ptakow (oraz smietniki) to najlatwiej dostepne zrodlo pozywienia. Przyciagaja je niczym magnes. Reszte nasion w tluszczu wyrzucilam wiec do lasu, a karmnik oraz "klatke" na kostke karmy, schowalam do piwnicy. Beda czekac na kolejny sezon. Przynieslismy z malzonkiem drzewo i mozna bylo sie powygrzewac. Szczegolnie fajne jest to po kapieli, kiedy mokre wlosy chlodza kark. :D Mimo ze nadal zostalo sporo kokusiowej babki, stwierdzilam, ze upieke kolejne ciasto. Zostalo mi sporo sera Ricotta, ktory mialam wykorzystac do lasagni, ale po ostatnim razie Potwory krecily nosem, ze "nie smakuje im to biale". Mialam dwa pojemniczki i akurat sprawdzilam, ze za dwa tygodnie tracily waznosc. Trzeba bylo je do czegos wykorzystac, wiec padlo na deser. Upieklam ciasto cytrynowe, ktore okazalo sie dosc nietypowe. Przy dodatku sera spodziewalam sie czegos przypominajacego sernik, ale przez to ze dawalo sie rowniez make, ciasto przypomina babke, ale bardzo ciezka i wilgotna. Dodalam ekstraktu cutrynowego, wiec ma leciutko cytrynowy posmak. Dla mnie bomba, ale M. nie jest fanem cytrusow, wiec sie krzywi. ;) A jakby malo bylo slodkosci, Bi wieczorem naszlo na upieczenie ciasteczek czekoladowych, ale bez dodatku jajek, bo jedna z jej kolezanek ma alergie. Wiekszosc ciastek bowiem pojechala z nia do szkoly, dla grupki przyjaciol.

Poniedzialek to wlasnie moja tytulowa zmiana planow. Odkad zaczelam prace, wiedzialam ze bede musiala wyjechac na szkolenie. Pierwsza sesja byla w styczniu, ale musialabym wylatywac doslownie 5 dni po powrocie z Polski. Dodatkowo, ten styczen (a w tym roku i luty) to takie wariactwo z klubami narciarskimi oraz koszykowka Kokusia, przy jeszcze plywaniu. Mialam opcje jazdy w styczniu albo w marcu, wiec wybralam marzec, wiedzac ze grafik sie nieco uspokoi. W poniedzialek, 2 marca, mialam wiec rano wskoczyc z tata w auto i podazyc na lotnisko, a stamtad do Karoliny Poludniowej. No ale, skoro szkolenie odwolali, to nie pozostalo mi nic innego, tylko normalnie wstac, zebrac sie i pojechac do roboty. Tego dnia mialam meeting z szefem o 8:30 rano i nie chcialam sie spoznic jakby byly korki (a zwykle sa), wiec Bi pojechala z sasiadka, a Nik pomaszerowal na autobus. Troche mi go bylo szkoda, bo mielismy -9 stopni, ale stwierdzilam, ze ma ciepla kurtke i jakos przezyje. W pracy, poza mna byly jeszcze 4 osoby, wiec prawie tlok. :D Pogadalam z szefem, ktory przekazal, ze to nagle odwolanie szkolenia jego tez wybilo z pantalyku, bo caly plan mojego treningu "praktycznego" ustawiony byl wokol tego wyjazdu. Teraz musi sie zastanowic i porozumiec z innymi grupami, zeby zobaczyc czy uda sie wyslac mnie z kims na inspekcje. Coz, ja tam specjalnie nie narzekam. Wole siedziec spokojnie w biurze niz w obcym miejscu, na jakims zadupiu, gdzie spisz niczym w akademiku (tyle ze w jednoosobowym pokoju) i zywisz sie na stolowce. Troche jak w wojsku, a troche jak w wiezieniu, bo tam naokolo nie ma nawet gdzie wyjsc. Nistety, jak to mowia, co sie odwlecze, to nie uciecze i na szkolenie i tak bede musiala poleciec, tylko nie wiadomo jeszcze kiedy. :/ Po jakims czasie zadzwonilam do taty, ktory musial samotnie wyruszyc na lotnisko. Okazalo sie, ze z parkingiem nie mial problemow, ale z odprawa juz tak. Na poczatek kazali mu zaplacic za nadany bagaz, a moglabym przysiac, ze byl wliczony! W dodatku, kiedy lecialam do Polski, za walizke zaplacilam $70, a tacie kazali wybulic $105! :O Pozniej tez powiedzieli mu, ze musi sie odprawic przez internet, bo oni sobie za taka usluge zycza $25! Niech mi ktos wytlumaczy, po co ci ludzie tam sa?! Czy nie po to zeby obslugiwac i pomagac pasazerom?! W kazdym razie, tata na szczescie jakos sie dogadal i uiscil dodatkowe oplaty, ale dlugo z nim nie pogadalam, bo mialam zaraz kolejny meeting. Tam uczyli nas, nowych biedakow, jak cofnac dodatkowe oplaty z rezerwacji wyjazdu. "Super", bo agencja sama, automatycznie odwolala loty, ale wszystko inne w rezerwacji (jak oplata za bagaz) musi byc cofniete przez ciebie, inaczej skasuja twoja korpo karte kredytowa. :/ Pan, ktory to pokazywal, skakal po stronie, kliknij tu, kliknij tam, zmien na to, zatwierdz tu, w takim tempie, ze ludzie podniesli larum, ze wolniej, spokojnie! W koncu wszyscy jestesmy nowi, wiec dopiero uczymy sie jak to robic. Jakos, z dodatkowym instruktazem, udalo sie (mam nadzieje) wszystko pozmieniac, usunac i cofnac. Reszta dnia minela juz na odhaczaniu wirtualnych szkolen. Przyjechalam do domu, ale tylko wpadlam do lazienki, po czym musialam pedzic dalej, bo bylismy z M. umowieni do pana ksiegowego na coroczne rozliczenie podatkow. Wrocilismy i za pol godziny trzeba bylo wiezc Potworki na trening. Malzonek stwierdzil, ze nie chce mu sie jechac na silownie, wiec tylko zawiozl mlodziez, a ja ich odebralam. Przez popoludnie w biegu, stracilam nieco poczucie czasu i dojechalam dopiero, kiedy juz sie przebierali.

Nie wiem czy przybijaja sobie "zolwika", czy graja w "kamien, nozyczki, papier" :D

Wieczor to typowe szykowanie sie na kolejny dzien, tyle ze musialam tez siasc z Bi, zeby zapisac ja w szkole na... lekkoatletyke. Bylo pierdylion formularzy, ale co dziwne, poki co zadnych oplat. Pamietam, ze placilam cos dla szkoly na poczatku roku, kiedy zapisywalam corke do druzyny plywackiej, wiec moze to jednorazowa oplata za caly rok. Tak ogolnie to jakos tak Bi w tej lekkoatletyce nie widze, ale nie bede jej stopowac skoro chce sprobowac. Kiedy sie mysli o tych sportach, widzi sie szczuple i mocno umiesnione jednostki. Starsza nie ma nadwagi, ale zdecydowanie posiada... mase. :D To nie jest chudzielec, zreszta widzicie po zdjeciach. Tymczasem bedzie musiala sobie wybrac dyscypliny i twierdzi, ze chce wziac sprint na krotkich dystansach oraz... skok wzwyz. Coz, zobaczymy na ile jej starczy zapalu. Jesli pamietacie, dwa lata temu w wakacje chciala biegac i wytrzymala... 3 tygodnie. :D

Dzien musia byc wyczerpujacy, bo idac spac zastalam Kokusia tak. Spi z glowa w nogach. :D

Po obudzeniu sie we wtorek, spotkala mnie kolejna niespodzianka, bowiem na telefonie juz czekal sms, ze... zamkneli szkoly. :O Fakt, ze prognozy cos tam pokazywaly, ze jakis snieg, jakis marznacy deszcz, itd., ale mialo tego spasc niewiele i padac tylko przez kilka godzin. No ale skoro zarzad szkol spanikowal, to coz. Tyle, ze teraz Potworki beda mialy zajecia do 17 czerwca, a to jak na tutejsze szkoly baaardzo pozno. Najsmieszniejsze, ze Bi, ktora zwykle skrupulatnie sprawdza wiadomosci, tym razem jakos nie zerknela i juz krzatala sie na dole. Kiedy schodzilam, Nik sie akurat przebudzil, wiec powiedzialam mu tylko, ze szkoly nie ma i moze spac, po czym zawolalam to samo do Starszej. Panna za chwile przyczlapala do gory i ponownie wskoczyla do lozka. ;) Zastanawialam sie co robic z praca, bo skoro szkoly zamkneli, to oznaczalo, ze spodziewali sie faktycznie kiepskich warunkow. Sprawdzilam jednak i jedna strona pokazala, ze snieg zacznie padac o 11, druga, ze o 13 i obie twierdzily ze marznacy deszcz zacznie sie dopiero okolo 16, zas samego sniegu mialo spasc ze 3-5 cm. Stwierdzilam wiec, ze pojade do biura i bede co jakis czas wygladac przez okno. Tak zrobilam i choc snieg zaczal padac juz o 10, to na poczatku nie osiadal. Dopiero okolo 13 zauwazylam ze przykleja sie do dachu pod oknami naszego biura. Na fejsbukowej stronie naszego miasta pokazala sie jednak wiadomosc zeby uwazac na drogach bo niedaleko centrum mielismy dachowanie auta. Odwolali tez trening Potworkow, z powodu warunkow na drogach. Stwierdzilam wiec, ze nie bede czekac az zrobi sie naprawde paskudnie i pojechalam do domu. I dobrze ze to zrobilam, bo kiedy jechalam, to co padalo, to byl wlasciwie marznacy deszcz, przemieszany troche ze sniegiem. Zanim dotarlam do domu, cale auto mialam pokryte warstwa lodu.

Przed wejsciem jeszcze wygladalo to jak snieg, ale szybko zostal rozmyty i pokryty lodem 

Kiedy M. dojechal do domu, nasz podjazd to bylo juz lodowisko. Wiem, bo poszlam po drzewo, pomyslalam bowiem, ze skoro siedzimy w domu, a za oknem jest paskudnie, to mozemy napalic w kominku. Oczywiscie, po powrocie do domu, kontynuowalam prace, ale kiedy wybila 16:30, z radoscia odlozylam laptoka i zajelam sie zyciem rodzinnym. Czyli niekonczacym sie odgruzowywaniem. ;) Wstawilam zmywarke, posprzatalam kuchnie, poskladalam pranie... Na szczescie czasu starczylo tez na wygrzewanie dupki przy ogniu. ;)

Po tym jak wygladalo wszystko naokolo wieczorem, spodziewalam sie, ze w srode moga opoznic lekcje i sie nie pomylilam. Kiedy sie obudzilam, znalazlam wiadomosc na telefonie o 2-godzinnym opoznieniu, po czym wstalam zeby sie upewnic ze Potworki widzialy, ze moga spac. Tym razem sami sprawdzili wiadomosci i oboje byli w lozkach. Poniewaz wszystko na zewnatrz wygladalo niczyl pokryte szklem, stwierdzilam, ze do pracy tez pojade troche pozniej. Polezalam w lozku, nawet lekko przysnelam, ale niestety, kiedy pozniej zerknelam na sluzbowy telefon, spotkala mnie bardzo niemila niespodzianka, bo szef wyznaczyl nam meeting o godzinie 9. Byla 7:30, wiec wpadlam w lekka panike. Predko zjadlam sniadanie i zaczelam sie szykowac, porzucilam jednak robienie makijazu, bo wolalam zaoszczedzic te pare minut czasu. Balam sie jak beda wygladac drogi, ale poza moim osiedlem byly calkiem niezle. Az dojechalam do uliczki przed budynkiem pracy, ktora wygladala jakby plugi o niej zapomnialy. :O Pedem zaplacilam za parking i popedzilam do srodka (slizgajac sie na parkingu oraz chodniku) i na pierwsze pietro. O dziwo, zasapana dotarlam do biurka 8 minut przed meetingiem i mialam nawet czas zeby przyszykowac sobie kawe. ;) Tak jak sie obawialam, szef mial dla mnie nieciekawe wiesci dotyczace grafiku. Ogolnie nasza grupa traci jedna osobe, wiec wiadomo ze wszyscy musieli przejac inspekcje, ktore normalnie przypadlyby jemu. Poniewaz jestem nowa, wiec poki co musze dolaczac do innych, a akurat czesc jest na jakichs bardziej skomplikowanych projektach, inni na inspekcjach zagranicznych, itd. Zla jestem tylko, bo szef na sile probuje mnie gdzies "upchnac", jakby sie bal, zebym bron Boze nie przesiedziala tego miesiaca zbijajac baki. :/ W kolejnym tygodniu mam wiec jechac do... New Jersey. Nie jest to moze jakas straszna odleglosc, tak okolo 3 godziny drogi, ale za to, zeby moc spokojnie zaczac w poniedzialek rano, bede musiala jechac tam juz w niedziele po poludniu. :( Zeby bylo "zabawniej", zaraz w nastepnym tygodniu mam jechac pod Boston, a ze chlopak do ktorego mam dolaczyc, chce zaczac w poniedzialek o 8 rano (!), wiec ponownie bede musiala jechac tam juz w niedziele. Oznacza to, ze najprawdopodobniej wroce do domu w piatek wieczorem z jednej inspekcji i zaraz w niedziele po poludniu bede wyruszac na kolejna. :( Rozumiem, ze szef daje mnie gdzie sie da i tak akurat sie zlozylo ze te dwie inspekcje wypadly jedna za druga, ale szczerze, to moglby sobie ktoras darowac. Pozniej poki co wydaje sie, ze bede miala 2 tygodnie spokoju (chyba ze szefunio cos wymysli), a nastepnie mozliwe ze wyjazd na to odwolane szkolenie. Dostalam kilka maili, ze tym razem powinno dojsc do skutku, ale uwierze jak zobacze... Wiekszosc dnia spedzilam probujac zarezerwowac hotel, bo musi to byc zatwierdzone przez kilka osob zanim rezerwacja "przejdzie". Jak na zlosc, rezerwacje musza spelniac rzadowe kryteria (ogolnie wyglada, ze musza sie wiazac z jak najmniejszymi kosztami) i okazalo sie, ze w tamtych okolicach tylko dwa hotele sie kwalifikuja. Ten ktory wybralam ciagle blokowal strone, wiec w koncu musialam wziac drugi, najtanszy i taki troche... obskurny. :D Pozniej dzwonila do mnie pani z oddzialu podrozy. Najpierw pyta co to za wyjazd, bo w jednym miejscu jest "inspekcja", a w drugim "szkolenie". Wytlumaczylam ze teoretycznie bedzie to inspekcja, ale w praktyce, dla mnie to szkolenie. OK. Pol godziny pozniej dzwoni ponownie i pyta czy lece samolotem. Kobieto, skoro w rezerwacji nie ma lotu, to chyba wiadomo ze nie? No dobra, ale czy biore auto swoje czy sluzbowe? Planuje sluzbowe. OK, a czy beda platne autostrady? Ludzie, a skad ja mam wiedziec, skoro nigdy tam nie bylam?! Znajac te tereny, zakladam, ze jakies oplaty beda, ale pewnosci nie mam. Dobra, niby wszystko wyjasnilysmy. Za jakis czas kolejny telefon! Bo jej tam pokazuje konflikt z innym wyjazdem! No i wiem, bo kiedy rezerwowalam, wyskoczylo mi to samo, ze mam w tym czasie to wyjazdowe szkolenie, pomimo ze zostalo odwolane! Nie rozumiem w ogole dlaczego, skoro odwolane, dalej siedzi ono na tej stronce wyjazdowej. Wyjasnilam pani co i jak, ale ona i tak dobrych kilka minut klikala tu, klikala tam, nawet pokazala mi swoj ekran i co ona widzi. Cierpliwie tlumaczylam, ze nie mam pojecia dlaczego dalej to tam jest, zastanawiajac sie czy to ona nie powinna wyjasnic tego mi. W koncu zajmuje sie potwierdzeniami podrozy, a nie ja. Podejrzewam, ze tez jest nowa. ;) W kazdym razie, z pracy wyszlam wykonczna psychicznie i z bolem glowy, a jeszcze musialam podjechac do taty wyjac mu listy. Mimo ze polecial tylko na 5 dni, chcial zeby sprawdzac poczte. W domu bylam gdzies o 17:30, wiec juz mi sie nic nie chcialo. Tymczasem w lodowce od 3 dni lezalo mielone na sos do lasagni i nie chcialam zeby sie zasmiardlo, wiec szybko wzielam prysznic i zabralam sie za obiad na kolejny dzien. To oznaczalo praktycznie nici z wieczoru, ale coz...

W czwartek szkola zaczela sie normalnie, ale za to Potworki mialy skrocone lekcje. :D Zawiozlam mlodziez do placowek, a potem pojechalam do roboty. Tam kolejny dzien stresu, szykowania sie na wyjazdy i przygotowywania pozwolen. Mialam tez rozmowe z szefem dot. corocznych ocen pracownikow. Weszly jakies nowe zasady, ktore kompletnie nie maja sensu nawet dla niego, ale coz. Moze to dobrze, ze poki co chyba jeszcze nie beda az tak patrzec na moje postepy, bo z jakiegos powodu, okres roku przy tych ocenach jest od wrzesnia do wrzesnia. Skoro zaczelam w grudniu, to juz automatycznie stracilam 3 miesiace na "wykazanie" sie. Kiedy meczylam sie w robocie, Potworki konczyly radosnie lekcje. Poniewaz ani ja, ani M. nie moglismy wyjsc wczesniej, a sasiadka utknela na meetingach, powiedzialam Bi ze musi albo wrocic na piechote, albo znalezc kogos innego do podwozki (choc wiem ze nikt inny w poblizu nie mieszka). Po namysle zasugerowalam, ze przeciez moze tez podjechac szkolnym autobusem. W mlodszych klasach trzeba zaznaczac czy dziecko jest dowozone, czy jezdzi school bus'em. W high school autobusy kursuja i uczniowie moga do nich wsiadac wedlug potrzeby, albo nie. Na moja sugestie jednak Bi wykrzyknela, ze w zyciu! Zdziwilam sie, bo tyle lat jezdzila i nie bylo zle. Okazuje sie, ze to byla tortura, panna ledwie uszla z zyciem i za zadne skarby tego nie powtorzy. :D Nie, to nie. Ostatecznie, z kolezanka - sasiadka wrocily razem piechota, kulac sie pod wspolnym parasolem, bo caly dzien padal deszcz. ;) Mnie w pracy za to spotkala kolejna irytacja, bo spytalam szefa, czy moge nastepnego dnia pracowac z domu. Poniewaz mam wyjechac juz w niedziele, musze sie przygotowac, porobic pranie, itd. Zawahal sie, ale po namysle oznajmil, ze przykro mu, ale nie, bo ktos odgornie ma niby sprawdzac skad sie laczymy. :( Ugh... Po robocie wpadlam tylko do domu, zostawilam plecak oraz sniadaniowke i popedzilam na zakupy, wiedzialam bowiem ze w piatek nie bede miala czasu. Zabrala sie ze mna oczywiscie Bi i dopiero w drodze powrotnej przypomnialo mi sie, ze przeciez Potworki mialy o 18:30 trening i powinnam byla panne zostawic w domu. A tak, mlodziezy uciekl kolejny basen, tym razem przez moja glupote, choc w sumie M. tez moglby pamietac... Juz zapowiedzial Potworkom, ze kiedy mnie w przyszlym tygodniu nie bedzie, jada 3 dni bez marudzenia. ;)

W koncu piateczek. Zaczal sie tak samo jak czwartek, czyli zawiezieniem Potworkow do szkol. Tego dnia rowniez mieli skrocone lekcje, ale Bi odebrala sasiadka, wiec nie musiala maszerowac. Tego dnia juz nie padalo, ale bylo pochmurno i ponuro i w dodatku wial nieprzyjemny, zimny wiatr. W pracy mielismy niespodziewane "tlumy", bo poza mna jeszcze 3 osoby. ;) Jedna z kobiet opowiadala cos, ze musi sie zastanowic w ktore dni przyjezdzac, bo podobno teraz bardzo sprawdzaja czy nikt nie przekracza 2 dni zdalnej pracy w tygodniu. Coz... Ten tydzien przejezdzilam do biura calutki i jakos nie zauwazylam zeby ktos sie tym specjalnie przejmowal. ;) Nawet moja kolezanka - rowniez nowa, stwierdzila ze jej szef nie widzi problemu. Choc kiedy chciala ktoregos dnia przesunac nieco godziny pracy - przyjsc wczesniej i wyjsc wczesniej, podobno wyznaczyl specjalna rozmowe i powiedzial, ze absolutnie nie. To samo powiedzial mi kiedys moj szef, jak rowniez to, ze musze brac przerwe na lunch, nie moge jesc pracujac i skrocic w ten sposob czasu pracy o pol godziny. Tego nie rozumiem juz kompletnie, bo poza miejscami pracy, ktore maja scisle zmiany, zwykle szefostwa nie interesowalo czy ktos bral przerwe czy nie i o ktorej przyszedl, byle by przepracowal swoje 8 godziny. No ale praca dla "rzadu" jednak ma swoje zasady, czasem dziwne, albo wrecz glupie. Kolejnym problemem bylo sluzbowe auto. Mamy ich 5, ale okazalo sie, ze jedno wlasciwie zarezerwowane jest dla ludzi od zywnosci, a dwa maja rozladowane akumulatory. Zostaly dwa i planowalam wziac jednego forda, ale uprzedzila mnie kolezanka. Zostal hyundai, o ktorym inna dziewczyna powiedziala mi ze jakos dziwnie sie go odpala, ale oczywiscie nie pamietalam co i jak. Ona akurat jest na inspekcji zagranica, wiec choc do niej napisalam, to nie odpisala. Poszlam wiec do garazu zeby zobaczyc czy uda mi sie je odpalic. Naciskam guzik, drzwi ani drgna. Mysle sobie, super, kolejne auto bez akumulatora. Przyszlo mi jednak do glowy, ze moze rozladowaly sie baterie w pilocie. No dobra, wyjelam kluczyk, otworzylam drzwi. Probuje odpalic auto guzikiem i... nic. Pamietalam jednak ze gdzies trzeba bylo cos nacisnac, wiec kliknelam na guzik z czyms jak bateria. Auto rozwylo sie na caly garaz! Ale obciach, bo w budce jest straznik. :D Nacisnelam guzik zeby auto otworzyc i o dziwo przestalo wyc. I... odpalilo! Ki diabel? Nie wiem co zrobilam, ale moze jednak uda mi sie nim gdzies pojechac, choc troche sie boje, ze gdzies utkne. Po pracy zajechalam jeszcze do taty wyjac mu poczte, choc w sumie nie wiem po co, bo jutro wraca. Pozniej wpadlam do domu, pol godziny sie pokrecilam i pojechalismy z Kokusiem na... basen. Nie na plywanie jednak, tylko na (juz chyba doroczne) przyjecie z okazji zakonczenia sezonu zimowych zawodow. Trzeba bylo zaznaczyc kto bedzie juz ze dwa tygodnie temu. Bi oznajmila, ze nie idzie, ale Nik byl chetny. I dobrze ze pojechal, bo byl tez jego chyba najlepszy kolega z druzyny, ktory opowiada mu historie z high school, bo jest z rocznika Starszej. Nik nie slucha tak siostry, jak kolegi. :D Trener najpierw rozdawal kazdemu po kolei wstazki z zawodow oraz medale.

 

Ten w bialej koszuli to glowny trener i nie, Nik nadal jest od niego tyci nizszy, choc juz niewiele mu brakuje

Te ostatnie to podobno rezultat mlodszych dzieci, marudzacych ze naleza im sie medale za wysilek. Mowisz - masz. Dostali medale. :D Niestety, zamiast zamowic jakis tani plastik, trener zamowil cos metalicznego. A kazdy dostal przynajmniej dwa, wiec przy kazdym kroku brzeczaly jeden o drugi. Maluchy szybko to podchwycily i specjalnie potrzasaly tymi medalami, robiac niemozliwy harmider. Zastanawiaja mnie niektorzy rodzice. Trener nadal wywoluje dzieciaki po dbior medali oraz wstazek, dzieciak napierdziela medalami stojac obok ojca czy matki, a oni...nic. Ja bym juz dawno przytrzymala reke i skarcila ze nie dzwonimy niczym w kosciele, ale ci rodzice jakby byli glusi. :O Jakos wytrzymalam, choc korcilo mnie zeby huknac na jednego czy drugiego malolata, ze zaraz mu tymi medalami zadzwonie po lepetynie. :D Trener zarzadzil wspolne zdjecie wszystkich plywakow, a potem juz dzieciarnia oraz mlodziez rzucila sie na pizze oraz ciasteczka.

Jakos malo w tym roku zjawilo sie dzieciakow... 

Zjedli (rodzice tez), posiedzieli i po chwili jedna rodzina po drugiej zaczela sie wykruszac. Dalam Kokusiowi 15 minut zeby sobie pogadal z kolega, ale sala pomalu pustoszala, wiec zgarnelam syna i moglam wrocic do domu, zeby zaczac niestety skrocony weekend...

Do przeczytania!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz