czwartek, 2 września 2021

Powrot do kieratu oraz "w tym domu sie gada"

Niedziela (29 sierpnia) byla, podobnie jak sobota, pochmurna i chlodnawa. Szok termiczny po zeszlotygodniowych upalach byl tak wielki, ze rano szczekalam zebami i po raz pierwszy od dlugiego czasu ubralam w domu skarpety. Mialam wrazenie, ze pomimo kapci, palce u stop zamieniaja mi sie w sopelki lodu. ;) Po poludniu przyjechal moj tata. Tydzien temu bal sie "huraganu" i odpuscil wizyte, a dwa tygodnie temu stlukl kolano i kurowal noge, wiec nie widzielismy dziadka prawie miesiac. :O Potworki stesknione, wiec nawet integrowaly sie z dziadziem nieco lepiej niz zwykle ostatnio. ;) Plan mialam zeby zabrac dzieciaki na basen skoro mamy te kupony, ale dopiero okolo 17 nagle zrobily sie 23 stopnie, podskoczyla wilgotnosc i powietrze jakby sie ogrzalo. Nadal bylo jednak pochmurno, a do tego to juz byla prawie pora kapieli Potworkow, nie mowiac juz o tym, ze trzeba bylo przygotowac wszystko do szkoly i pracy.

Na krotki spacer jednak zdazylismy pojsc :)
 

A ja przez wakacje, kiedy sporo polkoloni bylo z wyzywieniem, a dodatkowo ostatni tydzien spedzilam w domu, zas w poprzedni dzieciaki na polkoloniach nawet nie jadly, wypadlam nieco z rytmu. ;) Chwile zajelo mi wiec zeby odszukac w czelusciach szuflad przekaski do szkoly oraz odszukac sniadaniowki. Lunch'e w tym roku ponoc znow maja byc sponsorowane, ale Bi oznajmila, ze woli zebym zrobila jej kanapke. Dlaczego? Otoz panna miala strasznego stresa przed pierwszym dniem w nowej szkole. W zwiazku z tym, chciala na spokojnie rozejrzec sie i po klasach i po stolowce, nie denerwujac sie, ze nie wie gdzie sie zamawia lunch. Nie bardzo bylo mi to na reke, bo nie spodziewajac sie takiego obrotu sprawy nie kupilam nawet swiezego pieczywa i nie bylam pewna czy mam w domu jakis ser czy inna wedline, ktora jedza Potworki. M. mial salceson, ale dzieciaki nie rusza takiego "specjalu". :D

Poniedzialek byl ciezki... Pierwszy dzien dla mnie po tygodniu pracy z domu a dla dzieci calkowicie wolnego i od razu skok na gleboka wode. ;)

Kazdego roku coraz trudniej zmiescic tych dryblasow w kadrze :D
 

Dla Potworkow byl to pierwszy dzien szkoly, a dla Bi w dodatku nowej. Nik pomaszerowal do placowki dziarsko i bez stresu. W koncu (jesli liczyc zerowke, do ktorej w tej szkole chodzil tylko 3 miesiace) to juz jego piaty rok tutaj. Czuje sie jak u siebie. 

W biegu tylko rzucony usmiech i juz go nie bylo ;)
 

Ja za niego sie przejelam, ze nie zna numeru swojej sali (wyskoczyl blad w systemie i choc podali nazwisko nauczycielki, to nie bylo w ktorej klasie uczy), a on tylko wzruszyl ramionami, ze najwyzej sie spyta. Moj niesmialy Kokus! Jednak ma cos ze swojego ojca, bo ja w tym wieku balam sie glosniej odezwac i jak mialam o cos spytac, to brzuch bolal mnie z nerwow. ;) W kazdym razie Mlodszy wyskoczyl z auta i poszedl nie ogladajac sie za siebie. ;) Gorzej z Bi... Po odstawieniu Kokusia pojechalam do jej szkoly i trzymala sie dzielnie do ostatniej chwili. To znaczy mine miala zalosna, ale przynajmniej nie plakala. Zaparkowalam auto, podeszlysmy do wejscia, musialam spytac gdzie ma isc, bo nikt nie wchodzil glownym wejsciem, a przed szkola zbieraly sie VI klasy. Okazalo sie, ze V maja wejsc bocznymi drzwiami i udac sie na stolowke. 

Tu jeszcze w miare trzymala emocje na wodzy, choc usmiech nieco wymuszony...
 

Po drodze do drzwi jeszcze wpadlysmy na rozentuzjazmowanego trenera pilki noznej z polkolonii, a po kilku sekundach... Bi rozkleila sie kompletnie. Wtulila sie w moje ramiona ryczac, ze sie boi i nie chce isc i chce zostac ze mna w domu! Normalnie deja vu z przedszkola i zerowki! Dobra, troche lepiej, bo tam musiano ja ode mnie doslownie "odrywac". Tu w koncu poszla sama, choc caly czas szlochajac. Dopiero pozniej dotarlo do mnie, ze musialo to wygladac dosc komicznie, bo Bi jest wysoka, dla mnie siega czubkiem glowy podbrodka i goruje nad wiekszoscia V-klasistow (a i wieloma dzieciakami z VI klas). Te inne "maluchy" szly mniej lub bardziej dzielnie, a ona, taka wielka "kolubryna" placze trzymajc sie mamusi. ;) Dobrze jednak, ze w koncu poszla. A po poludniu dostalam maila od nauczycielki, ze choc rano miala jeszcze lzy w oczach, to w ciagu dnia sie rozweselila. :)

Ja zas w pracy mialam jeden z dluzszych dni... Co prawda spodziewalam sie tego, wiec pojechalam dopiero o 11 (moje godziny tym razem byly uzaleznione od innych, nie od tego o ktorej zaczne), ale wyszlam z roboty prawie o 20... Oficjalnie zaczelismy badania kliniczne i trzeba bylo wyprodukowac dawke dla pierwszego pacjenta. Na szczescie wszystko poszlo sprawniej niz przy ostatniej probie w czerwcu, bo wyszlabym jeszcze pozniej. Przyczlapalam wreszcie do domu i z miejsca "zaatakowaly" mnie Potworki, opowiadajac co sie dzialo w szkole. Glownie gadala Bi, ktora po niezbyt udanym poranku zachwycila sie nowa szkola, ma juz w klasie kolezanke i w ogole byla cala w "skurwonkach". ;) Nik stwierdzil, ze szkola jest glupia i nie ma ochoty tam chodzic. No pieknie... Na szczescie chyba nie dzieli sie z ta opinia zbyt powszechnie, bo od jego nauczycielki dostalam maila z pochwala za dojrzale zachowanie i odpowiedzialnosc. ;)

We wtorek Potworki pojechaly juz normalnie do szkoly autobusem. Na szczescie, mimo ze po poludniu maja straszne opoznienia, rano zwykle przyjezdzaja na czas. A zarowno Bi jak i Nik ciesza sie, ze maja na przystanku towarzystwo.

Przystankowe wesolki :)
 

Szczegolnie Bi, ktora jezdzi ze swoja najlepsza przyjaciolka. Nik ma niestety pecha, bo wszyscy jego dobrzy koledzy jezdza innymi autobusami. A z ciekawosci, Bi oraz jej przyjaciolka sa jedynymi dzieciakami z naszej dzielnicy, ktore obecnie chodza do tej szkoly. :) W przyszlym roku dojdzie Nik i troje innych dzieci, a za kolejny rok w ogole bedzie wysyp. Za to Bi i jej przyjaciolka przejda wtedy juz dalej. :)

Wtorek byl dniem swietowania w pracy. Moj wrodzony pesymizm szepcze, ze za wczesnie na samogratulacje, bo choc pacjent przezyl kroplowke, to jednak jeszcze daleka droga przed nim/nia i przed nami. Po pierwsze, probki dopiero zostaly wyslane na badanie sterylnosci (my robimy tylko takie szybkie testy), a wyniki dostaniemy za 2-3 tygodnie. Tego tylko brakowalo zeby pacjent (tfu tfu) sie czyms zakazil! :O Po drugie zas, tak naprawde uplynie kilka tygodni zanim ta osoba (nie znamy nawet plci; ochrona danych osobowych) zacznie zauwazac jakies dzialanie. I oby faktycznie cos zauwazyla, bo inaczej cala nasza praca nie ma najmniejszego sensu... Ale z szefem sie nie dyskutuje. Chcial nas zabrac na lunch, to grzecznie pojechalismy.

Wiem, ze ze zdjecia nic nie wynika, poza tym, ze jestem jedyna blondynka :D
 

Zreszta, nie ma co narzekac, bo ogolnie lubie chinszczyzne, choc tym razem byla to "koreanszczyzna". Dla mnie, kompletnego laika pod tym wzgledem, to praktycznie to samo. :D Lunch byl podwojnie uroczysty, bo uczestniczyly w nim "grube ryby" - manager, ktory na stale rezyduje w Kaliforni i przylecial pierwszy raz od 1.5 roku oraz jakis nowy dyrektor az z Chin, ktory odwiedzil nas pierwszy raz.

Tym razem wyszlam o ludzkiej godzinie, a dzien akurat trafil sie letni, sloneczny i goracy, wiec stwierdzilam, ze zabiore Potworki na basen. Mielismy akurat ten kupon z zeszlego piatku, a nastepne dni zapowiadano deszczowe, wiec pomyslalam, ze teraz albo nigdy  nie w tym roku. ;) Majac w pamieci poprzedni tydzien gdzie jeden dzien basen byl zamkniety z braku pracownikow (to w wiekszosci studenci, a tu rok akademicki zaczyna sie czesto juz w sierpniu), sprawdzilam jeszcze strone internetowa, zeby upewnic sie, ze maja otwarte. Potworki szybko zjadly obiad (dopiero niedawno przyjechaly ze szkoly), przebraly sie w stroje i pojechalismy. Na darmo. :/ Na stronie internetowej nic nie wrzucili, za to na drzwiach wywiesili, ze basen bedzie otwarty dopiero w piatek... Nosz kurna! :/ Dobrze, ze mamy na niego raptem kilka minut jazdy, bo bylabym podwojnie wsciekla! Kiedy jednak zrezygnowani wrocilismy do domu, Bi oznajmila, ze jak juz ma ubrany stroj kapielowy, to chce go wykorzystac. ;) Skoro basen nam bezczelnie zamkneli, ublagala wlaczenie zabawkowego zraszacza. Pogoda byla piekna (choc o tej porze dnia i roku jest juz duzo cienia), wiec uznalam, ze niech jej bedzie.

Moje dzieciaki powinny byc spod znaku ryb lub wodnika, bo za odrobine wody by sie daly pokroic ;)
 

Oni wiec sobie poszaleli, a przy okazji podlali trawe i kwiaty. Nie do konca zreszta potrzebnie, bo kolejnego dnia miala nad nas dotrzec resztka huraganiu, wiec wody mielismy dostac w nadmiarze. ;)

Ostatki letnich zabaw...

Zabrac psu pileczke, to i do wody za nia wlezie ;)

A w srode lalo i to wiadrami. ;) Podobnie jak ledwie tydzien temu, tak i teraz doszla do nas resztka huraganu, tym razem Ida. I tak jak wtedy, nie przyniosla (na szczescie) wiatru, ale ulewny i upierdliwy, calodzienny deszcz. Rano na szczescie padalo, ale tak "normalnie". Nie byla to ulewa. A pisze "na szczescie", bo autobus Bi spoznil sie ponad 15 minut! Deszcz pada, w dodatku nie jest za cieplo, Nik juz dawno pojechal, a my tam sterczymy... Doszlam w koncu do punktu, gdzie stwierdzilam, ze czekamy jeszcze 5 minut, po czym zawoze dziewczyny (czekala tez z nami psiapsiolka Bi) i dzwonie do firmy autobusowej zrobic awanture. Autobus w koncu jednak dojechal, panny pojechaly sie edukowac, a ja zebralam sie i podazylam do roboty. W pracy, jak to w pracy. Roboty mam ostatnio huk i z niczym nie nadazam, a im wiecej mam wlasnych zadan do wykonania, tym wiecej laboranci maja dodatkowych pytan i spraw do przedystkutowania. Jak na zlosc. W dodatku szefuncio wybiera sie do Chin, ale oczywiscie cicho-sza i nikt nie wie kiedy dokladnie. Ktos slyszal, ze w polowie wrzesnia, ktos inny w pazdzierniku. A na meetingu oznajmia, ze wylatuje... 10 wrzesnia! :O No to po prostu "super", bo ja kolejnego dnia mialam byc w pracy tylko do poludnia (Potworki konczyly szybciej lekcje), a od piatku mialo mnie nie byc, bo wyjezdzamy na dlugi weekend... A wrocic do pracy mialam wlasnie 10-ego! :O Porzucilam wiec wszystko co robilam, zeby dokonczyc dokumenty, ktore potrzebowalam zeby mi podpisal we wrzesniu! W dodatku przypominam baranowi (moj szef jest naprawde mily, ale czasem mam wrazenie, ze brak mu kilku klepek i nie wiem jakim cudem zostal doktorem medycyny...), zeby wypisal dla kogos upowaznienie zeby mogl za niego podpisywac dokumenty, bo bez tego firma stanie, a on pyta czy moze upowaznic... sekretarke! :O Nie zebym miala cos przeciwko Susan, ale tu chodzi o naukowe protokoly i instrukcje! Ja wiem, ze on ich nigdy nie czyta tylko podpisuje, ale ogolna zasada jest taka, zeby podpisujacy mial odpowiednie wyksztalcenie i doswiadczenie, zeby mniej wiecej wiedziec o co biega! Ech... Czasem rece i cycki opadaja...

Przetrwalam wiec dzien zapieprzu w pracy, po czym w juz wtedy ulewnym deszczu popedzilam na zakupy. W czwartek po pracy bowiem chcialam sie skupic wylacznie na pakowaniu przyczepy. Jazda przez kilka okolicznych miasteczek nie byla zbyt komfortowa. Musialam zjechac w dolinki i kotlinki, a tam na drodze normalnie rzeki sobie plynely! :O W takich chwilach doceniam posiadanie duzego, ciezkiego auta... Momentami deszcz chlustal tak, ze malo co widzialam i musialam zwolnic do slimaczego tempa. No nie bylo to przyjemne doswiadczenie... Ale za to supermarket swiecil pustkami, bo nie dosc, ze sroda, to chyba tez wiekszosc ludzi wolala zaszyc sie w cieplych i suchych domach. ;)

W czwartek musialam wyjsc z pracy wczesniej, bo Potworki wychodzily ze szkoly juz o 12:30. To znaczy, najprawdopodobniej i tak bym sie lekko "urwala", bo trzeba bylo pakowac kempera. My z M. robilismy rundki gora dol, a do dzieciakow przyszly sasiadki. Zgodzilam sie na towarzystwo z mysla, ze przynajmniej nie beda nam zawracac glowy. Niestety tym razem cos w mlodziez wstapilo i po chwili biegali dom - podworko, a dziewczyny co chwila przerazliwie piszczaly, choc niby bawili sie po prostu z psem. Hmmm... Wywolalo to troche irytacji, ale najwazniejsze, ze kamper zapakowany i gotowy do drogi. Ciekawe tylko, o czym zapomnielismy? Nie pamietam czy pisalam, ale ostatnio zapomnialam okularow przeciwslonecznych. Troche slabo jak na wakacje nad oceanem. Na szczescie w koncu bylo raczej pochmurno. ;) Jutro wyruszamy (planowo) jeszcze przed wschodem slonca, zeby przebic sie przez Nowy Jork przed porannymi godzinami szczytu. :)

A poniewaz post wyszedl wyjatkowo krotki, wrzucam pare rozmowek:

Nik na powitanie: "No czesc! Jak ty jestes?" - przetlumaczone oczywiscie doslownie z angielskiego how are you :D

***

Nik filozoficznie: "If I'm lucky and I'm rich, I am not going to get married, because all the girls will only want me for my money." [jak bede mial szczescie i bede bogaty, to sie nie ozenie, bo wszystkie dziewczyny beda mnie chcialy tylko dla pieniedzy] - skad takie przemyslenia u osmiolatka?! :O :)

***

Przekomarzamy sie o cos z M. Rzucam zartobliwie do dzieciakow: "Widzicie jaki ten tata zlosliwy?". Bi nie omieszka skomentowac: "Tak, tata is not a real maz". :D

***

Bi mowi, ze mam szczescie bo jestem dorosla i nie musze dzwigac ciezkiego plecaka. "Pocieszam" ja, ze za 20-30 lat tez nie bedzie musiala. Wtraca sie Nik: "Ale wtedy mozesz juz byc RIP"  - RIP = rest in peace, czyli spoczywaj w pokoju, slowem nieboszczyk :D

***

Tematow "grobowych" ciag dalszy. Nik znalazl na podlodze mojego wlosa. Bawi sie nim, przeciaga przez palce, itd. Mowie zeby go wyrzucil, ale Mlodszy nie chce o tym slyszec: "No, I will keep it as a memory of you when you die!" [Nie, zatrzymam go na pamiatke po tobie kiedy umrzesz!] :O

***

Nik: "Moja sliczniusia mamusia". No jak go nie kochac?! <3

***

Pytam M. co bedzie robil jak pojade z dziecmi na religie (tak, niektore teksty sa tak stare :D). Zamiast malzonka, wtraca sie Bi: "He's gonna see his secret girlfriend!" [spotka sie ze swoja sekretna dziewczyna]. Czy ja o czyms nie wiem?! :D

***

Kokusiowi wpadaja do oczu przydlugawe kudly i zarzuca glowa, zeby ja odgarnac. Bi sie smieje, ze macha glowa jak dziewczyna, a Nik jej wtoruje: "because they're so long! Now I understand your girls' problems!" [bo sa takie dlugie! Teraz rozumiem wasze dziewczynskie problemy!]

***

O problemach ze sluchem:

Spiewa Ariana Grande. Nie mam pojecia jaki jest tytul piosenki, w kazdym razie w ktoryms momencie wokalistka piszczy "...watching movies...". Bi zdziwiona: "Why is she singing watching boobies?!" [movies = filmy, boobies = cycki]. Glodnemu chleb na mysli; Bi jest ostatnio wyczulona na punkcie cyckow. :D 

***

Kolejny Potworek powinien wyczyscic uszy:

Tym razem znam tytul piosenki ("Body like a back road"), za to nie mam pojecia kto spiewa. ;). W kazdym wypadku, piosenka idzie "...driving with my eyes closed...". Nik w glebokim szoku: "On spiewa asshole!!!". Taaa... Sluchaj uchem, a nie brzuchem. :D

***


Do przeczytania gdzies po moim powrocie! :)

niedziela, 29 sierpnia 2021

Wakacyjny tydzien 10 i ostatni, ale za to wycisniety niczym cytrynka :)

Ech... Dziesiec tygodni minelo sobie niczym mgnienie oka... Niby jak patrze wstecz, to sporo sie dzialo, bylismy na kempingach, zmienialy sie polkolonie Potworkow, ale jednak mam uczucie, ze lato jakos tak przecieklo mi miedzy palcami. :(

Aha. Mialam zaczac od tego "huraganu", ktory mial nas nawiedzic w niedziele. ;) Musze wspomniec ze po zeszlym roku, kiedy patrzac przez okno powaznie zastanawilam sie czy nie schowac sie z dziecmi do piwnicy, po drzewie, ktore polecialo prosto na przyczepke oraz po 4 dniach bez pradu, nie jestem juz taka szybka w wydawaniu osadu. Do tamtego roku na straszenie w prognozach, ze jaka to potworna pogoda i w ogole kataklizm na nas idzie, zawsze przewracalam oczami, ze znow na sile szukaja sensacji. Po tamtej pamietnej wichurze jednak jestem ostrozniejsza i wyznaje raczej zasade, ze przezorny zawsze ubezpieczony. Bo w 9 na 10 przypadkow prognozy sa rozdmuchane, na wyrost i wprowadzaja niepotrzebna panike, ale zostaje ten jeden przypadek, kiedy faktycznie sie sprawdzaja i skutki bywaja katastrofalne. :D Upewnilam sie wiec, ze mamy w chalupie zarcie (na szczescie w piatek zrobilam zakupy), wode (choc mamy ja z wodociagow, nie ze studni, wiec nawet przy braku pradu nie powinno byc problemu), naladowane latarki oraz benzyne w kanistrze (dla agregatora), gdyby znow szlag trafil prad i trzeba bylo ratowac zapasy w lodowce... Poniewaz wydawalo sie, ze powinnismy jakos przetrwac kilka dni bez pradu, pozostalo juz tylko czekac na rozwoj sytuacji. W niedziele (22 sierpnia) wiec, M. nie pojechal do pracy i cala czworka siedzielismy w chalupie "czekajac" na huragan. Ktory... nie nadszedl. ;) Tym razem zmiescilismy sie w tych dziewieciu przypadkach, kiedy nie tylko huragan zostal zdegradowany do tropikalnego sztormu, ale jeszcze przeszedl bardziej na wschod niz przewidywano i o nas ledwie zahaczyl. Ani mocno nie padalo, ani szczegolnie nie wialo. Wlasciwie duzo gorszy pogodowo okazal sie poniedzialek, ale o tym nizej. Widzialam juz paskudniejsza pogode. ;) To oczywiscie u nas, bo kilka bardzo zalesionych miejscowosci na wschodzie Stanu zostalo bez pradu, a w innych pozalewalo ulice. My jednak stwierdzilismy, ze dawno nie spedzilismy tak nudnego dnia. ;) I jasne, takie leniwe dzionki tez sa potrzebne, choc tym razem caly dzien nie opuszczala mnie adrenalina i caly czas mialam wrazenie, ze czekam na cos... Co chwila tez doladowywalam telefon, zeby w razie czego byl maksymalnie naladowany. I w koncu nic nie nadeszlo, wiec wieczorem czulam sie po prostu wykonczona tym napieciem. Fakt, ze wlasnie dostalam okres, tez nie pomagal. ;) Jeszcze kladac sie spac zastanawialam sie czy rano nie zbudze sie w chalupie bez elektrycznosci, choc ryzyko bylo minimalne, bo wiatr juz poznym popoludniem niemal ucichl...

W poniedzialek okazalo sie, ze tropikalny sztorm Henri zatoczyl sobie radosne koleczko i wrocil nad nasz Stan zeby popsuc nam pogode w kolejny dzien. Swoja droga zartowalam z Kokusiem, ze bardzo trafnie nazwali to cos, co mialo byc huraganem, bo jego ulubiony kumpel ma na imie niemal identycznie i jest wlasnie niczym taki huragan w chlopiecej skorze. :D W poniedzialek sztorm na szczescie nie przyniosl juz wiatru, tylko upierdliwy, calodzienny deszcz i to momentami bardzo ulewny. Przy okazji mielismy temperature okolo 22 stopni, calkiem ciepla, wiec zrobila sie niezla duchota. Ale wiecie jak takie powietrze dobrze robi na oczyszczanie cery?! Pryszcze praktycznie same wylaza! :D Rano zabralam sie dziarsko za papiery z roboty, a dodatkowo o 11 bylam umowiona na telefon z przedstawicielka firmy, ktora ma dla mojej pracy dostarczyc usluge. Nie lubie zalatwiac takich spraw, bo zazwyczaj jako "posrednik" nie znam wszystkich szczegolow, a mam ustalac co, dla kogo, kiedy i za ile. Z jakiegos powodu szef uznal za stosowne zwalenie tego na mnie, ale jak tylko dogram jeszcze troche szczegolow, odbije paleczke i przekaze ja mu z powrotem. Zreszta, usluga wymaga instalacji i aktywacji programu komputerowego, a ja sie z kompami nie za bardzo lubie. ;)

Poniewaz mial to byc ostatni dzien deszczu, a reszta tygodnia klarowala sie juz duzo przyjemniej, postanowilam zabrac Potworki na szkolne zakupy, zeby miec to z glowy i moc ladniejsze dni spedzic przyjemniej. W koooncu, w piatek dostalam bowiem liste Kokusia. Dzieciaki az podskoczyly ze szczescia, bo od chyba miesiaca codziennie dopytywali kiedy pojedziemy. A mi mina po drodze zrzedla, bo trafilismy akurat na najwieksza ulewe. Na autostradzie samochody rozbryzguja wode, do tego ulewny deszcz i widocznosc zrobila sie prawie zerowa. Z tylu Nik wola zebym wlaczyla wycieraczki na szybciej, a one szly juz z maksymalna predkoscia! :O Przyznaje, ze w ktoryms momencie naprawde mialam zoladek w gardle, bo akurat trafilam na lewy pas, gdzie pobocza nie bylo w ogole, a za to byl rzad betonowych blokow. Nie mialam wiec jak zjechac, przed soba praktycznie nic nie widzialam, jechalam ledwie ledwie i modlilam sie, zeby nikt nie wjechal mi z rozpedu w doope. :O Na szczescie taki najgorszy moment trwal moze z minute, ale wystarczyl, zebym sie porzadnie wystraszyla i z powrotem wybrala boczne drogi zamiast autostrady. Moze dluzej zeszlo i zrobilam lekkie koleczko, ale za to czulam sie duzo bezpieczniej. ;) Najwazniejsze jednak ze ostatecznie przejechalismy bez wiekszych problemow i wrocilismy niemal z kompletem wyprawki. Brakuje tylko temperowki dla Kokusia, ktorej za cholere nie moglismy znalezc (no serio, zeby czegos takiego nie mieli?!) oraz sluchawek do chrome bookow, bo zadne Potworkom nie podpasowaly. To jednak cos, co miec moga, ale nie musza, wiec pal licho. Zreszta, po domu wala nam sie cala masa sluchawek, z kablami, bezprzewodowych, do wyboru, do koloru... ;) dzieciaki wybraly sobie tez po plecaku, bo Nika sie w zeszlym roku rozpadl i posilkowal sie takim malym, przeznaczonym do Polskiej Szkoly, zas Bi swoj nosila dwa lata i choc okazal sie bardzo solidny, to ma z przodu jednorozca i panna oznajmila, ze nie bedzie go uzywac i koniec... A pomyslec, ze jeszcze osme urodziny, ledwie dwa lata temu, miala w temacie jednorozcow, ech...

Potworniccy z (prawie) kompletem wyprawki :)
 

Reszte popoludnia spedzilismy juz w domu, ja odpisujac na maile, Potworki przepakowujac wyprawke. Troche folderow, olowkow i zeszytow (z ktorych Nik nie musial kupic ani jednego! :O), a ile radosci. ;) Nie dziwie sie im zreszta, bo jako dziecko, choc szkoly ogolnie nie lubilam, to uwielbialam kupowac wyprawke. Wszystkie te zeszyty, ksiazki, takie jeszcze czysciutkie i pachnace nowoscia, ach! ;) Nik ma durny zwyczaj brania ze soba do lozka wszystkich nowych rzeczy, od zabawek po... buty. :O Ostatnio spal z psia smycza, bo Maya przegryzla stara i musialam zakupic nowke niesmigana. :D W kazdym razie, w poniedzialek przymierzal sie zeby spac z plecakiem zaladowanym wyprawka, a plecak wybral sobie ogrooomny. Na szczescie udalo mi sie mu to wyperswadowac, ale postawil go zaraz obok lozka. :D

Wieczorem zabralam sie za dalsza utylizacje plonow. Te, jak juz pisalam sa marniutkie. Garsc ogorkow, ktora trzymalam w lodowce, w nadziei, ze jeszcze pare urosnie i starczy akurat na sloik malosolnych, splesniala... :( Coz, mam nauczke, zeby nie czekac. W lodowce lezakowaly tez 3 cukinie, z ktorymi trzeba bylo cos zrobic, zanim rowniez nie splesnieja albo nie zmienia sie w "kapcie". W niedziele, kiedy przekonalam sie, ze wiatr zlagodnial i nie grozi nam juz raczej brak pradu, zabralam sie za cukinie zapiekana z pomidorami oraz parmesanem, posypane oregano i bazylia. Dobrze, ze w przepisie sa wlasnie pomidory, bo to jedyne, co w tym roku obrodzilo i mam ich juz w lodowce kilka, a kolejne dojrzewaja pod sciereczka na blacie. ;) Nie mowiac o kolejnych, ktore juz czekaja na krzaczkach. ;)

Zdecydowanie moj faworyt!
 

Kurcze, jakie to wyszlo dobre! Przywodzilo na mysl wloskie zapachy i smaki, choc nikt poza mna w rodzinie nie chce sprobowac... :/ W poniedzialek zas pod wieczor zabralam sie za placuszki z cukinii. Kolejne zeszloroczne odkrycie, bo wczesniej nie moglam trafic na przepis, ktory by mi wyszedl.

A tu cos, co zjedza nawet Potworki, choc Mlodszy z wielkim marudzeniem :)
 

Jedyne co, to przez tegoroczne, potwornie mokre lato, cukinia jest strasznie wodnista. Dwa razy musialam ja odsaczac, bo doslownie plywala! Placuszki jednak w koncu wyszly pyszne, choc Potworki oczywiscie krecily nosem... Mam jeszcze w lodowce ostatnia cukinie, najmniejsza i nie wiem co z niej zrobic...

Wtorek zaczelam grzecznie od pracy. Troche papierow, zaliczony meeting (zieeew)... Pozniej zas szybko zapodac Potworkom lunch, bo okolo 1 mialo sie zjawic towarzystwo. Bi cale lato prosila o zabawe z jedna z kolezanek, ale jakos albo sie czasowo nie skladalo, albo nie mialam ochoty na zupelnie nieznane dziecko w chalupie. W tym tygodniu jednak bylam w domu, przyjaciolka Bi wyjechala, w dodatku zaraz zacznie sie szkola i inne zajecia, wiec stwierdzilam, ze ok, "wyprobujmy" te nowa kolezanke. ;) To ta dziewczynka, ktora bedzie co prawda w innej klasie, ale chociaz w tym samym zespole, grupie, czy jak to zwal. Z rozmow z ludziskami, ktorzy maja starsze dzieci wynika, ze dziewczyny beda mialy klasy na tym samym pietrze i razem beda w czasie lunchu oraz dlugiej przerwie. Chociaz tyle. W kazdym badz razie, skoro Bi miala miec towarzystwo, spytalam Kokusia czy chcialby zaprosic kolege (tez mi pytanie! :D), a on, ku mojemu zdziwieniu, zamiast swojego kolegi - huraganu, wybral tego z wiosennej druzyny pilkarskiej. No i dobrze, mam nadzieje, ze chlopaki beda sie czesto spotykac, bo mieszkaja od siebie doslownie minutke na rowerach (piechota to juz kawalek). Szkoda, ze nie beda w tej samej klasie...

Przyznaje, ze tym razem trafila sie grupka bardzo spokojna. Kolege Nika juz znalam (i cieszylam sie, ze wybral akurat jego), ale i kolezanka Bi okazala sie spokojniutka. Tak naprawde mlodziez wsiakla w gry (tu przewrot oczami), ale po godzinie gapienia w ekrany, urzadzilam im bitwe na wodne balony (to zawsze jest hit!), a potem, skoro byli juz mokrzy, wlaczylam zraszacz.

Poczatkowo bawili sie calkiem zgodnie...

Oni latali, a pies usilowal pic wode z wiaderka bez oberwania balonikiem :D

Zabawa byla na 102! :D

W zraszaczu tez poczatkowo zgodnie usilowali sie porzadnie zmoczyc ;)
 

Niestety, utworzyly sie grupy dziewczynki przeciw chlopcom, przy czym te pierwsze dokuczaly chlopcom (bo mlodsi, a poza tym Bi ma taki charakterek), zas ci drudzy w pewnym momencie postanowili odplacic pieknym za nadobne i wybuchla mala awanturka.

Dziewczyny "atakuja" chlopcow ;)
 

Dobrze, ze glownie miedzy moimi osobistymi Potworkami, ale zakonczyla zabawe. Obie grupy, obrazone na siebie, pomaszerowaly sie przebrac i rozeszly po pokojach. ;) Potem jeszcze zapodalam "pewniaka" zywnosciowego czyli nuggetsy i po kolege przyjechal hulajnoga brat, a chwile pozniej po kolezanke mama. Dziewczynka pechowo nie mieszka na zadnym z sasiednich osiedli, wiec odpada szybki przejazd na rowerach. ;) A pozniej jeszcze przypomnialo mi sie, ze nie mamy co z Bi czytac wieczorem, wiec szybko wsiedlismy na jednoslady i przejechalismy do biblioteki. Bylo 30 stopni, a po dwoch dniach deszczu wszystko parowalo, wiec wrocilismy doslownie ociekajac potem. ;) Ale fajnie bylo sie przejechac. Zas na tarasie, poza stesknionym psem (w koncu nie bylo nas "az" pol godziny!) "czekalo" na nas takie cos:

Cos ich ostatnio duzo. Moglyby sie zabrac za szkodniki w moim warzywniku ;)
 

Najlepszy byl Nik, ktory bal sie sam zejsc po schodach (modliszka siedziala zaraz przy nich) i trzymal sie mnie kurczowo, bo jeszcze stworzenie na niego skoczy! :D "Bo one lataja, mamo!" (jakbym nie wiedziala). Kiedy zas robilam zdjecie, przestrzegal mnie, zebym nie zblizala do niej az tak rak, mimo ze tlumaczylam, iz modliszki ludzi nie atakuja. :D A od sasiadki dostalam taki cudowny i aromatyczny bukiet:


 

Jak oni to robia, ze im tak wspaniale kwitna?! Moje rozkwitly rok temu, zas w tym sezonie mialy jedna, marna kisc... :( Podsumowujac byl to calkiem udany dzien i to uczucie psula mi tylko swiadomosc, ze to juz ostatnie takie letnie, swobodne, beztroskie dni...

Sroda byla dniem atrakcji dla Potworkow. Ja, jak to ja, usilowalam w jednym tygodniu zmiescic wszystko, co moglismy zrobic w czasie calych wakacji. ;) Nic jednak nie poradze, ze widzialam juz przed oczami te ponure, deszczowe, jesienne dni i chcialam ma maksa wykorzystac jeszcze pogode. A ze akurat ten ostatni tydzien bylam w domu z Potworkami, to w te marne 4 dni (poniedzialku nie licze, bo pogoda byla do doopy) probowalam jeszcze wcisnac ostatnie przyjemnosci. ;)

Rano posprawdzalam poczte z pracy, poodpisywalam na maile, po czym wyruszylam z dzieciakami na farme. Po spedzeniu tam tygodnia polkolonii prosili zeby pojechac po prostu w ramach wizyty, ale odkladalam to i odkladalam, az wakacje prawie sie skonczyly i uznalam, ze teraz albo nigdy. :) Chcialam pojechac jak najwczesniej rano, zeby po pierwsze, uniknac najgorszego upalu (akurat nadeszlo kilka dni z temperatura ponad 32 stopni), a po drugie tlumow. Nie udalo sie ani w jednym, ani w drugim przypadku. Gorac juz od rana byl straszliwy, a ludziska mieli chyba ten sam pomysl co ja, bo o 10 rano zastalismy pelniusienki parking. :O 

Wszystkie konie tam maja naprawde cudowne osobowosci; zreszta, pewnie wlasnie z tego wzgledu tam trafily :)
 

Potworki ucieszone, pamietaly nadal imiona wiekszosci zwierzakow i opowiadaly anegdotki, w stylu, ze ta koza wszystkich tryka, ta lama kogos kopnela, na tym osiolku moglismy sie przejechac; ten drugi wszystkich zrzucal, ta ges to straznik, bo kaczki byly atakowane przez szopy, a po zakupieniu kilku gesi ataki ustaly. :)

To wlasnie owa ges - straznik. Syczala na kazdego kto podchodzil do siatki, ale zarelkiem nie pogardzila ;)
 

Biegali od zagrody do zagrody, karmiac po kolei wszystkie zwierzaki, choc Nik rownie zainteresowany byl... lapaniem kur.

Te ogromne farmerskie konie wzbudzaly respekt, choc tez byly bardzo delikatne
 

Odkad nauczyl sie tego podczas polkolonii, stalo sie to jego ulubionym zajeciem, choc niekwestionowanym mistrzem jest Bi. :)

Mlode prosieta wylegiwaly sie w cieniu

Choc najslodsze byly te kilkutygodniowe maluchy :)

Ona jednak wolala spacerowac od zwierzaka do zwierzaka, glaskac, gadac i wspominac co z nimi robila na polkoloniach. Mlodszy latal z dzikim okrzykiem, a kury w panice rozpierzchaly sie po farmie. :D

W ktoryms momencie kazde dumnie dzierzylo w rekach kure :D
 

Plan byl, zeby potem pojechac do pobliskiej lodziarni, ale niestety mieli zamkniete. Nie to nie... Zajechalismy za to na stacje benzynowa, po kawe dla matki i mrozone napoje dla dzieci. Potem do domu i matka do kompa, a dzieci na elektronike. ;) Za to po poludniu, korzystajac z upalu, zabralam dzieciaki na basen. Szkoda tylko, ze sama mialam okres, wiec pomoczylam tylko nogi, a poza tym doslownie roztapialam sie z goraca.

Jak ja im zazdroscilam! :D
 

Zreszta... Po dwoch dniach deszczu woda mocno sie ochlodzila. Liczylam na to, ze goracy wtorek ja troche zagrzeje, ale jeden dzien okazal sie niewystarczajacy. Nawet Potworki lekko szczekaly zebami, choc jak juz sie zanurzyly, to mogly z wody nie wychodzic. Troche poplywali bawiac sie w wodnego berka (:D), troche poskakali z trampoliny i dwie godziny minely niewiadomo kiedy.

Nik prawie - prawie wpada do wody :)

Jak sie dobrze przyjrzec, to widac, ze Bi juz nie stoi na trampolinie, tylko leci pionowo w dol :)

A po powrocie to juz pora kolacji i zaraz do spania. :)

Dopiero nastepnego dnia sobie przypomnialam, ze w srode minela nam tez rocznica slubu koscielnego! Dziewiata - blaszana! Taka zwykla, pospolita, nic dziwnego, ze oboje zapomnielismy. :D

Czwartek byl znow dosc intensywny, jak caly tydzien zreszta. ;) Rano mialam meeting z jednym z szefow, krotki na szczescie, bo tylko polgodzinny i o 10 rano, wiec przynajmniej nie w srodku dnia. Tyle, ze akurat tego ranka chcialam zabrac Potworki na mini golfa, a ze dzien szykowal sie najupalniejszy z calego tygodnia, planowalam jechac zaraz na otwarcie, zeby bylo jak najchlodniej. Otwieraja o 10, a mi akurat o tej porze wypadl meeting (o ktorym dowiedzialam sie dzien wczesniej i mozecie sie domyslic jaka bylam "szczesliwa"). :/ Potem, zanim Potworki laskawie sie ubraly, uczesaly i ogarnely (wiadomo, jak matka nie stoi nad glowa, nic nie zostanie zrobione), wyjechalismy prawie o 11. Na szczescie, na mini golfa mamy doslownie 5 minut jazdy i az wstyd, ze jak narazie bylismy tam tylko raz i to ponad dwa lata temu, na urodzinach sasiadek. Nooo, Potworki byly tez z wycieczka na polkoloniach, ale narzekali, ze duzo dzieci, ktos tam sie wymadrzal na temat zasad gry, ktos sie przepychal, jeszcze inna osoba wpadla do fontanny (ups :D)... W tym roku zreszta tez bym pewnie ich nie zabrala, ale od zeszlego lipca mamy kupony do tego miejsca od sasiadow, ktorym pilnowalismy przez kilka dni kota. :) Rok temu pytalam M. kilka razy kiedy zabierzemy dzieciaki, ale choc najpierw stwierdzil, ze chetnie z nami pojedzie, ale potem ciagle na moje propozycje odpowiadal, a ze ma robote (fakt, ze remontowal schody i lazienke oraz malowal szafki kuchenne, no ale nie poswiecic godzinki, zeby spedzic czas z rodzina?!), a w koncu oznajmil, ze to go kompletnie nie bawi i nie ma ochoty. :( I w koncu nie pojechalismy. W tym roku wiec uznalam, ze nie bede pytac jasnie pana, tylko wezme dzieci sama, ale tez zbieralam sie niczym sojka za morze. Pomyslalam jednak, ze jak nie pojade w tym tygodniu, to znow nie pojade wcale, co pozwolilo sie odpowiednio zmotywowac. A najlepsze, ze jak potem opowiedzialam M. gdzie bylismy, pierwsza reakcja to: "No tak, bez tatusia...". Taaa... Tatus taki chetny, ze hej. Mial szanse, a nawet kilka. Teraz niech zaluje. ;) Jadac rano liczylam, ze bedzie tam sporo cienia (teren otoczony jest z 3 stron drzewami) oraz ze nie bedzie tlumow. Przeliczylam sie w obu przypadkach. Jak przyjechalismy rzeczywiscie nie bylo zbyt wielkiej grupy, ale juz w polowie gry wlasciwie przy kazdym dolku byla inna grupka. A slonce niestety padalo z tej czwartej, nieoslonietej strony i tylko na obrzezach dolki znajdowaly sie w cieniu. Cala gra zajela nam okolo godziny i choc wczesniej zakladalam, ze mozemy zagrac dwa razy, po tym jedny wyszlismy z tamtad czerwoni i ociekajacy potem. ;) Na szczescie przy mini golfie znajduje sie lodziarnia, poszlismy wiec na lody dla ochlody. ;)

Nie, Mlodszy nie ma popsutych zebow. Wysmarowal je czekolada z lodow :D
 

Ogolnie Potworki zachwycone, jak zawsze zreszta kiedy maja jakies atrakcje. Dla mnie zas najwazniejsze bylo, ze Nik sie troche ogarnal i mozna z nim po ludzku pograc.

Jeden z niewielu cudownych dolkow w cieniu :)
 

Dwa lata temu, na urodzinach sasiadek, walil kijkiem w pileczke z calej sily, ta przelatywala nad kilkoma dolkami, nieraz tuz nad glowami lub przed nosami innych ludzi. Wiadomo, zdarza sie to czasem kazdemu dziecku, ale Nik wszystkie moje upomnienia mial w doopie i zasmiewal sie do rozpuku kiedy pileczka przelatywala nad trzema dolkami. W koncu ludzie zaczeli mi rzucac zirytowane spojrzenia, a ja mialam ochote strzelic Kokusiowi klapsa, zabrac mu kijek i zakonczyc zabawe. Odetchnelam z ulga kiedy zawolano nas na tort. ;) Tym razem na szczescie mlody mial faktyczna frajde z trafiania do dolka zamiast walenia kijem w pileczke, choc energia go jak zwykle rozpierala i caly czas podrygiwal w miejscu. :D

Bi tutaj to taka "panienka", ze az cos mnie sciska...

Po mini golfie musialam podjechac do pracy po papiery, ktore gotowe sa do sprawdzenia, a ktore potrzebuje miec przejrzane do poniedzialku. Potwory oczywiscie zachwycone, ze moga zobaczyc prace mamuski, choc Nik nie omieszkal sobie pomarudzic idac do wejscia, ze "umiera" z goraca i pragnienia. Dla jasnosci, od samochodu do drzwi mielismy moze 100 m, z czego wiekszos prowadzila w cieniu, wzdluz budynku. ;) Potem zas wpadlismy do domu, zjedlismy szybki lunch i znow zapakowalismy sie w auto, zeby podjechac do sklepu z grami. Nikowi nadal zostalo troche kasy na karcie podarunkowej z Komunii i w kolko slyszalam tylko "kiedy pojedziemy do GameStop (nazwa sklepu) i kiedy pojedziemy?!". Co bylo robic, w koncu pojechalismy. Mlodszy wrocil z dwiema nowymi grami, ale niestety - stety na karcie nadal cos zostalo, wiec czeka mnie na bank kolejna tam wycieczka. ;)

Reszta dnia juz nieco leniwsza. Poczatkowo planowalam znow zabrac Potworki na basen, bo upal byl nieziemski, ale ten najblizej nas byl tego dnia zamkniety, a dalej mi sie nie chcialo jezdzic. Nik mial trening druzyny plywackiej (wiec jednak poplywal ;P), ale pojechal z M., ja zas troche posprzatalam, podlalam ogrodek oraz przymusilam Bi do wziecia prysznica. Kolejnego dnia miala bowiem jechac do nowej szkoly poznac klase i nauczycielke, a tu wlosy tluste i zalatujace potkiem paszki. ;) A pierwsze wrazenie wiadomo, robi sie tylko raz. ;)

Piatek oznaczal kolejne zabiegane popoludnie. Ranek zreszta nie byl duzo lepszy, ale chociaz dla zalatwiania spraw nie trzeba bylo wychodzic z domu. ;) Dla mnie kontynuacja przegladania papierow z pracy, a dodatkowo kolejny telefon do firmy przewozowej obslugujacej autobusy szkolne w naszej miejscowosci. Nie pamietam juz bowiem czy pisalam, ale beznadziejnie przydzielili Nikowi w tym roku przystanek. Te przystanki tutaj to takie umowne miejsca gdzie dzieciaki maja czekac. Zawsze bylo pod naszym domem, albo pod domem sasiadki z naprzeciwka. A w tym roku ktos nadgorliwy (i najwyrazniej nowy) przydzielil zupelnie inny adres. Podejrzewam, ze zobaczyl te sama nazwe drogi i stwierdzil, ze co za roznica te 20 numerow... Szkopul w tym, ze nasza ulica jest przecieta na pol glowna wjazdowa droga, po ktorej ludzie zazwyczaj zapierniczaja ile gazu starczy w pedale. Dodatkowo, przystanek znajduje sie tak daleko, ze nie widac go z okna naszego domu. Nie bardzo mialam ochote zeby Nik wracal sam spod tamtego adresu, szczgolnie, ze autobus i tak musi wjechac na nasza ulice zeby odstawic dzieci mieszkajace dalej oraz na innych, odbiegajacych od naszej. Zadzwonilam w srode, pani wziela ode mnie dane, spytala dlaczego chce zmienic przystanek i oznajmila, ze koordynator do mnie oddzwoni. Ok. Czekalam reszte srody, caly czwartek, bo zdawalam sobie sprawe, ze takich prosb jak moje pewnie maja kilkadziesiat, jak nie kilkaset. W piatek juz sie jednak wkurzylam, bo przeciez w poniedzialek pierwszy dzien szkoly! Dzwonie wiec jeszcze raz, a pani (z glosu ta sama co w srode) pyta czy wyslalam maila do koordynatora! A ktos mi, do cholery, powiedzial, ze mam wyslac?! W kazdym razie wszystko dobrze sie skonczylo. Wyslalam maila pogodzona z tym, ze raczej juz tego dnia nic nie zalatwie, ale ku mojemu zaskoczeniu, w ciagu godziny koordynator odpisal, ze zmienia przystanek na adres naszej chalupy. Jedno odhaczone. :)

Rano Nik mial tez spotkanie zapoznawcze z nowa nauczycielka oraz kolegami. Niestety... wirtualne. Osobiste spotkania byly tylko dla dzieci z zerowek oraz starszych, ale tylko jesli sa nowe w tej szkole. Niestety Nik to juz "weteran", wiec przyszlo mu zasiasc przy kompie.

"Radosc" ogromna :D
 

Mlodszy nienawidzi takich wirtualnych spotkan juz od czasow zdalnego nauczania pod koniec II klasy, wiec obserwowalam tylko jak siedzi coraz to nizej i nizej na krzesle i jeszcze moment a zsunal by sie z nudow na ziemie. :D Na szczescie pozniej stwierdzil, ze pani wydaje sie mila, a poza swoim ulubionym kumplem dojrzal przynajmniej trzech innych urwisow, z ktorymi dobrze sie dogaduje, wiec wlasciwie to wejdzie w IV klase niczym w dobrze znane bagienko. ;)

Wczesnym popoludniem swoje spotkanie zapoznawcze miala Bi, ale z racji, ze przechodzi do nowej szkoly, bylo je osobiscie. Zaraz po lunchu pojechalismy wiec do jej "wyzszej podstawowki", ktorej zreszta sama bylam ciekawa, bo choc Potworki mialy tam polkolonie, to rodzice nie byli wpuszczani do srodka. Szkola zrobila na mnie bardzo pozytywne wrazenie. To obecnie (chyba) najnowsza placowka publiczna w naszym miasteczku, przynajmniej dopoki nie wybuduja nowego skrzydla high school. ;) Mimo, ze budynek ma juz prawie 20 lat wiec wcale nie jest najnowszy, to i z zewnatrz i w srodku wyglada naprawde pieknie. 

Przed glownym wejsciem. Po calym tygodniu Bi miala juz wyraznie dosc moich ciaglych zdjec :D
 

Wewnatrz, w glownym holu drewniane panele robia wspaniala atmosfere i przypominaly mi troche gorskie schronisko, choc bardziej eleganckie. :) Wszedzie tez czuc przestrzen. I klasy i sale do muzyki czy plastyki sa bardzo przestronne, podobnie jak stolowka i mam wrazenie, ze Bi czula sie troche ta przestrzenia przytloczona, bo podstawowka Potworkow jest malutka i przytulna, a tu taki "moloch". ;) No nic, przywyknie. Jej wychowawczyni jest mloda i wydaje sie pelna entuzjazmu, w klasie jest z dziewczynka z ktora byla w II klasie oraz grala w pilke nozna. Przynajmniej jakas znajoma twarz. :) Jest tez z synem naszych dobrych znajomych, ale wiadomo, chlopak, wiec zwisa jej i powiewa. :D

Po spotkaniu zapoznawczym popedzilam z Potworkami na zakupy spozywcze, a potem po kawe, mrozone napoje i do domu. To "popedzilam" to taki skrot myslowy, bo chyba z racji piatku, cala okolica byla tak zakorkowana, ze szlag mnie trafial na prawie kazdej drodze... W dodatku objazd, ktory prowadzi kolo naszego domu mieli zlikwidowac do 20 sierpnia, tymczasem funkcjonuje w najlepsze i nawet do domu dojechac nie mozna bez stania po 10 minut na kazdych swiatlach! Ech... Poniewaz piatek mial byc ostatnim upalnym dniem, a w dodatku od poniedzialku czekala Potworki szkola, stwierdzilam, ze zabiore ich jeszcze raz na "nasz" basen. Kiedy juz w koncu dotelepalismy sie do domu, migiem rozpakowalam zakupy, dzieciaki na szybko cos przekasily, zalozyly stroje i pojechalismy. Tym razem niestety mieli pecha. Od rana zapowiadali na popoludnie burze, ale przesunely sie na tyle, ze wydawalo sie, ze powinny nas ominac...

Woda, najwieksze szczescie ;)
 

Potworki pochlapaly sie przez jakies 45 minut, az tu nagle ratownicy gwizdza z calych sil i wyganiaja wszystkich z wody. Podobno ktorys uslyszal... grzmot. A procedury maja takie jak kiedys nad jeziorem, nad ktorym bylam z kumpela. Jak zagrzmi to do wody mozna wrocic dopiero po 30 minutach... Czy musze dodawac, ze choc jakies chmury krazyly na horyzoncie, to nad nami bylo piekne slonce? :/ W miedzyczasie ratownicy uslyszeli kolejny grzmot, choc moglabym przysiac, ze to przejechala gdzies ciezarowka, wiec odliczanie zaczeli od nowa. W sumie czekalismy 40 (!) cholernych minut az otworza basen. Mialam ochote pierdzielnac to i wrocic do domu, ale pocieszalam sie, ze jak otworza to dzieciaki beda mialy jeszcze godzine zabawy do zamkniecia. Potworki wraz z gromada innych czekajacych dzieci popedzily na plac zabaw, wiec czas plynal w miare szybko.

Czy to wyglada jakby za chwile miala sie rozpetac burza z piorunami? :/
 

I teraz najlepsze. W koncu basen ponownie otworzyli, dzieciarnia rzucila sie z piskiem jakby wody w zyciu nie widzieli, popluskali sie moze 5 minut i... zagrzmialo!!! :O

Tu ta kilkuminutowa radosc z ponownego wskoczenia do wody...
 

No ku*wa! Oczywiscie ratownicy rzetelnie wszystkich z wody wyrzucili, a przez megafon ogloszono, ze tym razem zamykaja basen juz na reszte wieczora. :( Jedyne co dobre, to dostalismy kupony na darmowe wejscie. Basen jednak zamykaja za tydzien, Potworki wracaja do szkoly, weekend ma byc chlodniejszy i pochmurny, wiec nie wiem czy uda nam sie go wykorzystac. :/

Sobota byla juz spokojna, zeby nie powiedziec nudna. Z racji, ze piatek byl zalatany i malo co popracowalam, rano wyciagnalam papiery, ktore koniecznie chcialam miec przejrzane przed poniedzialkiem. Dzieki niebiosom za nieco starsze dzieci, ktore po sniadaniu wlaczyly sobie elektronike i nie przeszkadzaly. ;) Caly dzien sie chmurzylo i bylo zdecydowanie chlodniej (w ciagu jednego dnia temperatura spadla z 34 stopni na 21 i czlowiekowi wydawalo sie, ze mrozy przyszly! :D), ale pogoda sie w miare utrzymala. Lunelo dopiero wieczorem. Oczywiscie bylo zupelnie sucho, az... poszlismy na spacer. :D Na szczescie nie lalo, tylko kropilo, wiec strasznie nie zmoklismy, no ale, nie mialo kiedy?! ;)

Niedziela zapowiada sie rowniez pochmurna, "chlodna" (jak na te pore roku) i leniwa. A od poniedzialku wkraczamy w nowa, szkolna codziennosc! :) Poki co na 4 dni, bo piatek bierzemy wolny a potem mamy dlugi weekend, ale to taki maly przedsmak. ;)

niedziela, 22 sierpnia 2021

Wakacyjny tydzien #9; juz przedostatni, za to bardzo towarzyski (dla dzieci) :)

Kolejny tydzien... Jeszcze tylko jeden i witamy szkole. :O Ale to zlecialo! Chyba co roku pisze to samo, ale nic nie poradze, ze wakacje sa takie krotkie... :D

Po przejsciu frontu w sobote, w niedziele (15 sierpnia) pogoda byla duzo przyjemniejsza. Jak dla mnie, zawsze pragnacej letniego goraca, troche za "chlodno", bo 25 stopni, ale za to bez wilgotnosci i z lekkim wiaterkiem. Mozna bylo wyjsc na zewnatrz bez grozby, ze za 10 minut bedzie sie spoconym jak prosie. ;) Poczatkowo myslalam, zeby wybrac sie tego dnia nad pobliskie jezioro (czy raczej bardziej staw), ale potem M. byl w pracy, a kiedy wrocil, pojechalismy do kosciola, po kawe i do domu wrocilismy po 12. I juz mi sie nie bardzo chcialo gdziekolwiek jechac, szczegolnie, ze mialam jeszcze pranie do wstawienia i jakies inne pierdoly. Malzonek zas zabral sie za postrzyzyny syna. Mlodszy upiera sie bowiem na dluzsze wlosy, ale jednoczesnie narzekal, ze laskocza go w uszy i ze mu goraco. Poniewaz jednak nie chce sciac wlosow kompletnie (kitka mu sie marzy! :O), tylko gore chcial zostawic dluzsza, M. raz gadal, ze mam go umowic do fryzjera, bo on sie nie podejmie, a raz ze w sumie co tam wygolic boki... Nie mogl sie tak zdecydowac od dobrego miesiaca, ale w niedziele w koncu go cos naszlo i stwierdzil, ze sprobuje. W razie czego, w trybie pilnym zawsze mozna go zabrac do fryzjera. :D

Taki byl juz zarosniety hobbitek :D
 

Jedyne co, to ja wole jak strzyze dzieciaki wieczorem, zeby potem zabrac ich od razu pod prysznic, w pizamki i do spania. A tu srodek dnia, a tego wzielo na obcinanie... Poniewaz jednak stwierdzil, ze wieczorem pewnie odejdzie mu ochota, machnelam reka. Niech obcina syna, kiedy chce. A Nik (jak to dzieciak) cieszyl sie, ze wow, wezme prysznic, a potem ubiore normalne ubrania (sensacja!)! :D W kazdym razie wyszlo cos takiego. Kiedy pozwoli wlosom opasc na jeden bok, z przodu ledwie widac roznice. ;)

Calkiem normalny fryz, tak? ;)

Ale juz z boku... ;)

I z tylu... Obie strony ma zgolone tak samo, ale wlosom z czubka zazwyczaj pozwala opadac na bok. Chociaz ostatnio zrobilo sie tak goraco i wilgotno, ze kaze sobie zaczesywac kitke :D

Dla mnie to on wyglada jak maly "punk". ;) Nie jestem do konca przekonana co do tej fryzury, ale Mlodszy wchodzi pomalu w wiek, gdzie sam chce decydowac o wygladzie, wiec jesli jemu sie podoba,  to najwazniejsze. Obydwoje z M. stwierdzilismy, ze ma szczescie, ze nie dostal za matke i ojca naszych wlasnych rodzicow. Malzonek opowiadal, ze nieraz chcial troche podhodowac wlosy, ale ojciec zabieral jego i brata do fryzjera, stwierdzal krotko "na zapalke" i nie bylo dyskusji. Ja zas zawsze (jak chyba wiekszosc dziewczynek) marzylam o dlugich wlosach, ale moja mamuska nigdy sie nie zgodzila. "Bo masz waska twarz i bedzie ci brzydko". Cale wczesne dziecinstwo bylam scinana "na chlopaka", a najdluzsze wlosy mialam na Komunie - doslownie 2 cm za ramiona. Potem juz ciagle najwyzej do ramion, a najczesciej skracane do uszu i z tylu podgalane. Bo tak najbardziej podobalo sie mojej matce, a moje zyczenia nie byly kompletnie brane pod uwage. A ja we wszystkich zabawach nakladalam na glowe spodnice lub rajstopy (ze to niby dluuugie warkocze), zeby poczuc jak by to bylo miec taka oplywajaca plecy grzywe. ;) I tak sobie mysle, jacy niektorzy rodzice sa zadufani w sobie. To takie proste, dzieciece marzenie: miec dluzsze wlosy. Nikomu nie szkodzi i nic nie kosztuje. A jednak znajda sie tacy, ze sie nie zgodza dla samej zasady. I jeszcze ojca M. troszenke rozumiem, bo to czlowiek starej daty, a nawet moj tata (ktory od mojego tescia jest prawie 20 lat mlodszy) wspomina, ze jak raz po wakacjach pojawil sie w technikum z dluzszymi wlosami, nauczyciel pogonil go z klasy i kazal nie wracac az sie nie ostrzyze. Takie czasy. ;) Co do mojej matki jednak, kompletnie nie rozumiem, bo wiekszosc ludzi chyba lubi jednak zostawic dziewczynkom dluzsze wlosy. A ona nie. Ubzdurala sobie, ze poniewaz obie mamy waskie twarze, a ona lepiej czuje sie w krotszych wlosach, to ja tez musze i koniec. Szanowna mamusia tak uwaza i kim ja jestem zeby sie sprzeciwic. A najgorsze, ze jeszcze powtarzala, ze w dlugich jest mi brzydko, choc skad mogla wiedziec, skoro nigdy nie widziala?! Ale co tam, zburzmy resztke pewnosci siebie u i tak niesmialego, wycofanego dziecka... :/

Rozpisalam sie o kudlach, a mialam przeciez tylko wspomniec, ze obcielismy Mlodszemu wlosy. :D Reszta niedzieli to juz tylko spacer, jakies gotowanie, wstawienie ostatniego prania, itd. Nic szczegolnego...

W poniedzialek Potworki wyruszyly na znow inne polkolonie, ostatnie w tym roku. A ja zaczelam sobie pluc w brode juz pierwszego dnia. Pisalam niedawno, ze z tymi polkoloniami, od polowy sierpnia tutaj bieda. Lapalam wiec byle co, byle tylko dzieciakom sie moglo spodobac. A ze oboje uwielbiaja (narazie, bo z Bi to nigdy nie wiadomo) pilke nozna, a akurat zorganizowano polkolonie pilkarskie, to niewiele myslac ich zapisalam. Rzucilo mi sie w oczy, ze zajecia trwaja tylko pol dnia, ale stwierdzilam, ze jakos sie to ogarnie. To byl kwiecien, wiec jeszcze nie wiedzialam, ze akurat na sama koncowke wakacji zrobi mi sie w pracy taki kociol, ze nie bede miala w co rak wlozyc. Teraz zas sie zalamalam, bo 30 sierpnia (nota bene pierwszy dzien szkoly, a ja Potworkow prawdopodobnie nie zobacze do poznego wieczora... :() musze miec wszystko dopiete na ostatni guzik, a tu okazuje sie, ze polkolonie trwaja od 9 do 12. :O Odwozilam ich wiec na 9, w pracy bylam o 9:15, po czym juz o 11:40 musialam wyruszac z powrotem. Zalamka. :/

W poniedzialek przy odbiorze trafilam na koncowke mini rozgrywek

A Mlodszy, zamiast udzielac sie w grze, wolal nawijac z kolega ;)

No i fakt, pracowalam reszte dnia z domu, ale akurat wszystkiego z chalupy zrobic nie dam rady. A jeszcze szef, mowiac tylko jednej osobie (i to nie mi) pojechal sobie na 2-tygodniowe wakacje. Przed tym cholernym 30 sierpnia musi mi popodpisywac caly stos dokumentow, ja w przyszlym tygodniu calkowicie pracuje z domu, wiec powinien to zrobic w tym, a ciula nie ma! :/ A gdyby uprzedzil wczesniej, dalabym mu to wszystko przed wyjazdem. Ale pooo cooo... Jeszcze kiedys napisal, ze maile z planowanymi wakacjami powinnismy wysylac tylko do niego i drugiego szefa, nie do wszystkich. Wielki manager, taka jago mac, a nie rozumie, ze w malutkim zespole brak jednej osoby ma wplyw na wszystkich i trzeba sie na to przygotowac. Miedzy soba ustalilismy, ze i tak bedziemy siebie informowac, ze bierzemy urlop czy dzien wolny, ale kto przymusi szefa? :/ A tak w ogole, to nie rozumiem, co to za wielka tajemnica?! :/

Pozalilam sie, nie powiem zeby bylo mi lzej, ale co robic... Oprocz zalamki pracowo - kolonijnej, po poludniu Bi doczekala sie w koncu bilansu 10-latka. Po 3 miesiacach, ale na szczescie w tym wieku przez taki czas wiekszych zmian nie powinno byc. :) W kazdym razie oto aktualne dane:

Wzrost: 147.3 cm

Waga: 36.1 kg

Albo ja zle zmierzyli, albo w rok urosla 13 (!!!) centymetrow!!! Nic dziwnego, ze nagle przerosla swoja przyjaciolke, a mi zaczela siegac podbrodka... Przytyla tez prawie 6 kg, ale i tak wzrostowo jest w 87 centylu, a wagowo w 61. Ciekawe jak ma sie tempo jej wzrostu do dojrzewania i czy bedzie tak zawsze przerastac rowiesnikow? Bo Bi dojrzewa. Ma ledwie 10 lat, ale piersi wyraznie sie powiekszyly, wyskakuja pryszcze na buzi, pojawily sie wlosy tu i owdzie, a spod paszek zajezdza tak, ze nos sie zwija w trabke. ;) Ale wracajac do bilansu. Myslalam, ze lekarka cos wspomni wlasnie o dojrzewaniu, ale tu nic, cisza. Bilans ogolnie jak bilans. Mierzenie, wazenie, osluchanie, zajrzenie w uszy, buzie, sprawdzenie cisnienia oraz wzroku. Typowe sprawy. Nowoscia bylo zas... obejrzenie miejsc intymnych. Wlasciwie to jeszcze dwa lata temu to byla norma, ze lekarka na szybko odginala majty, zerkala i juz. Rok temu pani doktor jednak nieopatrznie spytala Bi czy moze, ta sie nie zgodzila, wiec doktorka odpuscila. W tym roku trafila sie inna i byla bardziej uparta. Dala Bi przescieradlo do zakrycia, polecila Starszej opuscic spodenki i bielizne, zajrzala przez sekunde i po sprawie. Zastanawia mnie sens takiego "zerkniecia", ale nie protestowalam, bo przyszlo mi na mysl, ze moze to byc dobra lekcja przed badaniem u ginekologa kiedys. Pamietam, ze kiedy przyszla na mnie pora zeby sie pierwszy raz wybrac do tego lekarza, myslalam, ze sie spale ze wstydu. Chyba z pol roku mi zajelo zeby sie przemoc. Dobrze, ze nie szlam z niczym pilnym. ;) Moze lepiej jakby Bi sie przyzwyczaila, ze czasem trzeba lekarzowi pokazac i "te" miejsca... Zreszta, podejrzewam, ze to i tak poszlo duuuzo latwiej niz szczepienie, ktore bedzie musiala miec za rok (zdaje sie, ze kolejna dawka tezca, gruzlicy i czegos tam jeszcze). Na zagadniecie lekarki bowiem, czy Bi lub ja mamy jakies pytania, Starsza zapytala bojazliwie czy bedzie miala jakies szczepionki. Tooo, to dopiero bedzie histeria i ryk. ;) Chyba, ze Bi przez rok niesamowicie emocjonalnie dojrzeje. :D

Wtorek to znow "chwila" w pracy, a potem po Potworki i do domu, dalej pracowac, ale juz z jadalni. ;)

Znow towarzyski mecz na koniec ;)

Nik juz padniety po 3 godzinach biegania i woli sobie postac ;)

Tego dnia zaprosilam do zabawy corki sasiadki. Bi i jej najlepsza kumpela nigdy nie maja dosc wspolnego czasu. Dodatkowo, sasiedzi w przyszlym tygodniu wyjezdzaja, a wtorek mial byc ostatnim suchym dniem na kilka kolejnych. A ze chcialam miec opcje wygonienia towarzystwa na dwor, wiec uznalam, ze teraz albo nigdy. ;) Oczywiscie z sasiadka zazwyczaj nie ma problemu. Nadal pracuje z domu, a jej niania wyjechala na wakacje, wiec z checia "pozbywa" sie dziewczyn. Gorzej z kolega dla Kokusia, ktory i tak jest pokrzywdzony, bo mniej glosno i natarczywie dopomina sie o towarzystwo rowiesnikow, a w dodatku zaden jego kolega nie mieszka na naszym osiedlu... Najpierw pomyslalam o jego ukochanym kumplu H., u ktorego byl juz dwa razy tego lata, a ciagle nie bylo okazji zaprosic go do nas. Niestety, jego mama odpisala, ze maja plany. Na szczescie Nik na polkoloniach trafil na innego kolege, dorwal jego tate, szybko sie z nim dogadalam i do Mlodszego przyjechal na rowerze Oli z osiedla obok. ;) Mialam wiec pod opieka piatke dzieciakow i mozecie sie domyslic ile sobie popracowalam... ;) Caly czas chodzilam i sprawdzalam gdzie sa i co robia, bo oczywiscie mlodziez podzielila sie na grupke dziewczyn i chlopcow, ktore to grupki zamiast bawic sie razem, to jak jedna wychodzila na dwor, to druga wracala do domu. I na odwrot. W dodatku dziewczynki to jednak... dziewczynki.

Kulturalna i spokojna gra w Uno, w chlewiku zwanym bawialnia :D
 

Siedzialy, gadaly, potem zgodnie graly w pilke... Chlopcy zas rzucili sie na BMX'y...

"Nas nie dogoniet!" ;)
 

Zdazylam sie ucieszyc, ze spedzaja czas aktywnie, kiedy kolega wywalil sie i nie dosc, ze zdarl cale kolano, to jeszcze trzymal sie podejrzanie za maly palec, bo upadl na reke. No jeszcze mi brakowalo zeby smarkacz sobie cos zlamal! :O Kolanem sie bardzo nie przejelam, bo maly ma dwoch braci, wiec wiem, ze siniaki i zadrapania to dla niego pewnie nic wielkiego... Ale po tym sama zaproponowalam chlopakom zeby moze lepiej pograli na Playstation... :D

Sroda to kolejny ranek dla dzieciakow na pilce, a dla mnie na chwilunke w biurze. Odebralam Potworki doslownie purpurowe na buziach, bo nie dosc ze zajecia sportowe, to jeszcze bylo 27 stopni przy 70% wilgotnosci. Sauna!

Nik codziennie byl w takim wlasnie humorku: zgrzany, zmeczony, glodny i zly :D
 

Tego dnia dzieciaki do siebie zaprosila dla odmiany sasiadka i przyznaje, ze zaczynam ja rozumiec, bo te niecale 3 godziny to byla taaaka ulga od ciaglego maaamo jesc, maaamo ide kupe (jakby mnie to interesowalo ;P), mamo a moge loda, mamo a moge chipsy. Zelki niestety biora sobie bez pytania, wiec ciagle musze nasluchiwac szeleszczenia papierkow. :D Spokojnie poodpowiadalam na maile, wstawilam pranie, zmienilam Potworkom posciel... Pelen luz. ;) 

Tego dnia nadeszly tez wiadomosci, na ktore tutejsze dzieci czekaja jednoczesnie ze zgroza i podekscytowaniem. ;) Pisze o tym kazdego sierpnia, ale przypomne, ze tutaj dzieciaki maja co roku nowego nauczyciela i co roku poszczegolne roczniki sa mieszane i od nowa rozdzielane po klasach. Zreszta, to nie tylko u nas takie cuda, bo z tego co wiem, w Kanadzie robia to samo. Rocznik Kokusia mial szczescie bo z rocznika Bi byly w szkole Potworkow trzy klasy, a z jego az cztery. Brakowalo nauczycieli, wiec raz, z pierwszej na druga klase jedna z nauczycielek przeszla do kolejnej zatrzymujac cala swoja klase i teraz z trzeciej klasy na czwarta, jedna z nauczycielek bedzie uczyc swoja klase kolejny rok. To jednak rzadkie wyjatki, no i Nik sie niestety nie zalapal. :( W kazdym razie, chcialoby sie powiedziec "nadejszla wielkopomna chwila", przyszedl mail i rozpikaly sie telefony z pytaniami rodzicow, kto ma kogo. Nik trafil czesciowo w dziesiatke bo bedzie ponownie ze swoim ukochanym H. (w zeszlym roku trafili do innych klas), ale za to obaj koledzy, z ktorymi zaprzyjaznil sie w III klasie, beda gdzie indziej. Musze jednak przyznac, ze w tym roku, bardziej niz przydzialem Kokusia, przejmowalam sie Bi. Idzie ona do innej szkoly, gdzie beda dzieciaki z calego miasteczka, wiec fajnie by bylo gdyby miala przy sobie bratnia dusze. Niestety, Starsza jest poki co bardzo rozczarowana... Jej najlepsza, ukochana przyjaciolka - sasiadka, bedzie w innej klasie. Co gorsza, przydzielono ja do zupelnie innego "zespolu" (team). Jak napisalam wyzej, w szkole tej lacza dwa roczniki z calutkiego miasteczka, wiec bedzie tam az 14 (!) V klas. Z tej czternastki, klasy pogrupowane sa po 3-4 na wlasnie takie "zespoly". Z dzieciakami z tego samego zespolu beda jedli lunch, z nimi wychodzili na dluga przerwe, z nimi tez mieli czesc zajec dodatkowych. I Bi oraz jej przyjaciolka, z ktora jakims fartem spedzila 4 lata w tej samej klasie, zostaly rozdzielone nie tylko do roznych klas, ale i "zespolow". Obie panny sie poplakaly. :( Co gorsza, inna bliska kolezanka zmienia kompletnie szkole (jej rodzice sa rozwiedzeni i bedzie chodzic w miasteczku gdzie mieszka mama). Kolezanka z dawnej szkoly, z ktora sie rozpoznaly i od nowa zaprzyjaznily na polkoloniach rowniez bedzie w innej klasie i druzynie. Tylko jedna bliska kolezanka trafila co prawda do innej klasy, ale chociaz bedzie w druzynie D, tak jak Bi. Jest wiec nadzieja, ze dziewczyny sie beda choc czasem widywac. Pocieszam oczywiscie Bi, ze po 2-3 tygodniach bedzie miala nowe kolezanki, ale wiem, ze pierwsze dni szkoly beda dla niej stresujace...

Czwartek przywital nas ulewa. Ale taka, ze swiata nie bylo widac! Juz dzien wczesniej trenerzy z polkolonii ostrzegali, ze sledza prognozy i mozliwe, ze zajec nie bedzie. Jaja jakies! Nie dosc, ze polkolonie tylko 3-godzinne, czyli w pracy jestem ledwie lekko ponad dwie godziny, to teraz ma ich nie byc w ogole?! Zarty sobie chyba robia! Kiedy zerwalam sie z budzikiem i uslyszalam szum wody za oknem, wlasciwie zrezygnowana stwierdzilam, ze trudno, bede musiala zostac w domu i napisac maila do kolegow, zeby dali mi znac jak przyjdzie szef, zebym zdazyla go dorwac. Mial bowiem do podpisania stos dokumentow, a ja nie chcialam jechac tam z Potworkami zeby godzine kwitli w korytarzu... Trenerzy uprzedzali jednak, ze dadza znac do 8 rano, trzeba sie wiec bylo zwlec zeby w razie czego byc gotowym. I niespodziewanie, o 7:45 przyszedl mail, ze jednak zajecia sie odbeda. Patrze za okno: sciana wody. Hmmm... Sprawdzam prognoze a tam faktycznie, o 9 rano juz tylko 30% ryzyka deszczu. Co niesamowite, rzeczywiscie kiedy jechalismy na polkolonie, przebijalo juz nawet slonce... Cale miasteczko jednak nosilo slady ulewy. Wszedzie pelno galezi i lisci postracanych z drzew. Ulice pozalewane. Cos na ksztalt ogrodkow dzialkowych (mozna od miasta dostac przydzial gruntu do uzytku w sezonie) zalane kompletnie; wspolczuje ludziom, ktorzy posadzili sobie warzywa i liczyli na plon. Wjazd do parku gdzie sa boiska, zmieniony we rwaca rzeke; nawet calkiem spora kloda nia plynela! :O Na dosc ruchliwej ulicy, przy ktorej nie ma nawet zadnego parku ani nawet zagajnika, przez droge przeszla sobie... sarna. Pewnie jej normalne tereny zalala woda... Szkoda, ze prowadzilam auto, wiec nie dalam rady pstryknac zdjecia. :)

W bialej koszulce maszeruje Nik
 

Kiedy odebralam Potworki, pierwsze co, to oczywiscie uslyszalam jek czy Bi moze pobawic sie ze swoja przyjaciolka. Dziewczyny widzialy sie we wtorek u nas i w srode u nich, wiec normalnie powiedzialabym ze nie ma mowy, ale ze w przyszlym tygodniu sasiedzi wyjezdzaja, stwierdzilam ze ok, spytam czy przyjda. Tu jeki zaczal oczywiscie Nik, ze Bi czesciej widuje psiapsiolke niz on swoich kolegow. Coz ja poradze, ze panna mieszka na tej samej ulicy? ;) W kazdym razie napisalam do mamy jego ukochanego kumpla (ktory we wtorek nie mogl przyjechac) spytac czy tego dnia mu pasuje. Mamuski odpisaly i... zonk. Kolega Kokusia, owszem moze, ale sasiadki nie. :/ Ech... A chcialam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. :) Slowo sie jednak rzeklo, wiec nie moglam teraz napisac, zeby mlody nie przyjezdzal. ;) Zreszta, pamietalam z jego poprzedniej wizyty, ze jak wsiakl w Minecraft'a, to nie dalo sie go oderwac. Liczylam ze chlopcy znow zasiada przy konsoli i przynajmniej beda spokojni.

Chlopaki "kopia", Bi (oraz Maya) najwyrazniej nadzoruja ;)
 

I sie rozczarowalam niestety. Owszem, sporo grali, ale w przerwach tak dawali czadu, ze ja cie nie moge. Co gorsza, malo co reagowali na upomnienia! :O Bylam juz bardzo bliska powiedzenia Kokusiowi, ze albo sie troche powstrzyma (bo pod wplywem kumpla tez rozrabial jak pijany zajac), albo bedzie musial sie z kolega pozegnac, ale w tym momencie znow zatesknili za Minecraft'em. W koncu nie grali "az" pol godziny. :) W kazdym razie to bylo cieeezkie popoludnie (a na pewno bardzo glosne ;P) i przyplacilam je rypaniem glowy wieczorem... A najlepsze, ze H. przyjechal sam na rowerze. Na marginesie dziwie sie jego mamie, bo mieszkaja dwa osiedla dalej, a na trasie nie ma nawet chodnikow. Ja bym sie jednak troche obawiala puscic Kokusia samego, ale chyba jestem nadopiekuncza. ;) W kazdym razie, do czego zmierzam, zazwyczaj dzieciaki przywozone sa przez rodzicow i zwyczajowo pada pytanie: "O ktorej ja/jego odebrac?". Tymczasem mama mlodego zapytala tylko czy dojechal i... tyle. Zero pytania do ktorej moze zostac, ani informacji o ktorej ma wrocic. Myslalam jednak, ze w koncu po prostu napisze, zeby sie zbieral z powrotem. Tymczasem mija godzina, dwie, trzy... i nic! :O W koncu, lekko wkurzona, napisalam czy sa w domu i czy moge H. wyslac z powrotem, bo musimy wyjsc. No bez przesady! Moze mam smarkacza przenocowac?! Mama odpisala, ze zastanawiala sie czy H. nie chce wracac w deszcz (caly dzien od czasu do czasu mzylo) i wlasnie miala do mnie pisac. Taaa... tu mi jedzie czolg. Pewnie z checia zostawilaby mi go do wieczora, szczegolnie, ze ma jeszcze na stanie dwoch kolejnych lobuzow i corke do kompletu. ;)

A kiedy pozniej wracalismy ze sklepu, przy drodze zauwazylismy... niedzwiedzia! Rano sarna, teraz ten (ta?). Normalnie zwierzaki powylazily z kryjowek jak na komende. Ten misiek to jednak nie byl tamten mlody niedzwiadek, ktorego napotkalismy ostatnio na osiedlu. Byl naprawde potezny i nie chcialabym go napotkac kolo domu! :O Niestety, widzielismy go moze pol kilometra od chalupy i sadzac z kierunku, w ktorym szedl, udawal sie wlasnie w strone naszego osiedla. M. zartowal, ze za pol godziny bedzie pod naszym domem. ;) Na szczescie, jesli nawet przeszedl w poblizu, to niezauwazony. Ale to kolejny argument zeby jednak moze nie puszczac dzieciakow na samotne przejazdzki po osiedlach. :O No i nasuwa sie pytanie, ile ich, do cholery, tu krazy?! Przeciez to sa zwierzeta terytorialne! Nie powinien byc jeden?! No, w porywach dwa, bo terytoria samic nakladaja sie na tereny samcow...

Piatek byl dniem historycznym (tego lata) bowiem ostatnim z jakimikolwiek polkoloniami dla Potworkow. :) Przed nimi ostatni tydzien wakacji, ale teraz to juz tylko domowy relaks.

Tego dnia robili pamiatkowe zdjecia i wszystkie dzieciaki mialy ubrac "kolonijne" koszulki. Nie bardzo rozumiem sens rozdawania koszulek, ktore maja byc ubrane tylko raz - w dzien zdjec, choc oczywiscie to pamiatka
 

Ja za to zabralam z pracy 20-cm stos papierow, zeby miec co robic (bo nie chcialam brac urlopu; wole popracowac z domu, a wiadomo, ze i tak sama ustawie sobie grafik) kiedy dzieciaki beda sie "wakacjowac". Tego dnia niestety przyszly do nas sasiadki, bo obiecalam Bi, ze skoro nie mogly w czwartek, to spytam czy moga w piatek (po cichu liczac, ze nie ;P). To juz trzeci raz w minionym tygodniu kiedy dziewczyny sie widzialy i normalnie bym sie nie zgodzila, ale ze (jak juz wspomnialam) w przyszlym tygodniu wyjezdzaja, wiec niech sie Bi i A. soba naciesza, szczegolnie, ze w przyszlym roku w szkole beda sie widywaly tylko przelotnie...

Papuzki (jeszcze) nierozlaczki ;)
 

Ale naprawde, po tym tygodniu mam nadzieje dlugo nie zobaczyc u nas zadnego obcego dzieciaka. Zmeczona jestem po prostu. ;) A jeszcze zirytowala mnie mlodsza sasiadka, bo dorwala kolekcje glutkow Bi i narobila takiego syfu, ze szok. Rozumiem, ze wiekszosc dzieci uwielbia te gluty. Moje zreszta tez, ale od malego sa uczone, ze trzeba z nimi bardzo ostroznie, albo nad stolem, albo gola podloga zeby latwo bylo zetrzec jak cos kapnie. Mlodsza sasiadka juz wcale taka mala nie jest, bo w listopadzie konczy 8 lat, ale no co za nieuwazna ciapa! Rozpierdzielila gluta na pol dywanu w piwnicy! Tam to tylko troche zla bylam, bo dywan stary (jeszcze z dawnego domu), ciemny i rzucony zeby cieplej pod nogami bylo. Jednak po wyjsciu dziewczyn, zaczelam odkrywac kolejne slady zabawy smarkuli. Zlew w lazience dzieci oraz dolnej upstrzony na niebiesko, bo najwyrazniej oplukiwala rece z gluta. Niestety, nawet dobrze ich nie oplukala, bo zaschniete, niebieskie zacieki znalazly sie tez na reczniku Bi oraz tym w lazience na dole. Na dywanie w pokoju Starszej - plama z gluta. Na dywaniku w lazience dzieci (nowiutkim!) tak samo. Normalnie, jak zwykle krepuje sie ochrzaniac obce dzieci, tak tym razem bylam juz zmeczona i ich powtarzajaca sie obecnoscia oraz burdelem i pomyslalam, ze gowniara ma szczecie, ze poszla juz do domu bo nie wiem czy ugryzlabym sie w jezyk... ;) Ale Bi powiedzialam, ze jak znowu przyjda, ma jej nie dawac pod zadnym pozorem ani gluta, ani ciastoliny, bo niewiadomo co narobi...

W piatek wieczorem mial sie odbyc ostatni juz seans filmowy na powietrzu, ale doslownie 3 godziny przed wyznaczona godzina, odwolano go z powodu zapowiadanego deszczu. Szkopul w tym, ze ryzyko opadow wynosilo zawrotne... 20% i kiedy odczytalam komunikat, mielismy niewielkie obloczki na niebieskim niebie. Hmmm... Szkoda, bo Potworki bardzo na to wydarzenie czekaly, ale co robic... Nie musze chyba dodawac, ze nie spadla ani kropelka deszczu? ;)

Sobota byla juz baaardzo spokojna. To znaczy dla mnie oraz Potworkow, bo M. byl rano w pracy,  a potem musial zmierzyc sie z tabunem spanikowanych ludziow. ;) Idzie na nas tropikalny sztorm/ huragan. Podobno caly czas przybiera na sile, ewakuowani sa ludzie mieszkajacy na samym wybrzezu i ogolnie strach sie bac. W sklepach klienci masowo wykupuja wode, chleb i konserwy, a na stacji benzynowej na ktora podjechal M., zabraklo benzyny. :O Elektrownia juz oglasza, ze spodziewaja sie iz 50-60% ich klientow zostanie bez pradu (chyba se, ku*wa zartuja! :/). Po prostu apokalipsa, moi panstwo! My (poza perspektywa zostania bez pradu znow na 4 dni), najbardziej boimy sie, ze jakies drzewo znow zwali sie na przyczepe, ktora mamy przeciez niecaly rok... Albo na dom... A poki co zabralismy z tarasu parasol zeby go przypadkiem nie zlamalo, zas ja pozbieralam z warzywnika wszystko, co nadawalo sie do zebrania, bo niewiadomo ile z niego zostanie... :/

Urosla mi truskawka. Wielka, ale jedna jedyna. Niewiadomo czy smiac sie, czy plakac ;)

Uratowane jeszcze przed huraganem...

No i odkurzylam oraz powstawialam zmywarke i pralke, poki jeszcze moglam. :D

 

Trzymajcie kciuki, zeby nas jednak z powierzchni ziemi nie zdmuchnelo! ;)