piątek, 10 marca 2023

Zimowo, sportowo, zwierzakowo i chorobowo, czyli marcowy misz - masz

Piatek 3 marca, roznil sie od naszych "normalnych" piatkow, bowiem po poludniu, zamiast konczyc przygotowania do Polskiej Szkoly, jechalam z Kokusiem na... mecz. Trener zapisal ich druzyne na sesje zimowa na hali. Beda mieli serie meczow towarzyskich, zeby rozruszac sie nieco przed sezonem. Pierwszy mecz mieli o godzinie 17, a rozgrzewka zaczynala sie juz o 16:30, wiec cale szczescie ze dzieciaki i tak mialy skrocone lekcje. Inaczej, zeby Mlodszy zdazyl na czas, musialabym odebrac go ze szkoly, a i tak gonilibysmy z wywieszonymi jezorami... Oczywiscie, jak juz zasiedzial sie w domu, Nik wzdychal ciezko i jeczal ze nie chce mu sie jechac. Bi zostala z M., a ja zapakowalam Mlodszego do auta nie zwazajac na protesty i przewracanie oczami. ;) Coz... pierwszy mecz chlopaki przegrali. Nie jakos sromotnie, bo 2:3, ale trzech sie poplakalo. Nik przyznal po, ze jadac byl bardzo zestresowany, ale potem bylo fajnie. Czyli jak zwykle. Szkoda tylko, ze to "fajnie" nie przekladalo sie na porzadna gre. Jak dla mnie, Nik biegal po boisku bez wiekszego celu, jakby zastanawial sie skad wlasciwie sie tam znalazl. ;)

Zdjecie przez siatke, coz...
 

Poza tym, i o tym juz mu powiedzialam, Mlodszy musi zaczac porzadnie uzywac nog. Zauwazylam juz podczas zawodow plywackich, ze Nik w czasie wyscigow prawie nie pracuje nogami. Wszystkie dzieciaki chlapia odnozami, a moj syn w sumie ciagnie je za soba bezwladnie. W zasadzie swiadczy to tez o sile jego ramion, skoro we wszystkich zawodach uzyskuje przyzwoite wyniki. ;) No ale w pilce noznej, nie da sie nadrobic braku sily nog, praca ramion i zauwazylam, ze jak juz Nik dorwal pilke i ja kopnal, to... ta ledwie sie toczyla. Serio, mysle ze przecietny 7-latek ma mocniejsze kopniecia. Tragedia... No ale co na moja bure odpowiedzial Mlodszy? Ze on nie lubi mocno kopac przy plywaniu, bo potem bola go nogi. Jaaasne, a miesnie same sie wyrobia... ;) Tak czy owak, Mlodszy na meczu dobrze sie bawil, przegrana kompletnie sie nie przejal, a na dodatek ucieszyl sie, bo przy okazji meczow, na hali otworzono sklepik. Kiedy Potworki przyjezdzaja tam na zajecia w tygodniu, wszystko zamkniete jest na glucho. Teraz wyprosil porcje frytek, wiec do domu wracal w wesolutkim humorze. A kiedy w czasie jazdy odebralam telefon z Polskiej Szkoly, ze zajecia nastepnego dnia maja zostac odwolane, to humor zrobil mu sie wrecz szampanski. ;) Tak naprawde to spodziewalam sie tego odwolania i zdziwilam, ze dzien wczesniej w wiadomosci nic o tym nie wspomnieli. Szkola co czwartek dzwoni z najwazniejszymi informacjami i ani slowkiem nie zajakneli sie o mozliwym braku zajec. A wiadomo bylo juz od kilku dni, ze "cos" nadchodzi. Caly grudzien, styczen oraz luty mielismy pogode wiosenno - jesienna, a jak przyszedl marzec, to Matka Natura zorientowala sie, ze zapomniala zeslac nam zime. Najpierw snieg mielismy z poniedzialku na wtorek (dobra, to byl w sumie ostatni dzien lutego), a teraz z piatku na sobote. Co prawda tym razem temperatury mialy zostac plusowe, wiec zapowiadano mieszanke wybuchowa: troche sniegu, troche sniegu z deszczem oraz troche marznacego deszczu. A tak naprawde to nikt nie wiedzial ile czego spadnie, wiec nie dziwie sie, ze woleli na wszelki wypadek odwolac zajecia. Potworki oczywiscie byly przeszczesliwe, a ja ucieszylam sie i ze nie musze sie rano zrywac i ze mam wiecej czasu zeby pocwiczyc z Kokusiem te nieszczesna hemisfere oraz dni tygodnia. Moze nawet zdazymy wykuc miesiace. ;)

W sobote okazalo sie, ze spadlo nam jakies 5 cm mokrej brei. Dodatkowo, drogowcy najwyrazniej uznali, ze w weekend 90% ludziskow nie rusza sie z domow i nasze osiedlowe ulice byly kompletnie nietkniete.

Stan z soboty rano
 

Malzonek poszedl rano odsniezyc podjazd i narzekal ze diabelstwo bylo ciezkie jak cholera. Na szczescie Potworki nawet nie wspomnialy o wyjsciu na dwor, a ja tez sie nie odzywalam, bo podejrzewam, ze wrociliby przemoczeni do ostatniej nitki. Calutki dzien przesiedzielismy wiec w chalupie. Ja robilam prania, a takze odkurzalam i mylam podloge, M. wybral sie do Polskiego Sklepu (jak juz plugi przejechaly po osiedlu), a dzieciaki wiekszosc dnia spedzily z nosami w tabletach. ;) Oczywiscie okazuje sie, ze malzonek nie moze miec wolnego weekendu, bo chodzil skwaszony niewiadomo o co i skonczylo sie sprzeczka. W dodatku, jak to M., mimo ze ewidentnie on zawinil wybuchajac o bzdure, mimo ze staralam sie odzywac w miare normalnie, to do konca dnia zachowywal sie jakby to on byl tu ofiara i jakbym ja mu nazrzedzila bez powodu... Atmosfera byla gesta i ucieszylam sie kiedy w koncu polazl na gore spac. ;)

Mimo humorow, malzonek napalil w kominku i tak, kot nadal usiluje popelnic samobojstwo
 

Niedziela zaczela sie oczywiscie msza, choc po fakcie zalowalam, ze pojechalam. Malzonek dalej stroil fochy niewiadomo o co i powinnam byla wyslac go do kosciola samego. Wielokrotnie mowilam mu, ze ja nie jestem specjalnie wierzaca i chodze tylko dlatego, ze wiem, ze mu zalezy zeby byc tam cala rodzina. Jesli on przechodzi odzywa sie do mnie tylko polslowkami albo w ogole, to nie widze powodu zeby jechac na msze i udawac kochajaca, bogobojna rodzine. Tym bardziej, ze do dzieci odzywal sie normalnie, zagadywal nawet kota, tylko na mnie sie boczyl. A najlepsze, ze ja mu absolutnie nic nie zrobilam! Taki popie*dolony ma charakter! Takze, pojechalam do tego cholernego kosciola i dopiero po fakcie puknelam sie w glowe, ze moglam dac mu nauczke, tupnac noga i oznajmic, ze nigdzie sie z nim nie wybieram... W kazdym razie, po powrocie siedzielismy juz w domu. Przyszlo mi do glowy zeby zabrac Potworki na narty, z racji ze mamy juz marzec i lada tydzien beda zamykac lokalne stoki, a poza tym wyjatkowo wszyscy bylismy zdrowi. ;) Nie mowiac juz o ucieczce od gestej atmosfery w domu... Mielismy jednak +8 stopni, a w sloncu pewnie z +12, wiec nie bardzo mialam ochote pocic sie na stoku, a w dodatku bylam w trakcie "moich" dni w miesiacu i stwierdzilam, ze jak mam zalac spodnie narciarskie, to moze lepiej sobie odpuscic. Zamiast tego kontynuowalam weekendowe pranie, a takze zmienilam Potworkom posciel i ogolnie leniuchowalam. Z racji, ze M. okupowal salon, ja spedzilam wiekszosc dnia w naszej sypialni zeby nie musiec na dziada patrzec. ;) Poza dwiema godzinkami, na ktore wpadl moj tata, jak prawie co niedziele. A wieczorem to juz wiadomo: kapiele, wyciaganie plecakow, sniadaniowek, ladowanie Chromebookow, sprawdzanie menu w szkole i takie tam przygotowania na kolejny dzien.

W poniedzialek powrot do kieratu, choc na poczatek dla M. oraz Potworkow. Ja dostalam maila od FedEx'u, ze maja mi dostarczyc moj paszport odeslany przez polska ambasade. Niestety nadany z wymogiem podpisu, a przewidywane dostarczenie w 6 marca... do 20 godziny. Czyli caly dzien czekania na laskawcow, chociaz tym razem zupelnie sobie nie krzywdowalam, bo mialam pretekst zeby zostac w chalupie. :D Odstawilam wiec rano dzieciaki na autobus, porzucalam psu pilke, po czym wrocilam do chalupy, dalam kotu sniadanie i zajelam sie drobiazgami okolodomowymi. Jesli mowa o kocie, to przez weekend jakos slabiej jadl, ale poza tym zalatwial sie i swirowal jak zawsze, wiec nie wiem czy go przekarmialam. Od ponad tygodnia dostawal 1/4 puszki dla kociat rano, potem o 13 porcje mleka, o 17 mleko z namoczonymi chrupkami dla kociakow, a o 23 kolejne 1/4 puszki. Od kilku dni poranna porcje mokrej karmy podziubala, po czym zostawiala, ale pozniej przychodzila i wyjadala taka juz przeschnieta. Po poludniu mleka troche pochleptala i zostawiala czasem pozniej jeszcze dokanczajac, a czasem nie. W niedziele pod wieczor dalam jej namoczone w mleku chrupki, ale samo mleko odlalam. Kilka zjadla, reszte zostawila. Wieczornej mokrej karmy nie ruszyla, choc przez noc troche skubnela. Za to dokonczyla ja rano. No i przestala leciec na zlamanie karku na widok miseczki. :/ Oczywiscie jestem kompletnym nowicjuszem jesli chodzi o wychowywanie kociaka, wiec posilkuje sie internetem. Oreo w piatek skonczyla 6 tygodni. Z tego co czytalam, w siodmym tygodniu mozna juz ograniczyc karmienia do trzech, a po skonczeniu 8 tygodni kocie jest gotowe do oddania do adopcji (jesli nadal jest z matka), wiec powinno jesc juz normalnie mokra oraz sucha karme dla kociat. No to od dzis sprobuje dac jej rano mokra karme (zjadla tak z polowe tej 1/4 puszki), okolo 16 chrupki namoczone w mleku i przed spaniem znow 1/4 puszki. Zobaczymy, czy bedzie lepiej jadla...

Przyszly w koncu zdjecia Kokusia z koszykowki. Zrobione w grudniu, dotarly w... marcu. :O A ja liczylam ze jedna odbitke dam Tacie w prezencie swiatecznym. Haha, chyba na Wielkanoc, tyle, ze akurat bedzie w Polsce. ;)

Niewiadomo czy Nik jeszcze kiedys bedzie w kosza gral, wiec przynajmniej jest pamiatka ;)
 

Moj paszport dostarczyli jakos po 10 rano, ale skoro juz i tak napisalam, ze nie bedzie mnie w pracy, to nie widzialam powodu zeby to zmieniac. ;) Dzien spedzilam w miare luzno, troche sprzatajac, troche gotujac, zmieniajac posciel u mnie i M... Malzonek dojechal z pracy i... nadal jest ciezko obrazony o ch*j raczy wiedziec co. Zaczynaja mi puszczac nerwy i mam ochote go piep**nac patelnia przez ten glupi czerep. :/ Cale szczescie, ze w poniedzialki dzieciaki maja zajecia, wiec nie musialam na niego za duzo patrzec. Juz na 17 jechalam z Bi na akrobatyke i bardzo cieszyla mnie perspektywa siedzenia godziny w samochodzie.

Bi (zaznaczona) robi przewrot w tyl
 

Kiedy wrocilysmy, chlopaki wlasnie zbieraly sie na basen. A po ich powrocie to juz czas szykowania sie do snu.

We wtorek juz i ja musialam jechac do roboty. Ech, no ze czlowiek bez kasy nie da rady... ;) Odstawilam dzieciaki na autobus, porzucalam psu pileczke, po czym wrocilam do domu i pierwsze co, to nakarmilam kociaka. Tego dnia, dla odmiany, rzucil sie na miske jakby tydzien nie jadl! Nie kumam tego zwierzaka, serio. Caly weekend mial slaby apetyt; jeszcze w poniedzialek w dzien podstawialam go pod miske, a on wachal po czym odwracal sie i odchodzil, albo skubnal i konczyl porcje pomalu pozniej. Dopiero wieczorem zjadl z apetytem, a we wtorek rano prawie rzucil sie na miseczke... Ale w poniedzialek mial tez rozwolnienie, wiec moze cos mu zaszkodzilo. Niestety, Potworki to dzieciaki i choc powtarza im sie ostrzezenia, sa roztrzepani i zapominaja. W niedziele Nik zostawil na oparciu fotela biszkopta, do ktorego dorwal sie kot. Na szczescie bylismy przy tym, wiec "przysmak" od razu zostal zabrany. W poniedzialek rano zas zauwazylam, ze kot memla cos znalezionego pod stolem gdzie Potworki jedza posilki. Zapewne chrupke do mleka. Apetyt mial juz jednak kiepski od piatku, choc, z drugiej strony, kto wie co ten kiciul moze dorwac i zjesc jak my spimy a on buszuje na dole... Kolejne dziecko do zamartwiania sie po prostu... Poniewaz musialm jechac do pracy juz na caly dzien, a kociak wydawal sie wyglodzony, nasypalam mu suchej karmy. Nienamoczonej mu jeszcze nie dawalam, ale zawsze musi byc ten pierwszy raz, tak? ;) Taki jest zreszta plan karmienia na kolejne miesiace: dwa razy dziennie porcja mokrego i suche chrupki wedlug uznania.

Przy porannym ogarnianiu siebie i chalupy, kiciul zawsze obserwuje mnie gdzies z ukrycia :D
 

W robocie meeting, ktory tylko mnie wkurzyl. Napisalam ostatnio, ze szef wezwal nas z powrotem do pracy bo dostali dofinansowanie, ale ani slowa o pozostalej zaleglej wyplacie, a w poniedzialek powinna byla wplynac kolejna. Ten temat mial byc poruszony na meetingu i byl, aaale... jak zwykle nie ma prosto i przyjemnie. Dofinansowanie dostali w Chinach, gdzie jest druga filia i ma ono posluzyc obu oraz innym "sprawom" wlasciciela. To jeszcze da sie zrozumiec. Niestety, maja tez limit ile pieniedzy moga wyslac z Chin do Stanow na jakis tam okres. I tu szef gadal juz bardzo ogolnikowo, ze powinien w tym tygodniu zatwierdzic kolejna zalegla pensje, a w nastepnym te z poniedzialku i wtedy bedziemy juz na biezaco... A guzik; nie bedziemy, bo kazda "zatwierdzona" wyplata wplywa kolejnego tygodnia, wiec wtedy bedzie juz pora na kolejna. Poza tym to "powinien" tez nie jest przekonujace. I zastanawiam sie, po cholere kaze wracac do roboty, skoro nadal nie placi? Jak mam pracowac za darmo, to wole robic tylko najpilniejsze rzeczy i to z domu, a nie pchac sie codziennie do biura. :/ W kazdym razie, troche obawialam sie jak Oreo zniesie caly dzien samotnie, wiec w poludnie pojechalam na chwile do chalupy. Taka bliska praca to naprawde wygoda (zeby jeszcze placili...)! Okazalo sie, ze kiciul przybiegl na powitanie rozbrykany i zadowolony, a z miseczki zniknelo troche suchych chrupek. To dobrze, oby tylko obylo sie bez kolejnych rewolucji zoladkowych... Posiedzialam chwile, podrapalam Maye, a kiciula staralam sie maksymalnie wymeczyc zabawa zeby (miejmy nadzieje) poszedl spac po moim wyjsciu. Nie chcialo mi sie wracac do roboty jak cholera, ale co bylo robic... Tego dnia mielismy okolo 4 stopni, ale przy porywistym, zimnym wietrze wydawalo sie sporo chlodniej. Kiedy wrocilam do domu, z ulga oczekiwalam, ze spedze spokojny wieczor w cieplej chalupie, skoro we wtorki Potworki nie maja zajec. Niestety, M. dostal sms'a od ksiegowego, ze skonczyl nasze rozliczenie podatkowe i kiedy chcielibysmy przyjechac je przejrzec i podpisac przed wyslaniem. Co bylo robic; skoro nie mielismy innych planow, to pojechalismy, zeby miec juz to odhaczone. Na szczescie facet mieszka jakies 20 minut od nas, a samo przejrzenie tabelek dlugo nie zajelo, wiec obrocilismy w 1.5 godziny. Starczylo nawet czasu na ponowne przecwiczenie z Kokusiem hemisfery oraz dni tygodnia. Z ulga stwierdzam, ze w koncu zapamietal! Przecwiczymy jeszcze raz w piatek, a potem niech to zaliczy w sobote i bedziemy walkowac miesiace. Narazie nie chce nawet zaczynac, zeby mu sie wszystko nie zaczelo mylic. ;) Potem jeszcze przymusilam panicza do przecwiczenia gry na trabce. W czwartek ma miec tez i z tego jakies zaliczenie, wiec niech trabi. ;)

Dobrze, ze pocwiczyl, bo w kolejnych dniach juz nie dal rady, gdyz zwyczajnie padl mu glos
 

A! Zapomnialam napisac, ze w zeszym tygodniu dostalam maila z nastepnej szkoly Bi, do ktorej przechodzi od kolejnego roku. Cos jak odpowiednik polskiego gimnazjum - middle school. Panna musi wybrac sobie przedmioty dodatkowe. Do wyboru ma nadal orkiestre lub chor (albo polaczenie jednego i drugiego), a jesli stwierdzi, ze nie chce kontynuowac muzyki, do wyboru jest caly szereg zajec innego rodzaju. Osobiscie jest mi wsio ryba co wybierze, lezka mi sie tylko kreci w oku, ze moje dziecko robi kolejny krok w drodze do doroslosci... A dopiero co wybierala zajecia muzyczne do obecnej szkoly, ech... Dwa lata zlecialy niewiadomo kiedy.

Sroda miala byc zupelnie inna, ale oczywiscie plany lubia sie pierdzielic. Rano Nik wstal z zapuchnietym okiem. Juz poprzedniego dnia powieke w kaciku mial lekko czerwona i podpuchnieta. Tego ranka bylo jednak zdecydowanie gorzej, choc panicz twierdzil ze tylko lekko go swedzi, za to ma tez zapchany nos. Poniewaz nie bylam pewna czy moze cos go nie ugryzlo, albo moze to oko zatarl, a poza tym rano, wiadomo, oczy sa zawsze troche zapuchniete po nocy, wiec wyslalam go do szkoly przykazujac, ze jakby bardzo mu to oko dokuczalo, niech pojdzie do pielegniarki. Dzieciaki odjechaly, a ja porzucalam psu pilke, nakarmilam kota, przewietrzylam sypialnie i pojechalam do pracy. Jestem w drodze i co? Telefon ze szkoly! :D Najwyrazniej Nik nie wytrzymal nawet pol godziny, tylko od razu polecial do pielegniarki. Ta zrobila mu zimny oklad, ale stwierdzajac, ze nie widac poprawy, zadzwonila do mnie ze trzeba by sie skonsultowac z lekarzem, a poniewaz moze to byc zapalenie spojowek, ktore jest mocno zarazliwe, musze zabrac go ze szkoly. Dojechalam wiec do biura, wyslalam maila wyjasniajac sytuacje, zabralam kompa i pojechalam do szkoly. Po odebraniu syna podjelam probe umowienia sie do lekarza, a tam wolne terminy zaczynaja sie... po godzinie 15! Sek w tym, ze tego dnia Potworki mialy miec pilke i mialam juz ustalone z Bi, ze odbieram ja ze szkoly. W koncu wybralam godzine 16 na termin Kokusia i stwierdzilam, ze najwyzej zadne na pilce nie bedzie. Trudno... Dzien zlecial niewiadomo kiedy i czas byl jechac po Starsza. Wzielam ze soba Kokusia, co okazalo sie dobrym posunieciem, bo po odebraniu Bi, pojechalismy prosto do lekarza. Mimo ze przyjechalismy niemal pol godziny wczesniej, przyjeli nas bez problemu, a potem zdazylam akurat odstawic panne na pilke. Co do Nika, to zalatwil sie na cacy. A konkretnie, to strzelil sobie z dubeltowki, bowiem ma owszem, zapalenie spojowek, ale na dokladke tez angine! :O Dobrze, ze lekarz obejrzal go tak ogolnie, poza zajrzeniem w oko, bo Mlodszy ani nie mial goraczki, ani nie uskarzal sie na bol gardla. A tu prosze. Juz pod pilka odebralam wiadomosc z apteki, ze dostali recepte i ja realizuja. Super, ale po kliknieciu na link okazalo sie, ze maja krople do oczu, ale ani slowa o antybiotyku na angine. No nic, poprosilam mame kolezanki Bi zeby zawiozla dziewczyny po pilce do biblioteki (na ostatnia lekcje drutow), a sama pojechalam wyjasniac. W aptece odebralam krople, ale po zajrzeniu w system okazalo sie, ze recepty na antybiotyk nie otrzymali. :/ Dzwonie do kliniki, a tam pani mowi, ze potrzeba im jeszcze chwilki. Zeby wypisac i wyslac recepte?! No ale coz, zabralam Mlodszego do domu, po czym dzwonie kolejny raz zeby spytac czy wyslali. Inna pani informuje mnie, ze lekarz przyjmuje pacjentow do 19 i wysle recepte kiedy skoncza sie przyjecia. Taaaa... Kiedy to pisze, jest godzina 22:37 i recepty ani widu, ani slychu. :/ Cale szczescie, ze Nikowi dokucza glownie oko, a jedynym objawem anginy jest slaby apetyt. Oby juz tak zostalo... Samo zakrapianie oka jest oczywiscie traumatyczne. Nik jeczy i oko przymyka i trudno powiedziec ile wplynelo do srodka, a ile splynelo po rzesach na bok... :/ Miejmy nadzieje, ze nawet minimalna ilosc cos da i jutro bedzie widac konkretna poprawe, bo narazie Mlodszy wyglada niemal komicznie. ;)

Pieknosci :D

Bi wrocila z drutow jak zwykle z dyplomem i lekkim rozczarowaniem, bo nie zalapie sie na kolejna sesje, ktora odbedzie sie na jesien. Maja bowiem dziwne wymogi i zajecia sa dla dzieci do 12 lat, ale VI klasy. Bi we wrzesniu bedzie miala owszem, dwanascie lat, ale bedzie juz w klasie VII. Jesli bedzie chciala wziac udzial w takich zajeciach, bedzie to w grupie albo dla nastolatkow, albo doroslych...

Jesli dobrze pamietam, to na jesien dostala identyczny ;)
 

W czwartek rano, niestety oko Kokusia wygladalo nadal tak samo, mimo dwoch dawek kropli poprzedniego wieczora. Z drugiej strony, niewiadomo ile lekarstwa faktycznie do niego wpada. Kiedy pierwsza poranna kropla zatrzymala sie glownie na rzesach, wkurzylam sie i przy drugiej przytrzymalam powieki otwarte. Mlodszy zakwiczal, ale trudno, chyba tylko tak bede miala pewnosc, ze cokolwiek wpada do oka. :/ Zawiozlam Bi do szkoly majac lekka nadzieje, ze po drodze odbiore wiadomosc, ze moge odebrac antybiotyk, ale oczywiscie cisza w eterze trwala nadal. A klinika otwarta dopiero od 10, wiec nie ma nawet jak dowiedziec sie, czy wyslali recepte... Ja cie pitole... :/ Po porannych kroplach oko Nika zaczelo sie poprawiac doslownie w oczach. Trudno powiedziec, czy wczesniej do niego po prostu nic nie wpadalo, czy to tylko przypadek. Przy kolejnych dawkach jednak juz upewnialam sie zeby przytrzymac powieki i zakraplac do otwartego oka. Po godzinie 10 znow zadzwonilam do kliniki. Jak na zlosc, doktorek tego dnia pracowal w drugiej przychodni, ale pani przekazala, ze wysle mu wiadomosc i bedzie tez w kontakcie ze mna, zeby poinformowac ze wyslali recepte. Jakos, po dniu poprzednim, ciezko mi bylo w to uwierzyc... Tez tak macie, ze jesli na cos czekacie i sie niepokoicie, to nie mozecie sie na niczym skupic? Bo ja tego dnia bylam kompletnie bezuzyteczna... Ani nie bylam za bardzo w stanie pracowac, ani zajac sie niczym konkretnym w domu. I podskakiwalam na kazdy dzwiek telefonu... Jak to z tymi ludzmi bywa, obiecanki cacanki, a glupiemu radosc. Pani z recepcji wiecej nie zadzwonila, ale jakos przed 15 dostalam wiadomosc z apteki, ze dostali recepte! Niemal 24 godziny po wizycie u lekarza, brawo! A gdyby Mlodszy byl naprawde powaznie chory?! Zreszta, wydaje sie, ze lekarz zlapal angine na samym jej poczatku, zanim u Nika rozwinely sie objawy. Pomiedzy diagnoza a otrzymaniem recepty, Nik bowiem wygladal coraz gorzej, choc oko wracalo do normy... W kazdym razie, okolo 15:45 mialam w koncu w reku antybiotyk i czym predzej zapodalam Mlodszemu pierwsza dawke. Wkurzylam sie tez, bo oczekiwalam ze Nik w piatek bedzie mogl pojsc do szkoly. Hamerykanie podchodza do anginy na wiekszym luzie niz w Polsce i w srode doktorek powiedzial, ze Mlodszy wezmie krople i antybiotyk tego wieczora, potem w czwartek i w piatek juz nie powinien zarazac i moze wrocic do placowki. Tyle, ze recepte na antybiotyk wyslal dzien pozniej i w rezultacie Nik nie tylko nadal zarazal, to w czwartek wieczorem dostal stanu podgoraczkowego i wiadomo bylo, ze do szkoly nie pojdzie. :/ A ja do pracy oczywiscie...

W piatek rano Nikowe oko wygladalo juz wlasciwie normalnie, tyle, ze nadal bylo delikatnie przymkniete, choc ledwo zauwazalnie. Za to narzekal, ze gardlo lekko go boli, a nos mial zawalony kompletnie. Podejrzewam, ze zalatwil sie na cacy i oprocz zapalenia spojowek oraz anginy, zlapal tez cos wirusowego. :/ Bi oczywiscie urzadzila jeczenie, ze to niesprawiedliwe, ze Nik zostaje w domu i ze dlaczego ona nie moze zostac, w koncu i tak byl juz piatek, itd. Zeby ja troche udobruchac, zawiozlam ja do szkoly; niech sie dziewczyna cieszy... ;) Dzien spedzilam wiec na pracy, ale z chalupy. Dostalam tez raporty semestralne Potworkow, ale o nich to juz moze kolejnym razem, tym bardziej, ze we wtorek mam miec wywiadowki w szkole, wiec dowiem sie moze czegos dodatkowego. ;) Niestety, wyglada na to, ze Nik podzielil sie ze mna zarazkami, bo pod koniec dnia zaczelo mnie upierdliwie bolec gardlo... Mam nadzieje jednak, ze to jakis wirusik, a nie angina. ;)

Na zakonczenie - Oreo, czarujaca urokiem osobistym ;)

piątek, 3 marca 2023

Zimowo na koniec zimy

Sobota, 25 lutego, zaczela sie tak, jak powinna (a malo kiedy jest ;P), czyli od Polskiej Szkoly. Potwory pojechaly oczywiscie naburmuszone, ale zrezygnowane. Odstawilam ich, po czym wrocilam do domu zajac sie zwierzyncem. W zasadzie to i jedno i drugie bylo nakarmione, wiec pozostalo mi wypuscic psa, a kotu zapodac odpowiednia ilosc glaskow oraz czasu na spokojna drzemke, odpowiednio do potrzeb. ;) Mielismy tego dnia solidny mroz, bo temperatura podniosla sie ledwie do -5 stopni, wiec przynioslam pod drzwi zapas drewna na wieczor. Malzonek (ktory pracowal) napisal, ze zajedzie do Polskiego Sklepu, wiec wyslalam go przy okazji po dzieciaki. W koncu od polskich sklepow to tylko kilka minut jazdy, a ja musialabym dralowac ponad 20. I cale szczescie, ze tak sie stalo, bo ni z tad, ni z owad, zaczal sypac snieg! W prognozach wspominali tylko, ze mozliwe, ze przelotnie poproszy. Taaa, poproszy. Taaa, przelotnie. Sypalo az milo i to dobrych kilka godzin. Tylko dzieki temu, ze przy takich temperaturach snieg byl drobniutki, nie nasypalo niewiadomo ile. Ale kilka cm spadlo, choc nie zakrylo nawet dobrze trawy. Po raz pierwszy w tym roku mielismy prawdziwy snieg, a nie taka mokra, zmieszana z deszczem breje! :D

Stan o 12:40
 

W kazdym razie, noszac drewno, zauwazylam, ze przysypany warstewka sniegu podjazd zrobil sie dosc sliski. Cieszylam sie, ze nie musze w takich warunkach wyjezdzac autem. Wykorzystalam za to dodatkowy czas i zaczelam robic czystki w zabawkach i innych duperelach w pokoju Kokusia. Moj syn to "zbieracz". Wszystko mu sie przyda, nawet znalezione na ziemi, polamane czesci "czegos". Przy tym, bardzo ciezko mu sie z czymkolwiek rozstac, chocby byla to jakas mala glupota jak zabaweczka z jajka niespodzianki. Ma w pokoju 4 szuflady i wszystkie pekaja w szwach. Zabralam wiec worek na smieci i ruszylam "do boju". Czego ja tam nie znalazlam! Pojemniczki z zaschnietymi glutkami, kupa wlasnie zabawek z jajek z niespodzianka; wiekszosc w czesciach, wiec nawet ciezko domyslic sie, co to bylo. Jakies plastikowe zabaweczki niewiadomo skad i do czego. Dodatkowo, jak wspomnialam, Nik zbiera wszystko co mu wpadnie w rece. Od czasu do czasu, czystki w swoim pokoju przeprowadza Bi. Zamiast jednak wyrzucac niepotrzebne rzeczy do kosza, pyta brata, czy je chce. A on oczywiscie zawsze chetnie przyjmuje. Znalazlam wiec tez takie cuda jak szczotke do czesania wlosow dla Barbie, dwa plastikowe pierscionki oraz spinke do wlosow z kwiatkiem. ;) Musialam zrobic ostra selekcje, ostroznie jednak probujac przewidziec czy Nik moze zauwazyc znikniecie kazdej konkretnej rzeczy, czy nie. ;) Uporalam sie z jedna szuflada, ale zostaly 3 kolejne, nie mowiac juz o polkach, ktore mialy byc dla niego miejscem na "wystawe" Lego, a jest jednym wielkim burdelem z zestawow kompletnych oraz czesciowo rozwalonych... Po przyjezdzie M. oraz dzieciakow spedzilismy popoludnie leniuchujac. Tylko Kokusia cos naszlo i najpierw poszedl puscic drona w sniegu, a kiedy temu (pewnie z powodu mrozu) momentalnie padla bateria, stwierdzil ze... poodsnieza.

Maya oczywiscie wiernie towarzyszyla, probujac wymusic rzut pileczka
 

Myslalam, ze znudzi mu sie po paru minutach, ale zawzial sie i szuflowal dobre pol godziny. Uporal sie z chodnikiem przed frontowymi drzwiami oraz czescia podjazdu. No zlote dziecko! Oby mu tak zostalo. ;)

Taka warstewke suchego sniegu fajnie sie po prostu przesuwa lopata
 

Reszta z nas wolala wygrzewac dupki przy kominku. ;) Ktory zafascynowal kota. Mlodziak podchodzil, prychal, uciekal, ale za chwile znow przylazil i wyciagal szyje. A ja stalam obok w najwyzszym pogotowiu, na wypadek gdyby przyszlo mu do glowy podejsc za blisko.

Maly kiciul i wielki ogien :)
 

Ogarnialam tez oczywiscie prania, bo bez tego nie ma weekendu, upieklam kolejna wersje chlebka bananowego (tym razem z orzechami wloskimi i suszonymi jagodami) i dzien zlecial.

Poniewaz nawet w sobote musielismy sie wczesnie zrywac, wiec w niedziele postanowilam z Potworkami spac do oporu. Malzonek pojechal do roboty, ale my wstalismy dopiero okolo 9 rano. Do kosciola pojechalismy na 11, co z jednej strony bylo fajne, bo ranek mielismy spokojny i powolny, a z drugiej, zanim wrocilismy do domu, bylo po poludniu, wiec dzien zlecial niewiadomo kiedy. Przyjechal dziadek, ktorego zaslodzilismy maksymalnie, bo do kawy dostal i moj chlebek bananowy i paczka z polskiego sklepu i andruta, bo M. cos naszlo na przekladane wafle. ;) Po odjezdzie dziadka konczylam zwyczajowe weekendowe pranie, jakis obiad, jakas kapiel, chwila przed tv i zrobil sie wieczor. Trzeba bylo przygotowac wszystko na kolejny dzien, plecaki, sniadaniowki, ubrania, naladowac Chromebooki dzieciakow, sprawdzic menu w szkole na kolejny dzien... Szkoda, ze Bi prawie nigdy nic nie "podchodzi", bo weszla jakas ustawa w naszym Stanie i od srody wracaja (nie pamietam na jak dlugo) darmowe obiady. Zaczely sie one w czasie pandemii, potem byly kilka razy przedluzane, ale w koncu wygasly przed Bozym Narodzeniem. Minely dwa miesiace i wprowadzaja je z powrotem. ;) No i super, tyle, ze Bi i tak je szkolny obiad maksymalnie dwa razy w tygodniu... A jesli o jedzeniu mowa, to wprowadzilam kolejny etap w zywieniu naszego kiciula. Zamowilam mu suche granulki dla kociat, a ze akurat przyszly, wiec poszlam za ciosem i dosypalam ich troche do popoludniowego mleka. Zostawilam na kilka minut zeby troche rozmiekly, po czym zapodalam Oreo podwieczorek. ;) Najpierw wachala podejrzliwie, potem zlizywala tylko mleko, spychajac chrupki na bok. W koncu jedna sprobowala i po-szlo. Wyjadla prawie wszystkie. Czyli kolejny krok do przodu. Od dzis, czyste mleko bedzie dostawac tylko raz dziennie, a mysle, ze od nastepnego tygodnia bedzie mozna zrezygnowac z niego zupelnie. I tak poki co dodaje troche mleka i do mokrej karmy i narazie rozmiekczam nim chrupki. A jeszcze troszke i mlodziak bedzie jadl jak "normalny" kot. :D Zas wieczorem, przy kominku, dla odmiany uwalil sie pies. ;)

Nasz zwierzyniec zajmuje najlepsze miejscowki ;)

W poniedzialek pobudka byla brutalna, jak to po weekendzie. Za to mialam niespodzianke kiedy wstalam, bo gdy wyszlam z lazienki, wlasnie znad ostatniego stopnia schodow wylanial sie maly czarny lebek. :D Wyglada, ze Oreo moze byc u gory stalym gosciem... Zeszlam na dol i zaczelam przygotowywac sniadanie, po czym zawolalam Potworki, ze pora wstawac. Dzien zaczal sie milo, ale panna Bi jak zawsze musi mnie wkurzyc zanim wyjdzie do szkoly. Myje sie u gory i caly czas dochodza mnie odglosy zabawy z kotem. W miedzyczasie slyszalam tez, ze ktores mylo zeby, ale domyslam sie, ze to Nik. Patrze, zrobila sie pora nakladania kurtek, butow i "wymarszu". Tymczasem wolam do dzieciakow, ze wychodzimy, a Bi odkrzykuje, ze... musi zalozyc spodnie i umyc zeby! Mowie zeby darowala juz sobie zebiszcza, bo nie ma czasu, ale nie, ona choc troche je przeleci szczoteczka. Okey... Tyle, ze przyszla na gore, polozyla pizame na lozku, po czym zamiast biec do lazienki, ona uklada ozdobne poduszki na lozku! Teraz juz wrzeszcze na calego, czy ona jest glucha czy nienormalna, ze ja ja poganiam, a ona sobie jaja robi?! Tak naprawde, to wiem dobrze, ze pannica robi na przekor. Im bardziej ja kaze sie pospieszyc, tym wolniej ona sie porusza i musi zrobic tuzin rzeczy po drodze... :/ Teraz tez odparowala oburzona, ze ona tylko chciala poduszki polozyc. No tak, bo poduchy najwazniejsze, niewazne, ze autobus jej ucieknie... Kiedys udusze, serio. W kazdym razie, jakims cudem na autobus zdazylismy, Potwory odjechaly, porzucalam psu pilke, nakarmilam kota, przewietrzylam sypialnie, wypilam szybka kawe i pojechalam do pracy. Poczatkowo nie mialam tego w planach, bo skoro nie musze tam byc, to chcialam potraktowac poniedzialek jako dzien "na rozruch", a pojechac we wtorek. Wszyscy jednak wiedza jak to bywa z planami i na poniedzialek w nocy oraz wtorek zapowiadali front ze sniezycami. Istnialo realne ryzyko, ze zamkna szkoly, wiec stwierdzilam, ze pojade jednak w poniedzialek... Posiedzialam w robocie pare godzinek i wrocilam akurat na pore karmienia kotka - niecnotka. ;)

Kociak nie pogardzi poslaniem psa na drzemke; w koncu kazde miejsce w tym domu, jest "jej" ;)
 

Wstawilam zmywarke, ogarnelam nieco kuchnie, zrobilam czystki w kolejnej szufladzie u Kokusia i pomalu zaczela wracac do domu reszta rodziny, najpierw M., potem Potworki. Tego dnia Bi miala akrobatyke, wiec w sumie zjadla tylko miske zupy, przebrala sie, uczesalam jej koka, dalam jeszcze jesc kotu i pojechalysmy.

"Szczala" pokazuje Bi ;)
 

Odstawilam panne, a sama pomaszerowalam do UPS, zeby w koncu wyslac do konsulatu moj nieszczesny paszport. Pamietacie, pisalam, ze "zapomnieli" go aktywowac i mialam go odeslac. Zbieralam sie miesiac. ;) Oczywiscie mialam pecha, bo zwykle jak zachodze do UPS, sa tam moze ze dwie osoby, a teraz byl ogonek niemal pod drzwi. :/ Ale przynajmniej czas mi dosc szybko zlecial. Tego dnia Nik mial miec trening plywacki, ale akurat kiedy czekalam na Bi, dostalam maila od trenera, ze ktos "zanieczyscil" basen i musza odwolac. To juz drugi raz pod rzad! Zapomnialam napisac w poprzednim poscie, ze w zeszly czwartek M. z Kokusiem pojechali i za kilkanascie minut wrocili, bowiem ktos do basenu... zwymiotowal! Fuj! Ciekawe jakie "zanieczyszczenie" przydarzylo sie tym razem. ;) A wieczorem niespodziewanie przyszla wiadomosc ze szkoly, ze kolejnego dnia, z powodu sniezycy, nie bedzie lekcji. To znaczy, akurat zamkniecie szkol nie bylo wielka niespodzianka, bo prognozy wskazywaly na taka mozliwosc od niedzieli, zaskoczeniem bylo za to, ze oglosili je juz wieczorem. Zwykle czlowiek kladzie sie spac bez konkretnej wiadomosci i budzi sie nerwowo kilka razy zeby sprawdzic: zamkneli szkoly? Nie zamkneli? Opoznili? Tyyyle mozliwosci... ;) A tak w ogole taka mamy w tym roku zime, ze szkoly zamkneli idealnie na ostatni dzien lutego. W tym roku szkolnym mielismy tylko jeszcze jedno zamkniecie z powodu pogody i byl to huraganowy wiatr, a nie snieg. Zwykle do marca spokojnie mamy na koncie juz jakies 3 zamkniecia i kilka opoznien lub skroconych lekcji. ;) Od 1 marca zaczyna sie astronomiczna wiosna, a tu prosze; zima postanowila pokazac, ze nie powiedziala jeszcze ostatniego slowa. :D

Wtorek zaczelismy wiec pozniej i spokojniej. Zapodalam sniadanie w kolejce waznosci, czyli najpierw kociak, potem dzieciaki, a na koncu ja. :D Ostatecznie spadlo nam okolo 15 cm sniegu. Tylka nie urywa, ale to i tak najwieksza ilosc jaka mieslismy na raz tej zimy.

Mam wrazenie, ze prawie zawsze wrzucam zdjecie zasniezonego frontowego wejscia, wiec teraz, dla odmiany, prosze - taras ;)
 

Nik oczywiscie juz od rana pytal kiedy bedzie mogl wyjsc na dwor. ;) Troche ogarnelam kuchnie oraz sypialnie, po czym musialam sie polaczyc na meeting. W pracy praktycznie nic sie nie dzieje, kazdy przychodzi do biura tylko jesli musi, ale szef zarzadzil spotkanie, choc oczywiscie wszyscy laczyli sie wirtualnie z powodu pogody. Dobra nowina bylo, ze tego dnia wplynela jedna z zaleglych pensji. Kolejna ma ponoc wplynac w nastepnym tygodniu, a do polowy marca mamy byc juz na biezaco. Coz, tu to juz uwierze jak zobacze... Po meetingu w koncu moglismy wyjsc na dwor.

Bi i jej ostatnie miny :D
 

Niestety, Nik najwyrazniej spoczal na laurach, bo szalal z siostra, a ja zostalam sama z odsniezaniem. ;) Odgarnelam kostke przed frontowym wejsciem oraz schodki do podjazdu, kawalek przed garazem i zaczelam juz solidnie czuc plecy i prawe ramie (a naprawde pewnie je poczuje dopiero kolejnego dnia...), wiec dalam sobie spokoj z reszta. Niech sie M. wykaze. :D

W tle szalejace Potwory, a na stoliku balwanek ulepiony przez Bi. Zapomnialam mu zrobic zdjecia z bliska i z przodu
 

Na szczescie dzieci mam juz na tyle duze, ze moge je zostawic na dworze same, zerkajac tylko od czasu do czasu zeby sprawdzic co robia. Oni zas choc raz zgodnie sie bawili. Zasypywali sie sniegiem, urzadzali zjezdzalnie w najdziwniejszych zakamarkach ogrodu i draznili psiura, rzucajac pileczke do siebie. W rezultacie wrocili do domu kompletnie przemoczeni, zas Maya padla jak kon po westernie. ;)

Z gorki na pazurki!
 

Byli tez oczywiscie glodni jak wilki, ale zamiast wybrac zupe, ktora mialam gotowa, uparli sie zeby zrobic domowe pizze (ciasto juz mielismy). To oczywiscie zajelo troche wiecej czasu, bo i uformowac pizze i posypac czym sie chce i jeszcze upiec, a nie wiedzac ze beda je robic, nie nagrzalam piekarnika) i Nik jeczal, ze glooodny jest, zupelnie bez logiki. ;)

Chyba nie doceniam mocy slonca o tej porze roku, bo nie spodziewalam sie, ze Nik moze miec az tak przysypany piegami nos na poczatku marca!
 

Snieg proszyl przez wiekszosc popoludnia i az korcilo zeby napalic w kominku i wygrzewac dupke. Niestety, na wieczor bylismy umowieni z ksiegowym w sprawie rozliczenia podatkowego. Co prawda namawialam M. zeby przelozyc pod pretekstem sliskich drog, ale uparl sie, ze chce miec to juz z glowy. W zasadzie to trudno odmowic mu racji. ;) Na 18 jechalismy wiec do sasiedniego miasta, a potem tylko szybko po kawe i do domu. Po powrocie niestety byl juz wieczor i pora kolacji oraz kladzenia spac, bowiem nastepnego dnia wzywala szkola. ;)

W srode rano trzeba wiec bylo wstac o normalnej, wczesnej porze. Nasz kiciul nabral zwyczaju przychodzenia na gore z samego ranka, przy czym, z jakiegos powodu, za cel wybral sobie pokoj Bi. Chyba dlatego, ze wejscie do niego znajduje sie zaraz obok schodow. Kiedy bowiem raz wieczorem i Starsza i M. mieli zamkniete drzwi do sypialni (a ja bylam w lazience i myslala chyba ze tez jestem na gorze), poszla tam, gdzie byl dostep, czyli do Kokusia. Typowy kot, do ciaglych glaskow i przytulania chetna nie jest, ale lubi miec kogos w zasiegu wzroku. Tego wlasnie dnia, tylko nieco pozniej, kiedy siedzialam na kompie przy jadalnym stole, uciela sobie drzemke na plecaku Bi przygotowanym na popoludnie. Potem, kiedy przekladalam pranie z pralki do suszarki, wdrapala sie na brudownik i obserwujac mnie, znow zaczela przysypiac. ;) Zeby nie bylo tak slodko, uzarla Maye w noge tak mocno, ze pies az zaskowyczal! :O Dobrze ze nasz psiur to takie nieagresywne stworzenie, bo tylko kwiknela, po czym zerwala sie ze (swojego wlasnego) poslania. ;) Wracajac do srody w kazdym razie, odstawilam Potworki na autobus, po czym porzucalam siersciuchowi pileczke, a potem posiedzialam sprawdzajac sluzbowe maile, wstawilam pranie, rozladowalam zmywarke i zabralam sie za odkurzanie i mycie podlog na gorze.

Na schodach Maya, choc slabo ja widac; nie moge sie oprzec zdjeciom tej zimowej scenerii, bo pierwszy (i mozliwe, ze ostatni) raz w tym roku, utrzymala sie dluzej niz kilka godzin
 

Tego dnia musialam odebrac Potworki ze szkoly bowiem mieli pilke. W tej sesji oboje. Oczywiscie, jak to z Kokusiam, przypominalam mu rano, ze bede go odbierac, tymczasem przed szkola czekam i czekam, Bi juz dawno wyszla, a Nika nie ma... W koncu placyk opustoszal i spytalam nauczycielke pilnujaca porzadku przy odbiorze czy moglaby sprawdzic gdzie jest Mlodszy. Wywolala go przez krotkofalowke, czekamy dalej i... nic. Nauczycielka wraca, zeby jeszcze raz podac jej imie i nazwisko i wywoluje Kokusia jeszcze raz. W tym momencie Mlodszy pojawia sie na koncu korytarza. Okazalo sie, ze zdazyl juz wsiasc do autobusu! Zalamka z tym chlopakiem. On oczywiscie zaplakany, bo wie ze nawalil, ale szybko go uspokoilam, ze kompletnie sie nie gniewam. Po pierwsze, nie odjechal. Po drugie, mielismy czas. A po trzecie, jedyne co by sie stalo, to ominela by go pilka. Pojechalismy pod hale sportowa i dzieki Nikowej sklerozie, nie mielismy az tak dlugiego czekania jak zwykle. ;) I tylko niemozliwie przemarzlam, bo strasznie wialo i bylo pochmurno.

Bi przy pilce, choc zaslonieta bramka; lepszego zdjecia niestety nie pstryknelam
 

Dzieciaki godzine pobiegaly, ja zrobilam kilka koleczek wokol boisk. Potem podrzucilam Bi i jej kolezanke do biblioteki na lekcje robienia na drutach, a my z Nikem wrocilismy do domu.

Tym razem do pilki sciga sie Mlodszy
 

W drzwiach wyminelismy sie z Malzonkiem, ktory wyjezdzal do polskiego kosciola na Gorzkie Zale, zapodalam obiad synowi oraz kotu (nieco spozniony) i wlasciwie musialam jechac z powrotem po corke. Zostawilam Kokusia ze zwierzyncem, odebralam Starsza, wrocilysmy do domu, podalam jej obiado-kolacje i w koncu wrocil M. Przygotowac sniadaniowki oraz ubrania na czwartek i juz; dzien zlecial.

Czwartek przywital nas deszczem i ponura aura. Za to temperatury piely sie w gore, wiec snieg znikal w oczach. Jak zwykle zawiozlam Potworki do szkoly, po czym wrocilam do zwierzynca. Pomylam zlewy we wszystkich lazienkach oraz kuchni, poskladalam wysuszone pranie, wstawilam zmywarke i trzeba bylo pomyslec o obiedzie. Dzieciaki mialy tego dnia lekcje skrocone z powodu szkolen nauczycieli, wiec konczyly juz o 13:15. Przyjechali, zjedli, a zaraz potem dojechal M. Dostalam tego dnia maila, ze w pracy rozwiazali problemy finansowe (ciekawe na jak dlugo?) i od poniedzialku mamy sie stawic normalnie w robocie. Ale ani slowa o pozostalej zaleglej wyplacie, ani tej, ktora planowo powinna wplynac w poniedzialek, hmmm... Tak czy owak, z jednej strony ulga, a z drugiej westchniecie, ze tak fajnie mi sie w domu siedzialo ze zwierzakami... :D Nie wiem tez co z kociakiem, bo Oreo nadal jada 4 razy dziennie i za maly jest troche zeby zostawic go samego na 6 godzin. Zupelnie zdziczeje... Pracuje blisko, wiec mysle ze poki co, bede przyjezdzala w poludnie zeby ja raz nakarmic i spedzic z nia chwilke. W kazdym razie, u mnie ulga, ale rownowaga w przyrodzie musi byc, wiec u M. oglosili, ze maja zastoj do okolo maja i od nastepnego tygodnia ucinaja nadgodziny w tygodniu oraz zamykaja cala fabryke na weekendy. Poniewaz Potworki skonczyly lekcje wczesniej, to oczywiscie ublagaly pozwolenie na tablety. Musialam jednak przerwac im blogie ogladanie, bo trzeba bylo odrobic lekcje do Polskiej Szkoly. Zwykle robimy to we wtorki, ale tym razem rozproszyl mnie snieg, a wieczorem jazda do ksiegowego i zapomnialam. Dzieciarnia oczywiscie protestowala, ale nie ma zmiluj. ;) Oprocz zadan pisemnych, Mlodszy mial kolejne slowka na dyktando (ta nauczycielka nie ma litosci), a do tego, "przypomnialo" mu sie, ze Pani powiedziala, ze musi tez zaliczyc miesiace, dni tygodnia oraz pojecie hemisfery. I ze ma go odpytac w te sobote! Tu juz sie wkurzylam i na nauczycielke (bo nie mogla wyslac mi maila?!) i na Kokusia. No serio, mowi mi w czwartek, ze w sobote ma takie zaliczenia?! Pal licho hemisfere; Mlodszy zna to z hamerykanckiej szkoly, wiec wystarczy zapamietam jak to mniej wiecej powiedziec po polsku. Ale dni tygodnia? A juz zwlaszcza miesiace?! Ciezko to wykuc w dwa dni w obcym dla siebie jezyku. Oczywiscie uczyl sie ich w poprzednich latach, ale dawno ulecialo... Co bylo jednak robic. Przekazalam mu jak powinien wytlumaczyc po polsku hemisfere, a potem przystapilismy do nauki dni tygodni, bo krotsze. Miesiace moze wykujemy na kolejny raz. Nik powtarzal jednoczesnie ryczac (nie wiem czy dlatego, ze trudne, czy dlatego, ze mu sie nie chcialo... :D) i niestety za kazdym cholernym razem zamiast "czwartek", mowil "czerwiec". Ide o zaklad, ze jak przyjdzie pora miesiecy, to z czerwca zrobi czwartek... :D

Zdjecie nie na temat, ale za to z kiciulem penetrujacym zmywarke ;)
 

Tego popoludnia M. zabral Nika na trening na basenie i... nie uwierzycie! Znowu ktos do niego zwymiotowal! To juz przestaje byc smieszne! Jestem pewna, ze to ten sam dzieciak, ktory albo robi to z nerwow, albo moze rodzice wciskaja w niego obiad przed wyjsciem, a potem zoladek nie wytrzymuje... Nie wiem, ale chyba sobie wysmaruje maila do zarzadu silowni, zeby ktos pogadal z rodzicami dzieciaka (trenerzy dobrze wiedza, ktory to gagatek), bo reszta rodzicow z druzyny jednak za nia placi, a w ciagu tygodnia na 5 treningow odbyly sie... dwa, bo w pozostale basen zostal zanieczyszczony...

Piatek zaczelam od prawie nadepniecia na kota, ktory ulozyl sie przy moich kapciach, ktore czekaly na mnie obok lozka. ;) Odstawilam Potworki na autobus, wrocilam i zapodalam kiciulowi sniadanie, po czym poszlam na gore poscielic lozko i pootwierac okna w sypialniach. Kiedy zeszlam na dol, przylapalam psiura jak wylizywal kocia miseczke do czysta! Na szczescie kot chyba sie juz najadl, ale jak pisalam wczesniej, Maya ma slaby zoladek. Mam nadzieje, ze takie resztki jej nie zaszkodza. Zwariowac mozna z tym zwierzyncem... :D

Jak w tej starej piosence (chyba) Michaela Jacksona: "I've got a feeling, somebody's watching me..." :D
 

Dzis Potworki znow konczyly lekcje wczesniej, wiec planowalam tylko pojechac na tygodniowe zakupy, a potem juz na spokojnie ogarniac chalupe i kontynuowac czystki w szufladach Kokusia. Niestety, dostalam maila z pracy, ze jeden z laborantow pisze raport i potrzebuje pilnie moj podpis na zalaczniku. Ech... Musialam wiec zmienic plany i podjechac do roboty. Typowe... ;) Potworki dojechaly o 14, bardzo zadowolone. Tylko hrabia Nik strzelil focha, bo przymusilam go do dalszych cwiczen dni tygodnia. Niestety, przestal zamieniac czwartek na czerwiec, ale za to zamiast wtorku, wskakuje mu... lipiec! Ale miesiecy tez nie zna, takze ten... ;)

Do nastepnego!

piątek, 24 lutego 2023

Dlugi weekend i ostatni pelny tydzien lutego

Na poczatek pokaze Wam jakie cudenka robi moja siostra. Wspomnialam na koniec poprzedniego posta, ze przyszla paczka od niej, ale nie zdazylam niczego udokumentowac. Potworki dostaly oczywiscie jakies drobiazgi, pizamki, Bi naszyjnik, Nik Lego.

Pizamka w czarne koty - ciotka trafila w 10 ;)


 

Zestaw (dosc skomplikowany, dla 10+ lat), zostal zlozony w okolo 3 godziny. Nieoplacalne :D

Ale oprocz tego, moja zdolna siorka, uszyla im po malutkiej maskotce i dorysowala do kazdej obrazek:

Odrecznie szyte

I recznie malowane

Czy nie sliczne? I takie malutkie, bo dla skali, obrazki w ramkach sa w rozmiarze standardowego zdjecia. Jesli macie ochote, mozecie zajrzec na Insta mojej siostry. Jej specjalnoscia sa smoki, ktore robi po prostu niesamowite, ale niestety, rekodzielo pochlania mnostwo czasu i kasy na materialy, wiec ceny tych cudeniek tez sa... niesamowite. ;)

Dlugi weekend (4-dniowy, z okazji President's Day), niestety byl niezbyt ekscytujacy... Jeszcze kilka tygodni temu, namawialam M. zeby cos na niego zaplanowac. Jest, wiadomo, zima, wiec pierwszym pomyslem byl wypad na narty, jak kilka lat temu. Malzonek ostro zaprotestowal. Stwierdzilam wiec, ze moze chociaz na jedna noc do hotelu z parkiem wodnym? Kolejny stanowczy protest. Jakis czas pozniej sam rzucil propozycje zeby moze dorzucic 2-3 dni i poleciec na Floryde albo Karaiby. Niestety, takie wyprawy trzeba by rezerwowac kilka miesiecy (a nie tygodni) wczesniej. Tam gdzie byly jeszcze miejsca, ceny zwalaly z nog. Ze wzgledu jednak na obecna sytuacje w mojej pracy, pewnie dobrze sie stalo, bo gryzlyby mnie wyrzuty suminia, a poza tym na wyjezdzie zawsze wydaje sie jeszcze dodatkowa kase... Ostatecznie przedluzony weekend spedzilismy wiec w chalupie i przez wiekszosc czasu zwyczajnie leniuchowalismy.

Sobota, 18 lutego, byla pierwszym dniem weekendu. President's Day wypadal w poniedzialek, ale dzieciaki dostaly w pakiecie wolny rowniez wtorek. Zaluje jednak, ze zmieniono zasady, bo jeszcze za czasow zerowki Bi oraz przedszkola Kokusia, mieli wolny caly tydzien w lutym. W kazdym razie, poczatek przedluzonego weekendu trzeba bylo "uczcic" dluzszym spaniem. ;) No, glownie ja oraz Nik, bo M. wstal jak zwykle skoro swit, a Bi tez dosc wczesnie. Niestety, po tych czterech dniach trzeba bedzie czekac na jakies dluzsze wolne az do Wielkiego Piatku... Cieszylam sie, ze moge spokojnie odespac, a M. nakarmi kociaka, tymczasem nalal mu mleka, owszem, ale nawet go nie podgrzal. Kociak nie chce pic zimnego, a w dodatku na opakowaniu jest jak byk napisane, zeby podawac cieple, bo inaczej kot moze miec problemy zoladkowe. Mowilam o tym malzonkowi juz wczesniej, ale co on sie tam bedzie przejmowal kotem. Kotem dodam, ktorego sam wytrzasnal i przywiozl do domu! No nic, kiedy wstalam, podgrzalam mleko i dodalam znow troche mokrego zarcia dla kociat. Jak zwykle, maly "predator" wychleptal mleko, a gestego liznal tylko tyle, co niechcacy wpadlo mu na jezyk. To bedzie dluuugi proces... :/ Dzien mielismy bardzo leniwy, bo poza takimi typowymi rzeczami jak pranie czy kurze, nic nie robilismy. Tylko malzonek robil lekkie porzadki w kantorku, ktory ostatnio zalalo. Chyba wszystkim nam potrzeba byla takiego spokojnego dnia, bo nawet Bi, ktora zawsze najbardziej jeczy zeby gdzies jechac, albo zeby zaprosic kolezanke, tym razem nawet o tym nie pisnela. Co prawda, moze to dlatego, ze nadal opiekowala sie kotem sasiadow, wiec co chwila tam biegala. Bardziej raczej z nudow, bo rano nakarmic i wypuscic, potem patrzy, ze kot stoi pod drzwiami, wiec poleciala wpuscic go z powrotem, ale ze poszedl dokonczyc jedzenie, wiec po chwili pobiegla znow, zobaczyc czy nie chce wyjsc. Chcial, wiec wypuscila go ponownie, ale potem znow zobaczyla na frontowych schodkach, wiec poszla wpuscic. I tak w kolko, az do wieczora, kiedy ponownie go nakarmila i zamknela juz na noc. ;) Reszta z nas wolala sie skupiac na wlasnym kociaku, ktory... nauczyl sie wspinac na kanape. :O I koniec; teraz pobiega chwile po domu, pobuszuje jak zwykle pod stolem w salonie, po czym wdrapuje sie na kanape i tam wyczynia cuda. Sciagamy ja na dol, ale po chwili znow jest u gory. Niestety, zejsc nie umie, a na skok jest za mala, wiec obawiam sie, ze w koncu moze sie troche potluc. Niesamowite jest, ze przynajmniej narazie, lubi ludzi. Wskakuje na kanape, po czym, po chwili dzikich harcow, zwija sie w klebek przy twojej nodze i zasypia. Jesli akurat zmorzy ja na ziemi, uklada sie przy czyjejkolwiek stopie.

Tu uciela sobie drzemke przy moim kapciu i przez jakis czas chodzilam w samych skarpetach, bo nie mialam serca zabrac jej "podusi" :D
 

Mam nadzieje, ze ta przymilnosc jej zostanie, bo wiele znanych mi kotow, chowa sie przed ludzmi gleboko pod meble i nie wiadomo nawet, ze w domu jest jakies stworzenie. ;)

Niedziela ponownie byla bardzo leniwym dniem. Rano do kosciola, potem przyjechal w odwiedziny dziadek, a w miedzyczasie troche relaksu, a troche codziennego ogarniania. Pogoda byla taka sobie - nie padalo, ale bylo pochmurno i solidnie wialo, wiec nie zachecala do aktywnosci na swiezym powietrzu. Tylko Bi niezmordowanie biegala do sasiadow, zeby nakarmic, wypuscic, a potem ponownie wpuscic ich kota. Podziwiam, ze jej sie chcialo, bo ja pewnie nakarmilabym, a poza tym wypuscila rano i wpuscila ponownie wieczorem i tyle. ;) Ja z kolei, z nadmiaru czasu, upieklam placek z jablkami, w czym niespodziewanie koniecznie chciala pomagac mi corka.

Panna ostatnio pozowac nie lubi, a jak juz to czesto-gesto robi takie wlasnie miny ;)
 

Akurat zaczynalam, wiec zagonilam ja do rozkrajania jablek. Potem jakos entuzjazm jej przeszedl. :D I to wlasciwie tyle z tego dnia; jak pisalam, byl spokojny az do znudzenia.

Poniedzialek byl jedynym dniem dlugiego weekendu, na ktory poczynilam jakies plany. Konkretnie to zamowilam Potworkom "tubing", ktory staje sie pomalu ich co-zimowa tradycja. Bilety kupilam jeszcze zanim w pracy ogloszono brak wyplaty. Na szczescie, bo inaczej bym sie nie zdecydowala. Skoro juz je jednak mialam, uznalam, ze w sumie dobrze wyszlo. Niech Potworki maja choc jedna frajde w dlugi weekend. Co ciekawe, kiedy powiedzialam dzieciakom o planach, wcale nie wykazali jakiegos wiekszego entuzjazmu. Wygladalo na to, ze nastawili sie na siedzenie w domu. No ale skoro bilety juz mialam, laskawie oznajmili, ze moga pojechac. :D No i coz, najwyrazniej zostali ukazani za ten brak checi, bo poznym rankiem nagle otrzymalam telefon, ze na tubing'u zapsul sie wyciag i musza odwolac. Co gorsza, nie dalo sie nawet przeniesc na inny termin, bo nie mieli juz wolnych rezerwacji na ten sezon! :O Teraz Potworki wykazaly rozczarowanie, ale coz, zycie. W kazdym razie, skoro bylismy juz w miare nastawieni na wyjscie z domu, zaproponowalam Potworkom, ze mozemy pojechac na lyzwy. Nie bylismy od Nowego Roku, a za 2-3 tygodnie zamykaja nasze ulubione lodowisko na sezon letni, wiec to tak troche ostatni dzwonek. Co prawda pogoda nie pasowala do lyzew kompletnie, bo mielismy 15 stopni i piekne slonce, ale co tam. ;) Dodatkowym bonusem bylo to, ze za nasza trojke, na lodowisku placimy tyle, co za jedna osobe na tubing'u. To chyba najtansza zimowa aktywnosc, poza darmowym spacerem po osiedlu. ;) Pojechalismy, poruszalismy sie, a (prawdopodobnie) dzieki wiosennej pogodzie, na lodowisku byly spore luzy.

Mlodszy w swoim zywiole
 

Potworki bawily sie wysmienicie, choc glownie osobno, dolaczajac tylko od czasu do czasu do mnie. Pojezdzilismy do przerwy w 2-godzinnej sesji, po czym wrocilismy do domu.

Bi tez lubi jezdzic, choc czasem ciezko ja wyciagnac z domu
 

Chwile po nas wrocil do domu M., ktory tego dnia normalnie pracowal. Bi nadal biegala w te i we wte do kota sasiadow, a ja stwierdzilam, ze az grzech nie skorzystac z tej pogody oraz wolnego popoludnia (akrobatyka Starszej miala przerwe) i poszlam do ogrodu spelnic bardzo nieprzyjemny obowiazek, a mianowicie pozbierac kolekcje "min" zostawionych przez Maye przez zime. Niestety, nasz pies ma taki feler, ze nie zalatwia sie na spacerach, tylko wypuszczona swobodnie do ogrodu. Zima to oczywiscie ziab oraz wczesny wieczor, wiec zwykle dopiero wczesna wiosna zabieram sie za oczyszczanie terenu. W tym roku, dzieki niezwykle lagodnej i bezsnieznej zimie, udalo mi sie to i tak zrobic wyjatkowo wczesnie... Malzonek z dzieciakami po chwili wybyli za mna. Niestety, zbieraczke (pooper - scooper) mamy tylko jedna, wiec nie pomagali, tylko grali w pilke, a Potworki w koncu wyciagnely z szopki rowery i ruszyly na pierwsza w tym roku przejazdzke.

Nik (na swoim malutkim BMX-ie :D), jak to on - na przelaj! :D
 

Bi kulturalnie - po podjezdzie
 

Z grubsza udalo mi sie wyzbierac "produkty przemiany materii" i wrocilismy do domu, gdzie przeszlismy mini zawal, bowiem zgubilismy... kota! Ona jest nadal naprawde malutka, wlazi pod nawet najnizsze meble, wiec latwo jej nie zauwazyc. Przeszukalismy jednak wszystkie zakamarki na parterze i nic. Poniewaz Potworki, jak to dzieciaki, kilka razy wchodzily i wychodzily z domu, zaczelismy sie wiec zastanawiac, czy nie zostawili drzwi otwartych i kociak sie przez nie nie wymknal... :O Co prawda wydawalo nam sie, ze nie potrafi sie jeszcze poruszac po schodach, ale nabiera zdolnosci w takim tempie, ze kto ja wie... Na wszelki wypadek przeszukalismy jeszcze gore oraz piwnice i nic... Naprawde zaczelam sie bac, ze kot wymknal sie na zewnatrz, a tam juz wystarcza sekundy zeby porwal go jakis jastrzab czy inny lis... Na szczescie zaczelam metodycznie podnosic wszystkie poduszki, kapy, itd. I okazalo sie, ze kociak spi smacznie na fotelu, zawiniety w kilka warstw koca Bi. ;) Pozniej wieczor uplywal juz bez sensacji, az do pory kladzenia sie spac, kiedy to Starsza zaczela narzekac najpierw, ze boli ja gardlo, a potem ze jej zimno. Poczatkowo sie nie przejelam, bo sprawdzilam jej czolo raz i drugi i miala chlodne. Uznalam, ze po prostu faktycznie jest za lekko ubrana, bo chodzila w krotkim rekawku, a w domu, z racji cieplych temperatur na dworze, ogrzewanie caly dzien sie praktycznie nie wlaczalo. Poradzilam zeby zalozyla bluze i dalam tabletke do ssania i myslalam ze to koniec "atrakcji". Niestety, po jakims czasie przyszla do mnie kolejny raz, cala sie trzesac. Tym razem, kiedy dotknelam jej czola, bylo wyraznie cieple. Przynioslam termometr i... 38.1. Super. Poniewaz byl wieczor, a ja nadal telepalo, dalam jej lekarstwo na zbicie i panna sama z siebie poszla spac zaraz po 22, gdzie poprzednie dwa wieczory mialam problem zeby zagonic ja do spania o 23. Musiala sie wiec naprawde kiepsko czuc...

Na wtorek i tak nic nie planowalismy, ale nawet gdyby, zmuszeni choroba Bi oraz deszczowa pogoda, siedzielismy w chalupie i spedzilismy caly dzien na lenistwie.

Najefektywniej leniuchuje kociak, ktory przesypia w roznych miejscach oraz pozycjach, 2/3 dnia. Tutaj tez spi, a jak...
 

To znaczy Potworki, bo ja porobilam cos tam do pracy, a takze mialam na glowie karmienie dzieciakow oraz kiciula. Maye od jakiegos czasu ogarnia Bi, ale ona jest akurat najlatwiejsza w obsludze. Z racji bardzo delikatnego zoladka, dostaje raz dziennie miche suchej karmy i juz. Czasem mi jej szkoda i raz na jakis czas, z dobrego serca, dajemy jej jakies skrawki wedliny czy sera. I bardzo czesto sami potem cierpimy kiedy psiur ma rewolucje zoladkowe. ;) Tak czy owak, dzieciarnia spedzila dzien glownie na tabletach, z przerwami na zabawe z Oreo. Na lunch zrobili sobie po domowej pizzy i nawet Bi dala rade. 

Pychota!
 

Starsza niestety czula sie nadal slabo; rano byla blada jak trup i caly dzien utrzymywal jej sie stan podgoraczkowy.

Na tym kawalku ciasta jest tez ser, choc go nie widac. Bi nie uznaje sosu pomidorowego ;)
 

Obawialam sie, ze na wieczor moze podskoczyc jej do goraczki, ale jakims cudem tak sie nie stalo. Mimo wszystko jednak, stwierdzilam, ze zostawie ja kolejnego dnia w domu. Decyzja tym latwiejsza, ze i tak nie planowalam wizyty w biurze.

W srode nastapil brutalny powrot do porannych pobudek. Bi zostawala w chalupie i spala niemal do 9 rano, ale Nika trzeba bylo odstawic na autobus przed 8. W nocy mielismy lekki przymrozek i trawa pokryta byla szronem, a podjazd warstewka lodu, na ktorym mozna bylo fajnie wywinac orla. ;) Szron pokrywal tez przebisniegi na ogrodzie sasiadow. Pieknie to wygladalo i probowalam pstryknac im zdjecie, ale niestety, telefonem ciezko to ujac.

Napisalabym, ze wiosna idzie, ale ogrod sasiada pelen jest przebisniegow od ponad miesiaca ;)
 

Nik odjechal, a ja porzucalam Mayi pileczke i wrocilam do domu zapodac sniadanie malemu psotnikowi. Poza mlekiem modyfikowanym dla kociat, daje Oreo rano troche mokrej karmy zmieszanej z mlekiem. Staram sie, zeby ta "miesna kaszka" byla stopniowo coraz gestsza. Pomalu mamy postep i jak na poczatku kiciul chleptal tylko mleko, a miesko (ktore opadalo na dno) zostawial nietkniete, teraz wyjada juz sniadanie o konsystencji naprawde "kaszowej" i wylizuje miseczke prawie do czysta. Poza tym, dwa razy dziennie daje jej mleko, ale tu zwykle zostawia troche i czasem dokancza pozniej, a czasem nie. Raz popila troche wody ze swojej miseczki, a pozniej z psiej miski (do ktorej prawie wpadla, bo jest dla niej ogromna :D), wiec z jedzeniem pomalu idziemy do przodu. Zalatwia sie pieknie do kuwety, nawet kiedy w koncu przestalam jej masowac zadek. ;) Dzien spedzilam troche pracujac, troche sprzatajac, a troche bawiac sie z kotem, wiadomo. ;) Kociak poki co biega jak wsciekly, a po godzinie zwykle zasypia tam gdzie stoi.

Z braku czlowieka siedzacego na kanapie, ktoremu mozna sie wdrapac na kolana lub wcisnac pod bok, Oreo nie pogardzi drugim siersciuchem, ktory z kolei wydaje sie lekko spanikowany, ze ktos anektuje sobie jej "terytorium"
 

W weekend nauczyla sie wspinac na kanape i fotele w salonie, a we wtorek z nich zeskakiwac. W srode po raz pierwszy wdrapala sie po schodach na gore. Podejrzewam, ze jeszcze tydzien i bedzie nam wskakiwac na lozka (co ja pisze, Bi sama ja wezmie), a tego bym nie chciala. Kociak jest slodki, ale nigdy nie bylam fanka spania ze zwierzeciem i poscieli pelnej klakow oraz potencjalnych pasozytow... Poniewaz byla to Sroda Popielcowa, wieczorem pojechalismy na msze, a potem to juz szykowanie sie na kolejny dzien. Tym razem dla wszystkich, bo i Bi miala isc do szkoly, a i ja chcialam pojechac na pare godzin do pracy, ogarnac tam co trzeba.

W czwartek wstalismy wiec tyci pozniej, bo kiedy wioze dzieciaki, mozemy wyjsc z domu pol godziny pozniej. Ogarnelismy siebie i zwierzyniec, po czym wyrzucilam Potworki pod szkola (minute przed rozpoczeciem lekcji - brawo matka ;P) i pojechalam do roboty. O dziwo bylo nawet dwoch laborantow, a myslalam, ze bede miala biuro dla siebie. ;) Nie siedzialam zbyt dlugo, bo po okolo 4 godzinach pojechalam do domu. W koncu kocie dziecko potrzebowalo kolejnej porcji mleka. Dzien spedzony po czesci w robocie zlecial niemozliwie szybko. Ledwie wrocilam, rozladowalam i zaladowalam ponownie zmywarke, wypisalam rachunki, przygotowalam obiad, a wrocil M. I wtedy kociak postanowil wywinac nam numer. My rozmawialismy, konczylismy szykowac jedzenie, a Oreo szalala niczym pijany zajac, pies za nia ganial, itd. Az w ktoryms momencie zapadla cisza. Po jakims czasie rozgladamy sie: gdzie jest kot? Ten bowiem wiecznie placze sie pod nogami, albo przebiega przez dom dzikim pedem. Tudziez atakuje swoja zabawke lub paski od plecaka M. Obeszlismy dol i nic, ale wzruszylismy ramionami, ze zaraz wylezie. Przyjechaly Potworki i pierwsze pytaja oczywiscie, gdzie kot. Smiejemy sie, ze wlasnie tez zadajemy sobie to pytanie... Dzieciaki myja rece, siadaja do obiadu, a my zaczynamy sie lekko niepokoic. To nie jak nasz kot, zeby zniknac na tak dlugo... Zagladamy we wszystkie zakamarki, do szuflad, bo lubi wlazic od dolu do wszystkich regalow. W koncu idziemy przeszukac tez gore, bo jak raz tam wlazla, to moze znow cos ja naszlo? Znowu nic. I wtedy M. przypomina sie, ze przeciez wczesniej wynosil smieci, a poniewaz tylko szybko wyszedl, wrzucil je do kubla i wrocil, wiec nie zamykal drzwi. Moj "mundry" maz zostawil za soba otwarte drzwi na schody, drzwi do garazu oraz garazowe! Az nieprawdopodobne, ale doszlismy do wniosku, ze musiala sie za nim wymknac na dwor! No to koniec, po kocie. Minelo juz jakies 40 minut odkad malzonek wyszedl, wiec albo kociaka cos juz zjadlo (wcale nie niemozliwe, bo na drzewach regularnie przesiaduja nam sokoly), albo schowal sie gdzies pod krzakiem czy w innej dziurze, ale akurat zaczynal sciskac mroz, wiec ile takie malenstwo wytrzyma w zimowych temperaturach? Oczywiscie obeszlismy dom wokol kilkanascie razy, zajrzelismy we wszystkie mozliwe zakamarki ogrodu, wolamy, nasluchujemy mialczenia... Przeszlam sie tez wzdluz naszej ulicy, choc duzych nadziei nie mialam na znalezienie zguby, bo jesli nic jej nie upolowalo, to moze byc gdziekolwiek... W koncu zaczelo sie sciemniac i jasne bylo, ze poszukiwania stracily sens... Wrocilam do domu, dzieci placza, ja tez mam kluche w gardle... Pieknie, mielismy kota dwa tygodnie i nie upilnowalismy... Siadlam zeby wyslac wiadomosc na fejsbukowa grupe naszego miasteczka, w nadziei, ze jesli wybiegla na chodnik czy ulice, to ktos ja zauwazyl i zabral. I wtedy... rozleglo sie mialczenie!!! Cholera jedna, wlazla na tyl malej szafki w jadalni i tam utknela! Malzonek niezle sie nagimnastykowal zeby ja wyciagnac! Najgorzej jednak, ze siedziala cicho jakies poltorej godziny, a my juz stracilismy nadzieje, ze znajdziemy ja zywa! Teraz to juz i Potworki i ja, poplakalismy sie rzewnymi lzami (Nik w glos), ale z ulgi i szczescia. :D Taki maly nicpon, a juz zdolal skrasc nasze serducha.

W piatek rano odstawilam Potworki na autobus, wrocilam do chalupy, nakarmilam mala, czarna cholere, po czym pojechalam na cotygodniowe zakupy spozywcze. Wrocilam, rozpakowalam torby i... w zasadzie nie moglam sie na niczym skupic, tylko pilnowalam ciagle, gdzie kot. :D Balam sie bowiem, ze znow gdzies wlezie i godzine zajmie jej zeby zamiauczec, a tymczasem po poludniu umowiona bylam do weta, zeby w koncu cholere odrobaczyc. Na szczescie kota udalo mi sie nie zgubic, wiec pojechalam bez przeszkod. Oreo oczywiscie zrobil furore, jaka moze zrobic tylko taki mlodziak. Dostala lekarstwo na robaki, a przy okazji weterynarz potwierdzil(a) tez, ze jest to faktycznie samiczka. Dowiedzialam sie tez, ze jest mlodsza niz myslelismy, bo ma raczej 5 tygodni niz 6. Potwierdzily sie informacje, ktore zdobyl kolega M. (on wzial innego kotka z tego samego miotu), ze kociaki urodzily sie 20 lutego. Wydalo mi sie to nieprawdopodobne, bo kociak rozmiarowo i rozwojowo pasowal mi na 4-tygodniowego kiedy go wzielismy, ale jednak. Nie moge uwierzyc, ze wlasciciele kotki rozdali 3-tygodniowe kociaki! Nawet jesli matka faktycznie nie miala mleka, to male nadal bardzo jej potrzebowaly... :(

Popoludnie minelo juz spokojnie i zdecydowanie za szybko. Potworki oczywiscie zapomnialy, ze kolejnego dnia mialy Polska Szkole i podniosly wielki krzyk kiedy im o tym przypomnialam... Trzeba bylo pocwiczyc czytanki, z Kokusiem dodatkowo slowka na dyktando i byla wlasciwie pora spac.

Do nastepnego!